W pierwszej chwili Doktor czuł tylko ból, we wszystkich kościach. Co się stało? Pomyślał. Mógłby przysiąc, że słyszy zgrzyty w maszynerii własnego umysłu. Co się stało?

Spróbował się przekręcić na bok. Jęknął. I przypomniał sobie.

Oody. Wilfred. Mistrz. Wszystko mnie boli. A to znaczy… To znaczy, że…

- Żyję. Ja…

Nie do wiary, co? Obolałe kości dowodem, przemknęło mu przez głowę. Doleo, ergo sum.

- Ciągle żyję – zaśmiał się słabo. Czuł się jak obity kijami, cudowne, wspaniałe uczucie! Co by na to powiedział Arystyp, zachichotał w duchu, może wpadnę do niego z amforą? Pogawędzimy. Nareszcie uda nam się porządnie pogadać. A może…

Cztery stuknięcia. Prosty rytm. Cztery stuknięcia w szybę. Nie. Niemożliwe. Przecież… I znowu, cztery stuknięcia, rytm jego serc. Doktor zwiesił głowę.

Jakby na urągowisko, Wilfred znów wystukał swój rytm. Raz, dwa, trzy, cztery. Dzięki za ostrzeżenie, Carmen, pomyślał Doktor gorzko. Dzięki, wszechświecie. Taka twoja wdzięczność.

- Poszli już sobie, tak? - zapytał Wilfred niepewnie – To dobrze. Mógłbyś mnie wypuścić?

- No.

-Wilfred dodał – Tylko to tutaj trochę hałasuje.

Właściwie zupełnie mechanicznie Doktor zebrał się z podłogi. Ból w kościach stępiał. Może tylko usunął się ze świadomości.

- Mistrz – no jasne, bezmyślny kretyn – nie odłączył zasilania. Wszystko się przeładowało.

- To niedobrze, tak?

- Nie – oczywiście – bo cały nadmiar promieniowania przejdzie tędy. Szkło Vinvoccich je zatrzyma. Zaraz tam będzie pięćset tysięcy radów.

- Oj! - zaśmiał się Wilf. Za mostkiem Doktora coś się boleśnie zacisnęło – To może lepiej mnie wypuść.

Ano, może.

- Tylko, że jest w fazie krytycznej. Czego bym nie dotknął, napromieniuje przedział.

Sięgnął do kieszeni po śrubokręt – Nawet gdyby tym…

- Przepraszam – szepnął Wilf.

- Jasne – odszepnął Doktor machinalnie.

- Po prostu mnie zostaw.

Co?

- Dobra. Proszę, tak zrobię. Bo musiałeś tam wleźć, co? Musiałeś wleźć i utknąć! To właśnie ty, Wilfred. Od początku na mnie czekałeś!

- Nie, serio, zostaw mnie tu – upierał się Wilf. - Jestem stary, Doktorze. Już się nażyłem.

To coś za mostkiem zapłonęło żywym ogniem. Stary? Ja ci pokażę, „stary".

- Otóż to – warknął. - Spójrz na siebie. Jesteś nieważny. A ja? Mógłbym jeszcze tyle zrobić!

Na Rasillona!

- Tyle zrobić!

Rasillona. Tego, co uważa, że jest ważniejszy, niż cały wszechświat. Co by powiedziała Adelajda?

- A dostaję to. To moja nagroda. To nie fair!

Nadgarstki zapiekły. Co ja robię, pomyślał, patrząc na papiery, które zrzucił z biurka. Idę drogą, którą wydeptał Rasillon. Mówiąc poetycko. Czyli ględząc. A wiem, że nie chcę iść tą drogą, więc czego ględzę. Gram na czas, tyle.

- Uh… Za długo żyję.

- Nie. Nie, nie, proszę, proszę, nie. Nie – ale Doktor spojrzał tylko na Wilfreda.

Mógłbym tyle zrobić, pomyślał. Tyle zobaczyć. Tyle osób uratować.

I nic z tego nie jest warte zapłaty z życia tego jednego, starego człowieka. Nic. Mniejsza o cnotę, teorię odwagi, czy jak to tam teraz nazywają. Mniejsza o to, że go lubię, naprawdę go lubię. Jest odważny, bystry. I chyba lubi mnie, sądząc po tym, jak na mnie krzyczy.

- Wilfred – jesteś wart więcej, niż suma twoich zalet – to dla mnie zaszczyt. Pospieszmy się. Trzy, dwa, jeden.

Na moment ogień za mostkiem wygasł. Śmierć nadaje nam znaczenie, przypomniał sobie Doktor i uśmiechnął się w duchu. Nie, to nie śmierć. Byłem taki dziecinny ledwo rok temu. Nie śmierć. Nacisnął guzik.

Zanim ból zagłuszył wszystkie myśli, Doktor zobaczył Wilfreda twarzą w twarz.