Przy okazji tego rozdziału chciałabym zaznaczyć, że choć poszczególne etapy mojej historii są w mniejszym lub większym stopniu oparte na filmach ze świata Marvela i na nordyckiej mitologii, duża część wydarzeń i różnych sytuacji jest wytworem wyłącznie mojej wyobraźni i inwencji twórczej ;) Nie mam bladego pojęcia w jaki sposób i czy w ogóle możliwe byłoby pozbawienie Lokiego magii – cały proces „odebrania" mu jej, wymyśliłam. Tak samo nie mam pojęcia czy w odległości 27 mil od Nowego Jorku znajduje się miejscowość Hadwey a w niej szpital psychiatryczny (szczerze wątpię) ;) Jeśli więc komuś się to nie podoba, bardzo przepraszam :)

Na koniec mej nudnej wypowiedzi chciałbym bardzo podziękować wszystkim, którzy postanowili poświęcić chwilę swojego czasu na lekturę mojego opowiadania! Dzięki – jesteście super!

Strażnicy rozkuli go i stanęli z obydwu stron kamiennego stołu obstawionego sprzętami o dziwnym wyglądzie. Trzy ubrane na niebiesko kobiety podeszły do Lokiego. Najniższa z nich, brązowooka blondynka, delikatnie się uśmiechała, jakby chcąc go zapewnić, że wszystko będzie w porządku. Problem w tym, że wiedział, iż nie będzie.

- Proszę spocząć. – Blondynka wskazała ręką stół. Stojąca obok niej pulchna brunetka rzuciła ukradkowe spojrzenie w stronę strażników. Mężczyźni zbliżyli się do Lokiego. Napięte mięśnie i lekko pochylone ciała wskazywały na pełną gotowość w razie jakiejkolwiek próby oporu.

Bóg kłamstw pokręcił głową i usiadł na stole. Starał się o niczym nie myśleć, jednak jego mózg zdawał się pęcznieć od nadmiaru słów i zdań, które już nigdy nie miały być przez niego wypowiedziane. Zacisnął szczęki.

- Proszę pochylić głowę – rzuciła trzecia z kobiet, wysoka blondynka. Gdy Loki posłusznie się schylił, jego włosy zostały odgarnięte z karku. – Będzie trochę bolało. Muszę naciąć skórę, by móc wsunąć płytkę.

Po chwili poczuł na szyi coś wilgotnego, prawdopodobnie płyn dezynfekujący, a następnie zimne ukłucie, które szybko przerodziło się w piekący ból. Skrzywił się lekko, ale nic nie powiedział.

Już kiedyś słyszał o zabiegach pozbawiania magii. Pacjentom umieszczano w karkach płytkę wykonaną ze specjalnego tworzywa, po to by zakłócić przepływ magicznych sił. Operacja była odwracalna, ale ogólna zasada była taka, że raz utracona magia nigdy nie wracała w tej samej postaci, co na początku.

Po kilku minutach było po zabiegu. Pulchna brunetka nałożyła mu szwy i przemyła ranę.

- Powinno zagoić się w przeciągu kilku dni – powiedziała i wrzuciła zakrwawiony materiał do małego zbiornika stojącego przy stole. – Jak wrażenia?

Nie odpowiedział. Oczywiście nie miał wątpliwości, że płytka działa - czuł się pusty, nie było w nim nawet najmniejszego drgnięcia magii - nie miał jednak najmniejszego zamiaru dzielić się czymś tak oczywistym i upokarzającym ze stojącymi przed nim „oprawczyniami". Jedyne czego pragnął w tamtej chwili to zapaść się pod ziemię i zniknąć. Zaczynał żałować, że w swym idiotycznym uporze odmówił ostatniej rozmowy z Friggą – wiedział, że jej słowa, choć zawsze szczere do bólu, pomogłyby w gojeniu zranionej dumy.

Kobiety spojrzały po sobie. Brunetka wzruszyła ramionami i chwyciła dziwny sprzęt o podłużnym kształcie.

- Proszę się teraz położyć na boku – rzekła wysoka blondynka. W jej głosie wibrowała dziwna nuta. – Przejdziemy do zabiegu usunięcia strun głosowych.

W tym momencie odezwała się ambiwalentna natura Lokiego i coś w nim pękło. Sposób w jaki odzywały się do niego te kobiety, ich spojrzenia, każdy ich ruch – wszystko przesiąknięte było tłumioną pogardą i strachem. Strachem przed nim. Poczuł nagły przypływ odrazy, złości i nienawiści. Dlaczego w ogóle się na to zgadzał? Może i czuł się pokonany i upokorzony, ale był przecież bogiem.

- Nie – powiedział krótko.

Cała trójka jak na zawołanie uniosła brwi.

- Nie? – brązowooka kobieta przekrzywiła głowę. – Przykro nam, ale dostałyśmy rozkaz i…

- Nic mnie nie obchodzi wasz rozkaz! – Loki zerwał się ze stołu.

Kobiety natychmiast cofnęły się do tyłu. Na ich twarzach widać było dziką panikę.

Strażnicy, którzy wcześniej zdążyli odsunąć się na bok, rzucili się do przodu i złapali Lokiego za ramiona.

- Proszę się uspokoić i usiąść!

Pierwszy ze strażników wylądował na ziemi w ciągu kliku sekund. Drugi - jako, że nie dał się wziąć z zaskoczenia - dopiero po dwóch silnych ciosach w głowę. Obaj mężczyźni stracili przytomność.

Kobiety zaczęły krzyczeć. Wszystkie ścisnęły się pod jedną ze ścian i wyglądały jakby miały zaraz zemdleć.

- Cisza! – rozkazał Loki. Gdy cała trójka ucichła, podszedł do brunetki i zerwał zawieszony na jej szyi kluczyk. Szybko opuścił pomieszczenie, zamknął drzwi na klucz i nacisnął klamkę. Oczywiście domyślał się, że kobiety mają w pokoju zapasowy klucz, ale liczył na to, że uda mu się zyskać choć trochę czasu.

Rozejrzał się naokoło i gdy upewnił się, że nikt go nie widzi, pobiegł przed siebie.

Sługa, który wbiegł na taras, był biały jak chmury płynące po lazurowym niebie.

- Panie, Loki ogłuszył strażników z eskorty i uciekł z ambulatorium!

Odyn zacisnął dłonie na rzeźbionej balustradzie i wbił wzrok w wody opływające kamienne nabrzeże rozciągające się poniżej twierdzy. Nie czuł nic. Ani zawodu, ani rozżalenia, czy nawet złości. Loki zrobił dokładnie to, czego Wszechojciec spodziewał się po nim i po jego ambiwalentnej naturze. Zbiegł.

- Każ kapitanowi wysłać za nim najlepszych strażników – rozkazał Odyn.

Sługa ukłonił się i pobiegł w stronę koszar.

Król zagryzł wargę. Gdzie popełniłem błąd?, pytał sam siebie. Niestety na to pytanie nie znał odpowiedzi.

Tony wcisnął przełącznik i zamknął srebrzystą klapę z tyłu maszyny. Następnie podszedł do dotykowego ekranu zawieszonego na pobliskiej ścianie i nacisnął zieloną ikonkę przypominającą swym wyglądem miniaturę Ziemi. Na monitorze komputera natychmiast wyskoczył szereg satelitarnych map ukazujących wszystkie siedem kontynentów.

- Jarvis, ustaw znaczniki na polu A 6.22. – Tony odruchowo popukał paznokciem w mały kwadracik wyznaczony przez siatkę południków i równoleżników. – Niech portal otworzy się niedaleko nas. Nie chcę żadnego zamieszania.

Sztuczna inteligencja wydała z siebie komputerowy dźwięk i stojący obok Starka „Skoczek" zaświecił się przygaszonym, niebieskim światłem. Umieszczony między czterema okablowanymi słupami trzon wynalazku zaczął się kręcić i emitować niskie, warczące odgłosy.

- Pełna moc – powiedział Jarvis.

Tony zacisnął kciuki i z napięciem przyglądał się działaniu swojej maszyny.

- 3… 2… - odliczała AI - …1

Skoczek rozbłysnął i ucichł.

Tony z niepokojem spojrzał na ekran komputera. Pulsujące bladym światłem, zaznaczone na mapie miejsce, zgasło. Po chwili jasnym blaskiem rozjarzył się inny kwadracik.

- Jarvis, co się stało? – spytał zaniepokojony. – Skoczek nie zadziałał?

- Zadziałał, ale nie w miejscu, w którym należało.

- Doprecyzuj.

- Przejście otworzyło się w innym punkcie, niż zamierzaliśmy.

Tony wywrócił oczami i opadł na krzesło stojące przy szklanym biurku.

- Gdzie? – zapytał, patrząc na monitor. Niestety zaznaczone miejsce nic mu nie mówiło.

- Według moich obliczeń – zaczął Jarvis; Tony przysiągłby, że słyszy w jego głosie zdziwienie – emocję, do której sztuczna inteligencja z pewnością nie byłaby zdolna – tuż przy szpitalu psychiatrycznym, 27 mil za Nowym Jorkiem. Uprzedzam pytanie – nie, nie jestem w stanie określić w jakim świecie i czy w ogóle otworzyło się bliźniacze przejście, odpowiadające ziemskiemu.

- No i masz – westchnął Tony. – Możesz je zamknąć?

- Nie. Zdaje się, że Skoczek się zawiesił.

- Fantastycznie. Wręcz fenomenalnie. – Tony odchylił się na krześle. – No, to nici z mojej randki z Pepper.

Wstał i zakasał rękawy koszuli. Czekało go sporo roboty.

Loki biegł przez korytarz prowadzący do kuchni. Gdy dotarł do dużych, pozłacanych drzwi, skręcił w lewo i skierował się w stronę jednego z dziedzińców. Choć na razie nikt go nie zauważył, wiedział, że to tylko kwestia czasu, kiedy wpadnie na jakiegoś podejrzliwego obywatela czy na kogoś ze straży.

Wbiegł na brukowany dziedziniec i rozejrzał się. Po chwili jego uszu dobiegł odgłos stukotu ciężkich butów i na placu pojawiła się szóstka ciężkozbrojnych strażników.

- Poddaj się! – krzyknął stojący na czele mężczyzna, prawdopodobnie najwyższy rangą spośród całej gromadki.

Loki zaczął się cofać.

- Na to już za późno – wyszeptał.

Odwrócił się na pięcie i rzucił się do przodu. Nie wiedział dokładnie gdzie biegnie. Miał nadzieję, że nogi same poniosą go w odpowiednie miejsce. Przeskoczył nad kamiennym murkiem i skierował się w stronę plaży wbijającej się klinem w małą zatoczkę. Sądząc po tupocie nóg, strażnicy nadal go gonili.

Skręcił w prawo i wtedy to usłyszał – głośny, wibrujący świst. Spojrzał w stronę, z której dobiegał hałas i dostrzegł coś, co przypominało pęknięcie w powietrzu – błyszczącą, podłużną linię, wyglądającą jak szrama.

Przejście?, pomyślał. Nie zatrzymując się, zerknął do tyłu. Goniący go strażnicy nie zamierzali dać za wygraną.

Przyspieszył i skierował się w stronę błyszczącej linii. Nie miał pojęcia dlaczego akurat teraz i dlaczego akurat w tym miejscu otworzył się portal, ale nie zamierzał narzekać i marnować szansy danej mu przez los. Miał tylko nadzieję, że straż nie pójdzie w jego ślady i nie rzuci się w nieznane tak jak on.

- Stój! – usłyszał za sobą krzyk.

Nie zważając na narastające zmęczenie i wrzaski strażników, zrobił jeden długi krok i wskoczył w portal.

Podróż nie należała do przyjemnych, ale i tak nie mogła się równać z brutalnością lądowania, które czekało go na końcu drogi. Impet z jakim został wyrzucony z tunelu czasoprzestrzennego sprawił, że zamiast znaleźć się na nogach, znalazł się na plecach. Zanim jednak w ogóle wylądował na wilgotnej ziemi, kilka razy przekoziołkował i uderzył się czołem o spory głaz porośnięty z jednej strony mchem.

Oparł się na łokciach i stęknął, gdy zapiekła go rozcięta skóra. Powoli podniósł się z ziemi, rozmasował obite kolano i rozejrzał się wokół siebie. Otoczenie, w którym się znajdował przypominało las. Wysokie, wysmukłe sosny rosły w równym odstępach od siebie i stanowiły coś na kształt żywopłotu ciągnącego się wzdłuż piaszczystej, zoranej oponami samochodów drogi, która prowadziła do metalowego ogrodzenia. Tuż za nim widać było duży, dwuskrzydłowy budynek. Dziwna lokalizacja na dom, pomyślał Loki.

Podszedł do czarnej, rzeźbionej bramy i przeczytał wiszącą na niej tabliczkę: Szpital psychiatryczny w Hadwey.

Zmarszczył brwi. Nie miał pojęcia czym jest szpital psychiatryczny. Spojrzał za siebie. Ani śladu strażników i portalu.

- Witam! – Głos tuż przy jego uchu sprawił, że podskoczył i odruchowo się cofnął.

Zerknął w prawo. Dwaj ubrani na biało mężczyźni przyglądali mu się z ciekawością.

- Możemy pomóc? Szuka pan kogoś? – spytał wyższy z dwójki – ciemnoskóry, barczysty facet. Uważnie przyglądał się ubraniu Lokiego i co jakiś czas porozumiewawczo spoglądał na swojego towarzysza.

Bóg kłamstw podrapał się po głowie.

- Nie – powiedział. - Nie potrzebuję waszej pomocy, śmiertelnicy. - Rzucił okiem na tabliczkę wiszącą na bramie. – A właściwie – gdzie ja jestem? Na Ziemi, tak?

Murzyn westchnął i poklepał swojego kolegę po plecach.

- I znowu się zaczyna, Wels.

- Dzień jak co dzień. – Wzruszył ramionami niższy mężczyzna.

Odyn spoglądał na stojącego przed nim strażnika z lekką irytacją i niemałym zniecierpliwieniem.

- Wybacz nam, panie – wydyszał mężczyzna. Oparł dłonie na kolanach, wziął kilka głębokich wdechów, po czym wyprostował się i poprawił przekrzywiony na głowie hełm. – Mieliśmy nadzieję, że uda nam się pochwyć zbiega zanim zdąży się gdzieś zaszyć. Ale to przejście! – skrzywił się. – Ono otworzyło się znienacka!

- Przejście? Jakie znowu przejście? – Odyn zmarszczył brwi.

- Nie wiemy, mój panie. Pojawiło się ni z tego, ni z owego. W jednej chwili go nie było, a potem nagle coś świsnęło i powietrze w jednym punkcie zaczęło dziwnie drżeć, lekko błyszczeć i…

- Dość! – Odyn uniósł dłoń. – Przyczyną pojawienia się portalu zajmiemy się później. Teraz chce wiedzieć co Heimdall powiedział o miejscu pobytu Lokiego.

- Mówił coś o szpitalu… – na czole strażnika pojawiła się głęboka zmarszczka – psychiatrycznym. Chyba. Tak, zdaje się, że użył właśnie takiej nazwy. Przechwycili go Midgardczycy.

Odyn zapatrzył się w dal. W przeciwieństwie do stojącego przed tronem mężczyzny, wiedział czym jest szpital psychiatryczny. Już kiedyś słyszał ten zwrot w ustach Thora. Myśli, które zaczęły krążyć po głowie Wszechojca były czarne, okrutne i bolesne.

- Macie zaprzestać pościgu – powiedział. Jego głos drżał.

Oszołomienie czające się w oczach strażnika uświadomiło mu, że mężczyzna nie ma pojęcia co się dzieje.

- Chcę, żebyście przestali ścigać Lokiego. Zrozumiano? – głośno i wyraźnie powtórzył Wszechojciec.

Strażnik powoli skinął głową. Gdy Odyn rzucił mu krótkie: „Odmaszerować", zasalutował, odwrócił się na pięcie i skierował do wyjścia.

Wszechojciec zamknął swoje jedyne oko. Tam się nim zajmą, pomyślał. Leki i zastrzyki śmiertelników potrafią zdziałać cuda. Może nawet wyleczą Lokiego z jego chorobliwej żądzy władzy i pozbawienie go głosu nie będzie konieczne?

Król uśmiechnął się sam do siebie. Chciał w to wierzyć, ale nie potrafił.