Ding-dong. Dźwiek dzwonka przyniósł zupełnie nowy dzień. I nowego, dziwnego nieznajomego.
Delikatne palce Anny sięgnęły nieśmiało po złotą klamkę i rozchyliły drzwi. Łańcuch stworzył cienką blokadę pomiędzy nią i nieznajomym.
-Słucham? –Przywitała się pełna obaw lustrując mężczyznę w mundurze. Nosił niebieskie polo z logiem poczty na kieszeni przy piersi. Miał na sobie także krótkie granatowe spodnie, białe grube podkolanówki, czarne buty i czapkę. Przez ramię przewiesił torbę, która wyglądała dziwnie pusto.
- Witam panią! - Jego twarz rozjaśniał szeroki uśmiech, a zielone oczy błyszczały. – Jak się pani ma tego pięknego dnia?
- Dzień dobry –powiedziała powoli, nie chcąc zabrzmieć niegrzecznie. Spojrzała na jego torbę. – Więc… ma pan dla mnie jakieś listy czy coś?
Brwi listonosza wygięły się i jego twarz przybrała zakłopotany wyraz.
-Poczta? A tak, pani poczta! Bo jestem twoim listonoszem! Ale jestem głupi –powiedział wręczając dwie koperty.
-Dzięki… - Anna wzięła listy od zagadkowego mężczyzny. Chwyciła klamkę, chcąc zamknąć drzwi. Ale gdy spróbowała to zrobić, czarny but pojawił się w przestrzeni pomiędzy wejściem a jej apartamentem.
To cholernie bolało… ty brunetko, mruknął w myślach Riddler. Przypuszczam, że to się dzieje, kiedy stawiasz stopę w drzwiach. Ale to nie moja wina. Może powinienem był dobrać jakieś mniej straszne przebranie! Musiałem przerazić mojego delikatnego kwiatka!
-O mój boże, wszystko w porządku? Nie chciałam przytrzasnąć twojej stopy!
Naprawdę się przejmuje! Riddler był wypełniony zachwytem. Głupi uśmiech przekształcił się z niewinnego na o wiele bardziej niebezpieczny.
-Uwierz mi, bywało gorzej –pocieszył ją. Na pewno bywało gorzej. Batman to widział. Dzięki Mocznemu Rycerzowi niemalże każda kość w jego ciele była złamana. Czasami został nawet wysadzony w powietrze. Więc przytrzaśnięty palec nie wydawał się wielkim problemem.
-Czuję się okropnie! – Zawołała Anna. – Czy jest coś, co mogę dla ciebie zrobić? – Zaoferowała po chwili.
Dziwny błysk pojawił się w jego oku i poczuł, jak coś głęboko w nim skręca się i przekształca w przyjemne uczucie, gdzie jego sentymenty skierowały się przeciwko niemu. W tamtej chwili bardziej niż czegokolwiek pragnął przytulić ją mocno do siebie, zamknąć w uścisku i poczuć jej krągłości. Wyobrażał sobie miękkość jej ciała przylegającą do jego i jej kojący głos powtarzający jego imię niczym coś świętego. Jednakże, to nie był czas ani miejsce na zaspokajanie podobnych potrzeb.
-Kawa byłaby świetna –powiedział uśmiechając się obleśnie.
Anna się zawahała. Listonosz definitywnie zaczynał zachowywać się dziwnie, a ona trzymała się z daleka od dziwaków. Ale cóż, w Gotham tacy goście byli najwyraźniej prezentem dostarczanym pod drzwi. Ale to tylko niewinny listonosz… Westchnęła. Ten biedny gość pewnie nigdy nigdzie nie wychodził. Filiżanka kawy jeszcze nikomu nie zaszkodziła i wyglądał wystarczająco życzliwie…
-Jasne! – Zgodziła się dziewczyna wychodząc z bezpiecznej strefy jej apartamentu. – Gdzie chciałbyś pójść?
- Gdzie tylko zapragniesz, Anno. - Riddler uśmiechnął się pogardliwie.
Dziewczyna szybko się zatrzymała.
-S-skąd znasz moje imię? –Zapytała pewna obaw.
#$%^&! Wydałem się, pomyślał panicznie Riddler. Natychmiast obmyślił parę sposobów na porwanie Anny. A co, jakby walczyła? Uderzenie w głowę wydawało się być szorstkie, ale wątpił, że tak po prostu padnie w jego ramiona. Musiałby niezauważalnie wynieść ją z budynku…
- Ach, no jasne! – Zawołała pospiesznie Anna. – Widziałeś na kopertach!
- Co? A tak, właśnie! Widziałem na kopercie… -Riddler od razu złapał się tego oczywistego wytłumaczenia, które tak pomocnie podsunęła mu jego ukochana. –No to… szliśmy na kawę?
Dzwonek przywieszony u drzwi zadźwięczał, gdy Riddler, nadal w mundurze listonosza, i Anna przekroczyli próg kawiarni Pete'a. Mała przestrzeń była wypełniona ludźmi. Tylko jeden stolik pozostawał wolny, ale już zmierzała do niego jakaś para.
-Kurczę, chyba musimy poszukać gdzieś indziej…- zaniepokoiła się Anna.
Riddler złapał jej dłoń i doskoczył do stołu, sięgając po jedno z krzeseł w tym samym momencie, co inna para.
-Och! – wykrzyknęła dziewczyna.
- Przepraszam –zaćwierkał Riddler do wściekłego małżeństwa. – Chyba musicie poszukać innego miejsca. Byliśmy pierwsi.
-Ale…czekajcie! – Zawołała Anna za niezadowoloną parą. – Możecie...
-Więc, Anna! Nie przeszkadza ci, że mówię po imieniu, prawda? – Przerwał jej Riddler. Dziewczyna chwilę patrzyła na odchodzącą parę. Po chwili ponownie spojrzała na mężczyznę.
-Nie, nie przeszkadza…
- No to Anna –uśmiechnął się Riddler. –Opowiedz mi o sobie.
Dziewczyna już otworzyła usta, ale wtedy kelner podszedł do ich stolika, aby przyjąć zamówienie.
-Poproszę jedną białą czekoladę mokka z podwójną bitą śmietaną i posypką –powiedziała Anna pogodnie prostując się.
Ach, rozmarzył się Riddler. Lubi białą czekoladę mokka z bitą śmietaną i posypką… zapamiętam na przyszłość.
-Iiii…? – Anna obróciła się w stronę mężczyzny.
-Och, poproszę zwykłą –wymamrotał, wciąż patrząc się na jego ukochaną.
Kelner przytaknął i skierował się z powrotem do kuchni. Przez moment panowała niezręczna cisza. Kiedy Riddler przyglądał się spod pół-przymkniętych powiek w bóstwo przed nim, a Anna skubała swoje paznokcie.
-Więc… - zaczęła szukać tematu do rozmowy. – Co lubisz robić w wolnym czasie? Wiesz, kiedy nie dostarczasz poczty.
Riddler rozważał powiedzenie jej, że jego ostatnim hobby było oglądanie jej przez ukrytą w podarowanym misiu kamerę, ale uznał, że to by było niewskazane.
-Och, takie tam –odpowiedział. – Zwykłe rzeczy. Kradzie- znaczy wypady z kumplami, gra w karty, pokera…coś w tym stylu.
-Och –powiedziała Anna gapiąc się w sufit.
-A-ale także posiadam wrażliwszą stronę! –Chciał zatuszować swój błąd. Nie mógł pozwolić, żeby myślała, że on, Riddler, jest jakimś zwykłym, wyświechtanym, kiczowatym chamem! Był o wiele lepszy niż to! – Uwielbiam przekazywać pieniądze na cele dobroczynne – skłamał. –Wiesz, na schroniska dla zwierząt i w ogóle.
-Naprawdę? Kocham zwierzęta!
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko. Kolejna kobieta mdleje słysząc słowa wielkiego Edwarda Nigmy. W tym momencie wrócił kelner z ich kawą. Riddler już od chwili, gdy Anna otworzyła drzwi, zauważył na szyi diamentowy naszyjnik, który jej podarował. Czekał na właściwy moment do poruszenia tego tematu i oto nadszedł…
-Więc, Anna, powiedz… Skąd masz taki przepiękny naszyjnik?
- O, ten? – Zapytała podekscytowana, dotykając błyszczących klejnotów. –Dostałam od tajemniczego wielbiciela!
-Naprawdę? - Odpowiedział wyczekująco Riddler. – A któż mógłby to być? – Dodał i pociągnął duży łyk ze swojej kawy.
- Nigdy nie zgadniesz! – Zaszczebiotała Anna. – Mój sąsiad, Steve!
Mężczyzna zakrztusił się napojem. Szybko zakrył usta dłońmi, aby nie wylał się na stół. Zmusił się do przełknięcia, a jego oczy zwęziły się.
-Steve, hmm? Jesteś pewna, że to on? – Zbeształ ją łatwo niczym pomylone dziecko.
-Tak, sam to potwierdził! – Zaświergotała. – Nigdy nie uwierzysz, jaki jest słodki! Zawsze myślałam, że on nawet nie wie o moim istnieniu, nawet jeśli mieszkamy tuż obok siebie, ale teraz wiem, że był zbyt nieśmiały, żeby zagadać! I podarował mi te wszystkie piękne prezenty!
-Naprawdę? – Wycedził przez zęby. Może powinien dać jeszcze jeden upominek… głowę Steve'a nadzianą na rożen i powieszoną przed jej drzwiami! Jego zielone oczy błyszczały coraz mroczniejszym blaskiem, gdy wymyślał kolejne formy tortury dla Steve'a.
- Jestem zachwycona tym, że w końcu wiem, kto podarował mi te wszystkie niesamowite rzeczy! – Powiedziała szczęśliwa Anna. – I pomyśleć, że to czarujący, uprzejmy, przystojny Steve! Idziemy jutro wieczorem na randkę!
Riddler chwycił krawędzi stołu tak mocno, że zatrzeszczał grożąc pęknięciem. Jak on śmiał! Ten… ten oszust! W innej części umysłu jego myśli krążyły wokół krótkiej zagadki przyczepionej do genitali. To na pewno skończy ten romans.
Na zewnątrz jego twarz pozostała w wyrazie umiarkowanego spokoju, ale wewnątrz czuł gorący płomień. Na pewno był przepełniony zazdrością. Jeśli ten prostak pozwoliłby sobie chociażby spojrzeć w kierunku jego dziewczyny nie zawahałby się wyryć znaków zapytania na każdym centymetrze jego zgniłej skóry. Nikt nie mógł pozwolić sobie na dotknięcie jej. Nikt. Żaden mężczyzna. Nawet jej własny brat. I na pewno nie Steve.
Oni by ją jedynie zniszczyli swoim miażdzącym uściskiem. Przynieśliby hańbę jej delikatnej formie. Należała tylko do niego i była ceniona ponad wszystko inne. Nawet klęska Mrocznego Rycerza nie mogłaby konkurować z jednym z uśmiechów Anny. A jeśli ktoś utrudnia mu zdobyć swoją nagrodę, upewni się, że zapłacą za to nędzą i śmiercią.
Złowieszczy uśmiech pojawił się na jego twarzy.
-No to gdzie planujecie się wybrać? W końcu Gotham jest całkiem niebezpieczne, nawet w towarzystwie innych. – Szczególnie, jeśli zadrzesz z jednym z najkrwawszych łotrów.
Wielki uśmiech rozjaśnił twarz Anny.
-Steve zabiera mnie do kina i nie ma powodów do strachu, bo idziemy do takiego w bezpiecznej dzielnicy. – Spojrzała z powrotem na listonosza czekając na jego odpowiedź. Nadal była podekscytowała od wyznania sekretu. Jego twarz, oglądana przez nią jedynie przez chwilę, była wykrzywiona w wyrazie przerażającej furii, ale nim mogła wyczytać cokolwiek jeszcze, jego głos powrócił do rozmowy.
-Rozumiem. – Zwycięstwo będzie jego. – Cóż, muszę wrócić do pracy. Przyjemnie było spędzić z tobą czas, słodka Anno. – Nie przegra. To będzie jego triumf. – Ach, Anno?
-Tak? –Odpowiedziała nie wiedząc, co jeszcze mógłby jej powiedzieć tajemniczy mężczyzna.
- Nie wszyscy są tym, za kogo się podają. – Oznajmił. Jego oczy wirowały w falach emocji, każdej odzwierciedlającej nowe uczucie z każdym krokiem bliżej drzwi, aż jedynym dowodem jego obecności pozostała w połowie pusta filiżanka kawy.
Co za dziwny mężczyzna, pomyślała Anna biorąc łyk swojej mokki.
Anna kręciła się pomiędzy strojami, które przygotowała na randkę. Jej palce przesuwały się z sukienki na jeansy, ale w końcu jej wybór padł na niebieską spódnicę. Konsekwencją tej decyzji był kolejny wybór, tym razem bluzki.
Po trzech godzinach w końcu zdecydowała co ubrać i nawet włosy układały się tak, jak chciała. Wszystko idealnie. Nie było już o czym myśleć – była gotowa.
Anna zaczęła przechadzać się po swoim apartamencie, czekając z niecierpliwością na jej chłopaka. Nagle usłyszała pukanie. Podbiegła do drzwi niczym nadpobudliwe dziecko.
Po drodze spojrzała jeszcze w lustro żeby się upewnić, że wygląda dobrze i otworzyła drzwi.
Steve uśmiechnął się szeroko oglądając proste piękno jej stroju.
-Gotowa do wyjścia?
-Oczywiście – odpowiedziała odgarniając grzywkę z oczu.
Po paru minutach jazdy dotarli do kina i kupili bilety. Gdy szli na swoje miejsca, Anna obawiała się, że jej uśmiech pozostanie na twarzy już na zawsze.
Steve pozwolił uśmiechowi pojawić się na twarzy, kiedy wyciągnął rękę pozorując wyciąganie się i objął jedno ramię Anny.
Siedzieli tak około trzydzieści minut, napawając się komfortowym siedzeniem i wspólnym oglądaniem filmu.
Nagle bez ostrzeżenia obraz rozprysnął się i ekran pogrążył się w czerni.
-Co się dzieje? – Zapytała cicho Anna.
- To prawdopodobnie usterki techniczne, wszystko powróci w minutę –wyszeptał Steve w mrok pomieszczenia.
Jakby na potwierdzenie jego słów ekran ponownie się uruchomił i przekształcił w obrzydliwy odcień zieleni. Mrożący krew w żyłach śmiech wypełnił salę, kiedy twarz zastąpiła okropny kolor.
Osoba na ekranie nosiła zielony melonik i ciemnofioletową maskę. Jego wzrok płonął furią, której maska nie mogła zakryć. Jedynie zwiększyła wściekłość widoczną w szmaragdowych oczach.
Anna zadrżała uświadamiając sobie tożsamość tego mężczyzny. O mój boże, to był Riddler. Co on tu robił?
- Dobry wieczór panie i panowie. Dzisiaj mam wyjątkową zagadkę dla wszystkich wyjątkowych par. Ale najpierw… - Głośny rozdzierający dźwięk potoczył się echem po kinie niczym przeraźliwy krzyk. Wszyscy z trudem złapali w dech gdy niesławna laska w kształcie znaku zapytania rozdarła cienki ekran. Dwie dłonie okryte rękawiczkami powiększyły dziurę i postać pojawiła się przed ludźmi.
Teraz wszyscy spanikowali. Niektórzy zaczęli krzyczeć, inni wołać do ucieczki.
Dłoń Riddlera uniosła się ponad zamieszanie. Zakończył ją paroma słowami.
-Zanim ktoś zrobi coś głupiego, pozwolę sobie przypomnieć, że wszystkie drzwi zostały zamknięte, przez co nie ma drogi ucieczki. – Opuścił dłoń i dotknął skroni. –A teraz, czy moglibyście uprzejmie wrócić na swe miejsca.
-Tak jak mówiłem, mam dla was zagadkę, słodkie skarby. Jestem bratem prawdy. Tworzę wrogów i kończę przyjaźnię, ale nieodkryty bywam brany za swojego brata. Czym jestem?
- Na pewno ktoś tutaj zna odpowiedź. – Riddler obrócił się w kierunku miejsc Anny i Steve'a.
- A może ty, Steve, masz dla mnie odpowiedź?
Anna poczuła, jak coś skręca się w jej żołądku, słysząc Riddlera wypluwającego imię Steve'a niczym żółć. Co on od niego chciał?
Mężczyzna wstrząsnął się czując czysty strach.
- Skąd znasz moje imię?
Riddler przeniósł ostrze swojej laski na policzek Steve'a zostawiając małą ranę, z której pociekła krew.
- Obawiam się, że nie jest to odpowiedź na zagadkę! – Ryknął. Po chwili westchnął i kontynuował. – Odpowiedź brzmi kłamstwo, Steve. Naprawdę oczekiwałem że ty, spośród wszystkich ludzi, będziesz zdolny ją rozwiązać. Szczególnie, że jesteś obeznany w tym temacie. – Teraz ostrze przesunęło się niebezpiecznie blisko żyły szyjnej.
- Przestań! Proszę, nie krzywdź go! – Anna nie mogła tego znieść. Nie obchodziło jej, czy może stracić życie, ale nie mogła pozwolić, żeby to spotkało jej chłopaka.
Mroczny błysk natychmiast opuścił jego oczy i przeniósł wzrok z najnowszej ofiary na twarz jego miłości.
-Wyb-bacz. – Ostrze momentalnie odsunęło się od Steve'a i przywróciło myślenie jego umysłowi.
- Ale konsekwencje nieprawidłowej odpowiedzi muszą istnieć. – Z tymi słowami Riddler sięgnął do kieszeni swego płaszcza i wyciągnął ciemnozieloną chustę. Delikatnie włożył ją do ust Anny.
Jej oczy rozszerzyły się, a ramiona zaczęły machać. Jednak ta cała szamotanina była na nic –z każdym następnym ruchem świat robił się coraz bardziej czarny.
Przenikliwe spojrzenie Riddlera opuściło Annę i powróciło do Steve'a.
-Co do ciebie… mogę obiecać, że twoja kara będzie surowa, ale co do was, reszto moich młodych kochań… - Nacisnął guzik w swojej lasce i drzwi zostały otwarte. –Możecie iść. Dalej, zwiewajcie. – Słysząc jego obwieszczenie tłum ruszył ku wolności, zmuszając mężczyzn pilnujących wejścia do wyjścia.
Jego wzrok przejawiał miłość, gdy obserwował Annę.
- Joe, Richard, traktujcie pannę Riddell z największą ostrożnością, gdy będziecie kłaść ją w ciężarówce. I pamiętajcie, zaraz tam będę, więc jeśli spadnie jej włos z głowy, następne będą wasze głowy.
Zwrócił swoją uwagę ku dręczącego go powodu irytacji, która dawała mu ból głowy już od ranka.
- Steve, podaruję ci sprawiedliwą szansę na zatrzymanie swojego życia. Jeśli odpowiesz poprawnie na zagadkę, pozwolę ci żyć, jeśli nie, cóż, warunki są niefortunne. Nie jestem żywy, ale rosnę. Nie mam płuc, ale potrzebuję powietrza. Nie mam ust, ale woda mnie zabija. Kim jestem?
- Nie-nie wiem, nie potrafię odpowiedzieć.
Podły uśmieszek wpełzł na twarz Edwarda.
- Trochę niefortunnie. Jeśli istnieje jakieś pocieszenie… - Para kajdanek przypięła nadgarstki Steve'a do jego siedzenia. – Zamierzałem cię zabić niezależnie, czy znałbyś odpowiedź, czy też nie. Spójrz na to z jaśniejszej strony, przynajmniej niedługo poznasz rozwiązanie! – Dodał i opuścił pokój, nie czując skruchy za jego następne działania.
Rozpalił zapałkę i rzucił ją na podłogę. Zielone oczy obserwowały rozbawione, jak pokryta benzyną podłoga przemienia się w obejmujące cały budynek czarne płomienie.
Jego maniakalny śmiech mógł być usłyszany ze sporej odległości, gdy ciężarówka opuszczała tą ponurą scenerię.
