Od tłumaczki
Nie, jak zapowiadałam we "Wspomnieniach Dudleya", od drugiego rozdziału, a dopiero po trzecim, ale po trzecim i w nieco zmienionej formie znowu zamieszczam swego rodzaju zestawienie osób, które niniejsze tłumaczenie dodały do ulubionych i/lub alertów, oraz ich komentarzy. Zestawienie budująco nie wyszło, co jednak jakoś mnie nie dziwi, bo to w ogromnej większości przypadków jest po prostu norma.
Na dzień dzisiejszy użytkowników, którzy dodali "Wspomnienia Snape'a" do ulubionych i/lub alertów, jest dwunastu (w nawiasach podaję liczbę komentarzy, które te osoby dotychczas do tego tłumaczenia zamieściły): kruszynka85 (1), Lossie (1), marusz (1), Arizona7355 (0), dosia1982 (0), kasias155 (0), Lenusek (0), Lexandra (0), Majordomus (0), Michalina2312 (0), Zilidya (0), Zireael07 (0).
Wszystkim komentującym, zarejestrowanym i nie, jak zwykle bardzo dziękuję i życzę przyjemnej lektury.
Nakago
oryginał: Snape's Memories (link w moim profilu)
autor: paganaidd (link w moim profilu)
Tłumaczenie za zgodą autorki.
Rozdział czwarty
Kilka minut zajęło Philipowi i Eleanor wyjaśnianie Potterom, co znaczy "niebycie w Kansas"*.
Eleanor nie mogła uwierzyć, że czarodzieje nie oglądają filmów i upierała się, że Lily "po prostu musi zobaczyć" co najmniej pięć z nich zanim pójdą do szkoły jesienią. Jeszcze nie byli w połowie drogi do Gringotta, aby wymienić funty na galeony, a dziewczynki już miały prawie zaplanowaną "filmową noc" w domu Eleanor.
- Będziesz musiała o tym opowiedzieć dziadkowi - roześmiała się Ginny z czułością.
- Czy Królewski Bank Czarodziejów albo co to tam jest ma u siebie bankomat? - dociekał Philip. - W przeciwnym przypadku będę musiał iść do tego, który zauważyłem kawałek dalej przy ulicy z tym pubem.
Ginny wyglądała na zakłopotaną, Harry jednak odpowiedział:
- Tak, mają bankomat. Ustawili go w zeszłym roku. - Ministerstwo przez większą część dekady dyskutowało, czy pozwolić goblinom na zainstalowanie komputerów w celu integracji z mugolskim światem finansowym. Na szczęście dla goblinów dostatecznie wielu czarodziejów miało oszczędności w mugolskich bankach, które pracują na komputerach, żeby Ministerstwo wreszcie się zgodziło. - Wpuszczą cię do pokoju, w którym stoi, bo przy tobie się nie zepsuje.
- A to mnie dziwi - odezwał się Dudley. - Eleanor nie sprawia, że wybucha telewizor albo odtwarzacz DVD, tylko jej komórka.
- Nie, był też laptop - zauważył Philip, po czym odwrócił się do Harry'ego. - Zapalił się, kiedy go używała. Zdobyłem nowy, bo postraszyłem gnojków sądem. Szczerze mówiąc, myślałem wtedy, że to wina uszkodzonej baterii.
- Sądzę - odparł Harry powoli - że to zależy od tego, jak ona długo czegoś używa i jak blisko się znajduje. Bankomat w Gringocie stoi w osłoniętym pokoju. Jeśli czarodziej musi z niego skorzystać, jeden z goblinów wchodzi tam i obsługuje maszynę.
Philip zadrżał nieco przesadnie.
- Że co? Dajecie im swoją kartę i PIN? Chyba wolałbym tego nie robić...
- Ty, jako mugol, możesz użyć go samodzielnie - zapewnił go Harry.
- Och, no to w porządku - uspokoił się Philip.
- Może pójdziecie wszyscy od razu do Fortescue na spotkanie z Ronem i Hermioną? - zaproponowała Ginny. - Zabiorę Philipa do banku, dołączymy do was później.
- Mam nadzieję, że twoja żona nie przepada za zakupami w takim stopniu jak Philip - powiedział Dudley Harry'emu. - Jeżeli choć trochę go przypomina, przepadną na całe popołudnie.
Lily w tym czasie wyjaśniała Eleanor i Timowi, że Fortescue sprzedaje przepyszne lody. Tim szepnął coś do Lily, ale odpowiedziała mu Eleanor:
- Jestem pewna, że wujek Harry pozwoli ci zjeść loda. Mój tata nie oddałby cię komuś niedobremu.
Harry i Dudley spojrzeli na siebie z bólem.
- Będziesz miał z nim mnóstwo roboty. - Dudley pokręcił głową. - Eleanor była dużo młodsza, kiedy ją dostaliśmy.
- Adoptowaliście ją? Zastanawiałem się, czy ją adoptowaliście, czy jeden z was był wcześniej żonaty - przyznał Harry.
- Tak, jej mama była narkomanką. Myśleliśmy, że będzie dzieckiem o specjalnych potrzebach, ale zaskoczyła wszystkich. To pewnie dlatego, że jest wiedźmą?
Harry skinął głową.
- Wiecie, kto był jej ojcem?
Dudley wzruszył ramionami.
- To mógł być każdy. Jej mama nie podała jego nazwiska, a potem poszła i oddała córeczkę, bo nie była w stanie się nią opiekować. Podejrzewam więc, że jej biologicznym tatą mógł być czarodziej. - Dudley przez moment jakby się wahał. - Eleanor nie będzie miała problemów przez to, kim są jej rodzice, prawda?
- Och, obecnie mugolaki nie spotykają się z wielkimi trudnościami. Od czasu wojny nastroje bardzo się w tej kwestii zmieniły. - Harry wzruszył ramionami. - A jeżeli ktoś będzie jej robił problemy, odpowie przed wszystkimi Weasleyami i Potterami.
- Nie do końca o to mi chodziło. - Dudley uśmiechnął się. - Zastanawiałem się po prostu, czy społeczeństwo czarodziejów źle postrzega pary tej samej płci.
- Och. Przepraszam. Racja. - Harry zamrugał. - Jakoś nigdy nie zauważyłem - przyznał szczerze.
- No to chyba mam odpowiedź. - Dudley wyszczerzył zęby w uśmiechu i objął kuzyna ramieniem. - Jasna cholera, dlaczego znalezienie cię zabrało mi tyle czasu?
Harry uśmiechnął się równie szeroko.
Naraz Tim zatrzymał się ni z tego, ni z owego. Zobaczył coś na sklepowej wystawie i puściwszy dłoń Lily, podszedł bliżej, aby dotknąć szkła. Sprawiał wrażenie zafascynowanego.
Harry był zaskoczony - sklep nie należał do tych, które mogą przykuć uwagę dziecka. Na wystawie nie było magicznych zabawek czy słodyczy. To była apteka: w oknie znajdowały się kociołki, zioła i kolekcja brązowych, pomarszczonych kamieni.
Harry ukucnął obok Tima, nie za blisko jednak, by go nie przytłoczyć swoją obecnością.
- Co takiego zobaczyłeś? - zainteresował się.
- Panie Potter, jeśli potrzebny mi bezoar, gdzie go mogę znaleźć? - spytał chłopiec poważnie.
Coś w sposobie, w jaki dziecko zadało to pytanie, sprawiło, że Harry'emu uniosły się włoski na karku. Było w nim coś, co mu przypomniało o... czymś... lecz nie wiedział, co i o czym.
- Dlaczego miałbyś go potrzebować? - Miał złe przeczucie.
Tim odwrócił się, żeby na niego spojrzeć, a następnie wskazał palcem kolekcję kamieni, przy których tabliczka głosiła: "Bezoary, różne. Leczą prawie każde zatrucie."
- Cóż, pochodzą z brzucha kozy - wyjaśnił. Osobliwe uczucie minęło. Harry otrząsnął się z niepokoju. - Ale dlaczego miałbyś ich potrzebować? - powtórzył.
Chłopiec otaksował go wzrokiem, po czym szepnął:
- Moja mama mówi, że została otruta. Dlatego musi brać swoje lekarstwo. Dlatego jest chora i się trzęsie, jak go nie ma. Pomyślałem, że może to by ją wyleczyło.
Harry westchnął.
- Przykro mi, ale to nie jest taki rodzaj zatrucia, jaki leczą bezoary. - Był ciekaw, co matka powiedziała małemu o swoim uzależnieniu od narkotyków. - Wiem, że w szpitalu robią wszystko, żeby jej pomóc.
Tim pokiwał głową, choć wyglądał na dość zrezygnowanego.
- Wiesz, nie musisz ciągle nazywać mnie panem Potterem. Możesz mówić na mnie wujek Harry, jeśli chcesz - zaproponował cicho.
Dziewczynki zajęte były własną rozmową, do której włączył się Dudley.
Twarz chłopca spochmurniała, co sprawiło, że wyglądał na znacznie więcej niż siedem lat.
- Miałem już "wujków", panie Potter. Wszyscy równo byli cholernymi gnojami. - Zamilkł i zakrył usta dłońmi. Najwyraźniej nie miał zamiaru powiedzieć czegoś takiego.
Harry nie potrafił zdobyć się na wytknięcie dziecku użytego słownictwa.
- Przepraszam, chyba nie dosłyszałem końcówki. - Mrugnął do Tima. - Też miałem niezbyt fajnego wujka, jeśli o tym pomyśleć. Jak myślisz, możesz mi mówić po prostu Harry?
Ukryte za rękoma wargi chłopca wygiął lekki uśmiech. Malec skinął głową z pewnym zakłopotaniem.
- Chcesz odwiedzić mamę? Jak już poczuje się lepiej? - spytał Harry ostrożnie. To była jedna z tych spraw, jakie omawiali z uzdrowicielami; oficjalnym stanowiskiem zarówno mugolskich, jak i czarodziejskich służb ochrony praw dzieci było ponowne jednoczenie rodzin. Z drugiej strony, dopóki mama Tima nie uwolni się całkowicie spod wpływu heroiny, mało prawdopodobne było, aby odzyskała prawo do opieki nad synem. Wizyty jednak (pod warunkiem, że obie strony ich chciały) były zalecane.
Tim tylko wzruszył ramionami.
- Nie wiem, czy chce mnie widzieć. Ona... - ucichł, nagle zarumieniony, i z trudem przełknął ślinę. - Nieważne.
Harry skinął głową - nie chciał dawać dziecku pustych obietnic. Za dobrze pamiętał, jak to jest w dzieciństwie wiele sobie obiecywać, a potem tracić wszelką nadzieję.
- Dobrze. Porozmawiamy później. - Wstał i wyciągnął rękę do chłopca. - Jakie lody lubisz?
- Um... Czekoladowe? - Tim nieśmiało ujął rękę dorosłego, po czym obaj podeszli do Dudleya i dziewczynek.
- Dobrze, takie chyba zdołamy kupić. - Harry uśmiechnął się, wdzięczny za prosty sposób na odwrócenie uwagi dziecka. W myślach zanotował sobie, aby spytać Hermionę, czy nie słyszała czegoś o matce chłopca, skoro oficjalnie była to jej sprawa. W mugolskim świecie doszłoby zapewne do konfliktu interesów, jednak w Ministerstwie były tylko trzy wiedźmy zajmujące się dziećmi mugolskiego pochodzenia.
- Wszystko w porządku? - spytał Dudley, kiedy dwaj czarodzieje dołączyli do pozostałej trójki.
Harry uśmiechnął się do siebie - zadziwiające, jak szybko Eleanor i Lily połączyła prawdziwa "dziewczęca" więź.
- Nic nam nie jest - zapewnił.
Dudley przewrócił oczami.
- Aż tak dobrze, co? - Pokręcił głową i westchnął. - Miło słyszeć, że obaj żyjecie.
Zanim Harry zdążył odpowiedzieć, usłyszał, że woła go ktoś z drugiej strony ulicy. Hermiona, Ron i ich najmłodsze dziecko Hugo siedzieli przy stoliku przed lodziarnią Floriana Fortescue.
- Harry! Dudley! Tutaj! - Hermiona machała do nich.
Lily chwyciła rękę Eleanor i pociągnęła dziewczynkę za sobą.
- To wujek Ron i ciocia Hermiona! - wyjaśniła. - I kuzyn Hugo. Chodź.
- Cześć, Lily! - przywitał się Ron. - Więc to jest nasza świeżo odkryta kuzynka?
Eleanor niepewnie przytaknęła.
- Panno Granger, miło mi panią znowu widzieć - odezwał się idący za dziewczynkami Dudley.
Harry z Timem zostali chwilowo w tyle.
Hermiona roześmiała się.
- Używam nazwiska Granger tylko w mugolskim świecie. W świecie czarodziejów jestem panią Weasley. A dla ciebie Hermioną. To jest Ron, a to Hugo. - Wskazała odpowiednio i obaj panowie Weasley uśmiechnęli się.
Harry nie przegapił sceptycznego spojrzenia, jakie Ron posłał Dudleyowi - ich jedyne wcześniejsze spotkanie nie poszło najlepiej.
- A gdzie Ginny? - spytał jej brat.
- Z partnerem Dudleya - odparł Harry. - Wymieniają pieniądze.
- Miejmy nadzieję, że Philip nie spędzi całego popołudnia, gapiąc się na sklepy - odezwał się Dudley, kiedy zajmował krzesło.
Dziewczynki usiadły, podobnie jak Harry, Tim jednak najwyraźniej nie wiedział, co robić, dopóki Harry nie podsunął mu pustego krzesła. Chłopiec usiadł bez słowa i rozejrzał się.
Zobaczywszy, że wszyscy usiedli, Fortescue podszedł odebrać zamówienie. Po chwili wahania Eleanor zdecydowała się na smak dyniowy, Dudley zaś został przy wanilii.
- Jak papa do nas dołączy, będzie chciał spróbować te o smaku myszy lodowych, zobaczysz - powiedział córce, która w odpowiedzi zachichotała. - Philip lubi przygody - wyjaśnił reszcie. - Ja nigdy nawet nie próbowałem chińszczyzny, dopóki go nie poznałem.
- Dlaczego nie jestem zaskoczony... - rzucił rozbawiony Harry, podając Timowi czekoladowe lody.
Eleanor odwróciła się do swojego taty.
- Ale przecież twoi rodzice musieli tu zabrać wujka Harry'ego, kiedy dostał list! - zawołała.
Dudley i Harry wymienili spojrzenia.
- Cóż, twoi dziadkowie nie lubili magii. Mój tato troszkę oszalał, gdy przyszedł list do Harry'ego. Ciągnął nas przez pół kraju, żeby ich uniknąć - wyjaśnił Dudley.
- Dlaczego? - spytał Ron.
- Och, wiem, że ci o tym mówiłem, Ron - westchnął Harry. - Ciotka Petunia i wuj Vernon nienawidzili wszystkiego, co nienormalne.
Dudley przytaknął.
- Powinieneś był widzieć ten dzień, kiedy poszedłem do nich się ujawnić. Pamiętasz, jak zachowywał się tato, gdy dostałeś swoje listy? Wtedy był dokładnie taki sam. Bez końca nawijał, jak to nie dość, że musiał znosić jednego świra w rodzinie. - Wzruszył ramionami. - A mama szlochała, że Harry rzucił na mnie klątwę.
- Niemożliwe - stwierdził Ron. - Skąd wzięła pomysł, że coś takiego jest w ogóle możliwe?
Dudley ponownie wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia.
- Dzięki, że zaczekałeś z wyjawieniem im tego, aż odszedłem - powiedział Harry, wzdrygając się. - Byłoby naprawdę źle.
Dudley parsknął na potwierdzenie.
Kiedy podeszli Ginny i Philip, akurat nikt się nie odzywał. Dorośli wymienili pozdrowienia. Hugo przyciągnął swoje krzesło bliżej dziewczynek i Lily namówiła Eleanor, żeby opowiedziała kuzynowi o ich planach oglądania filmów.
Harry wyczuł, że Tim czuje się nieco przytłoczony. Nawet przysunął się z krzesłem bliżej opiekuna.
- Wszystko w porządku? - spytał chłopca.
- Nic mi nie jest - odparło dziecko szeptem.
Harry zaczynał rozumieć, co Dudley mówił mu o tym określeniu.
- Chodźmy do Ollivandera i Lovegood, żeby dziewczynki załatwiły sprawę z różdżkami - powiedział Ginny, która siedziała po jego drugiej stronie. - Tim ma chyba powoli dosyć. Potem, jeśli chcesz, mogę zabrać go do domu, a ty zostaniesz tu z Lily.
- Na pewno? - spytała Ginny. - Ja mogę go zabrać do domu. - Wtedy jednak zobaczyła, jak chłopiec przysuwa się jeszcze bliżej Harry'ego. Uśmiechnęła się. - W porządku, to chyba dobry pomysł.
KONIEC
rozdziału czwartego
* "nie być (już) w Kansas" - nawiązanie do amerykańskiego filmu "Czarnoksiężnik z Oz", w którym główna bohaterka, przeniesiona z rodzinnego Kansas do krainy Oz, mówi do swojego psa: "Toto, mam wrażenie, że nie jesteśmy już w Kansas." (tłumaczenie cytatu na język polski za Wikipedią); słowa te znalazły się na czwartym (!) miejscu ogłoszonej w 2005 roku przez Amerykański Instytut Filmowy liście stu najlepszych cytatów z amerykańskich filmów
Bardzo dziękuję za komentarze, które pojawiły się pod poprzednim rozdziałem. Jednocześnie przypominam, że nie trzeba być zarejestrowanym, aby móc komentować teksty na tej stronie. Służy do tego poniższy przycisk Review this Story / Chapter - wystarczy na niego kliknąć, w wąskim pasku wpisać przezwisko, w dużym oknie komentarz i wcisnąć napis pod spodem. Komentarze są dla mnie bardzo ważne, ponieważ pozwalają mi poznać Czytelników i ich opinie na różne sprawy. Nie mówiąc już o przyjemności płynącej z ich czytania ;-).
