Od autorki. Heeeej, pierwszy raz od publikacji daję znak życia. Dziwnie mi, że ktoś to w ogóle czyta. Ale nawet nie wiecie jak mi miło z tego powodu. :33 Jak dla każdego autora, przyjemność którą czerpiecie z mojej pracy, jest dla mnie największą motywacją, więc komentarze mile widziane.
Zgubiłam wersję poprawioną przez moją kochaną betkę, ale mam nadzieję, że nie ma tu zbyt dużej ilości błędów.
UWAGA. W tym rozdziale zacznie się fabułaaa. Tak, nie kłamię. Pewnie się szybko skończy, ale ważne, że w ogóle coś tam się dzieje. :pp

Miłego czytania. ^^
Myngwen.

4.

John nadal nie odkrył lekarstwa na koszmary. Po powrocie z Afganistanu każdy wieczór i pora zasypiania były męczarnią. Ból, krzyki, płacz. Co rano musiał przebierać zapoconą pościel. Próbował wszystkiego. Spacerów przed snem, wyczerpujących ćwiczeń, picia mleka, wody, a nawet wódki. Brał dziesiątki leków nasennych i nadal budził się z krzykiem, dreszczami i piekącymi od łez oczami.

Wszystko zmieniło się pierwszego dnia po poznaniu Sherlocka Holmesa. Od tamtej pory, chociaż noc równała się z nieustannym hałasem, rzępoleniem skrzypiec o czwartej nad ranem i podejrzanymi zapachami, John spał prawie spokojnie. Wiedział, że na dole jest ktoś kto obudzi go w razie niebezpieczeństwa i do kogo będzie mógł pójść, jeśli cokolwiek się stanie. Miał słaby sen, ale mimo wszystko budził się pełen energii. Potrzebował porządnej dawki odpoczynku, aby nadążyć za swoim żądnym ciągłej ekscytacji przyjacielem.

Jednak gdy wszystko zaczęło się układać, Sherlock odszedł. Ich przyzwyczajone do braku spokoju mieszkanie umarło razem z nim. Cisza. Niepokojąca cisza, która zdawała się zamierać coraz bardziej. John nie potrafił opuścić Baker Street. Bał się, że za bezpiecznymi, przepełnionymi zapachem Sherlocka ścianami, świat jest jeszcze spokojniejszy. Koszmary wróciły.

Po powrocie Sherlocka, nadzieja na spokojne noce pojawiła się ponownie, ale nadal coś było nie tak. Sherlock się uspokoił. Sypiał częściej, jadł regularniej, a salon nie był narażony na ciągłe eksperymenty. I mimo, że detektyw był piętro niżej, to John słabo czuł jego obecność. A może po prostu, tym razem potrzebował czegoś więcej niż tylko dźwięku, czy zapachu? Może chciał mieć go bliżej niż kiedykolwiek, żeby w końcu poczuć, że wrócił? Może to byłoby lekarstwem na koszmary?

Kolejnym przewrotem w sennym życiu doktora, było pojawienie się Gwen. Co wieczór kierując się do sypialni, obserwował jak dziewczynka siedzi na kanapie w salonie patrząc przed siebie i zaciskając dłonie na kocu. Ona również bała się zasypiać.
Każde z nich miało problemy ze snem, jednak cała trójka, co noc ukrywała się we własnej pościeli i walczyła z tym samotnie.

- John... - doktor usłyszał cichy głos i poczuł dłoń na swoim ramieniu. Przekręcił się na plecy i powoli otworzył oczy. Przez chwilę w ciemności widział tylko bladą sylwetkę stojącą przy jego łóżku.

- Hmm, Sherlock? - mruknął przecierając oczy. Nie miał pojęcia, która była godzina. Wiedział tylko, że głos wymawiający jego imię, uratował go przed kolejnym koszmarem.

Jego wzrok przyzwyczaił się do panującego w pokoju półmroku i dostrzegł zapłakaną twarz w połowie przykrytą przez ciemne loki. Podniósł się na łokciach i powoli usiadł na poduszce, gdzie przed chwilą leżała jego głowa. - Gwen, co się stało?

- John, miałeś zły sen, prawda? Obudziłam się i słyszałam jak krzyczysz i się cieszyłam, bo udało mi się obudzić, a miałam okropny koszmar, ale z drugiej strony nie chciałam żebyś krzyczał, no to przyszłam, przepraszam, John, ale ja...

- No już, już, Gwen. Uspokój się - wyciągnął dłoń w jej stronę i złapał ją za ramię. - Cieszę sie, że przyszłaś. Nie masz mnie za co przepraszać - przejechał dłonią po jej włosach.

- John? - mimo drgających warg, próbowała się uśmiechnąć.

- Tak?

- Mogę z tobą spać?

John posłał jej czuły uśmiech i przesunął się, robiąc jej miejsce. Gwen wspięła się na łóżko i położyła głowę na jego poduszce. Gdy doktor ułożył się na plecach, przybliżyła się i wtuliła twarz w jego ramię. Poczuł jak mokra od łez twarz dziewczynki ociera się o jego skórę, na co przytulił ją mocniej i automatycznie zasnął. Noc minęła spokojnie. A gdy John obudził się rano, był sam. Nie był pewny czy nocne odwiedziny Gwen, były wymysłem jego wyobraźni.

oOo

W Camden doszło do serii porwań, które zdawały się nie być warte pomocy jedynego na świecie detektywa-konsultanta. Gdy jednak odnaleziono dwanaście ciał i zidentyfikowano je jako osoby zaginione w ciągu ostatniego miesiąca, sprawa zaczęła się robić skomplikowana. W kostnicy szpitala Saint Bart's odkryto, że ofiarami były wyłącznie dziewczynki w przedziale wiekowym od dziewięciu do dwunastu lat, torturowane, po czym brutalnie duszone.

Scotland Yard stracił trop. Nie mieli żadnych śladów, żadnych wskazówek. Tylko dwanaście ciał porzuconych na placu budowy nowego basenu.

- W czym mam im pomóc? - zapytał Sherlock, wciąż wpatrzony w okulary mikroskopu. John właśnie skończył rozmawiać z inspektorem Scotland Yardu na temat porwań, jednak Sherlock wciąż nie dawał ani znaku zainteresowania. - Nie ma miejsca zbrodni, nie mam skąd wziąć informacji. Czego on ode mnie oczekuje?

- Chce żebyś pomógł im go znaleźć, albo chociaż powiedział gdzie go szukać.

- John, nie siedzę w głowach zbrodniarzy. Ja obserwuję, a w sprawie bez wskazówek, nie mogę tego robić.

Sherlock od dwóch dni próbował się wymigać od tej sprawy. Jego wielozdaniowe wymówki nie miały najmniejszego sensu, a John był pewny, że Sherlock już dawno znalazł porywacza. Wciąż jednak ignorował telefony od Lestrade'a, a na każde pytanie dotyczące sprawy miał przygotowaną kolejną wymijającą odpowiedź.

- Sherlock, nie możesz chociaż rzucić na to okiem?

Nie odezwał się, tylko podniósł wzrok znad mikroskopu i westchnął. Oparł się na krześle i przytknął palce wskazujące do ust.

- John - zaczął. - Tu nie ma czego dedukować, więc co-

- Dobrze, już dobrze! - przerwał mu odwracając się w stronę salonu. - Nie chcesz, to nie. Mam nadzieję, że zajmujesz się czymś równie interesującym! - powiedział, po czym wyszedł z mieszkania.

Gdy tylko drzwi się zatrzasnęły Sherlock wrócił do obserwacji rozwijania się komórek grzybiczych na kawałku naskórka. W mieszkaniu zrobiło się niepokojąco cicho. W zachowaniu detektywa zwykle przeważała obojętność, jednak od jakiegoś czasu wyraźniej dawał do zrozumienia jak ważne jest dla niego wspólne życie z doktorem. Postanowił, że zrobi wszystko aby go przy sobie zatrzymać i pokazać mu, że on też nigdzie się nie wybiera. Dwa lata z dala od jedynego miejsca na ziemi, gdzie czuł się jak w domu, pokazały mu, czego tak naprawdę potrzebuje. Potrzebował Johna Hamisha Watsona. Tego samego, który ocalił mu życie przed taksówkarzem-mordercą, który chciał się poświęcić, żeby zapewnić mu bezpieczną ucieczkę. John był troskliwym lekarzem i szalonym wojownikiem. Był dobrym człowiekiem i przy nim, Sherlock czuł, że też może taki być.

Pomysł z wprowadzeniem do ich stojącego w miejscu życia, zmiennej w postaci dziecka, był genialnym pomysłem. Miał dzięki temu mapę Londynu pod ręką, a John przestał się bać, że ktoś ponownie odbierze mu szczęście. Coś jednak poszło nie tak. Gwen okazała się być nie tylko narzędziem do uporządkowania ich wspólnego życia. Stała się jego częścią. Nieodłączną, potrzebną i stabilną.

Przez to Sherlock wolał nie brać się za sprawy, które mogą namieszać w ich spokoju. Gwen coraz bardziej angażowała się w śledztwa, twierdząc, że doświadczenie dobrze jej zrobi, jednak ten przypadek był osadzony zbyt blisko jej przykrych wspomnień. Dopiero co zaczęła się otwierać, ufać im, cieszyć się życiem. Nie bała się już zapytać Johna czy z nią posiedzi dopóki nie zaśnie, zaczęła wierzyć, że może na nich polegać, i że nie musi się za wszystko odpłacać. Ta sprawa mogłaby zniszczyć to nad czym pracowali od kilku tygodni i nad czym chcieli pracować o wiele dłużej. Sherlock postanowił się postarać. Da tej dwójce wszystko czego potrzebują, byleby tylko nigdy go nie opuścili. Nawet mógłby im się do tego przyznać.

W tym momencie nie czuł ich obecności. Odsunął się od mikroskopu i poszedł w stronę salonu, zatrzymując się przy oknie. Odchylił zasłonę, spoglądając na chodnik i wypatrując Johna. Nagle jednak uderzyła go niepokojąca myśl.

- Gwen! - zawołał, odwracając się w stronę drzwi.

Cisza. Automatycznie wybiegł z mieszkania i po kilku krokach znalazł się przy mieszkaniu pani Hudson. Nie pukając wszedł do środka. U właścicielki domu dowiedział się tylko, że Gwen była u niej całe popołudnie, po czym powiedziała, że wraca na górę. Nie wróciła. Sherlock słysząc tę informację, automatycznie stracił swoją zdolność do ukrywania emocji. Obojętność zniknęła, a na jej miejscu pojawił się strach.

oOo

John wrócił na Baker Street po spacerze do Regents Park i z powrotem. Postanowił więcej nie poruszać tematu 'Sherlock, dlaczego do cholery nie chcesz pracować?', więc wracał do domu z nadzieją na kłótnię o bałagan w kuchni. Na szczęście ten temat był zawsze aktualny.

Po wejściu do salonu, napotkał widok, który zbił go z tropu. Detektyw stał przed ścianą z namalowaną żółtym sprayem uśmiechniętą buźką, którą obkleił zdjęciami ofiar i mapą dzielnicy Camden. W zębach trzymał zatyczkę od czerwonego mazaka, którym pisał notatki na mapie, swoim niezwykle zgrabnym pismem.

John stał w drzwiach i już miał się odezwać, gdy nagle Sherlock odwrócił się w jego stronę. Doktor zaniemówił widząc wyraz twarzy przyjaciela. Sherlock Holmes, mistrz ukrywania emocji, chowania się za maską obojętności, spoglądał na doktora zmartwionym wzrokiem. Był wyraźnie zdenerwowany, jego oddech był płytki, przygryzał dolną wargę, i nie mógł wydusić z siebie słowa.

- Sherlock, co-

Nie zdąrzył dokończyć zdania, kiedy długie ramiona detektywa objęły jego szyję. John dostrzegł tylko mazak lądujący na dywanie, po czym jego wzrok przykrył materiał ciemnej koszuli detektywa.

- John. - powiedział zacieśniając uścisk.

- Sherlock, co się stało?

- Wybacz mi - baryton Sherlocka brzmiał nienaturalnie, gdy wymawiał słowa tak niepewnie.

- Sherlock, no już - przeniósł dłonie na jego plecy, gładząc je uspokajająco. - Powiedz mi co się stało?

Odsunął się od doktora gwałtownie, odchrząknął i po chwili na twarz wróciła obojętność.

- Gwen, nie wróciła do domu. Była u pani Hudson i według tego co ustaliłem, przyszła na górę, kiedy rozmawialiśmy o porwaniach. I tu pojawia się pytanie, na które nie mogę znaleźć odpowiedzi: dlaczego słysząc naszą rozmowę, wyszła z domu? Nie mam pojęcia, ale coś się mogło stać. John.

- Myślisz, że...

- Pasuje do reszty ofiar. Była gdzieś sama i... John, nie wiem. Nie przypilnowałem jej. To moja wina.

- Nie, Sherlock. Nie myśl teraz o tym, po prostu...

Doktor stał w miejscu, oczy miał szeroko otwarte, oddychał przez nos i nerwowo zaciskał pięści.

- Znajdź ją Sherlock. Proszę cię. Po prostu ją znajdź. - wymówienie trzech krótkich zdań, zdawało się sprawiać mu nie lada trudności. Cofnął się kilka kroków i oparł o ścianę, po czym z całą siłą uderzył pięścią w framugę drzwi.

- Znajdę ją. To oczywiste. - pewność siebie w głosie Sherlocka powróciła, co sprawiło, że doktor odetchnął z ulgą.

Dla Johna najprawdziwszą, najbardziej zaufaną rzeczą pod słońcem była świadomość, że Sherlock ma rację. Spojrzał na niego z nadzieją w oczach, po czym nie kontrolując własnych ruchów, rozluźnił dłonie, podszedł do detektywa i oparł czoło o jego ramię. Sherlock objął go ramieniem i pocałował w czubek głowy. Chwila na odetchnięcie i czułości, obojgu przyniosła wytchnienie. John odsunął się powoli dużo spokojniejszy. Spojrzał w oczy detektywa i uśmiechnął się nieznacznie, po czym odchrząknął i przyjrzał się zbiorowi zdjęć na ścianie. Zdjęcia dwunastu martwych dziewczynek, sprawiała, że wyobraźnia Johna oszalała. Nie mógł powstrzymać myśli, że Gwen może być gdzieś zamknięta bez szansy na ratunek. Teraz rozumiał skąd wziął się lęk w oczach detektywa.

Sherlock stał obok Johna, a po jego wcześniejszej słabości nie było śladu.

- Poradzimy sobie z tym. Potrzebuję tylko paska i zwłok do badań.