Zdawać by się mogło, że życie w Operze Paryskiej toczy się zupełnie gładkim rytmem. Obowiązki zapomnianego już zupełnie, pechowo zmarłego inspicjenta przejęli inni i tylko jego osieroconej kuzynce zdarzało się pociągać smętnie noskiem w ciemnych korytarzach, pomiędzy jednym zastępczym występem a drugim. Największa gwiazda Opery, w osobie boskiego Luciusa rzecz jasna, jak zwykle była ponad wszelkie zawirowania losu, dopóki dochodziły doń w stałej obfitości paczki i liściki od wielbicieli. A tego nadal było mnóstwo, mimo niedawnej konkurencji, jaką Divusowi Luciusowi stworzył swoim błyskotliwym występem młody pan Pottier. W tej chwili jednak ów młodzieniec był stanowczo bardziej pochłonięty zadzierzgiwaniem więzów związku z wicehrabią Malefoyem, niż wspinaniem się po szczeblach operowej kariery. Niewykluczone zaś, że najbardziej na jego chwilowym upadku zaważył fakt, że zawiesił na czas nieokreślony swoje wyższe kształcenie muzyczne pod okiem mentora, którego imienia lepiej było zbyt głośno nie wymawiać. Tak jakoś zresztą wyszło, że odkąd Harold bez reszty poświęcił się dopieszczaniu swojego braterstwa z Drago Malefoyem, w ogóle nikt w Operze Paryskiej nie wymawiał owego imienia – imienia Upiora i złego ducha ciemnych zakątków tego gmachu. A Upiór Opery bynajmniej nie pchał się przed ludzkie oczy – zniknął gdzieś, zaszył się w mroku swoich podziemnych lochów i nigdzie już nie było słychać jego anielskiego głosu, splatającego się z ciemnością niczym jedwab z aksamitem. Można by sądzić, że był ten cały Upiór jedynie urojeniem, chwilami przybierającym twarz pięknego, sennego marzenia w masce koszmaru. Można by sądzić, że rozwiał się w ciemności niczym sen jaki srebrno–zielony czy raczej srebrno–szkarłatny, ostatecznie srebrno–czarny, pozostawiając po sobie tylko rozedrgane żałośnie echa i wspomnienia, powtarzane wyłącznie szeptem i przy dziennym świetle. W Operze zapanował nastrój pogodny i beztroski, kolejne przedstawienia przynosiły piękne zyski i dobrą prasę. Pracownicy z coraz większym zapałem rzucali się w wir zajęć, zapominając zupełnie o niedawnych przykrościach, nieszczęściach i zgonach. Jednym słowem – można by założyć, że życie w Operze Paryskiej zamieniło się w radosną sielankę.
Ale, jak to mówią, cicha woda brzegi rwie...
Ktoś już rwał się do czynu.
Upiór Opery zaledwie na pewien czas przyczaił się w mroku swoich lochów. Lizał rany, zadane mu przez młodzieńczą beztroskę i wiarołomność Harolda Pottiera, ostrzył pióro, za którego pomocą na niezliczonych kartach pergaminu powstawało w tych dniach jego wielkie dzieło, owoc natchnienia geniuszu demiurga i krwawiącego ludzkiego serca, oraz zbierał swoją wewnętrzną bestię, by spięła się do skoku, pokazała pazury i zaatakowała w najbardziej sprzyjającym ku temu momencie. Jednym słowem – dojrzewał z wolna do podjęcia konkretnych działań.
Przemierzał samotnie zimne korytarze swojego podziemnego królestwa, odzywając się tylko czasami złowieszczym szeptem, który nieomal mroził kałuże wody w śladach jego wąskich stóp. Przeklinał 'Arryego równie żarliwie, jak modlił się kiedyś miłosnymi zaklęciami do jego imienia. Ten głos, który potrafił na rozkaz wznieść się w pean i zagłuszyć chóry aniołów Boga Jedynego – a On słuchałby bez sprzeciwu z uznaniem dla Sztuki – ten głos katował zlepione pajęczyną zakamarki wężowym sykiem, aż pękała pajęcza błona, wystawiając kąty na bolesne światło pochodni. Przechodził przez swoją domenę – cień – król wśród cieni i człowiek – poza ludzkim pojęciem. W czarnym kapturze aureoli Antychrysta gryzł wargi do krwi i pił ją jak wspomnienie pocałunków, kiedy jego język splatał się z językiem Harolda w dzikim tańcu w rytm muzyki, pulsującej w żyłach, i balet ciał zastępował śpiew, dopóki Upiór Opery nie był w stanie uklęknąć znów przed swoim Aniołem i otworzyć ust...
Zdrada.
A przecież jednocześnie i w miłosnych zaklęciach nie potrafił Upiór ustać – wystarczyło, że wspomniał młodzieńczą twarz swego Anioła, jego zielone oczy, zamglone oparem krótkowidzenia, jego przekrzywione okulary i sterczące na wszystkie strony, czarne włosy. Upiór Opery, uwięziony w pułapce między słodyczą utraconej miłości a goryczą zdrady, łkał głęboko pod gmachem Opery, przelewając swoje uczucia na nuty i słowa arii. Powstawała opera, jakiej ci głupcy z powierzchni nigdy nie widzieli i nieprędko zdołają zapomnieć. Wypełniona pulsującą mrokiem namiętnością aż po marginesy partytur, aż po zaznaczone śmiałym pismem Upiora wierzchołki nut. Powstawały pieśni o miłości, uwiedzeniu i ostatecznym poddaniu się miłości – takim, jakiego Upiór Opery miał jeszcze doczekać.
Nie wątpił, że doczeka.
Gdybyż teraz w to zwątpił...
Wielkie afisze w całym mieście obwieszczały wszystkim wydarzenie sezonu – nadchodzący Bal Maskowy w Operze Paryskiej. Cały Paryż huczał od plotek o zaproszonych gościach, wystawnym przyjęciu, o zamówionych strojach, kapiących od brylantów i złota, oraz o najważniejszym: kto, z kim i w jakim schowku na szczotki – czyli, rzecz oczywista, w grę wchodziły najzupełniej typowe plotki z życia wielkich operowych gwiazd. Za to w owych schowkach na szczotki, zakulisowych korytarzykach, garderobach dublerów i innych operowych zakamarkach można było raczej podsłuchać szeptane niepokoje, czy dobra passa zespołu utrzyma się do wielkiego balu włącznie i czy Ten, Którego Upiornego Imienia nikt nie raczył wypisać na tłoczonym papierze z zaproszeniem na bal, nie ma aby w planach jakichś nowych diabelstw. Tylko szacowni Dyrektorzy pławili się w sukcesach i planowali wielką galę w czasie Maskarady, beztrosko odesławszy Upiora Opery w grono bytów urojonych, uciążliwych co prawda, ale jednak. Młody pan Harold Pottier dojrzewał zaś do zalegalizowania swego związku z wicehrabią Malefoyem poprzez wspólne wynajęcie niedużej, lecz uroczej i komfortowej mansardy na mieście, i ani mu w głowie była choćby jedna, zupełnie machinalna myśl o mężczyźnie, któremu nie tak dawno jeszcze gotów był swe jędrne ciało ścielić pod mrocznoanielskie skrzydła. Jak to bywa u młodych mężczyzn w jego wieku – czy też, jak twierdzą złośliwi, jak to bywa u większości mężczyzn – jako młodzian płochy, zmienny i spolegliwy bez większych oporów, a nawet z entuzjazmem i odpowiednią pracą bioder rozpalił nowym płomieniem swą młodzieńczą miłość do wicehrabiego Malefoya, która, co wypada wyznać, zawsze tliła się słabą iskierką na tle jego serduszka. Bezwzględne i bezpardonowe uczynki jego Anioła Muzyki, bez względu na ich pobudki, pozostawiły w nim tylko żywy szok i przerażenie, żadnych zaś ciepłych uczuć dla niedawnego ukochanego mężczyzny, centrum wszechświata i centralnego ogrzewania operowych podziemi. Nie należy więc źle o nim myśleć, widząc go na Balu Maskowym ramię w ramię z Dragonem Malefoyem. Panowie stanowili parę jak z żurnala. Bez oporów pokazując co który miał najlepszego, przyodziani w obcisłe rajstopki i kolorowe kaftany jakby wprost zdjęte z gałęzi Lasu Sherwood, pląsali po parkietach Robin Hood i zaiste Mały, może nawet zanadto, John. Na przytrzymującej łuk szyi 'Arry'ego dyndał dumnie długi, gruby i wygięty na końcu klucz od ich wspólnego, intymnego, zupełnie własnego mieszkanka.
– Och, Drago!
– Och, 'Arry!
– Pomiśl tilko! Ti i ja, sami!
– Haaa! – Malefoy dumnie chwycił za sznurek, na którym jego przyjaciel nosił klucz, i szarpiąc za niego zaczął Harolda obciągać po Sali niby dojną krowę. – Patrzci, ludzi! Mói przijacil jest ze mną! Już nigdi si ni rozstaniemi!
– Drago! – 'Arry, przerażony, wyrwał się i czym prędzej ukrył klucz z powrotem w dekolcie kaftana, na moment błyskając spod zieleni szat bujnie owłosioną piersią. – Przecież ci prosiłem! Nie musimi nikomu mówić! Proszię! Jeszczie trochę cierpliwości!
– Ooooj, no dobrzie, no dobrzie, niech będzi, jak ti chcesz. – Malefoy, nadąsany, poklepał kluczyk poprzez gruby materiał haroldowego przebrania. – Ale naprawdę ni rozumim, po co te wszystki meciji! Można bi wszistkim powiedzić, zabrać si stąd i ni wracać.
– Hej! Ja kiediś chcę wrócić do śpiwania! – przypomniał subtelnie 'Arry.
– Osziwiści, osziwiści. – Wicehrabia subtelnie zamachał rękami na cztery wiatry. – Naprawdę, przijacielu, czasami jesteś taki dziecinni... Ale niech już będzi jak chcesz. Bawmi si! Bawmi!
Pociągnął młodego Pottiera w głąb oświetlonej rzęsiście sali. Harold rzucił tylko jedno, niespokojne spojrzenie przez ramię. Oczywiście, czemu niby ktokolwiek miałby cokolwiek mieć komukolwiek za złe... Odchodzenie bez pożegnania na przykład... Eee... Nigdy nie obiecywał, że się pożegna. Aaa... Eee... Odchodzenie tak ogólnie rzecz biorąc? Cóż, ten piwniczny klimat zabija. I ma fatalny wpływ na gardło, tak.
'Arry spojrzał za siebie z zupełną już paniką i pognał za przyjacielem. O, Boże. O Bachu i Wagnerze. Żeby tylko nie musieć się nikomu tłumaczyć, dlaczego ma tyle, tyle godzin ćwiczeń w plecy.
Dyrektorowie Opery wprost rozkoszowali się splendorem swojej wielkiej gali. Ich gwiazda, obleczona w kontrowersyjny nieco, ale twarzowy kostium heroiny greckiego romansu, eksponującej efektowną nagość i białe giezełko oraz tło w postaci herosa greckiego romansu czyli maestro Remy'ego, którego imponujący bas ledwie zdołał pomieścić się pod przebraniem. Do obu panów z obu stron ustawiała się – podrygująca dla niepoznaki w takt muzyki – kolejka po autografy, nadstawiająca wszystkie skrawki, od zaproszeń na bal po własne podszewki, halki i kryzy. Spora część wielbicieli, oślepiona blaskiem sławy, brała obu śpiewaków za, krótko mówiąc, oboje, tych jednak do głębi dotknięty Lucius jednym lodowatym spojrzeniem odsyłał precz, uczyć się gramatyki przynajmniej, jeśli nie grzeczności. W każdym razie – wszyscy bawili się wprost przewybornie, muzyka grała, żyrandole jaśniały, maski wabiły przepychem kolorów...
Chcecie maski? Dam wam maskę... Przyniosę wam maskę...
Maskarada? Beze mnie?
Szedł korytarzami Opery – najpierw przez swoje lochy, przez ciemność, w której nie potrzebował przewodnika – ani spojrzenia, ani pochodni, ani dłoni, by przewiew powietrza w szparach nad jeziorem wskazywał mu drogę. Znał ją tu na pamięć, szedł pewnym krokiem. Palce miał już obciągnięte rękawiczkami – nikt nie dotknie jego skóry, skoro jego Anioł nie dba, by ją pieścić. Światło jej nie zrani, powietrze nie zadraśnie. W najniższych partiach Opery mieli już światło. Bolało. Było pusto, wszyscy oni garnęli się do balu jak ćmy, marzące, by ktoś powoli przypalał ich skrzydła, trzepoczące w takt skwierczenia płomyka świecy. Znalazł drogę i tędy – często się tu pojawiał, niezauważany przez nikogo. Głupcy. Nie zauważyliby anioła, diabła, Demona Apokalipsy we własnych salonach. A on był tym wszystkim po trochu.
Na górnych piętrach już nie było tak łatwo, znalazło się trochę ludzi, kręcących się tu i tam. Ciemna peleryna mignęła tu i tam. Cień w oczach. Cień...
Przeszedł.
A sala balowa jaśniała upojeniem, światłem i kolorem, brzmiała muzyką radości.
A fe.
Jeszcze kiedy przygasły światła z jednej strony, 'Arry nic nie zauważył. Kiedy to samo stało się z drugiej strony, pomyślał, że to awaria gazu.
Naprawdę w to wierzył.
Kiedy wszystkie przygasły, zastanawiał się, jak temu spryciarzowi udało się to zrobić. Zupełnie jak... Jakby... Jednym zaklęciem? Ech, czy to ważne? Ważne było tylko, że Harold Pottier mógł jedynie patrzeć bezsilnie, jak w plamie półmroczności po wysokich schodach schodzi zgrabnie wysmukła postać, tak boleśnie znajoma, w długim płaszczu i skórzanych butach do kolan.
– Tęskniliście?
Sądząc po tym, jak najbliżej stojący uczestnicy balu z rozmaitymi okrzykami na ustach rzucili się do biegu, można by sądzić, że zaiste tęsknili. I że właśnie biegną uściskać swego idola, a być może nawet - wynieść na ołtarze. Zapewne przenosząc wpierw jego skołataną duszę w ciche cienie Erebu, ale to już byłby doprawdy zabieg kosmetyczny.
Jednak, oczywiście, wszyscy ci ludzie rzucili się do biegu jak najdalej od Upiora Opery. Zamieszanie wszakże powstało niewielkie, bo większość operowych gości tkwiła jak sparaliżowana na swoich miejscach i zryw do panicznej ucieczki właściwie spełzł na niczym – po niedługiej chwili wszyscy stali tylko, wpatrując się tępo w mroczną sylwetkę na schodach.
- Niezła imprezka – zauważył łaskawie Upiór. Pozwolił sobie postać przez chwilę pośrodku schodów w leciutkim nimbie przygaszonych świateł, niczym czarna, połyskująca leniwie perła, koronująca szaloną feerię barw, strojów i świecidełek balu.
Wisienka na torcie.
Wreszcie poruszył się i zaczął zstępować pomału po stopniach, ciągnąc za sobą ciężką pelerynę, mieniącą się różnymi odcieniami mrocznej czerwieni – od szkarłatu do mrocznej wiśni właśnie. Operowi goście, jakby tym gestem odczarowani, pomału odsuwali się z zasięgu tej groźnej, strasznej postaci, nie kryjącej się dziś w cieniu, ujawnionej i dumnie prezentującej przed nimi swe walory. Upiór Opery zaprezentował się na Maskaradzie w równie imponującym co obcisłym, szkarłatnym mundurze i ciągnącym się daleko za jego plecami płaszczu, który teraz spływał zwodniczo łagodnie po kolejnych stopniach schodów, zakrywając je jakby dywanem koloru krwi. Całą twarz mężczyzny osłaniała tego wieczora maska, wyobrażona na kształt nagiej czaszki o kształtnych kościach i czole intelektualisty. Spod czaszki wyzierały czarne klejnotu oczu Upiora Opery, przepatrującego tłum powoli, obojętnie i bez większego zaangażowania.
Tłum falował niespokojnie.
Oj.
Jeszcze kiedy Upiór wyłaniał się u szczytu schodów, strasząc wycyzelowanymi starannie kośćmi czaszki tej obcej, maskaradowej maski, 'Arry myślał tylko o tym, aby wskoczyć Drago Malefoyowi na plecy i dać mu się jak najdalej ponieść od tego strasznego mężczyzny o płonących oczach.
Już kiedy Upiór rozglądał się po gościach Opery, zupełnie obojętnie przesuwając wzrokiem po doskonale widocznym gdzieś w tłumie Robinie z Sherwood, o czarnej, rozwichrzonej czuprynie i zielonych oczach koloru agrestu – 'Arry poczuł mrowienie w dłoniach, które szybko przeniosło się na inne rejony ciała. Tymczasem zaś owo obojętne spojrzenie przeniosło się na ciała innych osób, w nich zapewne wywołując podobne mrowienie. I czy to było w porządku?
- 'Arry? 'Arry?
Przyobleczony w swój strój Małego Johna wicehrabia Drago Malefoy daremnie potrząsał ramieniem swego przyjaciela, szepcząc natarczywie do jego ucha i omal nie wybijając sobie oczu cisowym łukiem. I wszystko na nic – te cudownie zielone, czyste jak kryształ miłości i głębokie jak morze rozkoszy oczy znów były zamglone jakimś niedostępnym dla wicehrabiego zamyśleniem, rozmarzeniem, napięciem. Znów utkwione były w znienawidzonej sylwetce o giętkich biodrach, czarnych jak węgiel oczach i twarzy, ukrytej pod białą maską. Pięść wicehrabiego zacisnęła się na ciężkiej pale, zwisającej u pasa. Już on tym razem dopilnuje, żeby ten upiorny natręt zyskał naprawdę dobry powód do noszenia maski.
'Arry, jeszcze kilkakrotnie szarpnięty za ramię przez rozeźlonego Malefoya, na nic już nie zwracał uwagi - prócz plamy czerwieni, w osobie kroczącego w dół po schodach jego Anioła. Jego i tylko jego!
A przecież...
Przecież tamten przeszedł o parę kroków od niego i nawet nie odwrócił głowy. Nawet nie skinął podbródkiem. Nawet nie rzucił okiem. Ani pantoflem. Ani kamieniem. I nawet mu nie drgnął ani jeden mięsień!
Ani jeden!
Przeszedł obok, jakby byli zupełnie sobie obcy, on i jego Anioł, Anioł Anioła i Anioła Anioł, i może rzeczywiście on go nie chciał na oczy więcej widzieć, po tym, co się stało, i jak on mógł, tak, no, morderca, ale jak on mógł, tak, no, nawet nie spojrzeć na niego?
Och, Aniele! Serce 'Arry'ego rwało się ku Upiorowi Opery niczym chart, spuszczony z uwięzi, ku soczystej polędwicy. Jasne oczy Drago szybko uleciały z młodzieńczej pamięci, kiedy donośny odgłos podkówek wysokich butów Upiora obudził zapomniane echa niegdysiejszej pieśni.
A tamten przeszedł tak zupełnie, zupełnie obojętnie, że nic a nic mu nie drgnęło! A byłoby doskonale widać! Nawet najmniejsza, najcieńsza struna głosowa! Nic!
Chlip.
'Arry Pottier miał złamane serce.
Za jego plecami Drago Malefoy miał w sercu żądzę mordu, a w rękach nóż.
W miejscu z doskonałym widokiem na schody Divus Lucius podobno nie miał serca. Ale miał laskę i szczególnie udany kostium Mefistofelesa.
Zaś Upiór Opery miał całą tekę skryptów operowego libretta.
- Przyniosłem wam prezent...
Krew pulsowała naglącym rytmem niespisanych jeszcze pieśni w całym jego ciele – wszędzie i wszędzie, wprawiając całą jego osobę w przedziwne wibracje. Przesuwał spojrzeniem po publiczności – w jego oczach, stopionych na zawsze z krawędzią maski, ten falujący tłum składał się tylko z szarych, niewartych uwagi postaci, jakby wyciętych z tektury. Tylko jego Anioł błyszczał tam niczym kwiat – ale na ten kwiat nie wolno było spojrzeć. Nie godzien był, nie godzien... Zresztą, spojrzenie Upiora kwasiło mleko, kwiaty od niego więdły – taka róża, jak Harold Pottier nie powinna ryzykować, nieprawdaż?
Ale jeszcze się doczekasz spojrzenia Upiora Opery, Aniele... I będzie już dla ciebie za późno... Powinieneś był przyjąć mój dar, kiedy złożyłem go u twoich stóp razem ze swoim sercem. Teraz – teraz Upiór Opery nie ma już serca dla nikogo.
Szedł, wiejąc za sobą krwawym zawirowaniem czerwonej peleryny, ogarnięty tętnieniem bębnów we własnych żyłach, nie patrząc.
O krok czy dwa w urażonym zdumieniu i szoku odprowadzało go spojrzenie Harolda Pottier.
W bezpiecznej odległości, oparty wygodnie o ścianę, boski Lucius, cały w czerni i srebrze, w zamyśleniu pocierał mocno lewe przedramię. Wzroku, pełnego troski i aprobaty, nie odrywał od obciśniętych czerwoną skórą kształtów Upiora.
Postrach Opery zatrzymał się na podeście i przez chwilę pozwolił wszystkim gapiom jęczeć strachliwie. Po chwili jednak jednym wrogim spojrzeniem uciął wszelkie szepty i nareszcie przemówił pełnym głosem.
- Tym razem, zamiast bawić się w kotka i myszkę, co niektórym z was sprawiało tak wielką przyjemność... – Ktoś z tyłu pisnął i zemdlał, ktoś zawył – proponuję udział w prawdziwej grze. Czyli, oczywiście, wystąpienie w operze. – Otworzył teczkę i cisnął w zaskoczonych Dyrektorów plikiem papierów. – Stworzyłem dla was arcydzieło prawdziwej muzyki. Nie będzie tutaj głupiego wyśpiewywania kupletów, więc być może wielu z was uzna, że to w ogóle nie jest sztuka operowa. Nie oczekuję od was, że docenicie piękno muzyki kipiącej i roziskrzonej uczuciem. Nikt z was nie rozumie! Nikt!
'Arry jęknął i postąpił krok naprzód, wyciągając ramiona. Znał te słowa, rozpoznawał je – kiedyś tym samym głosem, aksamitnym wtedy i kochającym, niby balsamem sączyły się do jego duszy przez uszy. Dzisiaj zaś jeden niedbały gest czynił go – nikim. Nikim!
- Jednak mogę wam pokazać... – ciągnął Upiór Opery głosem kuszącym niczym wszystkie odcienie zwodniczego zła. – Wystawicie moją Operę, ujrzycie delikatną moc muzyki, która płynie przez żyły, aby oczarować umysł i usidlić zmysły...
'Arry wył.
- Poznacie uwięzioną w muzyce sławę, chwałę, śmierć... Nikt z was nie rozumie, ale będziecie mogli poczuć... Doświadczyć... – Mężczyzna wodził swymi onyksowoczarnymi oczyma po zafascynowanych, znieruchomiałych ludziach, obojętnie przesuwając wzrok po wystawiającej dłonie po okruch uwagi sylwetce Harolda Pottiera i wystawionej do boju niczym maszt admiralski pale młodego Malefoya. Przymknął oczy – spod lśniącobiałej maski – czaszki zionęły pustką ciemne dziury pomalowanych na czarno powiek. Uchylił rzęs tylko na moment – by wymienić długie, pełne harmonii spojrzenie z parą sennych, szarych oczu gdzieś naprzeciwko.
I nagle – fru, tylko zawirowała szkarłatna peleryna, tylko załomotały podkówki butów, tylko zabłysły światła świec na kościstych policzkach czaszki, tylko załkał jakiś Robin, zawył w furii jakiś Mały John, daremnie rozbijając pałą kamienne płyty, które jeszcze przed sekundą otwierały się i zamykały na rozkaz przed Upiornym Księciem Opery.
- Uuuuuuuch!
Drago Malefoy rozejrzał się nieprzytomnie – wzrok mąciła mu czerwonawa mgiełka wściekłości. Obok jego 'Arry drapał paznokciami w płyty i popiskiwał cieniutko.
- Uuuuuch!
O nie, tak tego nie rozegramy. Wicehrabia Malefoy tak tego nie zostawi! 'Arry to jego wężyk w lwiej skórze, jego zielonookie piękno, światło, światełko jego życia, jego róża herbaciana! Ale tym razem ten przeklęty duch w masce nie będzie górą! Drago wiedział już, co powinien zrobić. Oczywiście, D'ombli D'or zwinął manatki i zwiał, pozostawiając odpowiedzialność tym idiotom. Ale był ktoś inny, z kim można się było rozmówić naprawdę poważnie – jeśli to konieczne, przeprowadzić choćby i rozmowę trumienną. A Drago Malefoy nie zamierzał być szlachetnym – już on zrobi tej osobie takie hepi niu jer, że wyzna wszystkie trujące sekrety.
Przyciskając dłoń do serca, szła półmrocznym korytarzem, snując niespokojne myśli o mężczyźnie w białej masce. Ani się nie spostrzegła, gdy tuż przed nią znalazł się pałający gniewem wicehrabia, wznosząc nad jej głową swoją prężną pałę.
- A teraz, Madame Magonagalie', powie mi pani całą prawdę o tym waszym rzekomym „Upiorze Opery".
- To Mistrz…
Madame Magonagalie' przycisnęła dłoń do falującej dziko piersi. Spojrzenie, którym ścigała cień niewidocznego już dawno Upiora, pałało w półmroku niczym oczy polującej lwicy.
- To Mistrz – powtórzyła gorąco.
- Nich sobie będzi nawet czarodzieim! – prychnął nieelegancko arystokrata. – Dla mni to tilko prziczajoni w kanałach wąż! Morderca! Czai si gdziś w ciemności i pożera trupi!
- Nich pan ni robi z niego jakiego śmierciojada! – ofuknęła go dama. – To prawdziwi artista! Geniusz!
- Geniusz zła! Szaleniec! Kim on jest, ę? Pewni to jakiś zbieg, skazaniec, sukinsin! Ukriwa si tu przed prawem! Już ja ukrócę te praktiki! – rozzłoszczony Drago machnął bronią, aż zaświszczało. Madame Magonagalie' ujęła się pod boki, jakby chciała własnym ciałem zagrodzić wicehrabiemu drogę do Upiora.
- Zobaczymy, kto komu co ukróci… - odparowała, mierząc pogardliwym spojrzeniem pałę Malefoya. Ten zignorował jej uwagę – dla dodania sobie kurażu machnął jeszcze raz.
- No, słucham? Skąd si tu wziął ten upiorni muzikant? Prziwędrował ze szczurami, ę?
- Żiebim ni powiedziała, kto tu przipomina szczuri. – Wzrok damy przesunął się z obrzydzeniem po anemicznej sylwetce arystokraty, nie omijając jego cienkiego w obwodzie uzbrojenia. Mina Mignerve mówiła wyraźnie, że z dwojga chudego wolałaby liczyć żebra Upiorowi, choćby go musiała w tym celu najpierw obrać ze skórki i przygwoździć widelcem.
Zwłaszcza, gdyby mogła to zrobić.
Drago Malefoy nakazał sobie spokój i cierpliwość.
- GADAJ TI STARA WIEDŹMO!
Srogie spojrzenie Madame nabrało twardości stali, o którą obiło się boleśnie delikatne drewno pałki wicehrabiego.
- O ho, teraz to pan nic ode mni ni usłiszi.
Drago nakazał sobie odprężenie i dystans.
- TO NI MÓW NIC! A JA I TAK GO PRZENICUI!
Przewróciła oczyma i oparła się z rezygnacją o kamienną ścianę.
- No to już powim…
Działo się to dawno temu – tak dawno, jeśli wierzyć słowom Madame, że ani sam Drago, ani 'Arry nie pojawili się jeszcze na tym świecie, a sławetna srebrzysta koszula nocna Pottierów jeszcze pałętała się zbyt długim rąbkiem pod nogami Jeana Pottiera, przyszłej gwiazdy operowej. I jeszcze bardziej przyszłego haroldowego ojca.
- Kousziela nocna? 'Arry ni pokaziwał mi żadnij kouszieli! Nic ni wim o kouszieli! – rozżalił się Drago, poniekąd słusznie. Magonagalie' wzruszyła ramionami.
- Nie musi 'szistkiego panu pokaziwać…
- Musi! – upierał się nadąsany arystokrata.
- To go pan zmuś…
- Zzzzmuszę! – Drago klepnął się w podnieceniu pałą w dłoń. Zaraz jednak wyobraził sobie niezgrabne narzędzie przy delikatnej skórze ukochanego i zawstydził się głęboko kierunkiem swoich myśli. Nie aż tak głęboko jednak, by nie zanotować w pamięci pomysłu z pałką. W końcu nie zawsze jego 'Arry będzie takim niewinnym, wrażliwym kociątkiem… Już on o to zadba!
Magonagalie' nie przestawała mówić.
- I tak zamieszkał w lochach.
Wicehrabia zgubił na moment wątek.
- 'Arry?
Dama westchnęła głęboko.
- Możie czasami, ale ni na stałe…
- Upiór! – Malefoy zawarczał dziko. – Skąd si wziął w tich lochach?
- Ileż razi mam powtarzać to samo…
W owych dawnych czasach peleryna Upiora Opery majtała mu się pod nogami równie niewygodnie, co młodemu Pottierowi jego srebrzysty negliż. Po Upiorze jednak już wtedy widać było, że wkrótce dorośnie do imponującego metrażu swoich szat i okaże się ich godnym dopełnieniem.
- Piżiami, pelerini, lada chwila zaczniemi omawiać fason ich bielizni! – Wicehrabia najwyraźniej nie był zainteresowany aż tak intymnymi szczegółami biografii swego wroga. – Skąd si tu wziął? Wirósł jak jakaś grzibnia? A może go wikarmiła szczurzica i nietoperzica?
- Pokorne cielę dwi matki ssi – przypomniała Madame. – A jego zalicziłabim raczij do nipokornich… Oj, nipokornich… Oj, zalicziłabim…
- MÓW!
No i powiedziała. Otóż ówczesny Dyrektor Opery, którego imienia jakoś nie chciało się Madame wymawiać, miał być nader szczególną postacią – wedle powszechnej opinii stanowił inkarnację samego Szatana, który w sobie tylko znanych, zapewne wszetecznych celach zstąpił na ziemię w muzycznym centrum kulturalnym Paryża. I natychmiast zgarnął z zaułka nad Loarą nader obiecującego młodzieńca, zwinnego jak wąż i czarnookiego. Dołączył go do świty swoich najbliższych pomagierów, których miał ponoć naznaczać jako swoją własność bliżej niesprecyzowaną klątwą. Sugerowano, że wygryzał im gdzieś piętno zła; najprawdopodobniej na sumieniu.
- Wszistko to zaboboni! Legendi! Ja chcę fakti! To czarne straszidło ni przibiło tu na pewno z piekła!
- Ni powiedziałam, żie przibiło – przypomniała Madame Magonagalie'. – Ale po tim piekle, jakiego zaznał w dzieciństwi, nawet taki nibi diabelski Direktor bił dla nasziego Anioła wibawienim… A ten Anioł, choćby ni wim jak upadłi, zawsze bił szaleni sprawiedliwi: odpłacał każdemu w równi moneci…
- Aniołek! Chiba z rogami i ogonem! – Drago odruchowo wyobraził sobie Harolda, przystrojonego w taki właśnie sposób na jakąś uroczystą okazję. Potrząsnął głową, by odegnać rozpraszające myśli. – Czim mu zawinił ten bidni inspicjint? Ę?
- Szwendał si – odparła krótko dama. – Czemu jaśni pan mni zadaje taki pitani? Mni pan Noir ani grział, ani ziębił. Pan też nawet na niego ni zwrócił uwagi, zanim jego trup spadł panu na głowę?
- Ni biło ciała! – przypomniał triumfująco Malefoy. – Na pewno ten amoralni zboczenic porwał zwłoki do swoich lochów! Pewni robi jakiś wszeteczeństwa!
- Ni twierdzę, że ni robi – zgodziła się bez oporu. – Ale na pewno ni z ciałem Siriusa Noir.
I w tym akurat Madame Magonagalie, tak doskonale zorientowana w najmroczniejszych nawet sekretach Opery Paryskiej, miała jak zwykle absolutną rację. Czyje by bowiem nie było ciało, którym akuratnie bardzo był zajęty Upiór Opery, zwany Aniołem przez niektórych chłopców, z pewnością nie należało do Siriusa Noir.
Chyba, że przefarbowałby włosy na platynowy blond…?
— Mięczak.
— Sukinsyn.
— Flaczek-fraczek.
— Sukinsyn.
— Romantyk.
— SUKINSYN!
— Kiedy wreszcie odpuścisz?
— W grobie!
— Nekrofil.
— Lizus.
— Ten dzieciak to pomyłka. Zapomnij.
— O tym syrenim śpiewie? Zapomnij!
— Syreni, phi! Mógłby raczej być skrzeczącym trytonem.
— Ogonek ma, to fakt...
— Zdecyduj się wreszcie! Chcesz go mieć w chórze, czy w haremie?
— W haremie mam ciebie, moja huryso…
— Sam jesteś hurysa, ty Perdito X Nitt nieopierzona. Aniele! W twoim wieku powinieneś się już był wyzbyć złudzeń.
— Czasami to jedyne, co mam…
— Od kiedy wmówiłeś sobie, że ci nie wystarczam, zrobił się z ciebie straszny ponurak. Ten chłopak ma zły wpływ na ciebie! Gardło sobie przewiejesz przy tym wzdychaniu!
— Ech…
— O, właśnie o tym mówię.
— Odpieprz się.
— Uwielbiam, kiedy świntuszysz w tonacji molowej…
— …
— …
— Dobrze.
— Mnie też.
— Dobrze, zgadzam się!
— Ale ja niczego nie proponowałem… Jeszcze?
— Zgadzam się coś zrobić z 'Arrym.
— Ciągle coś z nim robisz… I to zdecydowanie bez mojej zgody.
— Ale teraz to będzie coś konstruktywnego. Przekonamy się, czy ten duet ma jakąś przyszłość.
— Nie w tercecie ze mną… Aaaaai! Dokąd lecisz?
— Na cmentarz…
— Kość z kości ojca… No pięknie. I to mnie uważają za zboczeńca…
Grobowiec słynnego śpiewaka Jamesa Pottier na paryskim cmentarzu królował na samotnym wzgórzu ze swymi białymi marmurami niby Artemizjon w Efezie, który tak właśnie majestatycznie i magicznie górowałby nad okolicą, gdyby go nie spalił żądny sławy grecki piroman. Tymczasem zaś miejsca wiecznego spoczynku Jamesa Pottier nie tknął ogień ni pożoga, chociaż wieńce kwiatów i ogarki świec świadczyły jasno, że wspomnienie talentu śpiewaka wciąż płonie w sercach jego wielbicieli. Płomieniała również dusza jego syna i dziedzica talentów oraz nocnej bielizny — Harold Pottier targany burzą uczuć i niepewności pędził ukoić emocje w odosobnieniu cmentarza, elektryzując niemal napięciem i iskrząc błyskawicami z czoła. Cóż to wszystko miało znaczyć? Jakże jego Anioł Muzyki, jego mistrz, opiekun, przewodnik i osobisty dietetyk mógł potraktować go tak chłodno, tak obojętnie i, i właściwie to wcale go nie potraktował! Przeszedł obok i nie spojrzał nawet, ani nie odwrócił znacząco twarzy, ani nic! Jak to rozumieć? I co począć z Drago?
Burza emocji zasnuła ciemnymi chmurami niepokoju życzliwy głos rozsądku, aby z Drago raczej skończyć, a nie zaczynać, bo może to wrodzona kurtuazja powstrzymała Anioła od należytego powitania 'Arry'ego, skoro ujrzał go w towarzystwie innego mężczyzny.
Harold podciągnął poły płaszcza, w zapamiętaniu przeskakując pochylone nagrobki. Zignorował złowieszczy trzask i parł dalej przed siebie, nie bacząc na głębokie rozdarcie w swojej wiernej, rodowej nocnej koszuli. Strzęp srebrnych nici powiał za nim smutno, zaczepiony na obwisłej cynicznie aureoli kamiennego anioła pod posępną wierzbą. Złowróżbne znaki czaiły się pod płytami nagrobnymi, ukradkiem chwytając przebiegającego młodzieńca za odzienie i przemykając przed nim tupotem łap czarnego kota.
A 'Arry nic.
Dotarł do grobu ojca i zatrzymał się wreszcie, oddychając ciężko, aż jego młodzieńcza pierś falowała niespokojnie w rytm tętniącego serca. Pomału zaczął się uspokajać — atmosfera tego miejsca zawsze działała na niego kojąco. Przytulił policzek do chłodnego kamienia, ogarniając wzrokiem imponujący kształt grobowca. Wierni pamięci mistrza, wielbiciele ufundowali mu po śmierci łoże, jakiego nie powstydziłby się sam faraon Tutenchamon, gdyby zechciał wyrzec się wyciągania organów przez nos i stożkowych modeli architektonicznych na rzecz kształtów nieco bardziej skomplikowanych. Grobowiec Pottiera przypominał baśniowy pałac, ku któremu zaiste warto byłoby podążyć przy zachodzącym słońcu życia. Zwieńczony był koroną fasady, gdzie w wiecznym hołdzie zastygły figury, symbolizujące różne aspekty życia mistrza. 'Arry oparł łokieć na grzbiecie kamiennego dzika, pocierając bezwiednie grzbietem dłoni o jego skrzydła. Znaczenie niektórych znaków od zawsze pozostawało dla niego tajemnicą i nie do końca był pewien, czy chce ten stan rzeczy zmienić. Czym innym było dziedzictwo Jamesa Pottier, sławnego muzyka, wielkiego człowieka i kochającego ojca, a czym innym rozważanie, dlaczego ktoś obdarzył go po śmierci wizerunkiem czterech zwierząt — w tym ptaka i węża — splecionych w nieodgadniony kłębek na skraju dachu. Na samym szczycie zaś pysznił się nietknięty zębem czasu ni kwaśnego deszczu imponujący jeleń. Harold Pottier westchnął, uspokojony, jak zawsze czując się bezpiecznie i swojsko w cieniu tych majestatycznych rogów. To miejsce wywierało na niego przemożny wpływ — czuć było pulsującą magię, jakby zza najbliższego kasztana miał ukazać się król celtyckich lasów, aby objąć grobowiec w posiadanie jako swoją nową siedzibę i zaszczycić go blaskiem własnego poroża. Wprawdzie rogata rzeźba sama w sobie bardziej przypominała owoc namiętności rzeczonego celtyckiego bóstwa i któregoś z bardziej obłokształtnych Pradawnych Cthulhu, jednak Harold był gotów bezkrytycznie walczyć o tytuł jedynie poprawnego wizerunku rogacza dla pomnika na grobie ojca.
Dlaczego nie stanął tam pomnik ojca właśnie, albo czemu nad przednią fasadą nie rozpinał skrzydeł do lotu żaden uduchowiony anioł w twarzowej czeni, nad tym czasami się 'Arry nawet zastanawiał, jak dotąd - bezskutecznie. Tym razem nawet nie przemknęła mu przez głowę żadna myśl na tematy artystyczne, bowiem z okolic jeleniego grzbietu sfrunął młodzieńcowi na głowę stuprocentowy Anioł.
W wielce twarzowej czerni, owszem, i ze skrzydłami płaszcza łopoczącymi z tyłu niby mroczna muleta. Szczęśliwie jednak był to Anioł z krwi i kości, nie zaś ze stu-dwustu kilogramów kamienia, obaj z 'Arrym uniknęli więc poważniejszych cielesnych obrażeń.
Nie na długo jednak.
Spojrzeli sobie w oczy, na sekundę wyrwaną z trzewi wieczności przynależąc znów do siebie bez reszty. Milczały czarne oczy, rozedrgane niby struny harfy, na których James Pottier komponuje niekończący się psalm na rajskich łąkach. Milczały zielone oczy, wzburzone niby szalejący ocean, falujący niby wzburzona pierś, roztętniona szalejącym sercem. Przemówiły usta, te stworzone do pocałunków, kradzionych z włamaniem pod osłoną nocy, te stworzone do anielskiego śpiewu, tkającego sobie wśród ech girlandę muzyki, przemówiły jedne i drugie, a głosy splotły się w nieporównywalnej z niczym harmonii duetu.
- Aniele! - powiedział Anioł.
- Aniele! - powiedział 'Arry.
Drago Malefoy wypadł zza ciemnej bryły sąsiedniego grobowca.
- A niech mnie! - powiedział.
'Arry drżał. Dygotał, wibrował i pulsował, a każda część jego ciała, okrytego jedynie falującą niespokojnie koszulą nocną, drgała we własnym rytmie. Cmentarne zimno przenikało cienkie koronki, szczęk oręża przenikał delikatne, chłopięce uszy, a widok ukochanych twarzy, zaciętych i szczękających morderczo zębami na przeciwnika, przenikał wrażliwe serce śpiewaka. Wicehrabia walczył z Upiorem — Drago walczył z Aniołem — dumne srebro ścierało się z przemroczną czernią — a 'Arry marzł.
— Ouu... Aniele... Drago...
En garde! Riposte! Szczęk szczęk i ostrzy, w śmiertelnym tańcu prześcigających się w rywalizacji o pierwsze głębokie pchnięcie. Niczym w makabrycznym balecie, którego nuty mogłyby spłynąć z długich palców Upiora Opery na splamione krwią pięciolinie, pośród grobów i pomników, w cieniu jeleniego poroża Jamesa Pottier, trwała walka na śmierć, życie i pięknie uformowaną dłoń Harolda Pottier. Lodowaty błysk w stalowych oczach Malefoy'a, bezlitosne otchłanie szczelin maski Upiora, ciosy do krwi, tryskającej z coraz to nowych zranień — wszystko to nie pozwalało wątpić, że zapamiętali w boju przeciwnicy nie ustąpią, aż nie położą wroga pokotem do grobu.
A 'Arry marzł dalej.
Cóż to za widok straszny dla jego młodych oczu, ta przemoc, ta krew, cóż to za szok dla muzycznej duszy, te hałaśliwe szable, te oddechy chrypiące w wysiłku! Wątła pierś 'Arry'ego falowała bezradnie, a koronkowy gors koszuli falował na niej, i tak cały 'Arry chybotał się niczym kwiat paproci na wietrze, nie mogąc się zdecydować, w którą stronę powinien rzucić się najpierw, lub na które ostrze ofiarnie nabić własne ciało. Czemuż, ach, czemuż do tego doszło? Czyż sama jedna osoba młodego pana Pottier była warta tej nienawiści, tej krwawej rzezi?
Eęęhmmm...
Nadal zmarzły, ale nieco już poróżowiały tu i ówdzie młodzieniec postąpił krok ku walczącym, próbując bezskutecznie zwrócić na siebie ich uwagę. Zaczynało to być naprawdę niepokojące. Tyleż pięknego czasu było im dane, wszystkim trzem! Tyleż niezapomnianych chwil, tyleż niewypowiedzianie pięknych pieśni! Tyleż wysiłku włożył 'Arry, aby swego Anioła utrzymać z dala od Drago, a swego Drago z dala od Anioła — i cóż? Nie dosyć, że się doskonale bawią sami ze sobą, to jeszcze zupełnie ignorują jego, 'Arry'ego!
— Och, ojcze... Musisz si pewni przewracać w grobi... — jęknął. Posępny, rogaty cień w odpowiedzi jakby nieco bardziej zaciążył na jego wątłych ramionach. Monstrualna bryła grobowca Jamesa Pottiera wydała z siebie bezgłośne westchnienie dezaprobaty.
— Wim — jęknął 'Arry jeszcze raz. — Powininem bił podzilić si z Ronaldem...
Anioł Muzyki, Demon Podziemi i Bożyszcze Młodych Talentów, a wszystko to w jednym, szczupłym i gibkim ciele Upiora Opery, naturalnie nie ignorował swego Harolda, ani też nie planował go dłużej zaniedbywać. Przeciwnie, z każdym wypadem i kontratakiem, z każdym cięciem i pchnięciem, stawiał swoje kroki tak, aby po trupach i zgliszczach utorować sobie wreszcie raz na zawsze drogę do ukochanego. Niech tylko ten przedwcześnie posiwiały wymoczek, ten karłowaty gołowąs, to beztalencie artystyczno—społeczne zaprzestanie wreszcie kręcić młynka swoją szabelką nad kapturem Upiora, niech wreszcie legnie z przebitym płucem i wyplunie z siebie to nędzne, zmarnowane życie. Wreszcie będzie można z rozwianą peleryną pognać przez grobowce, tratując krzyże i róże cmentarne, pozostawiając za sobą zagasłe raptownie znicze, pochwycić w ramiona drżące ciało 'Arry'ego, wciągnąć w pieszczotliwy mrok najbliższego...
O NIENIENIENIE.
Nie pod wspólnym dachem z tym przeklętym rogaczem. Nawet, jeśli spoczywa on pod tym dachem jedynie pod postacią kopczyka kości, przeżutych na wylot przez mrówki. Mowy nie ma. Ot, trzeba będzie zaprowadzić Anioła w jakieś odleglejsze, stosowniejsze miejsce. Jest ten wygodny, podpiwniczony biały grobowiec rodziny D'Ombli D'Or, na przykład, o. A nawet — Aaach.
Drago Malefoy nie zamierzał ustąpić ani na piędź temu nędznemu piwnicznemu straszydłu, temu zwodzicielowi niewinnych chłopcząt, temu obmierzłemu bandycie z przerostem powierzchni powiewnej! On, wicehrabia Malefoy, nigdy nie pozwoli, aby choć jedna z tych drapieżnych, długopalcych, smukłych, czarną skórkowa rękawiczką ciasno obciśniętych rąk dotknęła kremowej skóry jego Anioła. W ogóle nikt tu nikogo nie będzie niczym dotykał prócz niego, Drago Malfoya!
— Draaago... Anieleeeee. Heiiiiiii...
'Arry niepokoił się coraz bardziej. Upiór i Wicehrabia ścierali się coraz to gwałtowniej, oczy płonęły im jakimś mrocznym blaskiem, szable zdawały się splatać ze sobą niczym skrzydlaty wąż z laską Eskulapa, a nadgarstki, biodra i inne skrajne obszary napiętych ciał zderzały się w kolejnych atakach jak szarżujące brytany. Teraz to już zupełnie nie wyglądało na to, żeby którykolwiek z panów zechciał sobie przerwać lub się wycofać, zanim nie dojdzie do celu, cokolwiek by to nie było. Trudno było określić, czy rywale chcą się w danym momencie pozabijać, posiekać żywcem, a może tylko potorturować, albo czegoś jeszcze innego, co nawet nie przemknęło przez niewinny umysł Harolda. W ogóle cała ta przemoc przeokropnie go mierziła. Wszystko to takie nieartystyczne, niekulturalne, nietowarzyskie! Zielone oko łypnęło ponuro spod czarnej grzywy, obserwując rozwój wydarzeń. Walczący zastygli właśnie w miejscu po kolejnym, dotkliwym zderzeniu, wypatrując okazji do pchnięcia. 'Arry patrzył posępnie, jak kropla potu, wyolbrzymiona w kształt wielkiej, słonej łzy, spływa z bolesną powolnością po szlachetnym czole Drago, skapując niespiesznie z arystokratycznego łuku brwiowego na wyrazistą kość policzkową, gdzie rozmyła się w różową plamę, gdy podłużne skaleczenie na skroni skropiło pot krwawymi odpryskami.
Jak na jedną kroplę potu, było to zjawisko skomplikowane i fascynujące.
W ogóle cały Drago był zjawiskiem fascynującym, stojąc tak z obnażoną szablą, usztywniony w bojowej pozycji, drobny i osrebrzony hrabiowską platyną. Może 'Arry powinien jednak zwalczyć swe rozdarcie wewnętrzne, porzucić mrok i w blasku tej platynowej tarczy...
Ach.
Anioł Muzyki, nie zmieniając ani na chwilę ofensywnego ustawienia, strząsnął nonszalancko kaptur z głowy i wzruszył ramionami, poprawiając pelerynę. Upiornej gładkości jego białej maski nie mąciła ani kropla potu, a czarne, przygładzone włosy trwały niczym nażelowane jedną z sekretnych, charakteryzatorskich mikstur Guinevere Vesleis. Faktura maski nietknięta była najwyraźniej ostrzem szpady przeciwnika, a już z pewnością nie ośmieliłaby się krwawić. Mrok, spowijający Upiora Opery, promieniował niewidzialnym blaskiem godności, chronionej magiczną niemal tarczą. Upiór...
Upiór błyszczał.
Kiedy 'Arry wpatrzył się w niego rozkochanym, zielonomaślanym wzrokiem, już prawie nie miał żadnych wątpliwości, że to tam rwie jego serce, że tam rwie jego dusza, że ku Aniołowi właśnie rwie się jego ciało, od stóp do głów tam się ono rwie. A głosu serca, duszy i ciała należy słuchać — zwłaszcza, kiedy przemawiają jednym głosem i jednakowo rwą. Już prawie, prawie ruszył 'Arry przed siebie.
— Aaaach!
Upiór cofnął się w szoku, przyciskając dłoń do policzka. Drago, który w nagłym i szaleńczym zrywie wypadł przed siebie i jednym cięciem rozpłatał skraj białej maski oraz nadszarpnął ociupinkę ciała pod nią, nadal nacierał, nie dając przeciwnikowi czasu na ochłonięcie.
— Sakramencki szczeniak... Szczyl sromotnikowi... Smarkateria skomląca... — mamrotał w gniewie zraniony na masce i dumie Upiór.
— Sacrebleu? — przedrzeźnił go złośliwie Drago. I zaraz cofnął się w popłochu, bo tamten nieoczekiwanie otrząsnął się z szoku, rzucił do ataku i z przerażającą siłą wytrącił wicehrabiemu broń z ręki.
— JAK ŚMIESZ WYKORZYSTYWAĆ MOJE WŁASNE SŁOWA PRZECIWKO MNIE? — zawył Upiór w tonacji d—dur.
