Sherlock chodził po pomieszczeniu w jedną i drugą stronę. Ręce miał złożone za plecami, a głowę lekko pochyloną do przodu. John wraz z barmanem siedzieli przy stoliku i obserwowali detektywa.
- Cholera. – Mruknął i wyjął plastry nikotynowe. Po chwili dwa z nich miał naklejone na lewym przedramieniu.
- Czym się tak denerwujesz? Sprawa jest chyba jasna… - John wyglądał inaczej niż zwykle. W jego głosie brzmiała nuta obojętności. Siedział z założonymi rękoma i spoglądał uważnie na Sherlocka. Był oszołomiony, zdziwiony i nadal próbował nie dopuszczać do siebie pewnych myśli.
- Naprawdę John? Jasna? – Sherlock zatrzymał się i spojrzał na Watsona. – Tyle czasu mieszkam w Londynie i dopiero teraz dowiaduję się o czymś takim?!
- Spokojnie Sherlock. Ja też nic nie wiedziałem i…
- Ale to TY! John, masz taki umysł, że nie zauważyłbyś parady magów i krasnoludków, która przechodziłaby pod twoim oknem! – Przerwał Johnowi.
- Krasnoludków? Wypraszam sobie, ale tego, to my nie mamy… - Burknął barman i zmierzył wzrokiem Sherlocka.
- Jak?! Jak mogłem tego nie widzieć? To jest tak oczywiste! Tom?!
- Od kiedy przeszliśmy na ty? – Barman łypnął groźnie na detektywa. – Mówiłem, że ministerstwo zajmuje się takimi sprawami, jak trzymanie mugoli z dala od naszego świata.
- Mugoli? – John siedział ze złożonymi na piersiach rękoma i z irytacją spoglądał na tę dwójkę. Przez prawie całą rozmowę Toma z Sherlockiem, był ignorowany w tak bezczelny sposób, że kilkakrotnie hamował się, by nie przywalić ukochanemu przyjacielowi i dać znać, że jest troszeczkę wściekły. Teraz próbował wtrącić się do rozmowy, coś zrozumieć i przestać robić za statystę.
- Mugol, taka osoba bez mocy magicznej. Nie ma pojęcia o istnieniu świata magicznego, ogólnie mówiąc: WY. – Barman wskazał palcem na Sherlocka, a później na Johna.
- Masz przedawnione informacje. Z tego, co mi wiadomo, godzinę temu przestałem być mugolem. Sam mnie na ten temat uświadomiłeś. – Tom zacisnął zęby i przymrużył oczy. Jak on nie lubił tego przemądrzałego paniczyka w czarnym płaszczu! Miałby na niego nie jedno zaklęcie… Najmniej bolesne dotyczyło „wewnętrznego" spotkania ze ślimakami. – Teraz chcę się dostać do waszego świata. Chcę to zobaczyć. Zaprowadź nas. – Sherlock wskazał na barmana i wykonał dziwny ruch ręką, jakby czarował.
- Jasne. – Prychnął i uśmiechnął się półgębkiem odsłaniając pożółkłe zęby. – Już biegnę, by wprowadzać dwóch mugoli do świata czarów i by spotkać się ze Śmierciożercami. I tak już za dużo wiecie.
- Obiecałem pomóc. – Sherlock oparł dłonie na stole i spojrzał prosto w twarz Toma. – Sam mówiłeś, że macie „drobne problemy" i te wasze „drobne problemy" uśmierciły już kilkanaście osób. Licząc z wykolejonym pociągiem, zarwaniem wiaduktu i rozbiciem samolotu… to będzie już około dwustu ofiar.
- Skąd…? – Uśmiech zniknął z twarzy Toma, a zastąpiło go ogromne zdziwienie.
- To oczywiste. Mogłem przegapić magię, krasnoludki i elfy, ale nadal potrafię myśleć. Zamordowaliście niewinnych ludzi i pewnie, w tym momencie, giną kolejne osoby! – Nagle podniósł głos i spojrzał oskarżycielsko na barmana. – Trzeba to zakończyć. Natychmiast. A ty pokażesz nam gdzie iść.
- No dobrze… - Spojrzał z niechęcią na detektywa i wskazał krzesło naprzeciwko siebie. – Najpierw muszę uzupełnić historię o kilka ważnych wydarzeń.
- To może być ciekawe. – Sherlock uśmiechnął się szeroko i usiadł składając ręce na blacie.
- Wszystko zaczęło się siedemnaście lat temu, gdy chłopiec przeżył. Niemowlę pokonało wielkiego czarnoksiężnika i prawie wszyscy byli pewni, że to koniec. Wcześniej panował chaos. Pewnie nie umknęły twojej uwadze tamte wydarzenia, co? – Spojrzał z pod byka na Sherlocka i uśmiechnął się kpiąco. – Trochę mugoli zginęło, gdy Śmierciorzercy wpadli do Londynu i wybijali wszystko, co nie miało w sobie krztyny magii. Wtedy już umieliśmy się organizować i w ostatniej chwili aurorzy zapobiegli rzezi. Potem była sprawa Potterów i cholernej przepowiedni. Ten, którego imienia nie wolno wymawiać zabił Jamesa Pottera, a następnie jego żonę Lilly, która własnym ciałem osłoniła syna. Strzelił w niego avadą, zaklęcie się odbiło i padł martwy. Przynajmniej tak sobie myśleliśmy. A tu nagle okazało się, że on żyje i wybija wszystkich swoich przeciwników. Przy okazji dostaje się mugolom.
- Chwila! Ten, którego… co? Dlaczego po prostu nie podasz jego imienia? I co z dzieckiem, które przeżyło? – John spoglądał na barmana z dziwną konsternacją, próbując zrozumieć mało składną wypowiedź. Widać było, że Tom nie kwapi się do opowiadania ze szczegółami. Sherlock siedział tylko i wpatrywał się w sufit, tak jakby wszystko rozumiał i właśnie przetrawiał informacje.
- Nie można podawać jego imienia. Kiedyś trochę ze strachu, ale teraz nałożyli czar i automatycznie pojawiają się u tego, kto je wypowie. Oskarżenie o zdradę i pewne miejsce w Azkabanie, nie piszę się na bliskie spotkanie z dementorami. - Skrzywił się i zacisnął pięść. – Co do dzieciaka, to żyje. Przynajmniej na razie. Harry Potter – dzieciak, który ma nas uratować. Szkoda go, bo miał ciężkie życie, a teraz jest poszukiwanym numer jeden. Dorwą go i publicznie zabiją, przy oklaskach przeszczęśliwych Śmierciożerców. No, panie wielki detektywie, który może mi pomóc. – Spojrzał na Sherlocka, który przestał oglądać sufit i również zwrócił wzrok na barmana. – Co teraz? Chyba nie muszę tłumaczyć jakiej pomocy potrzebuję.
- Wszystko w swoim czasie. Najpierw chcę się dostać do waszego świata. Macie tam jakieś sklepy i bibliotekę? – Holmes wstał i spojrzał wyczekująco na Toma.
- Na Pokątnej znajdzie się większość rzeczy, ale myślisz, że wejdziesz tam bez niczego i nikt nie zwróci uwagi na dwóch mugoli? Nie mówiąc o tym, co mnie może czekać, gdy…
- Nie uważam, by ktokolwiek się nami zainteresował. – Przerwał właścicielowi pubu. - Jestem pewien, że znasz odpowiednie przejścia, by ominąć ewentualnych starych znajomych, nie mylę się?
- Uhm… - Mruknął z rezygnacją i ciężko podniósł się z krzesła.
- Co ty robisz? – John szepnął, gdy przysunął się do Sherlocka. – To chyba lekka przesada pchać się tam bez żadnej broni?
- To i tak nie zadziała. Poza tym teraz pójdziemy się uzbroić. – Sherlock uśmiechnął się szeroko. – Nie chcesz pomachać różdżką?
Holmes zostawił Johna i poszedł za barmanem. John stał chwilę i próbował wyrzucić paskudną myśl z głowy, która pojawiła się chwilę po ostatnich słowach przyjaciela. Zobaczył siebie i Sherlocka w różowych sukienkach, małych koronach na głowach, białych rajstopach z różdżkami w dłoniach. Otrząsnął się i wziął kilka głębokich oddechów. Przez Harry miał specyficzne wyobrażenia na temat wróżek. Po chwili wybuchnął śmiechem i pobiegł za Sherlockiem kręcąc głową i ciągle się szczerząc do samego siebie.
