Hej, dziękuję za wszystkie komentarze!

Guest, oryginał ma 22 rozdziały, moje tłumaczenie będzie miało tyle samo :)

Uji, rozdziały pojawiają się w odstępach od dwóch do czterech tygodni, zawsze w niedziele i zazwyczaj wieczorem. Jeśli do 23:30 nic nie ma, to najprawdopodobniej się już nie pojawi. Mam nadzieję, że trochę pomogłam, chociaż nie podałam żadnej konkretnej daty – po prostu nigdy nie wiem, na kiedy się wyrobię z kolejnym rozdziałem ;)

Tony nie wrócił już do sali balowej po sprzeczce z Lokim, zamiast tego zdecydował się zaszyć z powrotem w swoim pokoju na resztę dnia i przemyśleć na spokojnie wszystko, co się wydarzyło. Wszystko, czego się dowiedział.

Lód, pomyślał, mocząc się w wannie, lód musiał być pewnego rodzaju mechanizmem obronnym. Aktywowanym przez silne negatywne emocje? Możliwe. Zdecydowanie była to reakcja nieświadoma, niekontrolowana. Tony swego czasu przyswoił sobie solidną porcję wiadomości z zakresu biologii i fizjologii, ale niebiescy, lodowi goście kompletnie wykraczali poza granice jego wiedzy. A żadne eksperymenty nie wchodziły w grę. Zresztą i tak nie miał do nich odpowiedniego sprzętu.

Wciąż to roztrząsał, kiedy drzwi do jego sypialni otworzyły się gwałtownie, uderzając o ścianę z głośnym łupnięciem.

– Tony? – zawołał głos kogoś bardzo znajomego i bardzo spiętego. – O, cholera, Nat, pewnie nie żyje. Wiedziałem, że powinienem był pójść z nim.

– Jeśli nie żyje, to jego własna idiotyczna wina za rzucenie się na szefa. – Głos Nataszy dobiegał z sypialni, gdzieś spod okolic okna. A podobno prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Cóż, nie płacz po mnie, kiedy odjadę, pomyślał kwaśno.

– Pogłoski o mojej śmierci są mocno przesadzone – poinformował ich Tony z wanny. – Chociaż kurewsko boli mnie kostka, przez co prawie żałuję tego stanu rzeczy.

Oboje wpadli do jego łazienki z takim samym brakiem poszanowania dla zasad obowiązujących w cywilizowanym społeczeństwie, więc jak najbardziej należało im się, kiedy zobaczyli go zanurzonego w wannie pełnej gorącej wody bez choćby ręcznika w strategicznym miejscu.

– Dobry wieczór? – rzucił. Clint i Natasza stali w milczeniu przed jego wanną. – Natasza, powiedz mi, że znasz się na pierwszej pomocy albo czymś w tym stylu. Mojej kostce przybyło ze cztery funty od obiadu.

Natasza odepchnęła Clinta z drogi biodrem, odgarnęła włosy z twarzy i podwinęła rękawy, po czym wyciągnęła łydkę Tony'ego z wody w ten sposób, że jego stopa zwisała znad krawędzi wanny. W ciągu ostatnich pięciu godzin zmieniła się z bolącej do sinej i opuchniętej.

– Muszę wyczuć kość – ostrzegła. Tony tylko kiwnął głową.

– Tak myślałem, że to powiesz. Tylko proszę, nie skrzywdź mnie bardziej. – Spojrzał w stronę Clinta z zamiarem poproszenia o coś, co odwróciłoby jego uwagę, ale zauważył, na co dokładnie się gapił. I z całą pewnością nie był to reaktor łukowy. – Barton, wyrazem powszechnie przyjętej grzeczności jest zerknięcie ukradkiem na mojego penisa, nie wpatrywanie się wyłącznie w niego.

– No co? Nie widziałem żadnego od wieków. – Clint podrapał się po pokrytym zarostem podbródku. – Nie no, widziałem mojego. Rzecz jasna. Och, zamknij się.

Tony miał właśnie rzucić jakimś żartem, ale zamiast tego syknął z bólu, kiedy ostrożne palce Nataszy zaczęły badać jego kości, poruszając stawem. Burczała przy tym pochmurnie na to, jak ograniczone ruchy była w stanie wykonać jego noga. Zanim skończyła, zdążył się spocić w wannie pełnej ciepłej wody i musiał się z powrotem zanurzyć, żeby poczuć się czystym.

– Nic nie złamałeś – powiedziała rześko, gdy się wynurzył. – Oszczędzaj jutro nogę. Clint, weź dla niego torbę lodu od Kucharza, kiedy wstaniesz jutro rano. – Jej zielone oczy przesunęły się po reaktorze łukowym. – Tu też masz niezłego siniaka.

– Wszystko w porządku – powiedział Tony z łatwością.

– Ma kształt dłoni.

– Nie inaczej.

Natasza spiorunowała go spojrzeniem. Tony w odpowiedzi tylko się uśmiechnął. Wiedział, że w środku dosłownie umierała z ciekawości, i cieszyła go każda sekunda.

Clint wpatrywał się w tego siniaka z wyrazem twarzy, który naprawdę pozbawił chwilę wszelkiej radosności. Drżała mu prawa ręka.

– Nie łapię tego – powiedział. – Jesteś tu jakieś dziesięć sekund. Ja dziesięć lat. Nawet dłużej. Ale zranił mnie, a nie ciebie.

Tony rozumiał i doskonale widział podobieństwa pomiędzy ich sytuacjami i to, jak różnie się skończyły. Upadek ze schodów, kontakt z szefem, ale jemu nic się nie stało, a Clint na stałe utracił pełną władzę w ręce.

– Miałeś rację – stwierdził po prostu. – Wydaje mi się, że on nie wie, jak to kontrolować. Złapałem go za rękę i wszystko było w porządku. Pięć minut później lód pokrył całą posadzkę. – Nie dodał, co bezpośrednio wywołało falę lodu. Jakoś nie sądził, żeby miało się to spodobać Clintowi. – Ale skoro mowa o twojej ręce, miałem kilka pomysłów na temat łuku.

Natasza rzuciła mu nieprzyjemne spojrzenie. Opiekuńcza wobec Bartona? Czy pełna poczucia winy? Clint tylko usadowił się na krawędzi wanny, nie zwracając uwagi na to, że jest ochlapana wodą.

– Co, do licha, masz na myśli?

– Możesz zgiąć rękę w łokciu i trzymać ją tak nieruchomo, nie? A gdybym tak stworzył dodatek podobny do rączki i zamontował go w łuku, przez co siła twojego chwytu nie byłaby aż tak istotna? Albo, cholera jasna, moglibyśmy zacząć od zera i zmienić docelową rękę. – Wzruszył ramionami, kiedy Clint na niego spojrzał. – Mnóstwo pomysłów, mnóstwo materiałów. Powiedz tylko słowo.

Clint z trudem przełknął ślinę i przytaknął z zaciśniętymi ustami.

– Tak – wykrztusił z siebie. – To byłby dobry pomysł.

– Ale jeśli napłaczesz mi do wody, zmienię zdanie na temat mojej oferty.

– Odpieprz się – odparł Clint, ale ze śmiechem. Tony wyszczerzył się do niego.

– Okej, ale serio, wynoście się z mojej łazienki. – Nie miał w sobie za wiele wstydu, ale siedzenie nago w pokoju z dwoma innymi osobami, z którymi nie sypiał, wiązało się z pewną dziwną niezręcznością.

– Jezu, w porządku. – Clint wyszedł w pośpiechu, klepiąc się po mokrym tyłku. Kiedy tylko zniknął za drzwiami, Natasza spojrzała na Tony'ego z imponująco uniesioną brwią.

– Łuk, hm? Wydawało mi się, że specjalizujesz się w innym rodzaju broni.

– Specjalizuję się w mnóstwie różnych rzeczy.

– Czy to elektromagnes?

– Tak. Czy jesteś szpiegiem?

– Nie ma tu nikogo, kogo można by szpiegować – odparła. – Nigdy wcześniej nie widziałam takiego rodzaju urządzenia. Co robi?

– Utrzymuje mnie w dobrym zdrowiu. Byłaś wcześniej szpiegiem?

– Co sprawia, że tak myślisz?

Tony podniósł się z wanny niezręcznie, kapiąc wodą na kafelki, póki Natasza nie kopnęła mu pod nogi wytartego ze starości ręcznika i nie wręczyła mu kolejnego. Wytarł twarz i włosy bardzo dokładnie, po czym odpowiedział:

– Zachowujesz się bardzo obronnie w stosunku do swojego nazwiska.

– I?

– Masz bliznę po garocie na szyi. Nigdy nie pozwalasz sobie na użycie rosyjskiego akcentu. Wiesz, jak zrobić „standardową pułapkę z olejem", jak to ładnie ujęłaś. Stąpasz tak cicho, że nie da się usłyszeć twoich kroków, chyba że tego chcesz. Rozpoznałaś mnie w pierwszej sekundzie i dokładnie wiedziałaś, co lubię jeść. – Tony uśmiechnął się do niej. – Jesteś cholernym rosyjskim szpiegiem.

Obserwowała go uważnie, gdy Tony wycierał się i zakładał biały podkoszulek i spodnie, głównie dlatego, że jakoś nie miał ochoty umierać nago, gdyby doszła do wniosku, że stanowi niepotrzebne ryzyko. Tony zezował na swoją zarośniętą kozią bródkę w lustrze, odgarniając mokre włosy z twarzy, kiedy odpowiedziała:

– Byłam szpiegiem – Jej głos był nieco mniej spięty, jej usta układały się w bardziej znajome im kształty, kiedy część amerykańskiej wymowy znikła ze słów, za to pojawiły się w nich rosyjskie dźwięki. – Dotarłam tu na współ martwa, uciekając przed twoim rządem. Moi zwierzchnicy uznali mnie za niebezpieczną i spalili moją przykrywkę, kgdy byłam na zleceniu w Waszyngtonie. Przyparcie mnie do muru zostawili twoim ludziom. Jechałam za szybko i przejechałam po desce nabitej gwoździami. Zjechałam po stromej stronie wzgórza. – Usta jej drgnęły. – Miałam połamaną połowę żeber i pełzłam na brzuchu, póki nie zauważyłam, że pada gęsty śnieg, chociaż jest wiosna. Od tamtej pory tu jestem.

Cóż, to z całą pewnością biło jego historię na głowę.

– Myślę, że czyni cię to najbardziej kozacką kobietą, jaką znam.

Natasza uśmiechnęła się, zanim zdołała się powstrzymać, czym zaskoczyła ich oboje. Na moment ten szorstko potraktowany przez życie sceptyk zniknął, zastąpiony przez kogoś, kogo Tony z pewnością chciałby poznać. Może w innym życiu, pomyślał ponuro.

Kiedy też zostawiła go w spokoju, Tony wygrzebał się z łazienki i spędził resztę wieczora, kuśtykając po pokoju przy pomocy pogrzebacza jako improwizowanej laski i próbując uporządkować swoje myśli. Zamek przyciągnął do siebie szpiega, inżyniera-łamane-na-wytwórcę-broni i łucznika. A w każdym razie przypuszczalnie łucznika, skoro Barton najwyraźniej definiował się tą jedną umiejętnością. Istniała w tym jakaś zależność? Ale nie, to Pepper trafiła tu pierwsza. Pepper była zawzięta i dokładna, ale też empatyczna i efektywna i nigdy nie przynależałaby do jakiejkolwiek grupy razem z ludźmi pokroju Nataszy. Cóż, poprawił się, był taki jeden moment w celi w wieży więziennej, kiedy zaczął się nieco martwić, że byłaby zdolna dokonać morderstwa, ale to tylko pojedynczy incydent. I to w łagodzących okolicznościach.

Przespał spokojnie całą noc, obudził się dopiero zaskoczony i z bólem w klatce piersiowej, kiedy Clint z wytrzeszczonymi oczami otworzył na oścież drzwi do jego.

– Przyniosłem ci lód – powiedział w ramach powitania, kładąc coś, co wyglądało jak stara paczka mąki, na jego stoliku nocnym. – Nigdy nie uwierzysz w to, co ci powiem.

Tony potarł oczy dłońmi, próbując się obudzić.

– Przyniosłeś mi śniadanie? – ziewnął.

– Później. Spróbuj jeszcze raz.

– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Wydaje mi się, że w chwili obecnej jestem jedynie w piętnastu procentach przytomny, jeśli naprawdę chcesz…

– To, co blokowało drzwi, zniknęło. – Cint opadł na brzeg łóżka z taką siłą, że aż kostka Tony'ego zabolała, ale prawie tego nie zauważył.

– Co?

– Ta. Nie wiem, co powiedziałeś szefowi, ale musiało zadziałać, bo jeszcze dzisiaj rano widziałem go przy drzwiach, opartego o ścianę. W środku jest duża sala balowa, Tony, musisz ją zobaczyć. Jest zakurzona i na wszystkim są pajęczyny i prześcieradła, ale jest olbrzymia. – Zawahał się, po czym wyrzucił z siebie: – Musimy ją uprzątnąć.

Tony z powrotem zagrzebał się w kołdrze ze zdegustowaniem, ignorując zapewnienia Clinta, że poczekają przynajmniej tak długo, żeby mógł normalnie chodzić. Ale w miękkiej ciemności łóżka Tony nie mógł się powstrzymać od pełnego tryumfu uśmiechu.

Wszystko zaczynało się robić bardziej interesujące.

Biuro Obadiaha Stane'a

– Nie mówię, że nie ma go gdzieś tam, daleko stąd. Chcę tylko powiedzieć, że szukaliśmy wszędzie. Nigdzie nie ma ani śladu Tony'ego, Pepper, a ja mam firmę, którą muszę się zajmować. Policja szuka…

– Policja nigdy go nie znajdzie. Zniknął w Kanionie Przesilenia, Obadiah, ale nie tam go przetrzymują.

Obadiah opadł na krzesło, marszcząc brwi. Pepper Potts nie była kobietą skłonną do przesady i poddawania się fantazjom i zniosła całą tę sytuację z Afganistanem wystarczająco dobrze. Biorąc to wszystko pod uwagę, powinna dawać sobie radę jeszcze lepiej z tym, co obecnie przechodzili. Ale zamiast wrócić do obowiązków życia codziennego i zostawić poszukiwania dorosłym mężczyznom, siedziała w jego biurze, wyglądając przy tym na bardziej wyczerpaną i zdeterminowaną niż kiedykolwiek wcześniej.

– Opowiedziałaś mi historię – powiedział łagodnie – i wysłuchałem cię. Wysłałem nawet zespół ochroniarzy w dzicz, żeby szukali śniegu. Ale prawda jest taka, że nie mogę działać bez dowodów i nie mogę wydawać pieniędzy firmy na poszukiwania kogoś, kto stracił kontrolę nad swoim życiem. – Podniósł uspakajająco rękę w odpowiedzi na jej protesty. – Wiem, wiem. Mówimy tu o Tonym, ale nawet ja muszę przyznać, że wrócił z Afganistanu inny. Zarząd jest podenerwowany, ceny akcji spadają, a klejnot w koronie naszej spółki zaginął bez śladu. Po raz kolejny. Nie mogę za wiele zrobić w tej sytuacji.

Pepper opuściła głowę. Ręce na jej kolanach pozostały idealnie złożone.

– Nie mogę tak po prostu go tam zostawić. Ja… widziałam pana tego zamku. Może robić rzeczy, w które nigdy wcześniej bym nie uwierzyła, a Tony potrafi znaleźć czyjeś słabe punkty i przeciągać strunę jak nikt inny. – Podniosła głowę, patrząc mu prosto w oczy. Jej własne błyszczały od łez. Pepper Potts, wytrawna profesjonalistka. Pepper, która nigdy nie pozwalała na to, żeby emocje wzięły nad nią górę.

Obadiah powstrzymał westchnięcie. Miał wrażenie, że to jakaś pułapka.

– W porządku, w porządku. Powiedzmy, że wierzę w całą tę gadkę o znikającym zamku i lodowym potworze. Powiedzmy, że to wszystko prawda. Wyjaśnij mi to jeszcze raz, krok po kroku.

Pepper uśmiechnęła się olśniewająco. Mniej więcej wtedy Obadiah zauważył gruby plik papierów, który trzymała w zaciśniętych rękach.

– Cóż, zajęłam się już wyjaśnieniem tego w szczegółach w trzydziestostronicowej analizie, podzielonej na lokacje geograficzne, w których zamek się pojawiał, to, co wiem o ludziach w nim przetrzymywanych i postaci nazywanej przez nich „szefem", co do której podejrzewam, że jest jakimś nowym gatunkiem człowieka. Albo bardzo starym. – Podała mu spięte dokumenty, wstając, żeby pochylić się nad brzegiem biurka. – Postawiłam również hipotezę na temat tego, kto uzyskuje dostęp do terenu zamku i dlaczego. Wszystko to jest niemożliwie niedopracowane, ale uważam, że może nam pomóc. Współpracując z JARVISem, udało mi się stworzyć szkice pozostałych więźniów…

Obadiah poczuł zbliżającą się migrenę.

– A jak długo byłaś tam przetrzymywana?

Pepper zamrugała.

– Około siedmiu godzin.

– Jesteś absolutnie wyjątkowa, wiesz o tym?

Obadiah przejrzał dokumenty, które mu podała. Analiza była wszechstronna, jasne, ale jej fizyczna forma sugerowała o wiele więcej, niż wcześniej pozwalał sobie przypuszczać. Czy Pepper i Tony przypadkiem trafili na coś wielkiego? Tajną bazę? Eksperymenty na ludziach? Bóg jeden wie, czym rząd zajmował się w swoich tajnych kącikach i szczelinach – szczególnie ci ludzie ze Strategicznego czegoś, jak się to tam nazywało, którzy węszyli niedawno wokół firmy – ale nie wyglądało to na coś, w czym maczaliby swoje biurokratyczne palce. Tak czy siak była to tylko jedna więcej rzecz, z którą należało walczyć. Obadiah Stane nie lubił, kiedy coś stawało na drodze jego firmie i dobrym zyskom.

Poza tym prototyp Iron Mongera zapowiadał się całkiem nieźle. Potrzebował tylko serca.

Być może kiedy już otrzyma serce, przydałaby mu się też forteca ukryta przed niepożądanymi oczami i lodowy potwór, który by jej bronił.

– W porządku, Pepper. Zrobię, co tylko będzie w mojej mocy w tej sprawie. Sprowadźmy naszego chłopca z powrotem do domu.

Zamek Zlodowaciałego Serca

To był głupi pomysł. To zdecydowanie był głupi pomysł.

Cóż, nie do końca, racjonalizował sobie Tony, jego pomysły nigdy nie były całkowicie głupie. Ale ten był zdecydowanie ryzykowny i jak na razie jego doświadczenia z Lokim Nieprzyjaznym Lodowym Duszkiem bywały bardzo różne, żeby nie powiedzieć dosadniej.

Clint już mu powiedział, że jest idiotą. Natasza zagroziła, że złamie mu nogę z troski o jego życie. Jako że rzeczonej nodze trzy tygodnie zajął powrót do stanu względnej używalności, groźba sprawiła, że pobieżnie przemyślał wszystko, ale ostatecznie spędził te trzy tygodnie zastanawiając się, gdzie, u licha ciężkiego, podział się Loki. Kiedy Tony widział go po raz ostatni, facet miał obficie krwawiącą ranę głowy i groził, że załatwi go jeszcze ładniej, jeśli Tony kiedykolwiek zbliży się do niego po raz kolejny.

Trzy na trzy osoby. Nikt nie sądził, że powinien złożyć Lokiemu kolejną wizytę. Cholera, nawet jego własny zdrowy rozsądek groził mu palcem.

Ale doprowadzało go to do szaleństwa.

Clint powiedział z doświadczeniem idącym ze spędzenia piętnastu lat w zamku, że szef jest w zachodnim skrzydle, najprawdopodobniej unikając w ten sposób wszystkich, tak jak kiedy poprzednio skrzywdził członka domostwa. Tony'emu podobał się szczególnie sposób, w jaki to ujął – słowo „więzień" byłoby zdecydowanie bardziej pasujące do sytuacji. Ale niewinne kłamstwa Clinta powtarzane samemu sobie mogły być jedną z niewielu rzeczy, które utrzymywały go przy zdrowych zmysłach w ciągu tych piętnastu lat. Dwunastu, jeśli nie liczyć czasu od przybycia Nataszy, ale Tony nie miał pojęcia, w jaki sposób mogła mieć pozytywny wpływ na czyjekolwiek zdrowie psychiczne. Chili w wódce, które mu kiedyś sprezentowała, parzyło go w język przez całe dni.

Szczerze mówiąc, zaczynał się czuć samotnie. Tony był przykuty do swojego piętra przez kilka ostatnich tygodni po tym, jak kostka mu spuchła i odmówiła współpracy w kwestii wciśnięcia się do jakiegokolwiek buta, a co dopiero odnośnie wsparcia go w zejściu po schodach. Clint i Natasza na zmianę przynosili mu jedzenie, nawet po tym, jak zaczął błagać ich, żeby znieśli go do refektarza, gdzie mógłby dożyć kresu swoich kalekich dni w łatwym dostępie do wódy i nasyconych tłuszczów, chociaż nie łazienki. Zostawili go w jego pokoju, a siebie nawzajem w spokoju. Tony zgadł to ostatnie na podstawie smętnego wyrazu twarzy Clinta i to, że nie zmienił się on za bardzo nawet wtedy, kiedy razem wysilali głowy nad nowym prototypem łuku, który działałby dobrze mimo jego znacząco osłabionej prawej ręki. Nie mieli jeszcze żadnych materiałów, ale był to jakiś początek.

Teraz, jako że kostka Tony'ego miała się już zdecydowanie lepiej, tajemnica nieobecności Lokiego nie dawała mu spokoju. Był, na dobre i na złe, nim zainteresowany. Bał się go? Jasne. To był czysty instynkt przetrwania. Ale to, skąd się tu wziął, jego umiejętności, jego niemożliwa wytrzymałość… Tony musiał wiedzieć. Jednak kiedy wszystkim, co miał, była ciemnoniebieska krew sącząca się po twarzy i kilka znacząco niepasujących do całości charakteru pokazów kontaktu fizycznego, Tony mógł się tylko zastanawiać. Czy Loki mógł poddać się w walce z krytyczną raną głowy? Bo jeśli był martwy, być może mieli szansę się stąd wydostać.

Jeśli nie, cóż… tu właśnie pomysł wejścia do zachodniego skrzydła stawał się cholernie ryzykowny.

Tak więc Tony z determinacją w sercu i mdłościami w żołądku stał przy wejściu, zastanawiając się, czy starczy mu odwagi na postawienie stopy w jednym, jedynym miejscu, do którego wstęp został mu jednoznacznie zakazany. Ale jeśli Loki był ranny – a serio, ten upadek powinien był zabić ich obu – Tony miałby przynajmniej wymówkę, gdyby został złapany na gorącym uczynku. Zmartwienie i ciekawość. To wszystko. Nic w złej wierze. Nic, czym zasłużyłby sobie na wrzucenie do celi na wieży na zawsze. Prawda?

Biorąc szybki, pokrzepiający oddech, Tony spojrzał w górę schodów.

Było późne popołudnie, ale klatka schodowa niemal zupełnie nie miała źródeł światła, a kiedy zaczął się wspinać, poczuł zapach kurzu i wilgoci w powietrzu. Ściany znaczyły ślady po pazurach, długie, głębokie i wygięte. Trzeba było być silnym, żeby zostawić takie znaki tylko przy użyciu pazurów. Nerwowość zagnieździła się gdzieś nisko w brzuchu Tony'ego, ale dalej szedł w górę, zastanawiając się, czy dobrze byłoby teraz wykrzyknąć swoje cele. Z całą pewnością narobiłby wystarczająco dużo hałasu, żeby zostać zauważonym. Nie próbował się wśliznąć do środka, nie – zmartwieni więźniowie nie mieli powodu próbować się wśliznąć. A Tony przecież tylko zamierzał upewnić się, czy ich wielki niebieski zamkowy potwór był w śpiączce po roztrzaskaniu sobie czaszki o marmur, a potem podniesieniu nieludzko ciężkich drzwi sali balowej, kiedy wciąż sikał krwią. Całkowicie uzasadniony powód.

Musiał tylko przekonać samego siebie, że to prawda.

Dotarcie do szczytu schodów zestresowało go do tego stopnia, że prawie zawrócił po raz kolejny. Tony naprawdę nie sądził, że uda mu się zajść tak daleko bez zostania zauważonym. Czy Loki spał? Nie żył? A może na serio był ranny?

Klatka schodowa przechodziła w średniego rozmiaru korytarz z drzwiami zniszczonymi w różnym stopniu. Było w sumie sześć pokoi, po trzy po każdej stronie, a korytarz kończył się małą wnęką z pokrytym brudem parapetem okiennym, z którego oderwała się połowa ocieplenia. Zniszczona niebieska zasłona zwisająca w strzępach próbowała to zakryć. Okno było całe czarne od czegoś, co wyglądało jak sadza.

– Taka tu miła, przyjacielska atmosfera – mruknął Tony. – Naprawdę przytulnie.

Było też zimno. Nie do tego stopnia, żeby temperatura spadła poniżej zera, ale… czyżby skądś wiało? Nie było to jak chłód promieniujący od Lokiego, który czuło się, stojąc obok niego, ale zdecydowanie dało się odczuć spadek temperatury. Tony wyprostował rękawy koszuli, które wcześniej podciągnął do łokci, po czym skrzywił się z powodu stanu mankietów i braku spinek, ale po chwili wahania i tak zapiął je na guziki. Styl ostatnio zszedł na drugi plan.

Nie słyszał żadnych kroków. Tony ostrożnie wszedł do zachodniego skrzydła.

Jednej rzeczy był pewien: Loki by go nie zranił, gdyby został tu przyłapany. Co stanowiło spore pocieszenie. Loki był kompletnie przeciwny samej idei zadawania fizycznych ran i przemocy – nie żeby dokładnie rzecz biorąc potrzebował jednego czy drugiego do osiągnięcia swoich celów, ale wyraz jego twarzy na klatce schodowej, kiedy Tony prowokował go, żeby go puścił, kiedy próbował pomóc po tym, jak reaktor łukowy prawie zmiażdżył mu tchawicę – to był prawdziwy strach. Ale strach przed czym?

Tony przechodził powoli wzdłuż korytarza, nasłuchując, ale nie słyszał nic poza własnym ostrożnym oddechem, więc mięśnie barków nieco mu się rozluźniły. Może nikogo nie…

Coś zaskrzypiało w pokoju po jego lewej.

Krok.

Nie było czasu na myślenie ani odwrót. Tony złapał pełen paniki oddech, po czym pobiegł na koniec korytarza, wskoczył na parapet i zaciągnął dookoła siebie zasłonę, żeby osłonić się przed spojrzeniem Lokiego.

Kurwa, kurwa, kurwa, pomyślał nieprzytomnie, zaciskając zęby i opuszczając głowę. Nie wiedział, jaki procent jego ciała jest widoczny przez materiał podartej zasłony, ale gdyby się poruszył, istniała spora szansa, że Loki by go usłyszał. Koleś musiał mieć zadziwiająco rozwinięte zmysły, biorąc pod uwagę jego pozostałe umiejętności, ale gdyby Tony się nie ruszał i nie odzywał, i… Loki nie miał termowizji, prawda? Bo jeśli tak, to Tony mógł równie dobrze pożegnać się z okrutnym światem już w tej chwili. Próbując nie oddychać i czując nagłą, naglącą potrzebę pójścia do łazienki, zastygł w bezruchu, kiedy drzwi na korytarz otworzyły się z cichym skrzypieniem.

Przez chwilę, chyba najdłuższą w jego życiu, panowała nieprzerwana cisza. Tony miał w głowie wizje siebie samego rozsuwającego zasłony tylko po to, żeby odkryć, że stoi twarzą w twarz z szefem. A potem jest wyrzucony przez okno i spada dwie kondygnacje w dół w stronę swojej rychłej śmierci. Czerwony śnieg. Lodowa poduszeczka do igieł. Nie, przypomniał sobie z siłą, kiedy kropelka zimnego potu spłynęła mu powoli po plecach, Loki by go nie zranił. Zrobił coś innego, być może, ale nie to. Być może. Miejmy nadzieję.

Znowu usłyszał dźwięki kroków, tym razem ciężkich i pewnych – i oddalających się w stronę klatki schodowej. Z dala od Tony'ego. Liczył każdy cichnący krok, póki w korytarzu nie zapanowała na powrót cisza, po czym odczekał jeszcze pełną minutę, zanim nie zrobił skrzypiącego kroku od parapetu i nie wyjrzał za brzeg zasłon.

Pusto.

Bogu dzięki.

Wizja rodem z horroru zaczęła powoli znikać z jego wyobraźni i tylko moment zajęło mu zorientowanie się, że ma całkiem nową okazję pomyszkować po zachodnim skrzydle podczas nieobecności Lokiego. Może znalazłby kilka odpowiedzi na swoje pytania w tamtym pokoju? Loki nie wyglądał jak ktoś, kto zamyka drzwi na klucz, pewnie był zbyt pewien siebie i przekonany, że wszyscy są za bardzo cholernie przerażeni, żeby zrobić coś, co by mu się nie spodobało. A jednak Tony nigdy nie pozwolił odrobinie strachu na stanięcie na drodze postępowi.

Drzwi były otwarte na oścież, co dało mu dostatecznie dużo miejsca, żeby wśliznąć się do środka, powodując minimalną ilość hałasu. Kiedy tylko Tony upewnił się, że na korytarzu wciąż panuje cisza, obrócił się i stanął twarzą w twarz z prywatnymi pokojami pana i najdłuższego więźnia Zamku Zlodowaciałego Serca.

Gdyby miał wcześniej więcej czasu, żeby zastanowić się nad swoim planem, być może miałby jakieś pojęcie, czego się spodziewać wewnątrz zachodniego skrzydła. Serio, stan korytarza mógł być jakąś wskazówką w tej kwestii, ale wciąż nie przygotował go na zniszczenia i uszkodzenia, na które trafił.

Całe pomieszczenie zostało praktycznie rozdarte na strzępy. Było ciemne i zimne, bez ognia ani żadnego lichtarza w zasięgu wzroku. Każdy mebel został rozwalony na części z drewna i wygiętego metalu. Żółtawe kanapy stały w kątach, a ich pluszowe wnętrza i płaty obicia zaśmiecały kamienną posadzkę. Krzesła w kawałkach porozrzucane po całym pokoju. Dywany podarte, podeptane i odrzucone na bok, na korzyść nudnego szarego kamienia. Zasłony wisiały w smętnych strzępach, a część została po prostu zerwana i rzucona gdzieś razem z dywanami. Kominek zajmował pół długości ściany i był pełen czegoś, co wyglądało jak zwinięty w kulki pergamin i stłuczone szkło.

Kiedy Tony zapuścił się w głąb pokoju, poczuł zapach śniegu i wilgoci, który dochodził do środka z balkonu, pozbawionego drzwi. Połowa kamienia otaczającego ich obramowanie wyglądała, jakby ktoś ją oderwał i odrzucił, pozostawiając w pokoju dziurę, przez którą najprawdopodobniej śnieg dostał się do środka razem z całym swoim mrożącym ciężarem.

Powstrzymując oddech z fascynacją i odrobiną strachu wywołaną koszmarnym stanem pokoju, Tony obrócił się ostrożnie dookoła własnej osi, żeby dokładniej się rozejrzeć. Pod jedną ze ścian spoczywało łóżko pozbawione nóg. Pokrywała je tak gruba warstwa kurzu, że widać było, że nikt go od dawna nie używał. Czy sen był czymś, czego Loki nie potrzebował, czy też facet miał coś przeciw łóżkom? Biorąc pod uwagę stan pokoju, można było odnieść wrażenie, że próbował pozbawić samego siebie wszystkiego, co uważał za najzwyczajniejszy w świecie komfort.

Tony się obrócił i wreszcie to zauważył: wielki i wyblakły złoty fotel, który ktoś przesunął jak najdalej się dało od otwartego balkonu. Pewnie niezły był z niego widok na las na zewnątrz, kiedy jeszcze stało na lodowatym chłodzie. Obok fotela znajdował się mały drewniany stolik, który jakimś cudem wyglądał na nietknięty mimo otaczającego go chaosu. To, co na nim stało, było okryte prześcieradłem. Było okrągłe, prawdopodobnie wielkości hełmu pierwszego prototypu zbroi Tony'ego.

Tony zatrzymał się chwilę nad tą myślą. Pierwszego prototypu – to było śmieszne. Nigdy nie zrobi przecież drugiego prototypu. Ale tajemnicza rzecz na stoliku tak czy siak go ciekawiła i podkradł się do niej w gasnącym świetle popołudnia, zerkając co chwila na korytarz. Ostatnią rzeczą, którą chciałby teraz zrobić, byłoby potknięcie się o mebel i uświadomienie szefa, że węszył w jego pokojach. I właśnie ta ostrożna koncentracja sprawiła, że był kompletnie nieprzygotowany na oskarżające „kraaaaaaaaa" i odgłos trzepotu skrzydeł na balkonie.

Jego stary kumpel, kruk, zdecydował znowu go odwiedzić. Złote oczy ptaka błyszczały, kiedy rozłożył skrzydła wzdłuż balustrady, gwałtownie zniżając głowę. Wyglądało to prawie jak parodia ukłonu. Mały dupek.

– Odpierdol się – wysyczał Tony, machając na niego ręką. – Jeśli mnie wsypiesz, będę dzisiaj spał z rybami. – Ptak, będąc ptakiem, a więc istotą kompletnie pozbawioną użytku, nasrał na balkon i zrobił dwa kroki w stronę Tony'ego. Genialnie. – Jesteś jego zwierzaczkiem? O to tu chodzi? Pilnujesz jego zamku, kiedy szef idzie na przebieżkę?

Kruk zaczął prostować sobie pióra.

– Wezmę to za „nie". – Tony na chwilę odwrócił się do ptaka tyłem, powoli podchodząc do stolika. Wyglądało na to, że… Że coś się świeciło delikatnie pod prześcieradłem? Tony nie był pewien, czy jego naukowy mózg byłby w stanie znieść widok prawdziwej, widocznej gołym okiem magii w zasięgu jego ramion. Ale to, co tam stało, wyglądało na ważne. Musiało być, skoro było jedyną wciąż niepołamaną rzeczą w całym tym pokoju. A wskazówka była wskazówką. Musiał wiedzieć.

Wstrzymując oddech, Tony odrzucił prześcieradło i odskoczył do tyłu w tym samym momencie, zasłaniając się ramieniem jak tarczą. Ale nic się nie wydarzyło, nic się nie poruszyło. Nawet kruk wydawał się niechętny do zakłócenia jego spokoju w tej chwili.

Na stoliku znajdowało się jabłko.

Złote jabłko. Emitowało delikatną poświatę i wisiało w środku słoika jak w jakieś niewidzialnej zawiesinie, jakby pływało w swoim własnym polu grawitacyjnym. Było piękne i…

I gniło. Z jednej strony było zapadnięte i zeschnięte, a jego skórka wyglądała na miękką i matową. Jakkolwiek by tego nie nazwać, nie był to normalny proces rozkładu. Nic w przyrodzie nie gniło połówkami. Druga połówka jabłka była zdrowo zbita i promieniowała złotą poświatą.

– To niesamowite – wyszeptał. Podniesienie pokrywki znad jabłka nie zajęło mu nawet chwili. Wcale się nie zachwiało. Jakim cudem wciąż się unosiło? Jeśli mógłby podporządkować sobie taki rodzaj nauki albo przetłumaczyć to na coś, na czym mógłby wzorować prototyp, cholera jasna. Mógłby zmienić świat.

Wiedział, że nie powinien, że to nie było bezpieczne i mogło się skończyć na tym, że zacznie świecić w nocy, ale musiał. Tony musiał go dotknąć. Wyciągnął trzęsącą się rękę i dotknął delikatnie opuszkiem palca gładkiej strony jabłka.

Na chwilę przestał widzieć. Świat krwawił wręcz złotem i zielenią, i zimnem

CO UCZYNIŁEŚ?

Coś złapało go za tył koszuli, odciągając go od jabłka z taką siłą, że aż wyrwało mu guzik. Tony wciąż chwiał się z powodu wizji, zaczął cofać się, próbując odzyskać równowagę, zanim upadł. Zimny kamień wbił mu się w plecy – była to tylko ściana, ale i tak przez chwilę nie mógł oddychać. Tony z trudem nabrał powietrza w płuca, dochodząc do wniosku tu i teraz, że ma już zdecydowanie po dziurki w nosie niedoboru tlenu.

Loki klęczał obok stolika, obejmując wiszące w powietrzu jabłko trzęsącymi się niebieskimi rękoma. Nawet go nie dotykał; tylko wpatrywał się w nie z przerażeniem i obawą. Łzy zaczęły gromadzić się w jego czerwonych oczach. Do Tony'ego dotarło, że to, co widział, to nie było tylko jabłko. To było coś więcej.

– Zgnilizna dotarła tak daleko – wyszeptał Loki, a w jego głosie dało się słyszeć coś dziwnego, coś jak wstyd. Jak stratę. – Próbowałem. Zrobiłem wszystko, co miałem… – Odsunął się od jabłka, jakby jakimś cudem stanowił dla niego zagrożenie i spojrzał w dół, na swoje opatrzone pazurami dłonie. – Ta iluzja wolności. I nadziei. Na nic. – Niebieskie wargi uniosły się w warknięciu pełnym ostrych zębów. – Na nic!

Temperatura w pokoju gwałtownie spadała. Dookoła zgarbionej sylwetki Lokiego zaczął rozchodzić się trzeszczący krąg lodu. Wewnątrz niego pojawiły się stalagmity, wystające jak lodowe włócznie w jakiejś starożytnej pułapce. Tony niezdarnie spróbował dotrzeć do drzwi, ale głowa Lokiego odwróciła się gwałtownie, kiedy dostrzegł ruch w pokoju, a jego oczy spojrzały na niego gniewnie. W kiepskim oświetleniu wyglądał jak cień szczerzący białe zęby, o oczach czerwonych jak krew.

– Długo zastanawiałem się nad znaczeniem jego słów. Długo ufałem jego mądrości. – Loki niepewnie podniósł się na nogi, niezręcznie łapiąc równowagę. Tony zobaczył, że z jego nóg opadają płaty lodu. Zbyt dużo lodu, na tyle dużo, że zaczął tworzyć warstwy na jego ciele, mimo że rozprzestrzeniał się po podłodze i ścianach jak trzeszczący, chłodny dywan wściekłości, zmierzając prosto w stronę Tony'ego. – Długo opiekowałem się czmychającym na mój widok robactwem, które roi się w mojej klatce… – Wiatr zawył i zagwizdał za nim. Do komnaty w podmuchu wpadł śnieg. Loki wyciągnął w jego kierunku rękę i nagle jego ramię, pokryte warstwą lodu, zmieniło się w okrutnie wyglądające lodowe ostrze. Tony zaczął panikować, patrząc, jak Loki walczy ze swoją własną mocą, a jego wściekłość i cierpienie powiększają się. Pokój zaczął zmieniać się w komnatę z lodu, który pokrywał wszystko w zasięgu wzroku.

Loki stracił kontrolę nad swoją mocą. Był zbyt wściekły. A jeśli był wściekły na Tony'ego…

– Nie powinienem był tutaj wchodzić, wiem, że nie powinno mnie tutaj być – zaczął mówić Tony, starając się brzmieć spokojnie. – I bardzo mi przykro, że nie dotrzymałem słowa, ale nie rób tego…

Nie będziesz mi rozkazywał, człowieczku! – Tony krzyknął i zanurkował w bok, kiedy lodowe zgrubienia wystrzeliły ze ściany, o którą do tej pory się opierał. Loki szedł w jego kierunku z wyciągniętą wolną dłonią. Lód zaczął otaczać jego nogi, próbując zatrzymać go w jednym miejscu. Loki dyszał z trudem, a jego oddech przechodził w parę, gdy przebijał się przez padający między nimi śnieg. Cały pokój wyglądał, jakby wyrzeźbiono go z lodu. – O wiele zbyt długo byłem wyrozumiały dla twojego gatunku.

Loki wydostał swoje nogi z objęć lodu z chrupnięciem i szedł w jego stronę w sposób, który krzyczał wręcz, że szef jest zbyt pochłonięty swoimi morderczymi instynktami, żeby jakiekolwiek słowa mogły do niego dotrzeć. Lód próbował pokryć połowę jego ciała; co mógłby zrobić z Tonym?

Tony nie był w stanie myśleć ani oddychać. Nie widział niczego poza sterczącymi wygiętymi rogami i lodowym mieczem, który Loki zrobił ze swojego ramienia. Jego pazury były na tyle ostre, że mogły przeciąć drewno, i był na tyle silny, że mógł podnosić głazy. W jego oczach nie widać było niczego poza zranioną wściekłością.

Tony wiedział, że zaraz umrze.

Ale nawet w tym momencie, z całą tą świadomością, wiedział też, że nie da się zabić bez walki.

Złapał nogę jakiegoś krzesła pokrytą grubą warstwą lodu i rzucił nią tak mocno, jak był w stanie. Ale nie w Lokiego – w jabłko pozostawione bez opieki na stole za nim. Po czym zwiał bez patrzenia za siebie, a wściekły ryk drapieżnika pozbawionego ofiary deptał mu po piętach.

Nie miał się gdzie schować w zamku. Wiedział, że w każdym pokoju, na każdym piętrze i pod każdym kamieniem Loki by go znalazł i rozerwał na strzępy za to, co Tony właśnie zrobił. Szef był po prostu zbyt silny, zbyt szybki – ale było coś o większej mocy niż on sam.

Sama magia więzienia.

Może i Tony zmierzał w kierunku swojej śmierci, ale przynajmniej umrze w towarzystwie.

Kostka go zabolała, kiedy skoczył ze schodów, a płuca piekły go przy każdym wdechu, gdy biegiem przemierzał korytarze. Nigdzie nie mógł dostrzec Nataszy ani Clinta. Dobrze. Gdzieś za Tonym coś gwałtownie się rozbiło. Loki. Jezu, facet był szybki.

Główne drzwi zamajaczyły w oddali przed Tonym. Prawie zupełnie się nie zawahał, zanim pchnął je na oścież i wybiegł wprost w burzę śnieżną. Most zwodzony wciąż był opuszczony, zupełnie tak jak wtedy, kiedy przybył do zamku. Wrota, musiał tylko dotrzeć do wrót.

Ciemny kształt przeciął powietrze, kupka opierzonych skrzydeł nad głową, nic więcej. Tony'emu ledwo udało się dosłyszeć jazgot kruka nad skrzypieniem metalu. Wrota otwarły się przed nim łatwo, jakby chciały mu pomóc w ucieczce przed Lokim.

Tony prześliznął się przez nie, po czym wbiegł do lasu.

Prawie zupełnie nie miał widoczności. Wszystko było białe i zimne tym rodzajem chłodu, który przenikał do szpiku kości i bolał jak stąpanie na ostrzach noży przy każdym podmuchu wiatru. Burza zmieniała się powoli w prawdziwą śnieżycę i Tony wiedział, że jeśli nie znajdzie szybko jakiegoś schronienia, umrze prędzej niż później. Próbując wykopać się z głębokiego do łydek śniegu, starał się też znaleźć ścieżkę. Jedną rękę przyciskał do niemożliwie zimnego reaktora łukowego, starając się go ogrzać, a drugą osłaniał twarz przed dmącym wiatrem i w ten sposób z trudem dotarł do linii drzew, modląc się, żeby te upiornie długie gałęzie zatrzymały choć część śniegu.

Tony nie był pewien, jak daleko zaszedł, zanim musiał się zatrzymać. Nie było żadnej ścieżki, żadnych znaków, tylko drzewa, śnieg i zapadający mrok. Wiedział tylko tyle, że jego palce nie chciały się normalnie ruszać, a jego stopy zmieniły się w sople lodu. Ale hipotermia była i tak lepsza niż to, co szef zamierzał mu zrobić. Nawet jeśli miał umrzeć, przynajmniej walczył. Czy coś w tym stylu. Ucieczka była pewnym rodzajem walki, był tego pewien.

Oparł się o pokryty śniegiem pień drzewa i opadł na ziemię, zwijając się w kłębek. Ściemniało się coraz szybciej. Noc oznaczała większe zimno. I prawdopodobnie także śmierć.

– M-m-m-m-mogło być gorzej – powiedział do samego siebie i zamarzniętych drzew. – M-mogłem umrzeć na pustyni.

I wtedy pierwszy wilk zaczął wyć.