Rozdział 4
Czas spędzony z rodzicami szybko minął, i w tydzień od niespodziewanej rozmowy z Lupinem Hermiona po raz kolejny stanęła na progu ponurego domu przy Grimmauld Place 12. Jednak nawet pobyt w rodzinnym domu nie pomógł jej załagodzić bólu i dyskomfortu własnego ciała, który dręczył ją bezustannie od czasu spotkania z Voldemortem. Wciąż ją bolało, wciąż czuła coś obcego tuż pod skórą. Nie pomogły jej ani mugolskie środki przeciwbólowe, ani nawet magiczne eliksiry, jakby niezdolne do niwelowania skutków działania Czarnego Pana. Przeklinała go w myślach za każdym razem, gdy byle nieuważny, gwałtowny ruch porażał ją przenikliwym bólem. Mimo iż bladł z każdym dniem i mogło się wydawać, że już nazajutrz zniknie zupełnie, to każdego ranka budziła się czując, jak tli się w niej, pulsując uporczywie. Snuła się więc po domu jak zombie, czując na sobie pytające i zmartwione spojrzenia rodziców. Tłumaczyła im, że przesadziła z joggingiem; widziała na ich twarzach powątpiewanie, szczęśliwie jednak nie drążyli tematu.
Nie miała wątpliwości, iż jej udręka nie była bezcelowa. Jeśli Voldemortowi zależało na tym, by nie mogła uwolnić się od natrętnych myśli, to odczuwany przez nią ból odniósł skutek, ani na chwilę nie pozwalając jej zapomnieć o jego sprawcy.
Może i częściowo osiągnął swój cel. Pocieszała się jednak myślą, że jej rozważania nie biegną torem, jakiego prawdopodobnie mógłby sobie życzyć. Starała się bez emocji analizować swoją sytuację i szukać sposobów na wyplątanie się z niej. Ostatecznie, wreszcie wróciła do swoich przyjaciół, z którymi dzieliła przekonania, którym ufała i dla których zrobiłaby wszystko. I owszem, robiła dużo i czuwała nad wieloma sprawami, często wykazując zaangażowanie większe niż część starszych członków Zakonu. Nie miała im tego za złe; każdy robił, co mógł – ona zaś, w pewnych kwestiach, mogła więcej niż pozostali. Tutaj przynajmniej nikt nie sprawiał, że musiała znosić to, to… Czy ta namiastka człowieka naprawdę myślała, że jednym krótkim snem przekona ją, Hermionę Granger, do przejścia na jego stronę? Taak, to niewątpliwie było w jego stylu, tego… Jego dłoń na… Och, Granger, ty kretynko. Zganiła się w myślach. Myśl o Ronie… nie, o kimkolwiek! Ześlizgujące się… Granger! Remus? Snape? Taaa, coraz lepiej. To było paskudne; ratowała się wizjami chyba wszystkich znanych jej mężczyzn. Zachichotała nerwowo i zrezygnowana zadzwoniła do drzwi, rzucając swoją walizkę na ganek. Czuła, jak bardzo wyczerpały ją te niebezpieczne, przelotne myśli, uznała jednak że teraz wszystko się już ułoży. Wróciła na Grimmauld Place, znowu będzie miała stertę książek do przeczytania i mnóstwo zagadek do rozwiązania. I o ile nikt nie zacznie bez pytania grzebać w jej głowie (a ona już do tego nie dopuści, o, nie, w jej umyśle wznosiła się solidna bariera) – nic jej nie będzie. Dalej będę sobą, małe randez-vous z Voldemortem nie mogło zaburzyć mojej postawy i tego, kim jestem.
Otworzyła jej uśmiechnięta Tonks.
– Hermiona! Dobrze, że jesteś – rzuciła szybko. Najwyraźniej akurat była w korytarzu i otworzyła w przelocie, zaraz bowiem zniknęła w jednym z pokoi. Natychmiast na jej miejsce pojawiło się rude rodzeństwo. Hermiona ledwo zdążyła zamknąć za sobą drzwi, a już została uwięziona w uściskach uradowanych przyjaciół; zupełnie jakby nie widzieli się sto lat. Ron dopadł ją pierwszy; pachniał czekoladowymi żabami, jak zwykle. Nagle poczuła się pewniej, doświadczając czegoś znajomego. Chłopak przycisnął ją mocno, bez wyczucia. Jęknęła; dziwna nadwrażliwość skóry dała o sobie znać.
– Ron, łamiesz mi żebra! – odetchnęła, kiedy wreszcie ją puścił. – Cześć Ginny! – Przyjaciółka uśmiechnęła się do niej i przytuliła – w przeciwieństwie do brata – bardzo delikatnie. Hermiona rozejrzała się ze zdziwieniem. – A gdzie Harry?
Oboje sposępnieli i spojrzeli po sobie. Miny wyraźnie im zrzedły.
– Jeszcze nie wrócił – mruknął cicho Ron, wiedząc jaka będzie reakcja Hermiony.
– Jak to: nie wrócił? Skąd? – spytała groźnie, czując że trzeba będzie porządnie ich ochrzanić. To było oczywiste, że gdy tylko zniknie, oni zrobią coś nierozsądnego.
– Jakiś tydzień po tym, jak wyjechałaś, Harry oznajmił nam, że wpadł na trop prawdziwego Miecza Godryka. Zapewnił nas, że nic mu nie będzie, że chce to zrobić sam i jeszcze tego samego dnia wyruszył.
– Co? Pozwoliliście mu? Tak po prostu wyruszyć samemu nie wiadomo gdzie, podczas gdy wszędzie wokół czają się śmierciożercy? – To było nie do pomyślenia. Zacisnęła pięści i już miała naskoczyć na Rona, gdy zjawił się Lupin.
– Witaj, Hermiono. I spokojnie. – Mężczyzna położył jej rękę na ramieniu w uspokajającym geście. Ona w zamian podarowało mu ostre, rozżalone spojrzenie. Nie powiedział jej. – Wszystko jest pod kontrolą. Mamy to. – W jego wyciągniętej dłoni znajdował się niewielki, przypominający kompas, okrągły przedmiot na łańcuszku. W jego wnętrzu unosiła się wielokolorowa mgła.
– Co to jest?
– To jest tęczarz Mouliny. W działaniu przypomina zegar, który Molly miała kiedyś w kuchni. W zależności od koloru informuje nas o tym, co się dzieje z Harrym. Niebieski oznacza spokój, zielony – działanie, szary – monotonię czy nudę, różowy – szczęście, fioletowy – sen, żółty – trudności, pomarańczowy – zagrożenie, czerwony – poważne niebezpieczeństwo, brązowy – chorobę, czarny – śmierć – wyrecytował spokojnym głosem.
Hermiona przyglądała się temu zdumiona.
– Mogę? – spytała nieśmiało, sięgając po tęczarz. Znajdująca się w środku kula wypełniona była gęstą mgiełką, stanowiącą mieszaninę kolorów: zielonego i niebieskiego, z odrobiną żółtego i... brązowego.
– Brązowe, tu jest brązowe! – wykrzyknęła Hermiona, wskazując na wirującą w środku brązową plamkę.
– Hermiono, uspokój się, taki drobiazg może oznaczać co najwyżej katar lub bolący palec.
– Aaaaa… – Zmarszczyła brwi, nagle czując się trochę głupio w związku ze swoim atakiem paniki. – No dobrze. A co jeśli zobaczymy, że kulka robi się cała pomarańczowa lub czerwona? Co nam to da, jeśli nawet nie będziemy wiedzieć, gdzie Harry się znajduje?
– Wtedy będziemy mogli użyć tego jako świstoklika, który przeniesie nas dokładnie do Harry'ego.
Nie uspokoiło to zbytnio Hermiony. No tak, czekajmy aż będzie źle i wtedy zastanówmy się, czy możemy coś zrobić.
– Czy można użyć tego jako świstoklika wcześniej?
– Nie, to tak nie działa.
– Yhhh. Biorę to. – Bez pytania powiesiła sobie tęczarz na szyi.
Weszła do salonu i ciężko opadła na jeden z foteli. Ron poszedł zanieść jej bagaż na górę, Lupin zniknął w czeluściach kuchni, została więc sama z Ginny, która siadając naprzeciwko przyjaciółki, wzruszyła lekko ramionami i posłała jej nieco wymuszony, przepraszający uśmiech.
– A tak poza tym, co przegapiłam? – spytała Hermiona lekko znużonym głosem, wciąż przyglądając się tęczarzowi.
– Nic, w sumie to nic, chociaż… – Wzrok rudowłosej zaczął nagle błądzić po pomieszczeniu, wyraźnie unikając wzroku Hermiony.
– Tak?
– Snape – mruknęła Ginny, spuszczając wzrok i marszcząc czoło.
– Co z nim? – spytała Hermiona, czując jak jej wnętrzności zawiązują się w ciasny supeł.
– Od jakiegoś czasu w ogóle się nie pokazywał. – zaczęła cicho Ginny, pochylając się w stronę przyjaciółki. – Sama-Wiesz-Kto wezwał go na dobre jakiś tydzień temu. Wcześniej też znikał, zwłaszcza na noc, ale…
– Tydzień temu, dokładnie?
– W zeszłą sobotę, zdaje się. Dzień po Harrym.
Ona została porwana w zeszły czwartek. W piątek, kiedy wciąż spała, wyruszył Harry. W sobotę zniknął Snape. I nie wrócił.
– Wieczorem?
– Nie, rano. Dlaczego pytasz? – spytała Ginny, zainteresowana.
– Sama nie wiem. Wrodzona dociekliwość. Chyba jeszcze nigdy nie wzywał go na tak długo, prawda?
– Nie, nigdy. Masz rację.
– Hmmmm… Gdyby to była misja czy jakiś atak, dawno by już wrócił. Jest tylko jedno wyjście.
– Nie żyje! – wykrzyknęła ruda, w niemym szoku zakrywając dłońmi usta.
– Ginny! – fuknęła Hermiona – Nieeeee, co ty! Snape nie dałby się zabić. Miałam na myśli coś innego... – powiedziała teatralnym szeptem, kręcąc głową i spoglądając na przyjaciółkę z politowaniem. Szybko jednak spoważniała.– Wydaje mi się, że Voldemort mógł zaangażować go w coś poważniejszego.
– W co?
– Nie mam pojęcia. – Hermiona wzruszyła ramionami. – Ale to w końcu Mistrz Eliksirów, prawda? – Zagłębiła się w fotelu, pogrążając w zadumie. – A właśnie, gdzie jest Luna?
– Ojciec porwał ją na dwa tygodnie. Wraca w tą środę. Polują na warczaki skrzydlate, wiesz.
Hermiona uśmiechnęła się do siebie. No tak, Luna.
– A twoja mama?
– Z ojcem. Śpią. Ustanowiliśmy dyżury spania. Stwierdziliśmy, że nie może być tak, że nocą nikt nie jest przytomny. Zawsze lepiej, żeby ktoś czuwał nad wszystkim.
Westchnęła. Doprawdy, nie było jej zaledwie dwa tygodnie i od razu świat stanął na głowie.
– Ginny, powiedz, że to już wszystko.
– Tak, chyba tak… – zaczęła niepewnym głosem Ginny.
– Ginny! – Ruda aż podskoczyła w fotelu.
– Tak, to wszystko. Nie wydarzyło się już nic więcej, o czym powinnaś wiedzieć – powiedziała szybko rudowłosa, unosząc ręce w obronnym geście.
– Dobrze. Idę do siebie. – Hermiona posłała przyjaciółce ostrzegawcze spojrzenie. – Jestem zmęczona.
– Przecież dopiero wróciłaś z wakacji! Myślałam, że… – Ginny wyraźnie liczyła na barwne opowieści z ostatnich dwóch tygodni. Hermiona jednak szybko jej przerwała.
– Powiedzmy, że leniuchowanie zamieniło mi się w bardziej aktywne spędzanie czasu. Długa historia, nic ciekawego. – Machnęła ręką, powstrzymując kolejne pytania rudej.
– Jak chcesz. Pilnuj tęczarza – mruknęła tamta, zupełnie niepocieszona. Przygryzając dolną wargę, odprowadziła wzrokiem Hermionę, która dziwnym, ostrożnym krokiem wspinała się po schodach.
Hermiona weszła do swojej sypialni, potykając się o pozostawioną pod drzwiami walizkę. Och, Ron, pomyślałeś o wszystkim!, pomyślała z przekąsem. Powiodła beznamiętnym wzrokiem po pokoju, szukając śladów niepożądanych gości. Na szczęście, nic nie zdradzało wizyty „włamywaczy". Wreszcie zabrała się za rozpakowywanie, nie mogła jednak powstrzymać się od nerwowego zerkania na tęczarz. W ciągu ostatniego kwadransa zasadniczo nie zmienił koloru, choć im dłużej przyglądała się tej misternie wykonanej kulce, tym mniej była pewna, czy przypadkiem w jej wnętrzu nie przybyło nieco zielonej mgły.
Kiedy skończyła, sięgnęła po pierwszą lepszą książkę znajdującą się w zasięgu ręki i oddała się swojemu ulubionemu zajęciu. Nie mogła jednak skupić się na lekturze; coś wciąż się jej pętało i podszczypywało zwoje. Było jej niewygodnie. Jak by się nie usadowiła, wciąż coś nadziewało ją na haczyk. Dyskomfort był wszechobecny. Rozdrażniona, rzuciła książkę i poszła do łazienki, chcąc spłukać z siebie to uczucie. Weszła pod prysznic i odkręciła wodę. Nagle zachciało jej się płakać; nie miała pojęcia, jak zmyć z siebie coś, co pełza pod jej skórą i drapie kości. Musiałaby rozpruć się wzdłuż i w szerz. Może nawet miałaby na to ochotę. Byle pozbyć się tego paskudnego uczucia, które okupowało zarówno jej umysł, jak i ciało.
Wyprężyła się, zesztywniała i odchyliwszy głowę i rozłożywszy ramiona, tak, że podpierały obie strony kabiny, pozwoliła gorącej wodzie spływać wzdłuż jej ciała. To pomagało. Nie bardzo, ale pomagało. Kopnęła nogą w ścianę. Raz, drugi…
Nie mogła sformułować konkretnych wniosków. Nie znajdywała żadnych pytań, więc i nie mogła znaleźć odpowiedzi. Nic nie świtało jej w głowie. To otępienie było nie do zniesienia. Bezradna, poczuła jak narasta w niej złość. Coś w niej pulsowało, ale przecież nie mogła tego wydobyć na powierzchnię. Instynktownie dusiła to w sobie. Muszę się czymś zająć, teraz, natychmiast, wymyśl coś, wymyśl coś. Potrzebowała czegoś bliskiego, znajomego, co pozwoliłoby skupić na sobie myśli. Odwrócić uwagę. Przydałby się pachnący czekoladą Ron. Lub poprawiający sobie okulary w charakterystycznym geście Harry. Ciasto mamy. Cokolwiek.
Skup się Granger, powiedziała sobie po raz kolejny tego dnia. Uspokój się.
Oparła głowę o mokre kafelki. Zamknęła oczy. Wzięła parę głębokich oddechów. Myśląc o bieżących sprawach, przypomniała sobie nowinę, którą powitali ją Weasleyowie.
Idź do pokoju Harry'ego. Przetrząśnij jego rzeczy. Znajdź coś.
Uniosła brwi w nagłym ożywieniu. Pokój Harry'ego! Skoro wyruszył sam na dalsze poszukiwania – skoro w ogóle wyruszył – to przecież musiał coś odkryć. A cokolwiek odkrył, musiał znaleźć jakiś trop, który go naprowadził. Możliwe, że wśród jego rzeczy znajdzie jakiś ślad, wskazówkę… Jak strzała wypadła z łazienki i ubrała się pospiesznie. Następnie wymknęła się ze swojego pokoju na palcach i upewniwszy się, że nikt jej nie zobaczy, przemknęła do sąsiedniej sypialni. Drzwi obwarowano kilkoma zaklęciami, ale takie bariery nie stanowiły dla niej żadnego problemu. Bezszelestnie wślizgnęła się do środka i zamarła. W pokoju panował niewyobrażalny bałagan. Ktoś już przeszukał jego rzeczy? Czy może to sam Harry pakował się w pośpiechu i na złamanie karku? Wszędzie walały się drobne magiczne przedmioty, ubrania, książki… Nawet nie wiedziałam, że Harry ma tyle książek…
– No dobrze, co my tu mamy... – Hermiona nadziała na różdżkę jedną z niezidentyfikowanych części garderoby – prawdopodobnie zapomnianą przed wiekami koszulkę – i krzywiąc się, odrzuciła ją szybko na bok, by zacząć przekopywać stertę wzniesioną na łóżku. Co by to mogło być?, zastanawiała się, przeglądając książki w poszukiwaniu czegoś podejrzanego – listów, notatek, czegokolwiek. Przetrząsnęła szuflady, pełne niepotrzebnych lub uszkodzonych przedmiotów. Po co on to trzymał? Po jakimś czasie przestała. Zrzuciła z łóżka ostatnią samotną skarpetę i rozsiadła się na nim, krzyżując nogi. Teraz wszelkie szpargały zaścielały podłogę wokół niej. Nie miałby mi za złe, prawda? W końcu to dla jego i naszego dobra – pomyślała, obrzucając wzrokiem pokój. Choć pozornie wydawałoby się to niemożliwe, to jednak pokój był teraz zabałaganiony jeszcze bardziej niż w chwili jej wtargnięcia. Westchnęła zrezygnowana i wbiła wzrok w ścianę. Właśnie wtedy kątem oka dostrzegła narastającą poświatę, której wcześniej z pewnością nie było. Czerwony blask bijący z okolicy mostka. Jej dłoń odruchowo powędrowała do tęczarza.
To był błąd. Poczuła znajome szarpnięcie w pępku i niemal natychmiast zniknęła z pokoju przyjaciela, zostawiając za sobą niesamowity bałagan.
