Bardzo dziękuję za komentarze!

NIEDZIELA

Pobudka jest trudna i decyduje się na nią tylko dlatego, że coś wydaje mu się jakby inne niż zwykle. Sen lepi się do niego niczym kleista masa i nie chce wypuścić. Leży w swoim łóżku z twarzą wciśniętą w poduszki i czuje, jak jego ciało stopniowo, ociężale, kawałek po kawałku podejmuje funkcje życiowe. Nogi? Znów są i można nimi poruszyć. Tylko pomału. Mięśnie są jeszcze słabe i bolą, każdy jeden. Ręce? Tak jest. Są. Ciężkie i dużo za długie, czuje je w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą były zgrabne, krępe przednie łapy. Może też poruszyć głową. Dobrze. Otworzyć oczy?

Mruga i pozwala, by powieki znów opadły ciężko. Przed oczami migają mu niewyraźne obrazy. Łapa, który – skowycząc – leży pod nim. Księżyc, którego jasne, niemal jaskrawe światło rozlewa się na białym puchu ostów. Kot, który kurczowo uchwycił się płotu i jest tak przerażony, jak jeszcze nigdy w życiu. Remus uśmiecha się ze zmęczeniem. Ręce, które chwytają jego drżące, bezradne ciało i okrywają je kocem, gdy wilk rzucił nim o zimną betonową posadzkę i odszedł, kryjąc się przed słońcem.

Ręce…?

Które odgarniają mu włosy z twarzy. Suche, chłodne usta na gorącym czole. Ramiona, które bardziej go niosą niż podpierają.

Remus otwiera oczy.

I to jest właśnie to coś, co jest inne. Ktoś krząta się w kuchni, cicho rzępoli radio, Remus słyszy też, jak pobrzękują garnki. W powietrzu czuć ostry zapach spalenizny. Zasłony są zaciągnięte, ale przez pozostawioną między nimi szparę do pokoju wpada szeroka smuga światła.

Ktoś nuci cicho.

Remus wpatruje się w jasne słoneczne promienie, które rozbudzają do życia dawno wyblakły błękit starego linoleum. Serce bije mu gdzieś w gardle. Skopuje niezgrabnie kołdrę, układając ją w wielką, pogmatwaną górkę gdzieś w rogu łóżka, potem prostuje nogi i dotyka gołymi stopami zimnej podłogi. Z trudem, podpierając się ręką, podnosi się do pozycji siedzącej, a pokój zatacza wokół niego wirujące koła. Miękka brązowa szata, która okrywa jego ciało, jest jak utkana z pokrzyw.

Podejmuje jednak ryzyko i wstaje, a potem zatacza się kilka kroków, chwytając po drodze stołu. Jego wzrok jest nieruchomy, skoncentrowany. Dwa kroki naprzód i oparcie sofy przyjmuje go i prowadzi prosto do regału. Następnie – drzwi. Przecinając korytarz widzi, że w małej, pozbawionej okna łazience pali się światło. Na jej podłodze w pełnej okazałości rozciąga się podmokły krajobraz, pomiędzy kałużami wody piętrzą się pagórki pogniecionych i porozrzucanych ręczników.

Puszcza regał, zatacza się parę kroków w kierunku drzwi kuchennych i łapie za framugę.

Ktoś stoi przy kuchence, ktoś wysoki. Jego ramiona są nieco zbyt szerokie w stosunku do wąskich bioder, znoszone dżinsy z obszarpanymi brzegami opinają długie nogi. Wilgotne czarne włosy spływają wzdłuż pleców, widać, że włożył wiele wysiłku, żeby wyczesać z nich wszystkie śmieci. Nosi koszulę z wysoko podwiniętymi rękawami, jest trochę na niego za krótka i za wąska w ramionach, Remus dobrze ją zna. Ma w sumie tylko dwie, więc łatwo mu zachować orientację.

Nagle gwałtowny zamach podrywa patelnię z kuchenki i jej zawartość ląduje w zlewie.

– A by to jasny szlag – mówi głos, trochę głębszy niż Remus zapamiętał i trochę bardziej ochrypły, ale tak bardzo znajomy, że prawie uginają się pod nim kolana.

Otacza się ramionami, a futryna drzwi tworzy pewne oparcie dla ciężaru jego ciała. Zbiera w sobie całą odwagę.

– Ładna koszula – mówi.

Ten drugi obraca się szybko.

– Lunatyk – mówi. – Rany! Ale mnie wystraszyłeś. Już wstałeś?

– Tak – odpowiada Remus bezgłośnie. Jego wzrok tonie w tej twarzy, która powraca do niego z przeszłości, a jednocześnie robi mu się słabo, gdy słyszy, jak ktoś nazywa go „Lunatykiem". To przezwisko wywołuje w nim całą kaskadę uczuć, z którymi zupełnie nie jest w stanie się uporać, więc koncentruje się na tej twarzy, pięknej jak zawsze, a jednak zupełnie innej niż się spodziewał. Wszystko jest w tej twarzy za bardzo: oczy zbyt duże i zbyt niebieskie, kości policzkowe zbyt wygięte, policzki za bardzo zapadnięte, usta za szerokie, nos zbyt grecki. Zmarszczki zbyt ostre. Uczucia zbyt oczywiste: strach i radość, i zapał, i zdezorientowanie, które prędko po sobie następują, ale tak było zawsze. Syriusza Blacka można było zawsze czytać jak otwartą księgę, a przynajmniej Remus mógł.

Podnosi stojącą w zlewie patelnię i podtyka ją Remusowi pod nos.

– Chciałem przygotować śniadanie – mówi i uśmiecha się bezradnie. – Rano zrobiłem zakupy. Ale zupełnie mi nie wyszło. Chyba wyszedłem z wprawy.

Remus rzuca okiem na zawartość patelni. Jest w niej coś, co wygląda jak zwęglone jajka sadzone otoczone wianuszkiem czarnych, skurczonych i twardych fragmentów substancji, która kiedyś mogła być boczkiem. Połyskliwe oczka tłuszczu pływają w brejowatych resztkach białka i żołądek Remusa kapituluje. Przyciska rękę do ust i rzuca się naprzód do zlewu, i, wisząc nad nim, wymiotuje gorzką żółcią, aż w miejscu żołądka czuje tylko twardą, kolczastą bryłkę, ale tych pozostałych rzeczy, tych, które go bolą naprawdę, nie da się zwyczajnie wyrzygać. I dlatego łapczywie chwyta powietrze, i walczy ze zgagą, i płucze twarz wodą, aż czuje, że znów nad sobą panuje. Po omacku szuka ręcznika, aż tamten mu go wciska do ręki.

– Dzięki, naprawdę – komentuje Syriusz. – Na twoje komplementy zawsze można liczyć.

Remus pomaga sobie rękami i trafia wreszcie do kuchennego krzesła, siada, wyciera sobie twarz do sucha. A kiedy odsuwa ręcznik, widzi, jak Syriusz siedzi przed nim w kucki i obserwuje go, a na twarzy ma wymalowane coś na kształt zdziwienia.

– Jesteś całkiem siwy – mówi. – Twoje włosy. Całkiem posiwiały. Dziwne. Do tej pory nie zwróciłem uwagi. I rany boskie, jaki ty jesteś chudy.

– No cóż – odpowiada Remus, a jego głos drży jeszcze lekko. – Jako pies pewnie nie zwracałeś uwagi na takie błahostki, jak wygląd zewnętrzny.

– Fakt – odpowiada Syriusz.

– O co ci w ogóle chodziło z tą maskaradą? Trzy dni. Na niebiosa, naprawdę myślałem już, że masz jakiś problem i nie możesz się przemienić.

– Miałem problem.

– Ach tak?

– Ciebie.

– Mnie – powtarza Remus i unosi w górę brwi, ale wie, że musiałby wyglądać na dużo mniej zmiętego i zmaltretowanego, żeby wywrzeć tym jakiekolwiek wrażenie.

– Łapa ma swoje czujki – mówi Syriusz i spogląda na niego, w górę. – Nie widzi, czy ktoś jest siwy, chudy czy jeszcze jakiś. Ale zauważa, jak są zastrzeżenia względem jego obecności.

– Ja nie miałem żadnych zastrzeżeń – odpowiada Remus automatycznie, ale Syriusz powtarza:

– Owszem, miałeś – i Remus nie widzi sensu, żeby dłużej zaprzeczać.

– Pomyślałem, że oswoję cię stopniowo – mówi Syriusz i uśmiecha się lekko.

– Ty mnie – mówi Remus skonsternowany. – Zaraz, zaraz, moment. Który z nas godzinami przesiadywał na podłodze w towarzystwie psich ciastek?

– Ty tego potrzebowałeś – odpowiada Syriusz.

Ja – powtarza Remus.

– Wilki o wiele trudniej jest oswoić niż psy – ciągnie tamten. – Chodzi o to, że psy mają oswajalność już w genach. A wilki są z natury dzikie.

– Nie wyskakuj mi tu z jakimiś powierzchownymi analogiami – Remus potrząsa głową.

– Teraz to już wszystko jedno – mówi Syriusz i trochę sztywno podnosi się do góry, jego ruchom czegoś brakuje, nie są to już ruchy młodego mężczyzny. – Myślałem, że tak będzie lepiej. Aż się do siebie przyzwyczaimy. Aż minie pełnia.

– Pocieszające, że coś sobie przy tym przynajmniej myślałeś – mamrocze Remus.

– Szkoda z tym Hogwartem – Syriusz zaczyna otwierać szafki. – Kurczę, jaki byłem szczęśliwy, gdy się dowiedziałem w zeszłym roku, że tam uczysz. Pomyślałem, że przynajmniej jednemu z nas się udało.

– I to miałem być akurat ja. – Uśmiech Remusa jest trochę zmęczony.

– A dlaczego nie? – odpiera Syriusz. – Zawsze byłeś taka cicha woda.

– Bardzo mi przykro, że cię muszę rozczarować.

Syriusz znalazł wreszcie talerze i szczęka nimi wokół.

– Co jemy na śniadanie? – pyta. – Kupiłem parę rzeczy. Poza tymi, które spaliłem, oczywiście. Jest ser, mleko i takie jakby owsiane coś z torebki. Sałatka z kurczaka i słoiczek miodu. Co chcesz zjeść?

Remus zagryza wargę. Naprawdę nie chce stawiać tego pytania. Nie chce wyjść na takiego, który dwa razy liczy każdy pens, zanim go wyda, ale: miód. Sałatka z kurczaka.

– Skąd wziąłeś pieniądze, żeby za to wszystko zapłacić? – pyta i przełyka ogarniającą go gwałtownie falę pogardy dla samego siebie.

– Z czerwonego pudełka – odpowiada Syriusz i hałasuje naczyniami.

– Czyli z pieniędzy na metro – dopowiada Remus. – Gratulacje. Mamy przed sobą wiele długich spacerów.

– Ja się i tak zastanawiam, po co ci to metro – Syriusz potrząsa głową. – Musiałeś oddać licencję teleportacyjną, czy jak?

– Kafejka jest na drugim końcu miasta, w najgłębszym mugolandzie – odpowiada mu Remus, który już ma potąd wyjaśniania takich rzeczy, zanim jeszcze w ogóle dotknęli zasadniczych tematów. – Od najbliższego okna teleportacyjnego idzie się prawie godzinę na piechotę. Albo bierze się metro, jak się ma pieniądze.

– Ooo – odpowiada Syriusz. – Hm. No cóż. Teraz już za późno. – Rozdziera opakowanie sałatki z kurczaka, znajduje widelec i na stojąco zaczyna jeść. Zapach curry i majonezu powoduje, że oddech Remusa gwałtownie się spłyca, a wzrok łapie azymut na zlew.

– Może nie powinienem pytać – mówi, żeby skupić się na czymś innym – ale dlaczego nosisz moją koszulę?

– Kąpałem się, znaczy, wcześniej – odpowiada Syriusz z ustami pełnymi jedzenia.

– Aha – odpowiada Remus. – Zauważyłem.

– Wisiała na haku. Nie mogłem znaleźć szlafroka.

– Prawdopodobnie dlatego, że nie posiadam czegoś takiego.

– O. No tak. W każdym razie – oblizuje widelec, jego wzrok wędruje za okno. – Chciałem zobaczyć, jaka jest w dotyku – mówi i próbuje się bezradnie uśmiechnąć.

– Aha – odpowiada Remus. – I jaka jest w dotyku?

– Nie wiem – odpowiada Syriusz i już się nie uśmiecha.

Milczą i Remus myśli, że naprawdę byłoby prościej, gdyby ten obcy w jego kuchni nie miał twarzy Syriusza.

– Co u Harry'ego? – pyta Syriusz, kiedy milczenie staje się ciężkie jak kamień. – Odzywał się ostatnio?

– Nie bezpośrednio do mnie – odpowiada Remus. – Molly mówi, że ma się dobrze. Stosownie do okoliczności. Śmierć Cedricka bardzo go przybiła, co jest zrozumiałe. I… cała reszta.

– Więc… już wiesz?

– Oczywiście. Jest parę takich spraw, które docierają aż do mugolandu.

– Kto?

– Kings. Przysłał mi sowę po tym, jak u niego byłeś. A czego się spodziewałeś? Starzy Zakonnicy nie siedzą przecież z założonymi rękami, czekając, aż zakończysz swoją rundę wici.

– No tak – odpowiada Syriusz i skubie włosy. – Zapewne nie.

– Wiesz – mówi Remus – właśnie ten, kto jest ostatni w kolejce, ma całkiem spore szanse na to, żeby zapoznać się z informacjami z innego źródła.

– Zrozumiałem – mówi Syriusz nieprzyjaźnie.

Milczenie. Remus spuszcza głowę. Został mu dokładnie jeden dzień, żeby odpocząć, jutro powróci ze świata wilkołaków i czarodziei do swojego mugolskiego życia, potrzebuje dużo snu i spokoju, i żadnych długich dyskusji w kuchni.

– Dlaczego się nie zaopiekowałeś? – pyta Syriusz po chwili. Jego głos jest zduszony i wściekły. Remus trze bosymi stopami o siebie i nie patrzy na niego.

– Harrym – uzupełnia Syriusz. – Kiedy… mnie nie było. Wiedziałeś przecież, że nie ma nikogo. To jest syn Jamesa, do diabła! I Lily, jeśli to jeszcze dla ciebie coś znaczy.

– Znaczy – odpiera Remus i czuje się tak, jakby ktoś go pchał plecami na ścianę. – Dumbledore powiedział wtedy, że jest mu dobrze u siostry Lily. Że może tam dorastać jak normalne dziecko.

– To są psychole! Zamykali go w szafie!

– Teraz też to wiem.

– Nie zaszkodziłoby, jakbyś się poinformował troszkę wcześniej.

– Nie życzyli sobie, Syriuszu. Całkowicie go odizolowali od czarodziejskiego świata. I co miałem zrobić? Pójść, zadzwonić i przedstawić się jako miły wujek, który się kiedyś kumplował z tatą?

– A niby dlaczego nie? Widać przecież, że ci świetnie wychodzi udawanie mugola.

Remus wzdycha i chowa twarz w dłoniach. Nie jest tak, że podobne myśli nie zdążyły mu już przejść przez głowę.

– Byłem… – Bez dachu nad głową. Bez pieniędzy, bez jednego złamanego sykla. Pożywiałem się resztkami ze śmietnika. Często marząc, żeby wilk zagryzł sam siebie, żeby w końcu był spokój. Nie przez cały czas, ale od czasu do czasu, i to było o wiele za często. – … mocno zajęty sam sobą – dokończył. – Na niewiele bym się przydał.

Syriusz śmieje się gniewnie, parska i rzuca do zlewu czymś brzęczącym. To musiał być widelec.

– Byłeś wolny – mówi. – Mogłeś. Nikt nie mógł ci przeszkodzić w tym, żebyś wsiadł w to swoje pierdolone metro i pojechał tam, i zadzwonił, gdybyś tylko chciał.

– Fakt – odpowiada Remus – zgadza się. – Bo nie da się na to nic innego odpowiedzieć i mijałoby się z celem oświecanie Syriusza w kwestii tego, że do Little Whinging nie jeździ metro.

– Cóż – mówi Syriusz, wbija ręce w kieszenie dżinsów i gapi się przez okno. – Przypuszczam więc, że nie byłeś specjalnie zainteresowany tym, żeby się zaopiekować chrześniakiem zbrodniarza. Nie rozumiem tylko, dlaczego nie zrobiłeś tego przynajmniej przez wzgląd na Jamesa.

Remus nie odpowiada. Zamyka oczy, które dodatkowo przysłonił dłonią. Po prostu nie otworzy ich tak długo, dopóki to wszystko się nie skończy.

Od dawna tkwią zatopieni w milczeniu, gdy wreszcie Syriusz przestępuje z nogi na nogę. Jego buty szurają o kuchenną podłogę.

– Naprawdę w to wierzyłeś, co? – pyta i jego głos brzmi inaczej, ochryple, wściekłość gdzieś wywietrzała. – Że to byłem ja.

– Ani przez sekundę – odpowiada Remus. – Od samego początku, zawsze byłem przekonany o twojej całkowitej niewinności. To chciałbyś usłyszeć? Tyle tylko, że to – niestety – nie jest prawda.

Zastanawia się, dlaczego Syriusz wciąż tu jest. Zawsze był pierwszy, żeby sięgnąć po kurtkę, klucze i papierosy i wybiec, trzaskając po drodze możliwie jak największą ilością drzwi i z mrocznym postanowieniem, żeby wrócić do domu możliwie jak najbardziej pijanym. Nigdy nie potrafił wytrzymać kłótni do końca. Ale tym razem zostaje, stoi przy oknie jak wrośnięty i dlatego zostaje też Remus. A także dlatego, że jego nogi są prawdopodobnie zbyt słabe, żeby go zanieść jakoś szczególnie daleko.

– Nie wiem – mówi i stara się jednak ułożyć jakąś odpowiedź. – Byłem w szoku. Bardzo długo. Byłem… w Godric's Hollow, kiedy… Po tym, jak… A potem pojechałem, żeby się dowiedzieć, co jest z Harrym. Byłem z nim u Hagrida, a potem… Jak wróciłem do domu… Nie miałem przecież jeszcze pojęcia, co się w ogóle stało… Byli tam ci aurorzy, którzy akurat wyłamywali drzwi…

– Nasze?

– No a czyje. Wszystko przeszukali, chcieli znaleźć dowody. Aresztowali mnie i przesłuchiwali. Tak długo, że myślałem, że stracę rozum. Nie mogli uwierzyć, że mroczny stwór nie ma z tym nic wspólnego. Spędziłem tam ze trzy albo cztery dni. Że Peter też nie żyje, dowiedziałem się dopiero wtedy, kiedy znów wyszedłem.

– Peter żyje. Jeszcze.

– Wiesz, o co mi chodzi.

– Wiem.

Milczenie. Remus zastanawia się, czy można kiedyś przywyknąć do uczucia, jakby człowiek stopniowo się dusił.

– No i? – pyta Syriusz w końcu. – Uwierzyłeś czy nie?

– W moich najciemniejszych godzinach – tak – odpiera Remus. – Myślałem też o Imperiusie albo Hypnoxie, albo czymś podobnym. Jest dosyć metod magicznej kontroli innych. Ale przez większość czasu po prostu nie mogłem tego pojąć.

– No i?

– No i nic. Czego ty oczekujesz? Że wyrzucimy z siebie wszystko, a potem opuścimy kuchnię w charakterze przyjaciół? To tak nie działa.

– Nie – odpowiada Syriusz i brzmi zaskakująco miękko. – Mam na myśli: no i? Nie chcesz zapytać o to, jak mogłem cię mieć za zdrajcę?

– Jestem mrocznym stworem, jak już wspomniałem. To powód wyjaśniający większość rzeczy, które mi się w życiu nie udały.

– Ale to nie było to – mówi Syriusz i Remus słyszy, jak siada przy stole. Trafiło mu się kiwające się krzesło. Potem jego ręce łapią Remusa za przeguby i odsuwają ochronną zasłonę z jego twarzy. Mruga, wciąż wrażliwy na światło.

– Chodziło o coś innego – mówi Syriusz. – Coś, czego ciągle jeszcze nie mogę sobie wytłumaczyć. Twoje dziwne zachowanie, od kiedy wróciłem z Francji. Nie chciałeś już spędzać ze mną czasu. Ledwo ze mną rozmawiałeś. Chciałeś się nawet wyprowadzić z mieszkania, tylko nie znalazłeś jeszcze niczego, na co mógłbyś sobie pozwolić.

– Pamiętam, że ci tłumaczyłem, dlaczego. Więcej niż raz. Nie nazwałbym tego ledwo ze sobą rozmawiać.

– Pamiętam, że mi naopowiadałeś kupę głupot. Wyjaśnieniem tego raczej nie można nazwać, panie psorze.

Remus uwalnia ręce z uścisku Syriusza, prawie je wyrywa.

– Kupę głupot, jasne – prycha i dziwi się, skąd ma siłę, może to od wilka, chociaż nie przypuszczał, że wciąż jeszcze działa. – Wspaniały Syriusz Black nie znalazł się w centrum układu słonecznego i dlatego to jest kupa głupot! I nie może przecież tak być, po prostu nie może, że nagle postanowiłem wyjść z twojego cienia! Co za bezczelność. Jak ja sobie mogę tak po prostu postanowić, że mniej Syriusza będzie dla mnie lepsze? Jak ja mogę postanowić, mając prawie trzydziestkę na karku, że mógłbym zacząć żyć własnym życiem, w ramach swoich własnych zasranych możliwości? To takie absurdalne. No to przecież oczywiste, że muszę być od razu szpiegiem Voldemorta. Inaczej tego doprawdy nie można wyjaśnić.

– Ejże! – mówi Syriusz z konsternacją.

– Przepraszam – mówi Remus automatycznie i wciska czoło w dłonie. Kuchnia wokół niego huśta się lekko, czarne plamy przepływają mu przed oczami jak dziwne, grube ryby.

– No wiesz, jakoś tak nagle to przyszło – mówi Syriusz. – Że ci się tak zmieniło.

– Troszkę nagłe było też to, że zostawiła mnie Sophie.

– Kto to jest Sophie?

– Tak – odpowiada Remus. – No właśnie. Kto to jest Sophie.

I znów milczenie, gęste i przytłaczające. Syriusz kiwa się na swoim krześle, jedną ręką przytrzymuje się stołu, na palce drugiej nawija długie pasmo włosów. Jego spojrzenie omija Remusa i kieruje się na ścianę. Remus spuszcza głowę i chowa ją w ramionach. Znów się zaczęło. Remus Lupin nigdy nie krzyczy, nigdy nie jest nawet głośno. Nigdy. Syriusz to jedyna osoba na ziemi, na którą kiedykolwiek nakrzyczał, i nawet teraz, po tylu latach, wystarczyło dziesięć minut w jednym pomieszczaniu w jego towarzystwie, żeby sam siebie nie poznawał.

Remus Lupin nie jest zgorzkniały. Nie jest wściekły, nie skarży się. Nie jest chciwy, nie żąda takiego życia, jakie mają inni. Jest zadowolony w ramach swoich skromnych, ale zrównoważonych warunków i ciężej niż nad wszystkim innym pracował nad tym, by nie mieć potrzeb, nie oczekiwać niczego, nie chcieć nic, a potem przychodzi on i wszystko obraca wniwecz, i Remus nie wie, czy ma go za to nienawidzić, czy kochać.

– Powiesz mi? – pyta Syriusz z drugiego końca stołu. Jego głos zdradza niepewność.

– Co? – odpowiada Remus zduszonym głosem prosto w swój rękaw.

– Kim jest Sophie?

Remus obraca głowę trochę w bok.

– Sophie to jest kobieta, którą prawie poślubiłem – mówi i jest zadowolony, że jego głos jest znów spokojny albo może tylko zmęczony. – Pierwsza, która naprawdę coś dla mnie znaczyła, od czasu Lily. Francuzka, mała i ciemnowłosa. Muzyczka. Grała na wiolonczeli. Nie przypominasz sobie?

– Nie – odpowiada Syriusz.

– Byliśmy ze sobą trzy i pół roku. Potem mnie zostawiła dla jakiegoś pianisty. Powiedziała, że chce mężczyzny, który jest cały dla niej, a ja powinienem raczej podążyć za swoimi priorytetami i poślubić ciebie.

– O – odpowiada Syriusz. – To… O mój Boże. Bardzo mi przykro.

– To mi otworzyło oczy – mówi Remus. – Może to było konieczne.

– Znałem ją?

– Oczywiście.

– Nie pamiętam – odpiera Syriusz. – Dużo zapomniałem. Zabrali mi wspomnienia. Wycałowali. Wszystkie dobre wspomnienia. Niektóre rzeczy przypomniały mi się w międzyczasie, ale i tak jest ich dużo za mało.

Remus milczy.

– Popatrz na to optymistycznie – mówi Syriusz i stara się, by jego głos brzmiał pogodnie, ale mu się to nie udaje. – Jestem człowiekiem bez przeszłości. Możemy zacząć całkiem od początku. Niezapisana kartka. Możemy wszystko zrobić lepiej tym razem.

– Sądzę, że jest dokładnie odwrotnie – odpowiada Remus. – Według obecnego stanu rzeczy jesteś człowiekiem bez przyszłości.

Syriusz przerywa bujanie, jego krzesło nieruchomieje na tylnych nogach. Wpatruje się w Remusa na drugim końcu stołu, a on, ku swojemu własnemu zdziwieniu, aż się śmieje.

– Ale to nic nie szkodzi – mówi. – Przynajmniej do siebie pasujemy.

Syriusz znów opada wraz z krzesłem na podłogę.

– Naprawdę? – pyta i nagle staje się tak pełnym nadziei Łapą, że Remus aż ma ochotę podrapać go za uszami. – Znaczy… jest coś takiego jak my? My, jak ty i ja?

– Tylko proszę bez żadnych deklaracji miłosnych czy jakichkolwiek innych. Nie w dzień po pełni.

– Ale… ale myślałem, że mniej Syriusza to dla ciebie lepiej?

– Przeżyłem parę lat całkiem bez niego i to też nie było to. Może byśmy się mogli spotkać gdzieś w środku.

Syriusz szczerzy się od ucha do ucha, a Remusa opływa delikatna fala wspomnień.

– Spotkam się z tobą, gdzie tylko chcesz – mówi Syriusz.

Coś dzwoni głośno.

– Co to jest? – pyta zaniepokojony Syriusz.

– Telefon – odpowiada mu Remus i opiera się ciężko o stół, próbując się podnieść, ale jego nogi są jak z waty.

– Co? – pyta Syriusz.

– Te-le-fon – powtarza Remus. – Tam z tyłu, na parapecie.

– Chyba sobie żartujesz – Syriusz spogląda ze zdziwieniem na poobijany telefon komórkowy z second handu, który spoczywa na parapecie i wydaje z siebie alarmujący sygnał. – Masz telefon? A co się stało z dobrymi, starymi sowami?

– Do mugoli nie latają – odpowiada Remus i zaprzestaje bezowocnych wysiłków. – Byłbyś tak uprzejmy? – Wskazuje w kierunku telefonu, a Syriusz podrywa się i chwyta go z parapetu. Remus wyciąga po niego rękę, ale Syriusz ciągle go trzyma w dłoni i ogląda przez chwilę, zanim naciska guzik i przytyka sobie do ucha.

– Halo? – mówi.

– Oddawaj! – krzyczy Remus.

– Hej – mówi Syriusz do telefonu i uśmiecha się szeroko. – Nie, to nie pomyłka. To jest jego telefon. Tak. Jestem jego kumplem. Sy… Orion. Bardzo mi miło. A pani jest…? Ach. Hej, Kathy.

– Oddawaj! – rozkazuje Remus, wciąż z wyciągniętą ręką, którą Syriusz jednak kompletnie ignoruje.

– Pies? – pyta Syriusz. – Jak… Ach, tak. Tak, dokładnie. Ja jestem ten od psa. – Słucha z uwagą i jest coraz bardziej rozpromieniony. – Nieprawdaż? – mówi. – Jest wprost wspaniały. Dokładnie. Cudowny. Mam nadzieję, że nie narobił pani kłopotu. – Słucha, a potem przykrywa telefon ręką.

– Mówi, że powinieneś znów kiedyś przyprowadzić Łapę – szepcze półgłosem i uśmiech prawie rozsadza jego szczupłą twarz.

– Oddaj mi telefon – mówi Remus niecierpliwie.

– Zaraz – mówi Syriusz i zabiera rękę.

– Jak się pani miewa? – pyta z wyszukaną uprzejmością. – Tak? Jak miło. On? – rzuca przez stół krytyczne spojrzenie. – Lepiej, powiedziałbym. Tak. Ostania noc była kiepska, ale teraz znów jest na nogach. No, przynajmniej prawie. Tak. Oczywiście, robi się, co się może.

– Oddawaj to! – mówi Remus i jest krok od tego, by znów na niego nawrzeszczeć. Wysyła ten nagły przypływ energii w kierunku swoich nóg i podnosi się, okrąża stół i praktycznie pada Syriuszowi w ramiona, próbując przejąć telefon.

– Od tego są przyjaciele – odpowiada Syriusz i śmieje się miękko, próbując wolną ręką podtrzymać Remusa, który opada na drugie krzesło, ale potem przyciąga do siebie Syriusza i wyrywa mu z dłoni telefon.

– Kathy? – mówi bez tchu. – Hej. To ja. Przepraszam cię.

– Nic nie szkodzi – odpowiada ona i wydaje się być wyraźnie rozbawiona. W tle Remus słyszy pobrzękiwanie naczyń i Ryana, kucharza, wykrzykującego zamówienie. – Jak się czujesz?

– Lepiej – mówi on. – Dziękuję, że pytasz. Jeszcze trochę wykończony, dlatego nie mogłem wystarczająco szybko podejść do telefonu.

– Josie o ciebie pytała.

– Naprawdę? – odpowiada i śmieje się. – Pozdrów ją ode mnie. Jutro wracam.

– Jak fajnie – odpowiada ona. – Martwiłam się.

– To bardzo miłe, ale niepotrzebne – mówi i odwraca się, bo Syriusz przybliża się coraz bardziej, usiłując podsłuchać rozmowę. – Mimo tego dziękuję.

– Mam mało czasu – Remus słyszy w słuchawce jej oddech. – Chcę cię tylko o coś zapytać.

– Tak?

– Jutro Josie ma wolne w szkole i mogłabym wszystko tak zorganizować, żebyśmy oboje mieli tylko pół zmiany. Byłbyś… znaczy, miałbyś ochotę iść z nami po południu do zoo?

Syriusz, którego głowa znalazła się prawie na ramieniu Remusa, trąca go i szczerzy się szeroko.

– To nie jest żadna… randka – mówi pośpiesznie Kathy. – Nic takiego. Tylko… taki rodzaj… wycieczki rodzinnej. Nie wiem, czy ty w ogóle masz na coś takiego ochotę. Jeśli nie… to po prostu zapomnij.

– Ależ skąd – odpowiada Remus, sam nie wie, dlaczego, bo w zasadzie nie chce, żeby jedno doprowadziło do drugiego, ale z drugiej strony chce też po prostu iść sobie koło niej i oglądać słońce na jej włosach, i wdychać zapach jej perfum, i dlatego mówi: – Bardzo chętnie. Dziękuję za zaproszenie.

– Aha – odpowiada ona, nagle bez tchu. – Super. Josie oszaleje z radości.

– To przekaż jej to bardzo ostrożnie – odpowiada z uśmiechem, a potem Syriusz zmienia pozycję i mówi do telefonu:

– Kathy – mówi – Hej. To jeszcze raz ja. Nie będzie chyba przeszkadzało, jeśli zabierze ze sobą psa, prawda?

– Nie – mówi zaskoczona Kathy. – Remus, słuchaj, a ten twój kumpel zawsze słucha twoich rozmów telefonicznych?

– Wybacz – mówi Remus. – Masz rację, musimy się jeszcze pilnie dogadać co do pewnych podstawowych zasad zachowania.

– Brzmi fascynująco – fuknął Syriusz. – Łapa bardzo się cieszy.

– Aha – mówi poirytowana Kathy. – Okej. Czyli jutro od siódmej do dwunastej, a resztę zmiany omówimy w trakcie, jeśli ci to pasuje.

– Tak – odpowiada Remus. – Bardzo. Dziękuję ci, Kathy. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.

– Muszę wracać do pracy. Do jutra.

– Aha – odpowiada Remus. – Do jutra.

Słyszy w słuchawce lekki trzask i naciska czerwony guzik.

– Zakochana para, Jacek i Barbara – śpiewa Syriusz – zakochana paaaaaraaaaaa!

– Bzdura – mówi Remus – to tylko koleżanka – ale Syriusz śmieje się złośliwie i łapie widelec, i trzyma go jak mikrofon, żeby dopełnić w ten sposób swojego zaimprowizowanego występu, i nagle jest tak bardzo, tak niesamowicie jak dawniej, że Remus czuje się oszołomiony, jakby właśnie trafiło go coś z siłą rozpędzonego Hogwart-Ekspresu, i śmieje się, i powtarza: – Bzdury – i: – przestań – i: – Zrób mi lepiej herbaty, jeśli i tak nie masz nic do roboty – i czuje się, jakby po zimnej, deszczowej nocy wrócił do domu.