4. Checkmate.
Orochimaru miał żyłkę kolekcjonera. Zawsze lubił zbierać kamyki, muszelki, i małe robaczki. Z czasem przerodziło się to w niezdrową fascynację preparatami laboratoryjnymi. Do ogromnej, zatopionej w formalinie kolekcji dołączały coraz to nowe i bardziej przerażające egzemplarze - efekty nieudanych eksperymentów. Obecnie całą swoją uwagę skupił na Itachim. Zbierał i dokładnie zapamiętywał wszystko, co było niezwykłe, piękne i boleśnie niecodzienne. Śmiech, nieco zbyt głośny, szczery, urwany gwałtownie pod wpływem złotego, wężowego spojrzenia. Plaskanie bosych stóp po kamiennej posadzce. Jęk rozkoszy, którego nie udało się stłumić wgryzając zęby w poduszkę. Niezręczny, omyłkowy ruch strącający ze stołu filiżankę. Chwiejny, niepewny krok i lądowanie w rozwartych, gotowych, by schwycić ramionach. Wszystkie te momenty, w których Itachi zdawał się być żywy, prawdziwy, ujmujący w swojej niezdarności i roztrzepaniu. Wszystkie wyrwy w lodowej twierdzy, którą od dziecka pracowicie dookoła siebie wznosił. Przez te szczeliny Orochimaru powoli przedostawał się do Itachiego, Itachi zaś opanowywał go cicho, powoli, niczym smużka dymu. Uwodził, prowokował, zbliżał się do niego i uskakiwał, szeleszcząc jedwabiami i śmiejąc się kpiąco. Ale jednak szanował go, jednak gdy leżeli w wielkim, miękkim łóżku Orochimaru, nieco bał się spojrzenia złotych, wężowych oczu. Czasem Orochimaru wcale nie miał ochoty brać go w ramiona i ogrzewać swoim ciepłem, czasem sam był zimny, rozdrażniony. Odwracał się wtedy do ściany, tak, że Uchiha widział przed sobą tylko ciemny zarys jego pleców. Nigdy go wtedy nie przytulił, nigdy choćby nie objął go ręką w talii, nie pogładził po ramieniu. Nie odważył się. Mógl tylko leżeć obok, wtulając twarz w jego włosy bezgłośnie błagać, by został, by nie odchodził, by chociaż na chwilę odwrócil się w jego stronę. Nie spał, kiedy tylko przymykal oczy, zdawało mu się, że ten ciemny kształt przed jego oczami podrywa się i wstaje, wychodzi, a on nie może sprawić, by został, że nie może mu nic zaoferować, i że na pewno nie potrafi go ogrzać i pocieszyć, bo sam jest za bardzo skostniały.
Taniec Orochimaru i Itachiego stawał się coraz bardziej widowiskowy, pełen skomplikowanych, ryzykownych figur. Tempo, choć wciąż senne i somnambuliczne upodabniało się do przyspieszonego, bolesnego rytmu obu serc. Coraz bardziej ten melancholijny, delikatnie tylko ocierający się o miłość spektakl przyciągał postronnych obserwatorów. Kakuzu uśmiechał się pobłażliwie, drwiąco i za plecami samych zainteresowanych robił zakłady, ile taki stan rzeczy potrwa. Kisame konsekwentnie udawał, że jest ślepy, głuchy i jedyne, co go interesuje, to dzisiejszy obiad. Sasori miał do wyboru iść jego śladem lub czuwać nad Orochimaru i upewniać się, że nie zrobi nic głupiego pod samym nosem lidera. Powodów do obaw miał aż za wiele. Jakiś złośliwy chochlik raz po raz wkradał się do dokumentów dowódcy Akatsuki, powodując znikanie raportów z misji wykonywanych przez jednego z najsilniejszych i najbardziej niezależnych członków. Wszelkie pisemne prośby, zapytania i sugestie dostarczane w trzech egzemplarzach nigdy nawet nie docierały na biurko lidera. W praktyce oznaczało to tyle, że zamiast pracować nad swoim wielkim eksperymentem Orochimaru całe godziny musiał poświęcać na porządkowanie swoich akt. Było to może nie tyle trudne, co irytujące, uporczywe i ogromnie rozpraszające. I sam poszkodowany i czuwający nad nim Sasori dostrzegali złą wolę lidera i jego nagłą, zawziętą i bardzo precyzyjnie wymierzoną chęć do uprzykrzenia komuś życia. O ile wcześniej można było tylko snuć mgliste domysły, teraz wszystko stało się oczywiste: Orochimaru się naraził. Najprawdopodobniej naraził się przez tę z pozoru cichą i potajemną zażyłość z Uchihą. Wszyscy w mniejszym lub większym stopniu ową zażyłość rzecz jasna widzieli i spodziewali się, że jeszcze będą z tego kłopoty. Żaden ze starych i sprawdzonych członków Akatsuki nie miał jednak żadnego interesu w donoszeniu na kolegę z pracy. To sępy, uznał z niechęcią Sasori. Zwykli padlinożercy. Po co się wysilać i atakować potencjalną ofiarę, skoro prędzej czy póżniej zrobi to jakiś drapieżnik? Dopiero, gdy drapieżnik odejdzie nasycony i zadowolony, z pyskiem umazanym krwią, można obsiąść ofiarę w koło, szydzić z niej, zakrzywionymi dziobami odrywać od poszarpanego ciała strzępy mięsa. Do jego roli należało zaś odgadnąć, kto jest drapieżnikiem i w jakiś sposób powstrzymać, lub osłabić jego atak. Domniemany drapieżnik krzątał się po kuchni i bez szczególnego zaangażowania poświęcał przygotowywał herbatę. Powitał Sasoriego uprzejmym uśmiechem i lekkim skinieniem głowy. Patrzył chłodno, nieufnie, nie zniknęła jednak z czarnych oczu ta pełna rezerwy cicha i zawzięta pewność siebie.
- Blado coś wyglądasz, Uchiha – rzucił swobodnie lalkarz, podchodząc do niego opierając się plecami o kuchenną szafkę. – Nie przetrenowujesz się aby?
Itachi pomilczał przez chwilę, pozornie nie zwracając uwagi na przeciwnika, wreszcie znów się uśmiechnął i powiedział, że czuje się bardzo dobrze i nie ma sensu, by ktoś tak zapracowany jak Sasori się o niego martwił.
- Cieszę się, że już jesteś zdrów, Uchiha – powiedział lalkarz, wpatrując się w nieco przybrudzoną ścianę. – Masz silny organizm, taki, jakiego Orochimaru potrzebuje do swojej przemiany – na jedną, krótką chwilę zawiesił wzrok na chłopcu, po czym znowu spojrzał na ścianę. Zdążył dostrzec błysk niepewności w oczach i nieznacznie drżący kącik ust. Bardzo dobrze, haczyk połknięty. – Oh, przepraszam, myślałem, że już o tym rozmawialiście.
- Owszem, rozmawialiśmy – odparł spokojnie Itachi i uśmiechnął się ironicznie. W oczach błysnął zimny triumf. Sasori uniósł brew do góry. Ciekawe. Dzieciak mówił prawdę, czy blefował? Należało przyjąć możliwość, że nawet, jeśli Orochimaru wcale z nim o tym nie rozmawiał, to w jakiś sposób Uchiha zrozumiał, jaka jest natura tych wszystkich eksperymentów i jaka będzie jego rola. Teraz do wybadania pozostała jeszcze jedna kwestia– Jeszcze nie podjęliśmy ostatecznej decyzji – powiedział chłopiec z tym samym jadowitym uśmiechem, uprzedzając pytanie lalkarza.
- Został wam miesiąc, najwyżej dwa – przestrzegł Sasori. Sądząc po reakcji Uchihy, była to dla niego nowość. – On cię potrzebuje.
- Wiem – powiedział chłopiec. Zimny uśmiech został zastąpiony innym, cieplejszym, tkliwym jakby. Rysy twarzy złagodniały.
- Nie boisz się?
- Nie – znów ten całkiem ładny i całkiem ujmujący uśmiech. Lalkarz z niesmakiem uświadomił sobie, że dzieciak próbuje grać nawet teraz.
- Żałosne – mruknął, spoglądając na niego pogardliwie. Itachi natychmiast powrócił do swojej całkowicie obojętnej, uprzejmej maski.
- Co jest żałosne? – spytał, mrużąc oczy.
- To, że głupia lalka tańcząca jak jej zagrają chce mieć swoją własną marionetkę – odparł rudzielec, a jednocześnie znów uczynił dłonią gest imitujący wprawianie w ruch zabawki Chwilę po tym skierował się do drzwi prowadzących na korytarz.
- Więc może zrób ją dla mnie? – zaproponował chłopiec i uśmiechnął się błędnie. Przez chwilę, przez jedną sekundę mistrz marionetek myślal, że te słowa są szczere i że pochodzą niego, nie z inspiracji lidera.. – Wtedy nie będę musiał się bawić Orochimaru.
- Nie ma mowy– uciął Nie miał tyle komfortu by zaufać pierwszemu lepszemu młodocianemu szpiegowi, choćby niewiadomo jak pięknie mówił. Nie ulegało wątpliwości, że Itachi łgał jak z nut i bezbłędnie odgrywał swoją rolę. – Ty nie zasługujesz nawet na to, by wziąć którąś z moich marionetek do rąk, Uchiha – powiedział na odchodnym
- Mam nadzieję, że się nie mylisz – uśmiechnął się ledwie zauważalnie Itachi.
- Ja też – odparł rudzielec, po czym z głośnym trzaśnięciem drzwi opuścił kuchnię.
- Jakze smutna jest wieczorna ziemia! – recytował Orochimaru, spod zmrużonych powiek wpatrując się w płonące na kominku polana. Itachi siedział naprzeciwko niego na dywanie, spokojny, cichy, na poły zasłuchany w słowa swojego mistrza, na poły pogrążony we własnych, niewesołych rozmyślaniach. – Jakże tajemnicze są opary nad oparzeliskami! Wie o tym ten, kto błądził w takich oparach, kto wiele cierpiał przed śmiercią, kto leciał ponad tą ziemią trzymając ciężar ponad siły. Wie o tym ten, kto jest zmęczony. I bez żalu porzuca wtedy mglistą ziemię, jej bagniska i jej rzeki, ze spokojem w sercu powierza się śmierci, wie bowiem, ze tylko ona przyniesie mu spokój.
- A pan nie jest zmęczony? – spytał cicho chłopiec, wstając z ziemi i podchodząc do Orochimaru. Lekko objął dłońmi jego szyję, i wtulił twarz w opadające lużno na ramiona czarne włosy. – Bo ja bardzo.
- Nie jestem, Uchiha – Orochimaru w zamyśleniu gładził go po ramionach. – ja nie jestem i nigdy nie będę zmęczony. Nie chcę odpoczywać, nie chcę spokoju, chcę więcej i więcej życia, więcej siły, więcej władzy. Mnie śmierć odpoczynku wcale nie przyniesie, ja się jej ze spokojem w sercu nie powierzam…a ty – delikatnie uniósł głowę Uchihy tak, żeby móc dokładniej przyjrzeć się jego twarzy. – ty już jesteś zmęczony, Itachi. Z trudem łapiesz oddech, chociaż nawet jeszcze nie widać przed nami mety. Biedne dziecko, zestarzałeś się i zobojętniałeś, zanim jeszcze stałeś się dorosły. Dla ciebie lepiej byłoby zasnąć już teraz, kiedy jeszcze jesteś piękny i silny. Zanim do końca zrobią z ciebie lalkę. Teraz, zaraz, jak najszybciej. Mogę ci pomóc, jeśli chcesz
- Będzie bolało? – spytał Itachi i aż zadrżał z przejęcia. Ledwie poruszał wargami, towarzysz musiał nachylić się nad nim, by usłyszeć, co mówi.
- Będę delikatny – obiecał, lekko całując go w czoło. Zapadło między nimi milczenie miękkie jak aksamit, przyjemne, kojące. Karmili się tym milczeniem, nieruchomi, spokojni i – wbrew temu, co deklarował Orochimaru - niewyobrażalnie, nadludzko zmęczeni.
- Robi ładne lalki – powiedział niespodziewanie Uchiha, przerywając ciszę. Jak zwykle tylko spod oka patrzył na Orochimaru, chcąc sprawdzić, jaką reakcję wywołały jego słowa. Chciał więc publiczności, tak? Dzieciak ma zamiłowanie do wielkiego teatru!
- Kto? – padła pełna roztargnienia odpowiedź. – Kukiełka?
- Nazywasz swojego partnera 'kukiełką'? – drobny, szczupły brunet uśmiechnął się drwiąco. – I co on na to?
- Jest coś takiego, jak przyzwyczajenie, Uchiha – powiedział cierpko Orochimaru. – Ty też się kiedyś przyzwyczaisz do Kisame
Kiedyś…tak, jakby przed chwilą wcale nie rozmawiali o śmierci Itachiego.
- Będę się do niego zwracać per „rybeńko"?
Mężczyzna uśmiechnął się, jak zwykle krzywo. Tym razem jednak była w jego uśmiechu taka jakby miękkość, łagodność.
- Złośliwa bestia – mruknął pod nosem. – Jak wam się w ogóle pracuje?
- Kisame to sławny wojownik – odparł nieco znudzonym głosem Itachi i uśmiechnął się ironicznie.
- Ciekawe – spostrzegł Orochimaru. – Zawsze, gdy to mówisz, uśmiechasz się w ten sposób.
- Cóż – chłopak skłonił lekko głowę i spojrzał na towarzysza spod wpół przymkniętych powiek. – Nie należy źle mówić o nieobecnych, prawda?
- Czarująca jest ta twoja układność i teatralność – rzekł z uznaniem mężczyzna. – Przy liderze też jesteś taki taktowny i nieskory do komentarzy pod adresem współpracowników? Czy może wręcz przeciwnie – odgarnął pasemko czarnych włosów opadających na kark i zaczął wodzić językiem po ciepłej, pulsującej delikatnie skórze. Lubił dotykać tego skrawka jego ciała, smakować go, wchłaniać zapach. O ile cały Uchiha niejednokrotnie wydawał się sztywny i chłodny w dotyku, jak odlana ze szkła figurka, ten niewielki obszar w okolicach kręgów szyjnych zawsze pozostawał przyjemnie ciepły, tu właśnie tętniło życie. I teraz, gdy mężczyzna łaskotał lekko, zaczęło tętnić jeszcze szybciej, wydzielać łagodny zapach potu i szamponu do włosów. – czy może lubisz mu o nas opowiadać? Tak długo? Bardzo długo i dokładnie?
- Nie ufa pan liderowi? – spytał Itachi. Nawet nie zadawał sobie trudu, by przeszkadzać Orochimaru w zabawie. Po prostu stał przed nim, dumnie wyprostowany, nieco bardziej zadzierając głowę, jakby wręcz chciał ułatwić towarzyszowi penetrację karku. Uśmiechał się
- Jak to sam ładnie ująłeś, moja mądra głowo, nie należy źle mówić o nieobecnych
Nie protestował, gdy towarzysz odwrócił go przodem do siebie i zaczął wodzić ustami po policzkach i przymkniętych powiekach. Gdy jednak tamten próbował wepchnąć mu język do ust, odsunął się nieznacznie.
- Nie będę rozmawiał o panu z liderem pod jednym warunkiem – szepnął. Widząc, że mężczyzna nie spasuje tak łatwo, położył szczupły palec na jego ustach. – Chce pan wiedzieć, jakim?
- Mów
- Chcę lalkę – zażądał Itachi. – Podaruj mi lalkę zrobioną przez Sasoriego.
Okazja do poruszenia z Sasorim drażliwego tematu pojawiła się zaskakująco szybko. Lider – konsekwentnie realizując swoją politykę rzucania Orochimaru kłód pod nogi – zlecił im misję. Na szczęście była to misja dość krótka i w sumie nie wymagająca specyficznych umiejejętności jakie posiadali ci wojownicy. Spokojnie można było wysłać na nią każdego, kto akurat miał wolną chwilę. Lider z niejasnych powodów wyraźnie zaznaczył, że życzy sobie nieśmiertelnego duetu Orochimaru-Sasori. Dlaczego akurat właśnie teraz? Ostatnie kłopoty z biurokracją i żądanie Itachiego sprawiły, że legendarny sannin zrobił się nieco bardziej ostrożny. Więc jednak Uchiha rzeczywiście donosił? Może i teraz szepnął przełożonemu to i owo na ucho? Nic prostszego przecież. Nie starał się jakoś specjalnie kryć z tym, że szpieguje, gdyby chciał, z pewnością bardziej by się do tego przyłożył. Przecież to bystry dzieciak. Mniej lub bardziej świadomie pozwolił, by Orochimaru się domyślił, ba!, nawet zasugerował, jak można zamknąć mu usta. A jeśli rzeczywiście maczał palce w przydzieleniu im tej misji, to możnaby sądzić, że podsunął idealne warunki, by w spokoju i konsekwentnie przekonać Sasoriego do pomysłu. Geniusz! Mistrz marionetek!
Misje z Sasorim nigdy nie należały do szczególnie łatwych i przyjemnych. Lalkarz nie potrzebował spać, nie potrzebował jeść, nie potrzebował osłaniać się przed zimnem, czy też gorącem. Orochimaru miał natomiast tyle dumy, by przez długi czas nie przyznawać się do którejkolwiek z tych potrzeb. Maszerowali więc całą noc, milcząc i obojętnie przyglądając się jesiennemu jeszcze, lecz jakby przeczuwającym już rychłe nadejście chłodów krajobrazowi. Powietrze było czyste, po zimowemu już mroźne i zatykające dech w piersiach. Na granatowym, bezchmurnym niebie wisiał okrągły, biały księżyc wycięty z papieru. Drzewa niemal pozbawione liści, zmarznięta ziemia na polach – wszystko to zdawało się jakby odbite w tafli lodu, dostojne, pełne majestatycznej, nocnej ciszy.
- Ile zajmuje ci wykonanie lalki? – zapytał znienacka Orochimaru.
- To zależy – lalkarz wzruszył ramionami. Jak zwykle towarzyszył temu cichy klekot.
- Zależy od czego?- drążył temat mężczyzna
- Czy potrzebujesz bojowej, czy takiej zwyczajnej, do ozdoby – padła obojętna odpowiedź.
- Załóżmy, że zwyczajnej, wtedy co?
- Wtedy zacznę podejrzewać, że chcesz ją sprezentować swojemu małemu przyjacielowi – wyrzeźbione z drewna palce zatańczyły w ten charakterystyczny, wyuczony sposób, jakby mężczyzna chciał wprawić w ruch marionetkę. Na ustach wykwitł ledwie dostrzegalny, łagodny uśmiech.
- Skąd wiesz, kukiełko? – towarzysz nie potrafił powstrzymać przebiegającego przez twarz skurczu strachu. Przez dłuższą chwilę szli w milczeniu, Orochimaru wściekły na swoją reakcję, Sasori uśmiechnięty pobłażliwie, pochłonięty oglądaniem lezących na ścieżce suchych liści.
- I po co ci ta lalka? – spytał wreszcie.
Ta domyślność Sasoriego zdecydowanie zbiła go z tropu. Patrzcie no, niby kukła, a jakie to przenikliwe!
– Prezent.
- Ale dlaczego właśnie marionetka? – dziwił się tamten. – Wydaje ci się, że będzie potrafił wprowadzić ją w ruch?
- Ah! – Orochimaru rozjaśnił się momentalnie. – Przecież on jest mistrzem marionetek! – zawołał w zachwycie. Sasori spoglądał na niego z rezerwą. Uśmiechnął się od niechcenia.
- Łatwo ci przychodzi nazywanie mistrzem marionetek kogoś, kto ma sznurki przyczepione do ramion.
- Co ty mi tu do cholery sugerujesz, kukiełko?
- Nie zrobię tej lalki – odparł beznamiętnie lalkarz. Orochimaru tylko łypnął na niego podejrzliwie.
- Przestań chrzanić – warknął. – Jak zwykle wiesz coś, i nie chcesz mi powiedzieć.
- Przecież nie ma takiej potrzeby – Sasori znów poruszył dłonią w ten specyficzny, przyprawiający o ciarki sposób. – Nie muszę ci po raz kolejny mówić, że Uchiha jest dla ciebie niebezpieczny, że może zniweczyć wszystkie twoje plany. Ty przecież dobrze o tym wiesz, prawda?
- Tak, wiem
- A mimo to chcesz sprezentować mu lalkę wykonaną moimi rękami, mylę się?
- Podobają mu się twoje lalki – odparł z prostotą Orochimaru
- Żywię do ciebie coś w rodzaju sympatii – powiedział z ociąganiem, wykrzywiając usta w brzydkim, ironicznym grymasie. – I właśnie dlatego nie chcę przykładać ręki do twojego samozniszczenia. Przykro mi, Orochimaru.
- Chyba powinienem być ci za to wdzięczny, co kukiełko? – mężczyzna obrzucił go pełnym niechęci spojrzeniem i przyspieszył kroku. Rozmowę można było uznać za zakończoną.
- Współczuję ci – odezwał się Sasori, gdy wreszcie udało mu się dostosować do nowego, szybszego tempa.
- Czemu? – zdumiał się mężczyzna.
- Ja nigdy nie chciałbym tak po prostu stać się czyjąś marionetką. Marionetki bardzo łatwo zmienić w wisielców – kontynuował. – Sznurki już mają.
- Skąd ty bierzesz te wszystkie mądre powiedzonka, kukiełko?
- Zbiór mądrości życiowych lidera.
- Ah… tak, tak, tak, w tym całym sztuki smak – zanucił pod nosem Orochimaru, nie zwracając uwagi na marionetkową prowokację. – W tym cały życia sens!
- Orochimaru…
- Tak, kukiełko?
- Ty nie masz o tym pojęcia – powiedział z mocą Sasori. – Ani o sztuce, ani o życiu.
