Miło, że jednak ktoś to czyta:) A więc następny rozdział: Wakacje


Letnie promienie słoneczne grzały asfalt ulic Nowego Orleanu, ale czteroletni Leo Valdez był ledwo dotknięty przez ciepło. Chichocząc, pobiegł przed matką; jego małe rozmiary pozwlały mu na przemieszczanie się pomiędzy przechodniami.

- Ostroźnie mijo! - śmiała się za nim - Nie wybiegnij za daleko!
Wyciągnął głowę i uśmiechnął się do niej, a potem pobiegł w ciemną, boczną uliczkę.
I nagle się zatrzymał.
Przed nim wyłonił się stary budynek za okrutną żelazną bramą. Budynek był zniszczony, okna zabite deskami, dach pełen dziur. Drzewa w małym podwórzu były pokryte hiszpańskim mchem patrzącym na niego z osadzoną kupą upiornego śluzu.
Leo cofnął się przed nimi, oddychał ciężko po biegu.
Ktoś złapał go od tyłu. Krzyknął w przerażeniu zanim zorientował się, że była to jego matka.
Uśmiechnął się do niej głupkowato.
- Oh, Leo. Co ja mam z tobą zrobić? - powiedziała czule, kiedy podniosła go i zaniosła z powrotem na główną ulicę.
Patrząc do tyłu przez jej ramię, Leo zdołał dostrzec drewniany znak na żelaznej bramie. Napis był popękany i złuszczony, ale nadal czytelny.
To były jedne z tych wakacji, które Leo zapamiętał tylko dzięki słońcu, szczęśliwemu czasu spędzonemu z matką. Nigdy nie pamiętał cieniu w bocznej uliczce, strasznego budynku albo znaku, który oznajmiał:
Akademia Świętej Agnieszki dla Kolorowych i Indian.