Było już późno, gdy przekroczyłam próg Nory. Wcześniej nie śpieszyło mi się do wyjścia z pracy. Po podróży w czasie wolałam posiedzieć za zamkniętymi drzwiami gabinetu i na parę godzin odpocząć od tego, co związane było z przeklętymi Ministerstwem, Kingsleyem, Malfoyem, Hogwartem, Zmieniaczem Czasu, właściwie od wszystkiego. Piłam herbatę, czytałam książkę i siedziałam na swoim niewygodnym fotelu, mimo że mogłam iść do domu i spędzić ten czas z Weasleyami. Jakoś nie miałam serca okłamywać ich, że cały dzień spędziłam przy papierkowej robocie. Nie mogłam spojrzeć w oczy Harry'ego, tak podobne kolorem do tęczówek jego matki. Nie byłam w stanie dotknąć Rona dłonią, którą wcześniej uścisnęli Malfoy i Remus. To wszystko ponad moje siły.
Jak najciszej potrafiłam, wspięłam się po skrzypiących schodach. W łazience wzięłam szybki prysznic, zmieniłam ubrania na piżamę i udałam się do pokoju mojego narzeczonego. Położyłam się do łóżka i kiedy byłam gotowa zamknąć oczy, uprzytomniłam sobie, że wchodząc, nie usłyszałam chrapania.
-Późno wróciłaś - powiedział Ron.
Po jego głosie wyczułam, że go nie obudziłam. Czekał na mnie. Ta myśl wywołała wyrzuty sumienia. Podczas gdy odpoczywałam od otaczającego mnie świata, ktoś najwyraźniej przejął się moją nieobecnością.
-Zostałam zawalona pracą, nie udało mi się wcześniej wyrwać. Przepraszam. - Ja, Hermiona Granger, okłamywałam jednego z najważniejszych osób w moim życiu. Co się ze mną dzieje? - Lepiej opowiedz, jak minął twój dzień. Mam nadzieję, że był lepszy niż mój.
Chociaż w tej kwestii mówiłam prawdę. Mój dzień nie należał do najlepszych. Ha, był jednym z najgorszych.
-Nie było tak źle. Kingsley nie przyszedł dzisiaj do pracy, podobno złapało go przeziębienie. Nie miałem okazji wypytać go o przyczyny naszego wcześniejszego zwolnienia. - Prawie się zaśmiałam, gdy usłyszałam o udawanej chorobie. - Nie rozmawiajmy o pracy.
Ron przybliżył się do mnie, po czym musnął dłonią mój policzek. Zadrżałam. Jego ręka była w dotyku trochę szorstka, całkowite przeciwieństwo idealnie gładkich dłoni Malfoya. Kiedy przysunął usta do mojego ucha i ugryzł jego płatek, przeszedł mnie dreszcz. Poczułam się jeszcze gorzej niż przedtem, gdy uzmysłowiłam sobie, że moje reakcje na jego gesty wcale nie wynikają z pożądania. Ja po prostu tego nie chciałam.
-Masz rację, nie rozmawiajmy. Jestem bardzo zmęczona, śpij dobrze.
Na jednym wydechu wydusiłam te słowa. Odwróciłam się na drugi bok i zamknęłam oczy. Poczułam, jak oddech Rona oddala się od mojego ucha. Nie odpowiedział. Usłyszałam jedynie, jak lekko się odsuwa i z cichym westchnieniem zakrywa ciało kołdrą. Po paru minutach, które były dla mnie istną katorgą, dobiegło mnie zza pleców głośne chrapanie.
W gabinecie Malfoya pojawiłam się kilkanaście minut przed wyznaczoną godziną. Jako że przenoszenie się w przeszłość, obojętnie na jak długo, nie miało nic wspólnego z upływem czasu w teraźniejszości, żywiłam nadzieję, że uda mi się wyjść chwilę później i sprawa będzie załatwiona przed szesnastą. Potem mogę wrócić do domu, spędzić ten czas z Ronem, poudawać, że wszystko jest dobrze...
Otworzyłam drzwi i aż zdziwiła mnie moja brutalność, jakby to klamka była winna sytuacji, w jakiej się znajduję. Prawdziwego winowajcę ujrzałam w dość niecodziennej sytuacji. Wychylił głowę znad biurka, w okolicach którego słyszałam damski głos. Blada dotąd twarz Malfoya teraz przybrała barwę różu. Jego towarzyszka wstała i, gdy w końcu jej wzrok padł na mnie, momentalnie zbladła. Szybko zakryła koronkowy stanik koszulką i nałożyła spódnicę. Złapała buty i biegiem wypadła z gabinetu. Tymczasem Malfoy nawet się nie poruszył.
-Wstań, bo wilka dostaniesz - powiedziałam beztroskim tonem. - Naprawdę tak ciężko było wyczarować sobie kanapę? Seks na podłodze... idealne miejsce do podkreślenia twojego poziomu indyferencji dotyczącej sposobu traktowania innych ludzi. Nie dość, że wykorzystujesz te kobiety, a potem po prostu je ignorujesz, to jeszcze nie jesteś w stanie zapewnić im należytego szacunku podczas stosunku.
Oparłam się o ścianę, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Malfoy przyglądał mi się przez chwilę z ogromnym zdziwieniem wymalowanym na twarzy, ale w końcu podniósł swój szanowny tyłek i zaszczycił mnie widokiem czarnych bokserek i nagiego torsu. Zakryłam oczy dłonią. Nagle ni stąd, ni zowąd w pomieszczeniu zrobiło się duszno.
-Moja urażona duma każe mi się bronić - odparł w końcu, a po jego głosie poznałam, że jest rozdrażniony. - Po pierwsze, przyszłaś za wcześnie. Gdybyś trzymała się ustalonej godziny, ominęłyby cię te widoki. Po drugie, potrafię ukazać szacunek, szczególnie kobiecie. Po trzecie, nie musisz odmawiać sobie tego widoku, więcej i tak nie dostaniesz. Po czwarte, to moja i tylko moja sprawa z kim, gdzie i kiedy uprawiam seks, a ciebie to nie powinno interesować.
W tamtej chwili to ja poczułam, że się rumienię. To nie była moja sprawa, dlaczego więc aż tak emocjonalnie na to zareagowałam? Nie chodziło o tę idiotkę, którą udało mu się uwieść, nie chodziło też o samego Malfoya, mimo wszystko potrafił być dżentelmenem. Z drugiej strony wcale nie byłam o niego zazdrosna. Tu chodziło o coś innego. O ból w sercu na wspomnienie wcześniejszej nocy, podczas której poczucie winy po zranieniu Rona nie dawało mi spokoju. Kiedy my ostatnio beztrosko kochaliśmy się na łóżku, a co dopiero powiedzieć w innym, bardziej pomysłowym miejscu?
-Już się ubrałem - poinformował mnie łaskawie Malfoy. - Wstałaś dzisiaj lewą nogą? Twój charakter jest bardziej denerwujący niż zazwyczaj.
Otworzyłam oczy i skierowałam wzrok na niego. Miał na sobie ciemne spodnie, koszulę i marynarkę. W momencie, gdy nasze spojrzenia spotkały się ze sobą, niespodziewanie twarz Malfoya przybrała wyraz zaintrygowania i powagi. Podszedł do mnie. Przejechał palcem po moim policzku, zbierając z niego słony płyn. Dopiero dzięki temu zrozumiałam, że płaczę.
-Czy powiedziałem coś niewłaściwego, co cię uraziło? Granger, jesteśmy wspólnikami, nie możemy ciągle się kłócić. Ja, no cóż, ja... - Słowa nie mogły przejść mu przez gardło. - Nie chciałem być taki wredny, po prostu wyprowadziłaś mnie z równowagi. Może moja reakcja była niewłaściwa. Granger, powiedz coś.
Odsunęłam się od niego, po czym wytarłam wierzchem dłoni łzy. Nie miałam ochoty patrzeć na Malfoya. Wmawiałam sobie, że to jego wina, że to jego głupi pomysł wycieczek do przeszłości zmienił moje nastawienie do Rona, ale tak naprawdę obwiniać powinnam tylko siebie. To ja weszłam w związek, co do którego przyszłości nie byłam pewna, niszcząc przy tym wieloletnią przyjaźń, a teraz ponosiłam tego konsekwencje.
Wzięłam głęboki oddech i powiedziałam:
-Uzgodnijmy coś. Od tej pory ja nie wtrącam się w twoje życie prywatne, a ty trzymasz się z daleka od mojego. Nie udawaj, że cię obchodzą moje uczucia, a ja będę przymykać oko na twoje wybryki z pracownicami Ministerstwa. Po prostu wyjmij Zmieniacz Czasu i zajmijmy się naszym zadaniem. Musimy zakończyć to jak najszybciej.
Więcej czasu muszę poświęcić na ratowanie mojego związku, dopowiedziałam w myślach.
Drogę z Hogsmeade do Hogwartu przeszliśmy w ciszy. Właściwie nie odzywaliśmy się do siebie od chwili, gdy pozwoliłam sobie na ukazanie słabości. Na szczęście Malfoy nie miał ochoty zaszczycić mnie choćby westchnieniem. Nie rozmawialiśmy, chcieliśmy tylko załatwić sprawę, która nas ściągnęła do przeszłości. Pełen profesjonalizm.
-Mam dwa pomysły - powiedział dopiero wtedy, gdy przekroczyliśmy próg zamku. - Plan A polega na tym, że razem udamy się do gabinetu Dumbledore'a. Ja z nim, yyy, porozmawiam, a ty staniesz na czatach. Plan B...
-A więc nasze zadanie dotyczy Dumbledore'a! - przerwałam mu, nagle zaintrygowana jego słowami. - O co chodzi? Chcesz go zabić, ukraść mu coś, poprosić o radę, zrobić wywiad?
-W planie B chodzi o to, że oboje spróbujemy się do niego dostać - kontynuował, puszczając mimo uszu moje słowa. - Tylko wtedy musiałbym cię o wszystkim poinformować, a gdybym to zrobił, byłbym zmuszony również cię zabić. To sprawa ściśle tajna i tylko ja wiem, o co chodzi, i to nie może się zmienić. Lepiej zostańmy przy planie A. - Oboje usłyszeliśmy zmierzające w naszą stronę kroki. - Kurwa, czas na plan C. Głupia McGonagall.
Rzeczywiście zza zakrętu wyłoniła się postać nauczycielki transmutacji. Nim zdążyła nas zauważyć, Malfoy wycelował różdżkę w jej stronę. Kobieta zatrzymała się na chwilę, niczym sparaliżowana pod wpływem drętwoty, ale po upływie zaledwie kilku sekund spojrzała na nas z uśmiechem na twarzy. Otworzyłam szerzej oczy ze zdumienia.
-Draco, Hermiona, dobrze, że was widzę! - rzekła uradowana. - Hermiono, może zechciałabyś odwiedzić pracownię profesora Slughorna, nauczyciela eliksirów? Ma teraz dodatkowe zajęcia z jednym z uczniów, podobno pracują nad czymś ważnym. Możliwe, że to dobry kandydat na stypendium.
Otworzyłam usta, aby odpowiedzieć, ale Malfoy był szybszy.
-Oczywiście, zrobi to z wielką chęcią. Ja tymczasem udam się na herbatkę do dyrektora, z chęcią porozmawiam z nim na iście polityczne tematy, nauka to nie moja broszka. Baw się dobrze, Hermiono. Miło było panią widzieć, pani profesor.
Jego szeroki uśmiech przyprawił mnie o mdłości. Ruszył wzdłuż korytarza, a ja patrzyłam na odchodzącą sylwetkę, wciąż przetrawiając słowa, które padły z jego ust. Znowu nazwał mnie po imieniu i jeszcze był uprzejmy. Musiałam przyznać, że z Draco Malfoya był świetny aktor. Chyba minął się z powołaniem.
Po drodze McGonagall opowiadała o uczniach, których osiągnięciami w nauce warto się zainteresować. Oczywiście najbardziej chwaliła podopiecznych jej domu, ale o innych też znalazła dwa czy trzy dobre słowa. Ja jednak, zamiast zapamiętywać kolejne nazwiska, zastanawiałam się nad celem podróży. Wiadomo, że nie znalazłam się w 1977 roku po to, aby wybrać kandydatów na wymyślone stypendium. Prawdziwy powód był na tyle ważny, że Malfoy nie chciał się nim ze mną podzielić, co jak dla mnie stanowiło bezsens, ale kolejne kłótnie tym bardziej nie miały sensu. W sumie nie chciałam brać w tym wszystkim udziału. Spędzanie czasu na nadzorowaniu nauki młodych uczniów wydawało się dla mnie bardziej interesujące. Zaczęłam się nawet zastanawiać, dlaczego nigdy nie myślałam o tym, aby zostać nauczycielką.
Nie miałam czasu myśleć, jakiego przedmiotu mogłabym uczyć, bo doszliśmy do gabinetu Horacy'ego Slughorna. Wyglądał tak samo jak za moich szkolnych lat, z wyjątkiem wielu słoików i fiolek zawierających wszelkiego rodzaju produkty do eliksirów, składające się najczęściej z kawałków roślin, zwierząt lub płynów. Na środku stał tylko jeden stół. Nauczyciel nie różnił się z wyglądu od swojej starszej wersji, jedynie włosy miał mniej siwe. Był niskiego wzrostu, jego wąsy przypominały te, kóre posiadał mors. Wielki brzuch stał się już charakterystycznym akcentem wyglądu nauczyciela. Agrestowe oczy, nieco wyłupiaste, patrzyły na nas wyczekująco.
Serce podskoczyło mi do gardła, gdy stojący obok profesora uczeń podniósł wzrok znad kociołka. Czarne jak smoła oczy przeszyły mnie na wskroś. Tego samego koloru włosy były nieco dłuższe od tych, do których przywykłam, i mniej przetłuszczone. Na twarzy nie zauważyłam zmarszczek i okrutnego wyrazu, który budził strach. Zamiast tego przed sobą miałam młodego, może nie przystojnego, ale intrygującego nastolatka, w którego źrenicach odbijało się zaciekawienie. Nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę on, a jednak z drugiej strony nie miałam wątpliwości, że właśnie przygląda mi się przyszły Mistrz Eliksirów.
-Nie przeszkadzamy, Horacy? - spytała McGonagall. - Przyprowadziłam wam wysłannicę Ministerstwa, która poszukuje kandydatów na stypendia naukowe. Hermiono, poznaj, to profesor Horacy Slughorn, a stojący obok niego uczeń nazywa się Severus Snape. Tak sobie pomyślałam, Horacy, że panna Granger mogłaby posiedzieć tu z wami i przyjrzeć się staraniom twojego podopiecznego. Oczywiście, jeżeli nie stanowi to żadnego problemu.
-Ależ nie, nie, to żaden problem. Możesz wracać na zajęcia, Minervo, mu tu z panem Snapem i panną Grongir sobie poradzimy.
Na dźwięk mojego przekręconego nazwiska McGonagall skrzywiła się, ale posłusznie wyszła z gabinetu. Podeszłam do stolika, zachęcana uprzejmym machaniem ręki Slughorna. Tymczasem młody Ślizgon nie zdejmował ze mnie wzroku. Nawet jeśli w przyszłości nie lubiłam Snape'a, czułam się niezręcznie, stojąc przy jego młodszej i mniej groźnej wersji.
-A więc, Hermiona, tak? Pan Snape próbuje właśnie uwarzyć Wywar Żywej Śmierci. Szczerze nie jestem przekonany, że mu się to uda, ale widać chłopak jest bardzo uparty. - Zaśmiał się, a ja wraz z młodym Severusem zmarszczyliśmy brwi z powodu irytacji. - Jest takie stare, mugolskie powiedzenie: Nadzieja umiera ostatnia. Powodzenia, panie Snape, tymczasem ja was na chwilę opuszczę duchowo, czeka na mnie najnowsze wydanie Proroka Codziennego. Ciekawe, co tym razem wymyśliła ta przebrzydła Skeeter.
Te ostatnie zdanie zignorowałam, nie chcąc zajmować myśli tą idiotką. Zamiast tego przyglądałam się przyszłemu Nietoperzowi, który wrócił do przyrządzania eliksiru. Miałam ochotę ryknąć śmiechem prosto w twarz Slughorna. Nie wierzył w możliwości Snape'a, ale jeszcze się zdziwi, o tak, jeszcze pożałuje swoich słów.
Na razie jednak Severus się nie śpieszył. Powoli dodawał kolejne składniki, zastanawiał się uważnie nad ich ilością. Czasem używał metody prób i błędów, innym razem wszystko dokładnie wyliczał lub po prostu kierował się intuicją. Swoje spostrzeżenia zapisywał w książce, którą dobrze znałam. W końcu kilkanaście lat później trafiła w ręce Harry'ego, przez co nagle zaczął zdobywać lepsze oceny. Wszystko zawdzięczał Snape'owi, a ja teraz byłam świadkiem narodzin jego wielkiego talentu do przyrządzania eliksirów. Cóż za zaszczyt.
Początkowo jedynie przyglądałam się pracy młodego Księcia Półkrwi. Po upływie godziny, może dwóch, pozwolił mi sobie pomóc. Podchodził do mojego towarzystwa sceptycznie, nie miał do mnie zaufania, ale chyba zaczęło go denerwować to, że stałam nad nim i śledziłam z uwagą każdy jego ruch, więc uznał, że lepiej, abym podawała składniki. Poprosił mnie, a właściwie rozkazał, dodając od niechcenia słowo proszę, żebym przyniosła mu piołun. Znalazłam tą gorzką bylinę wśród wielu innych przypraw Slughorna. Następny był korzeń waleriany i asfodeulus sopophorus.
Wywar gotował się równo przez dwie godziny, a więc całe zadanie zajęło Snape'owi trzy i pół godziny. Kiedy w końcu eliksir był gotowy, barwa płynu przybrała czarny odcień. Slughorn przeciągnął się w swoim wygodnym fotelu, w którym uciął sobie krótką drzemkę. Z ociąganiem podszedł do nas, a ja z nieskrywaną radością obserwowałam, jak na jego twarz wstępuje ogromne zdziwienie.
-Na brodę Merlina - jęknął po upływie paru minut. - Udało ci się, naprawdę ci się udało. Panie Snape, jest pan pierwszym uczniem, który tego dokonał podczas mojej pracy nauczyciela w Hogwarcie! To niebywałe, naprawdę, niebywałe.
Podrapał się po ogromnym czole. Zadowolona, z trudem powstrzymując śmiech, odwróciłam się do przyszłego Mistrza Eliksirów i doznałam szoku. Po raz pierwszy zobaczyłam, jak kąciki jego ust unoszą się do góry, co na tak młodej twarzy wyglądało całkiem uroczo. Uśmiechający się Severus Snape. Na taki widok warto było czekać 23 lata.
Po przeanalizowaniu jestem zadowolona z rozdziału. Pojawił się Severus, problemy w związku Rona i Hermiony, dowiedzieliśmy się trochę o celu całej wyprawy w przeszłość, no i dodatkowo poznaliśmy wiek Hermiony i Draco.
Komentujcie, dodawajcie do ulubionych, cokolwiek.
