Rozpaczliwy wrzask rozległ się w spowitych nocnym mrokiem korytarzach Volterry, wdarł się przez szczelinę w bogato zdobionych drzwiach apartamentu Didyme i Marka, a następnie jak lekki wiatr historii podpłynął do wrażliwych uszu wampirzycy. Drgnęła.

- Najdroższa?- Marek położył dłoń na ramieniu żony.

- Zdaje mi się, że je usłyszałam- odrzekła spoglądając na męża.

- Istotnie. Chcesz tam zajrzeć?

Próżno czekał na odpowiedź. Didyme wpatrywała się w niego szklistymi oczami. Znał ją zbyt dobrze i wiedział o czym myśli. Jego martwe serce ukuł cienki kolec napełniony jadem. Zacisnął wargi.

- Didyme, skarbie...- przytulił żonę do siebie.

- Tyle lat...-wyszeptała niemal bezgłośnie.

- Wiem. Wiem o tym...

- Marku! To...to chyba dla mnie za wiele...

- Ciii...Już dobrze... Spokojnie, jestem tu- szeptał Marek, tuląc ją do siebie.

Didyme jeszcze bardziej ukryła swoją głowę w ramieniu męża i histerycznie zaniosła się suchym, wampirzym szlochem.

Konie pędziły przez zaśnieżony las, poganiane przez zdającego się niebaczyć na trudne warunki pogodowe mężczyznę. Był to arystokrata, bogaty jegomość niezwykły występować w roli zwykłego woźnicy. Jednakże sytuacja była wyjątkowa.

Obok niego spoczywała wytworna dama, odziana w drogie futra z lisów. Na palcach obydwu bez trudu można było dostrzec kosztowne pierścienie, świadczące o przynależności do najwyższej klasy społecznej.

Widać było, że są czymś poważnie zdenerwowani.

- Och Marku, mam złe przeczucie- szeptała kobieta, ściskając ozdobną chusteczkę.

- Didyme...Może po prostu Cleopatra została u jednej ze swoich koleżanek. Młode dziewczęta przecież często bywają zbyt roztrzepane nawet, by posłać gońca z informacją..

- Ale Cleo taka nie była! - przerwała, unosząc nieco głos.

Marek w duchu przyznawał żonie rację, jednak nie mówił tego na głos, chcąc zaoszczędzić ukochanej nerwów. Jeszcze nic nie było przesądzone.

- Może rzeczywiście trzeba było pozwolić Euzebiuszowi powozić? W końcu zajmuje się tym od lat...

- Chodzi o naszą córkę! - przypomniał Marek. - W takich wypadkach zawsze najlepiej ufać sercom rodziców...

Nie dokończył. Przenikliwy wrzask Didyme rozległ się nagle po całym lesie, przeszywając każdy jeden mroczny zakątek tej złowrogiej puszczy, opanowanej przez bezlitosną zamieć.

Na drodze przed nimi leżała nieduża postać, mocno już przypruszona śniegiem. Nawet w zapadającym mroku bez trudu można było rozpoznać miękkie, ciemne loki, rozrzucone wokół głowy i nagie, bezwładne ciało. Rubinowa krew zabarwiała śnieg na najgorszy z możliwych, upiorny odcień czerwieni.

Marek jęknął, nie mogąc wykonać żadnego ruchu. Oboje już wiedzieli, że oto potwierdziły się ich najciemniejsze obawy, uśpione dotąd w najciemniejszych zakątkach serca.

Didyme zeskoczyła z karety i padła bezwładnie na ziemię.

- Moje dziecko.. Moje dziecko... - jej wrzask przerodził się w szloch, a następnie w rozpaczliwy spazm.

Marek w mgnieniu oka znalazł się obok niej. Nawet nie silił się na słowa, jemu samemu ciężkie łzy pociekły po policzkach. Podniósł bezwładną Didyme z ziemi i doprowadził do ciała Cleopatry. Wiedział, że nigdy by mu się wybaczyła, gdyby jej tego oszczędził.

Jednak na widok martwej twarzyczki córeczki także i jemu nerwy puściły w zupełności. Mimowolnie dostrzegł zaschniętą krew w okolicy dziecięcego jeszcze łona córki. Było oczywiste co się stało.

Cleo była jeszcze dzieckiem, nigdy nie obcowała z mężczyzną. Jej głowę zajmowały głównie przyjaciółki i wszelkie zabawy oraz spotkania z nimi, jednak również radością czekała na chwilę zaręczyn z wybranym już kandydatem, nie tylko z powodu fizycznych przyjemności, jakie daje wstąpienie w związek małżeński, ale także głębokiej więzi, która winna łączyć małżonków, a którą to od zawsze obserwowała u rodziców.

Jednak teraz wszystko już przepadło. W jednej chwili cały misternie układany świat zdawał się runąć w gruzach.

Po raz drugi nocną ciszę przeciął niczym lodowatym nożem krzyk bezsilności Didyme, a chwilę później dwie najznamienitsze osobistości w okolicy legły bezwładnie na ziemi, tuż obok wyśnionej, najbardziej przez nich ukochanej istoty na świecie.

- Już dwa tysiące lat... A ja wciąż pamiętam... - szeptała Didyme, tuląc się do męża ze smutkiem. - teraz... Teraz...

- Wiem, skarbie. Wiem. I między innymi dlatego tych ludzi spotkały najstraszliwsze męki przed śmiercią, jakich normalnie nie można sobie wyobrazić.

- Są do niej takie niepodobne...Ale...ale... - zaczęła Didyme, ale nie umiała do końca sprecyzować myśli.

Nie musiała. Marek dobrze wieział, o co jej chodzi.

Usłyszeli rozpaczliwy krzyk po raz drugi. Didyme Volturi w mgnieniu oka doprowadziła się do porządku.

- Chyba...Chyba pójdę zobaczyć co im się stało. A jutro z samego rana Aro z Sulpicią pojadą je odwieźć do sierocińca.

- Tak będzie najlepiej- potwierdził Marek, ściskając wypielęgnowaną dłoń żony. - Pójdę z tobą.

- Wtedy też byliśmy razem... - szepnęła Didyme, ale to już pozostało nie skomentowane.

Para królewska ruszyła w drugą drogę od swojego apartamentu do fioletowego pokoju, przez mroczne, zalane ciemnością korytarze zamku w Volterze.