Rozdział IV
„Starcie"
– Co się dzieje? – Cornelia odwróciła głowę, z niepokojem spoglądając za okno.
Niebo zasnute było ciemnymi, kotłującymi się chmurami, a jasne błyski pojawiające się co i rusz pomiędzy warstwami stłoczonej masy sprawiały, że wszystko wydawało się z jakiegoś powodu groźniejsze.
Dotychczas spokojny, ledwo zauważalny szum morza przemieniał się w powoli w agresywny warkot, fale z łoskotem i raz po raz atakowały unoszące się nad wodą podstawy miasta, a towarzyszące temu głuche dudnienie grzmotów i gęste od wilgoci powietrze sprawiały, że czuła się przynajmniej nieswojo.
Jej samopoczucia wcale nie poprawiał fakt, że pod nogami nie miała solidnego gruntu, a jedynie mocno ograniczoną podstawę miasta, którym burza niedługo będzie miotała, niczym zabawką.
– Sztorm nadchodzi – stwierdziła Ece Aysel, marszcząc swoje idealnie wykrojone brwi. Dziwne, złote oczy wbiły się w zachmurzone niebo, zupełnie jakby miała zamiar samym spojrzeniem przegnać zawieruchę.
– Całkiem duży sztorm... – stwierdziła Hay-Lin, kuląc się nieco i rozglądając niespokojnie. – Czy często tutaj zdarzają się takie rzeczy?
– Nigdy – odparła Aysel. – Nasi magowie trzymają pogodę nad oceanem w ryzach.
– Więc co się dzieje? Załatwili sobie urlop? – Irma skrzywiła się, kiedy zagrzmiało po raz kolejny.
– Nie – zaprzeczyła Ece, dalej patrząc w niebo. – On wrócił.
– Kto? – zapytała Cornelia, mając złe przeczucia. Coś nowego w tonie kobiety pojawiło się, sprawiało że czuła się nieswojo. Coś szorstkiego, groźnego, pełnego goryczy... – Tural?
– Tural – potwierdziła, a jej głos był ciężki od melancholii.
– Wejście sobie przygotował huczne – stwierdziła Irma, po czym, czując na sobie ciężkie spojrzenia reszty dziewcząt dostrzegła, jak bardzo nie na miejscu był ten komentarz. – Przepraszam.
– Rozumiem – powiedziała Ece, uśmiechając się lekko do niej.
– Przypuszczasz, że przyszedł tutaj... walczyć z wami? – zapytała Taranee, starając się brzmieć profesjonalnie. O ile było cokolwiek profesjonalnego w zwalczaniu zła w stroju wróżki.
– Tylko po to się pojawiał – Aysel pokręciła głową, a jej miękkie, delikatne włosy zafalowały.
Cornelia, pomimo powagi sytuacji, poczuła irracjonalne ukłucie zazdrości. Wszystko w tej kobiecie było niesamowite i niewiarygodne, na zupełnie innym poziomie, niż zwykli ludzie. Była przeniknięta cudowną, magiczną aurą w taki sam sposób, jak Elyon, kiedy po raz pierwszy Świetlista Korona znalazła się na jej skroniach, a ślady, jakie wyrzeźbiła na jej twarzy melancholia tylko dodawały jej urody.
To była jednak bardzo gorzka cena.
– Powinnyśmy iść – powiedziała Cornelia, odganiając uczucia. – Zostałyśmy tu po coś wysłane.
– Sądzisz, że to coś da? Kolejna walka? – Hay-Lin zmarszczyła brwi.
– Możemy znaleźć jakieś odpowiedzi. A jeżeli nie my, to Kondrakar – stwierdziła Taranee, wstając. – Poza tym na tym polega nasze zadanie.
– Naprawdę uważasz, że jest po prostu zły? – zapytała Hay-Lin, patrząc na nią z nadzieją wymalowaną na twarzy. Wszystkie cztery wiedziały, że jest to całkowicie irracjonalne uczucie. Mężczyzna, który atakował oceaniczne miasto był mordercą. Na jego rękach znajdowała się krew wielu ludzi i wielu więcej mogło zginąć, jeżeli nie zrobią czegoś w tej właśnie chwili.
– Atakuje niewinnych ludzi – oznajmiła Taranee stanowczo. – To wszystko, czego potrzebujemy.
– Nie musicie angażować się w walkę, która nie jest wasza – powiedziała Aysel, kładąc dłoń na ramieniu Hay-Lin.
– Na tym polega nasza praca. – Uśmiechnęła się do niej Irma.
Niebo było ciężkie od chmur, a ulewa tłukła wściekle o wzburzoną, falującą powierzchnię oceanu i wszystko, co nie znalazło do tej pory schronienia. Ziąb, który panował na tym świecie, wspomagany przez okrutny, wyjący wicher sprawiał, że przejmujący chłód momentalnie przenikał na wskroś.
– Nie podoba mi się to – skrzywiła się Cornelia, starając się nie szczękać zębami. Walka wymagała porzucenia ciepłych okryć na rzecz większej mobilności. – Bardzo mi się nie podoba.
– Też uważam, że to zły pomysł – wymamrotała Hay-Lin.
– Nie mamy wyboru – stwierdziła kategorycznie Taranee. – Wiecie dobrze, że nie mamy.
Patrzyły więc w górę, czekając.
Nie trwało to długo.
Spośród burzy, gdzieś wśród błysków i grzmotów, wyłoniła się sylwetka w długich szatach targanych wiatrem, o włosach tworzących jasną, splątaną plamę na tle niemal czarnego, rozwścieczonego nieba.
Trwał w powietrzu bez ruchu, a deszcz zdawał się nie sięgać jego postaci, emanującej mocą, o skórze rozświetlonej wyładowaniami elektrycznymi, lśniącej w mroku sztormu, a gdy w końcu uniósł rękę, niebo i woda zdawały się ruszać w ślad za nim.
– O Boże – wyszeptała Cornelia, wpatrując się rozszerzonymi ze strachu oczyma w podążającą za wyciągniętą dłonią gigantyczną falę, przesłaniającą im niebo, i wciąż i wciąż wzbierającą z ogłuszającym hukiem. – On nie kontroluje sztormu.
– On jest sztormem – dokończyła za nią Hay-Lin drżącym głosem, jedyna osoba, która była w stanie wyłowić z powietrza jakikolwiek głos, który nie był hukiem oszalałego żywiołu.
– Jeżeli pójdzie tak dalej, to zniszczy miasto! – krzyknęła Taranee, usiłując wybić się poza ogłuszający wrzask burzy. – Nie możemy do tego dopuścić.
Tylko Hay-Lin mogła ją usłyszeć, ale wskazanie ręką celu było aż nazbyt jasne.
Przymknęła oczy, i ignorując lodowate krople wody, spływające po całym ciele, zaczerpnęła głęboki oddech mroźnego powietrza. Uniosła ręce, usiłując zmusić niesforny żywioł do zamilknięcia.
Irma przygryzła wargę. Władała wodą. Nigdy wcześniej jednak nie została zmuszona do powstrzymania czegoś tak potężnego. A to była wielka różnica.
– Taranee! – krzyknęła Cornelia, wystarczająco głośno, aby głos mógł dotrzeć do innej strażniczki. – Spróbuję ogrodzić miasto!
– Rozumiem! – odwrzasnęła, zaciskając zęby.
Przez te przeklęte okulary nie widziała absolutnie nic, więc odrzuciła je. W domu powie, że się zgubiły albo coś w tym stylu. Teraz przynajmniej widziała rozmazany obraz przeciwnika. – Zobaczymy, co powiesz na podgrzanie atmosfery.
Chciała być pewna siebie. Bardzo chciała. Albo wściec się. To zawsze pomagało, ognisty żywioł wtedy po prostu przejmował nad nią kontrolę i atakował wszystko, co uznał za zagrożenie.
Ale jedyne, co była w stanie czuć, to tylko żal. Tural próbował wyrwać się z sieci, którą jako jedyny dostrzegał. I odniósł porażkę.
Mimowolnie zastanawiała się, czy one też były oplątane ustalonym z góry przeznaczeniem, uczepionym ich niczym smycz, zmuszając do kroczenia tylko tą ścieżką, która została z góry ustalona. Nie chciała, żeby to była prawda, żeby wybory, które uważała za swoje w rzeczywistości były narzucone przez jakąś nieznaną siłę.
Czuła żal, tylko nie potrafiła określić, czy żal jej było Turala, czy też siebie samej.
– Taranee! – krzyknęła ponownie Cornelia.
Przed miastem, z oceanicznych otchłani wynurzał się powoli długi mur z litej skały, lśniącej szkliście w rozbłyskach pojawiających się na rozjuszonym niebie.
Taranee skinęła głową i skoncentrowała się.
Jej osobiste zdanie nie liczyło się. Musiała pokonać zło, zanim komukolwiek stanie się krzywda, nawet jeżeli jej osobistym zdaniem tak naprawdę nie było złem tylko... czymś innym. Czymś bardzo ludzkim.
Kula ognia pofrunęła prosto w stronę lewitującego mężczyzny, ogień przez chwilę rzucał upiorne cienie na wychudzoną twarz o ostrych rysach. Nadal znajdował się daleko od nich, ale nawet ona miała wrażenie, że nagle otworzył oczy.
Rozbłysły jaskrawym, zimnym światłem, a gwałtowny gest wykonany oburącz sprawił, że ognisty pocisk został przecięty przez ścianę wody i rozszczepiony, wymijając mężczyznę.
– To będzie trudne – mrugnęła Taranee i zaatakowała raz jeszcze, biorąc szeroki zamach bombardując przeciwnika mniejszymi pociskami.
A wtedy zaatakował on, z całą furią sprzyjających mu żywiołów, nieruchomy i niewzruszony.
Potężna fala, którą tyle czasu udawało się Irmie powstrzymywać przed uderzeniem w miasto, nagle poruszyła się w zupełnie inną stronę i z ogłuszającym hukiem runęła w dół.
Uderzenie było potężne, porażające, wydarło oddech z płuc i stłumiło krzyk.
Potem był tylko porażający chłód i otaczająca je zewsząd mroczna czeluść wody.
Irma zacisnęła pięści. Nie mogły zginąć, nie w taki sposób, zabite przy pomocy żywiołu, który powinien być pod jej kontrolą.
Zamknęła oczy i skoncentrowała się, zmuszając prąd wody do wypchnięcia ich na ląd. Trwało to jednak powoli, zdecydowanie zbyt powoli, miała wrażenie, że zanim dotknie zbawiennego lądu, to rozerwie jej płuca. Palący ból był nie do wytrzymania, ale utrzymywał ją przytomną, nie pozwalał zsunąć się w błogą nieświadomość.
Gdy w końcu wypełzła na skalistą, niegościnną ziemię, całkowicie przemoczona, żałosna, kaszląc gwałtownie, próbując wyrzucić z siebie duszącą, lodowatą wodę, uniosła wzrok, tylko po to, aby zobaczyć falę za falą, wszystkie uderzające w miasto unoszące się na powierzchni wzburzonego oceanu i osłoniętego jakimś rodzajem bariery, skrzącej pod naporem potężnych uderzeń.
Pokręciła głową i podczołgała się do Cornelii, która leżała najbliżej, twarzą do ziemi. Długie blond włosy zasłaniały jej twarz i oblepiały szyję, układając się na ciele dziewczyny i skale wokoło w fantazyjne wzory.
– Corny...? – wycharczała Irma, po czym odkaszlnęła i potrząsnęła jej ramieniem. – Corny?!
– ...nie nazywaj mnie tak... – rozkaszlała się blondynka i uniosła nieco na ramionach.
– Słowo harcerza – odpowiedziała Irma, czując ulgę.
– Gdzie reszta? – Cornelia odgarnęła włosy i rozejrzała się.
– Tutaj! – Dobiegł ich krzyk Taranee. Jej dłonie lśniły lekko i wyglądała na suchą, za to na jej kolanach leżała głowa ciągle nieprzytomnej Azjatki. Hay-Lin nie wyglądała dobrze.
Zbiły się w gromadę, z niepokojem obserwując kontynuację ataku. Tural zupełnie je ignorował, mimo że przeżyły i rzucały się w oczy na solidnym gruncie. Nie uznawał je za jakiekolwiek zagrożenie.
– Powinnyśmy wrócić – stwierdziła Irma, patrząc z niepokojem na fale.
– Zniszczy miasto – Cornelia zmarszczyła brwi. – Gdyby tylko Will była z nami...
– Ale jej nie ma – burknęła Taranee. – Nie zdołamy zrobić nic.
– Czyli chcesz zostawić to miejsce na pastwę losu?! – warknęła Irma, łypiąc na nią groźnie. Efekt psuły zsiniałe wargi i szczękanie zębami. – Nie możemy! Obiecałyśmy, że im pomożemy.
– Przepraszam, ale nie widzisz, że nie jesteśmy w stanie go nawet zająć na chwilę?! – syknęła Taranee. – Niestety, ale są takie obietnice, których dotrzymać się nie da!
– To nie fair – wymamrotała Cornelia.
– Życie nie jest fair – skrzywiła się strażniczka ognia. – Ale to powinnyśmy wiedzieć już od dawna.
– Czyli... wracamy? – wymamrotała Cornelia, odwracając wzrok.
– Wracamy – potwierdziła Taranee i pomogła Irmie podnieść Hay-Lin. – Tym razem nie zdziałamy absolutnie nic.
Kiedy otworzyły portal, bardzo starały się nie obejrzeć za siebie.
Trudno jednak było nie zauważyć skrzącej wciąż osłony unoszącej się ponad targanym przez fale miastem i dwóch postaci. Jednej, która przyniosła sztorm i wisiała na wzburzonym niebie niczym wyrok śmierci i drugiej, stojącej tuż za granicą wyznaczaną przez barierę ochronną. Długie, jasne włosy spływały jej na ramiona, a dziwne, złote oczy wpatrywały się w górę z wyrazem melancholii.
xxx
– Wróciłyście – stwierdził Himerish, skinąwszy Strażniczkom na powitanie. – Czy dowiedziałyście się czegoś?
– Niestety – zaczęła Taranee – nie do końca.
Wyrocznia zmarszczył brwi.
– Tural, jeden z tych, którzy uciekli z Mglistej Wieży, zaatakował tamtejszy świat – skrzywiła się Cornelia, pomagając Hay-Lin usiąść. – Był koszmarnie potężny, nie mogłyśmy zrobić niczego.
– To źle – stwierdził Wyrocznia.
– Nawet sobie nie wyobrażasz – burknęła Irma. – To było zupełnie jakby czytał w naszych myślach. Z góry wiedział, co zamierzamy zrobić i po prostu... nam pozwolił, przez chwilę. A potem nas po prostu zmiótł z powierzchni ziemi.
– Czyli jego celem była zemsta? – Wyrocznia zmarszczył brwi.
– Wątpię – mruknęła Cornelia. – Aysel, tamtejsza królowa dała nam jasno do zrozumienia, że akurat zemsta nie była jego zamiarem. To byłoby idiotyczne, sam pozwolił się zamknąć w Wieży. To bez sensu, żeby teraz wracał.
– Więc dlaczego wrócił? – zapytał Wyrocznia.
– Nie mam pojęcia, ale to chyba ty tu jesteś panem wszechwiedzącym – burknęła Irma, łypiąc niemalże wrogo w stronę mężczyzny.
– Niestety, ale nie jestem w stanie dostrzec wszystkiego – westchnął ciężko. – Coś blokuje moje pole widzenia, osłania to, czego nie chce, abym dostrzegł. To bardzo źle, że akurat teraz straciliśmy Serce Kondrakaru.
– Wcale go nie straciliśmy! – oburzyła się Hay-Lin. – Will tylko… tylko obudzi się i wszystko znowu będzie dobrze!
– Miejmy taką nadzieję – rzekł Wyrocznia ponurym tonem. – Powinnyście odpocząć, ta walka z całą pewnością była bardzo ciężka. Wróćcie na Ziemię.
