Detektyw zostawił ją, mówiąc, że idzie wypełnić wniosek o przyznanie Millesowi policjantów do pilnowania jego i żony. Wróciła do gabinetu Browna i usiadła przy idealnie posprzątanym biurku, zniżając sobie krzesło obrotowe. Spojrzała na tablicę korkową i znieruchomiała. Do drewnianej ramki ledwie wystającej spod warstw papieru różnego kształtu, koloru i pochodzenia przybite było zdjęcie. Uśmiechnięty Brown trzymał za ogon ogromną rybą, chyba pstrąga albo łososia, a obok niego z nogą opartą o burtę łódki, równie szczęśliwy, stał Jake McGregor. Policjant, który tydzień wcześniej zmarł w jej ramionach. Zanim pomyślała, odpięła fotografię i długo się w nią wpatrywała, trzymając w obu dłoniach. Wreszcie podniosła oczy, słysząc otwierające się drzwi. Podświadomie zerwała się z krzesła.

- To tylko ja, Jen. Coś się tak przestraszyła? – Brown postawił przed nią kubek z kawą; dostrzegł zdjęcie, ale nic nie powiedział.

- Bardzo mi przykro – zapewniła go szybko. – To...

- Jennifer Stark – powiedział nagle. – To ty. Ty tam byłaś, prawda? Czytałem zeznania, ale byłem zbyt... nie zwróciłem specjalnie uwagi na nazwisko. A ty...

- Nic nie mogłam zrobić! Przepraszam!

- Na Boga, przestań przepraszać! – wybuchł nagle; postawił kubek na swoim biurku tak zamaszyście, że wieczko odskoczyło, a kilka ciemnych kropel skropiło rozłożoną gazetę. – Przestań!

Przez chwilę żadne z nich się nie odezwało.

- Nie żyje – powiedział wreszcie bardziej do siebie niż do niej. – Biurko Jake'a jest teraz twoje. Zorganizuj sobie jakieś pudła i zapakuj jego rzeczy, bo ja nie mam do tego serca.

- Wszystko? – zapytała cicho, zerkając na tablicę korkową.

- Tak, wszystko. Oprócz ubrań z szafy; mogą się przydać, jeśli znowu oblejesz się kawą. – Podszedł bliżej i wpatrzył się w papierowy chaos na ścianie. – Prowadził to... – zawahał się – śledztwo od pół roku, prawie w ogóle go nie widywałem. Wymyślił sobie, że jest jakaś zmowa pomiędzy mafią a policją. Zdaje mi się, że padło nawet nazwisko prokuratora generalnego, Williama Starka i kilku innych członków twojej szanownej rodziny.

- Bzdura – syknęła oburzona.

- Mówiłem Jake'owi to samo. Nie słuchał; zawsze był uparty. Nie miał okazji, żeby się zmienić.

Brown sięgnął po swoją kurtkę.

- Co mam zrobić z jego rzeczami, jak je spakuję? Wyślemy je... rodzinie?

- Nie miał rodziny, tylko przyjaciół, od których też się oddalił; to wariactwo zawróciło mu w głowie. – Zasunął zamek aż pod szyję. – Wyrzuć to wszystko. Nikt nie rozczyta ani nie rozszyfruje jego notatek. Oddaj na makulaturę. Zrób, co chcesz. – Wyciągnął z kieszeni wizytówkę i jej podał. – Zadzwoń, jak przyjdą wyniki.

- Tak zrobię – zapewniła go. Została sama w malutkim biurze.

Pakowanie zawartości biurka zajęło jej więcej czasu niż zakładała. Kartony dostała od portiera; na grubej tekturze był nadruk jakieś cukierni; jej specjalnością musiały być pączki. Przeglądając osobiste rzeczy Jake'a, czuła się bardziej niż dziwnie. Kartkowała jego notatniki, przerzucała teczki, stosy karteczek, książeczki z adresami, przekładała z szuflad do pudełek różne drobiazgi. Wśród nich znalazła niewielki model jakiegoś automobilu; był ładnie zrobiony ze wszystkimi szczegółowymi, a kiedy kręciło się miniaturą kierownicą, małe kółka skręcały. Odłożyła go na biurko.

Wreszcie usiadła i przyjrzała się makacie. Papier pokryty był notatkami tak gęsto, że z daleka mógł robić za obraz. Widziała numery telefonów, nazwiska, imiona, pseudonimy, daty, godziny, a nawet całe zdania, wszystko tym samym zamaszystym charakterem pisma, ale różnymi mediami: od ołówków, przez markery, aż do najzwyklejszych długopisów. W rogu papieru narysowane było serduszko, w którym dziecięca dłoń napisała koślawe Kocham cię, wójku Jake, zaraz obok narysowana była uśmiechnięta buzia.

Kątem oka spojrzała na tablicę korkową. Zdjęła ją ze ściany i odłożyła na blat. Odczepiała papiery i wkładała je go pudełek. Znajdowała paragony, wizytówki, artykuły z gazet, ksera raportów, zdjęcia, ale także strony powyrywane z zeszytów; jedna nawet była różowa w drobne kwiatuszki. Kilka razy zobaczyła kartki ze słowem TATUAŻ – znak? i rysunkiem miecza, żeby kilka warstw niżej znaleźć zdjęcia z sekcji zwłok, które przedstawiały tatuaże denatów; oba były takie same, w kształcie narysowanego przez Jake'a ostrza. Wreszcie znalazła artykuł o swoim ojcu; na dużym zdjęciu dostrzegła jego, matkę pod ramię z Bruce'em, Teda i siebie. Głowy ojca i Bruce'a były wzięte w kółka grubym, czerwonym mazakiem, a obok widniał napis KRÓL? Nie ma znaku. Pusty trop? Zmarszczyła brwi, robiąc z artykułu kulkę i ciskając ją prosto do kosza. Jej telefon zawibrował w kieszeni.

Dostała SMSa od Colina: Jen, nie dzisiaj. Zajęty. Jutro?:) odp.

Jutro ok., napisz godz. 3maj się. Dozo. Odłożyła telefon na blat i wróciła do pracy.

Colina znała od lat. On, Ted i ona byli w tej samej klasie od zawsze. Razem zdzierali kolana, wspinając się po drzewach, grali w koszykówkę (oczywiście, Jennifer kompletnie sobie nie radziła z tym sportem, ale tłumaczyła, że to dlatego, że jest dziewczyną, nie brakiem koordynacji), chodzili na imprezy, uczyli się na sprawdziany. Nawet w akademii byli razem, to znaczy byli razem przez normalny czas przeznaczony na policyjne szkolenie; dodatkowe trzy lata męczyła się sama. Kiedy zakochała się w Colinie? Chyba jako trzynastolatka zdała sobie sprawę, że chce być z nim kimś więcej niż tylko przyjaciółmi. On jednak nie chciał. Obiecała sobie, że kiedyś będzie chciał. Jeszcze mu pokaże.

Zamknęła pudełka i otarła dłonią czoło. Ktoś zapukał do drzwi.

- Proszę! – rzuciła. W progu stanęła kobieta z kokiem, ta od kawy.

- Nie ma Joe? – zapytała zmartwiona. – Wcześniej dziś zaczął.

- Co zaczął?

- Pić, skarbie. Jestem Marilyn Gospel – przedstawiła się; wymieniły uścisk dłoni.

- Jennifer Stark, Jenny albo Jen. – Uśmiechnęła się.

- Wiem, plotka już się rozeszła. Kolejny Stark na pokładzie. Mam wyniki sekcji. Byłam też u Pillowa i zgarnęłam ich raport. – Podała Jennifer dwie białe teczki. – Trzyma się, prawda? Joe?

- Tak, chyba tak.

Kobieta spojrzała smętnie po pustej tablicy korkowej.

- Nie ma wyjścia. My wszyscy nie mamy wyjścia. – Umilkła. – Musimy kiedyś wybrać się na kawę. Podyktuję ci instrukcję obsługi detektywa Browna, skarbie. – Posłała jej blady uśmiech. – Na razie. Powodzenia.

- Dziękuję.

Jennifer od razu usiadła przy biurku, otwierając teczki. Sekcja zwłok potwierdziła wersję z uderzeniem w głowę. Cios był silny, a narzędzie twarde i ciężkie; zostawiło na czaszce spore pęknięcie wraz z mikroskopijnymi kawałkami brązu wbitymi w kość. Przejrzała zdjęcia zrobione przez techników, ale nie znalazła nic ciekawego. Przeczytała raport kilka razy, a po godzinie wszystkie fotografie znała niemal na pamięć. Pomyślała o Aleksie; nie była pewna, czy zostawiła mu pełną miskę. Poczuła zmęczenie, więc zgasiła lampkę, żeby przez chwilę posiedzieć w ciemnościach. Przyciągnęła skraj koszulki do nosa; przez zapach płynu do płukania ledwie przedzierał się inny, intensywny zapach: potu i męskiego ciała. Przed oczami stanęła jej twarz Jake'a; zadrżała. Zacisnęła mocno powieki; zasnęła.

Kiedy otworzyła oczy, przez kilka sekund nie wiedziała, gdzie jest. Wreszcie pstryknęła lampkę; nagle na granicy światła i ciemności dostrzegła ruch. Obejrzała się, ale nikogo obok niej nie było. Przetarła oczy, wstając. Narzuciła na ramiona bluzę, zerkając na zegar ścienny; dochodziła dwudziesta trzecia dwadzieścia. Ułożyła teczki na skraju biurka Browna, pomacała kieszenie, sprawdzając, czy ma wszystkie klucze. Wyszła z pomieszczenia, gasząc światło. W windzie przypomniała sobie, że miała zadzwonić do Browna. Dotknęła spodni, ale kieszeń była pusta. Przeklęła, naciskając STOP. Wbiła czwarte piętro i po chwili znowu była na górze. Boksy ziały pustkami, tylko przy trzech biurkach dostrzegła wciąż pracujących detektywów.

Nacisnęła klamkę do biura Browna i weszła do środka. Nagle zatrzymała się wpół kroku: oto przy biurku Jake'a ktoś stał. Rozejrzała się za włącznikiem światła.

- To było ważne. – Usłyszała bardzo wyraźnie, zanim żarówka pod sufitem rozbłysła i Jennifer rozejrzała się po zupełnie pustym biurze. Zamrugała kilkakrotnie oczami; chyba faktycznie była zmęczona.

Zgarnęła z biurka komórkę i z rozpędu leżący obok samochodzik.

Po powrocie do domu nakarmiła głodnego i bardzo zniecierpliwionego Aleksa, wzięła prysznic, naciągnęła na siebie ulubioną piżamę i położyła się do łóżka. Wcześniej zrobiła szybkie pranie; w ostatniej chwili powstrzymała się przed wrzuceniem do bębna koszulki Bad Company.

Obudził ją cios w brzuch. Błyskawicznie wyciągnęła spod poduszki pistolet. Suche oczy zapiekły ją; rozejrzała się. Obok niej siedział Alex o futrze tak nastroszonym, że wyglądał jak sowa.

- Alex, Alex – zamruczała, odkładając broń i sięgając po kota. – Co się stało, kiciuś?

Kocur przylgnął do niej całym miękkim, puszystym ciałkiem; jego ogon przypominał szczotkę do kurzu.

- Wystraszyłeś mnie, mały. – Głaskała go, aż wyraźnie się uspokoił. Z ciepłym futrem pod dłońmi zaczęła się zastanawiać, co mogło wystraszyć jej pupila. Wreszcie odłożyła puszystą kulkę na poduszkę obok siebie i poszła do łazienki, zaświecając po drodze wszystkie światła. Sprawdziła drzwi, wyglądając przez judasza na korytarz i obejrzała okna. Wszystko było w porządku. Poszła do łazienki. Myła ręce, przypominając sobie w głowie, żeby koniecznie kupić papier i żwirek dla kota, kiedy coś przemknęło na korytarzu. Coś dużego. Szybko wciągnęła na siebie spodnie i wyjrzała z łazienki. Było pusto. Zgasiła światła i pobiegła do łóżka, żeby przyciągnąć do siebie ciepłe ciałko Aleksa. Zasnęła z niejasnym poczuciem strachu.