Betowała: Kot Kapral
Czas pełzł powoli, ale nie obchodziło mnie to. Chciałem, by Arthur został na zewnątrz z roztrzaskanymi fragmentami mnie w jego torbach. Nie sądziłem, bym mógł mu wybaczyć, ale mówiąc szczerze, to tak naprawdę nic się nie wydarzyło. Tak czy inaczej miał zamiar zrobić z moim ciałem okropne rzeczy, czy wrzuciłby je do niszczarki, dał rekinom na pożarcie, a nawet tylko wyrzucił mnie na wysypisku. To było to, co miałem nadzieję, że mógłby zrobić, ale tak czy siak, moje ciało miało być pocięte na kawałki i spalone. Najwyraźniej w ten sposób pracowały wysypiska, a Arthur niewątpliwie zrobił to samo. Westchnąłem i dalej oglądałem lecące programy, żaden z nich nie był wyjątkowy.
Rzeczywiście, był to dzień po pocięciu mojego ciała, nowy dzień. Arthur był tak zmęczony przez krojenie i roztrzaskiwanie mnie, że zdecydował zabrać torby na wysypisko następnego dnia, czyli dzisiaj. Kiedy wróci, wciąż będę siedział na kanapie w płaczliwym nastroju. Nie pojawiło się nic nowego o moim zniknięciu, więc podejrzewałem, że Arthur mógłby wykręcić się od mojego morderstwa, gdyby nikt nigdy nie znalazł rozrzuconych wszędzie małych kawałeczków mnie. Oczywiście, gdyby się przyznał, mógłby zostać zdemaskowanym, ale nie zanosiło się, by zamierzał to zrobić w najbliższym czasie.
Arthur energiczne wszedł do domu z olbrzymim uśmiechem na twarzy, a ja udawałem, że nie przyjąłem do wiadomości, że tu jest.
- Wróciłem, Francis – prawie wyśpiewał. Nie odwróciłem się do niego, ani nie potwierdziłem jego obecności, przerzucając kanały pilotem. W domu Arthura czułem się wyjątkowo leniwie, głównie dlatego, że zazwyczaj nie oglądałem niczego w telewizji. Prawie zawsze byłem w odwiedzinach u przyjaciela, w pracy czy... coś. Nigdy telewizja, chyba że byłem chory.
Usiadł na kanapie obok mnie i zmarszczył brwi.
- Jesteś zły. - Obserwował, jak dalej go ignorowałem. - Nie bądź zły, proszę? Teraz nie mam już problemów na głowie, a przynajmniej mam taką nadzieję. Jestem szczęśliwy, więc ty też bądź szczęśliwy.
- Ludzie tak nie działają, mamy swoje własne zdanie – mruknąłem, upewniając się, że nie spojrzę na niego. Jego wzrok nie opuszczał mnie gdy przełączałem kanały. Po chwili wzruszył ramionami i oglądał ze mną telewizję, zanim nie zrobił się głodny.
- Przygotuję coś. Też chcesz? - pokręciłem głową i znowu przerzucałem kanały. Arthur westchnął i przyniósł torebkę ciasteczek z kuchni. - Wiesz, możesz robić co chcesz tak długo, jak nie szkodzi to mi i tylko jesteś w stanie to zrobić. - Odwróciłem się od telewizora, gdzie dość zmartwiony człowiek kazał widzom ukryć swoje dzieci, żony i tak dalej. Spojrzałem na Arthura.
Czy on naprawdę myśli, że po prostu cały dzień siedzę w jednym miejscu? Kiedy spał, kręciłem się wokoło i zacząłem myśleć o wyjściu w nocy na zewnątrz, jeśli moje duchowe ciało na to pozwoli. Nie sądziłem, że mogłoby to sprawić jakiś problem, skoro nie było tam światła słonecznego, ale kto wie. Jakby czytał mi w myślach, Arthur spytał mnie, czy planuję wkrótce wyjść na zewnątrz. Skrzyżowałem ramiona i skierowałem swoją uwagę na sufit.
- Czemu pytasz? Chcesz mi przeszkodzić?
To nie tak, że myślałem, że mógłby mi w czymś przeszkodzić, po prostu pokazywałem mu, że teraz bardzo go nie lubię, a przynajmniej próbowałem.
- Co? Nie. Po prostu zastanawiałem się nad wyjściem na drinka, czy coś.
- Masz dwadzieścia lat, więc jesteś nieletni. W każdym razie, zaskoczyło mnie, że udało ci się kupić alkohol. - Pomyślałem przez chwilę. – Poza tym, to byłoby dziwne, mieć dwa drinki, z czego jeden poruszający się i powoli opróżniający, i to przy pustym miejscu. – Byłem przekonany, że nie myślał zbyt dużo o tych sprawach i miałem przeczucie, że nadal mógłby zapomnieć o mojej nieobecności w ludzkim świecie.
Oczywiście, on miał pomysł.
- Będziemy razem dzielić kubek, a ty możesz pić przez słomkę – uśmiechnął się. - Tak jak piłeś herbatę. - Ojej. Myślałem, że będzie chciał się wiecznie czaić, ale najwyraźniej nie. Od kiedy pozbył się mojego ciała, w sposób, który pewnie nazwał by właściwym, nagle stał się wolny od wszelkich trosk. To było irytujące, bo wiedziałem, że jeśli znów poruszyłbym ten temat, to on mógłby ponownie się wkurzyć. Pomimo iż nie dbałem tak bardzo o tego gościa – jakby ktoś w ogóle miał się liczyć z jego uczuciami- to nie chciałem go już bardziej denerwować. Miałem już dość jego małego, skomlącego narzekania, typu „cóż, jesteś dla mnie wredny, wciąż wyciągając te sprawy" i jego „nie bądź na mnie zły tylko dlatego, że cię zabiłem", albo oświadczeń, jak „nie chcę, żebyś mnie zabił, ma być, jak ja chcę". On po prostu myślał, że ma rację przez cały czas, prawdziwy brytyjski łajdak. Nie mogę wypowiadać swojego zdania, jedynie Arthur może. Czy nie prosiłem go, by zaakceptował moje narzekania i zakończył swoje? Myślałem, że też się na to zgodził.
W tym momencie postanowiłem zrezygnować z dyskutowania z le salaud* i po prostu udawać, że się z nim zgadzam, nawet jeśli nie było z czym się zgadzać. To także dla niego może być nieco irytujące.
- Dobrze, Arthur. Wyjdźmy dziś w nocy i dzielmy drink, a ja będę pił przez słomkę, tak jak piłem herbatę. - Z wyrazu jego twarzy mogłem wywnioskować, że zastanawia się, czemu aż tak dokładnie powtarzam jego słowa. - Mam nadzieję, że noc nadejdzie szybko.
Nie nadeszła. Przez długi czas siedzieliśmy w domu i słuchałem, jak Arthur śpiewa stare rockowe piosenki. Sądzę, że umarłem drugi raz. Jego głos nie był taki zły, po prostu nie mogłem spokojnie znosić muzyki. W jakiś sposób kolidowało to ze mną, co było denerwujące, ponieważ słuchałem podobnych piosenek, kiedy żyłem. Przypuszczam, że duchy nie mogą znosić głośnej muzyki. Nie mogłem nic na to poradzić, oprócz stałego powtarzania Arthurowi „To dlatego nie masz żadnych przyjaciół". Wszystkim, co mógł zrobić, było uśmiechnięcie się i śpiewanie dalej. Nie dlatego, no ale nieważne.
W końcu słońce zaszło i Arthur zawiózł nas do baru, w którym byłem raz czy dwa z Antoniem i Gilbertem. Przestaliśmy tu przychodzić ponieważ Gilbert... Cóż, nie będę się w to zbytnio zagłębiał, ale widocznie tańczenie na stołach było czymś, czego kierownik baru nie pochwalał. Było naprawdę źle, ponieważ zapamiętał on też nasze twarze. Tak czy siak, było to raczej puste miejsce, co było naprawdę dosyć przyjemne. W rogu siedziało kilku ludzi grających w karty, na przedzie kilku szlochających facetów i ten cholerny kierownik. Wydawało się, że na mnie patrzy, ale zapewniałem siebie, że on nawet nie może mnie zobaczyć.
- Tylko jedno i słomkę – zamówił Arthur i klapnął na stołku, obok którego nikt nie siedział. Kierownik wydawał się patrzeć na mnie, następnie wzruszył ramionami, odchodząc, by przynieść Arturowi zamówienie. Zastanawiałem się, czy może mnie zobaczyć, dwa razy wydawał się patrzeć prosto na mnie! - Chcę z tobą rozmawiać, ale myślę, że ludzie mogą uznać, że jestem szalony – wyszeptał Arthur, biorąc kufel od kierownika i wsunął słomkę. Pokazał mi, bym pił, więc łyknąłem przez rurkę, kiedy kierownik nie patrzył.
- W porządku, Arthur. Milczenie jest złotem. - Wziąłem kolejny łyk przez słomkę, gdy kierownik znów się odwrócił. Doprawdy, to przypominało grę. Sądzę, że Arthur nie wiedział co myśleć o mojej uwadze, więc nie odpowiedział, biorąc ode mnie kufel i łykając obficie. Tak więc działo się przez chwilę, zanim kierownik nie powiedział Arthurowi, że powinien przystopować z alkoholem, albo nie będzie w stanie dojechać do domu. Nie wiedział o tym, że tam byłem, a może wiedział. Ja, który nie mógł już się upić, ha ha! Nie byłem całkiem pewien, jak to działało, ale tak właśnie było. Coś takiego, jak bycie niezdolnym do odczuwania temperatur. Ale faktycznie, skoro przecież nie potrafiłem prowadzić, Arthur skończył zawożąc nas do domu, jednak pomagałem mu tak bardzo, jak mogłem. Naprawdę, to była dobra praca zespołowa.
Kiedy Arthur niechlujnie zaparkował na swoim podjeździe i niepewnie wyszedł z samochodu, nawet nie zamykając drzwi, pozwoliłem sobie zamknąć je za niego, a jeśli ktokolwiek by je widział to pewnie przeraziłby się na widok „samozamykających" się drzwiczek. Pomogłem Arthurowi otworzyć drzwi i zanim stracił przytomność w salonie, poprowadziłem go do jego sypialni.
- Powinieneś zostać przy herbacie – powiedziałem mu, kiedy upadł na łóżko i jęknął. – Połóż się normalnie, to będę mógł cię otulić.
Wydął wargi i poturlał w pościeli, aż znalazł się pod przykryciem i z głową leżącą na poduszkach. Poprawiłem mu koce i obserwowałem, jak zasypia.
- Dobranoc, Arthur. - Z nudów usiadłem na łóżku i patrzyłem na Arthura... najwyraźniej udającego sen.
- Francis – Arthur usiadł szybko, sprawiając, że podskoczyłem przestraszony. - Powinieneś położyć się ze mną pod kocami. - Patrzył na mnie przez długi czas, a ja nie odpowiadałem, gdyż jego nagły wybuch sprawił, że oniemiałem. Zanim mogłem cokolwiek powiedzieć, Arthur upadł na poduszkę i zaczął chrapać. Po chwili zastanawiania się, czy zasnął, czy nie, zdecydowałem, że mogę spać obok niego, tak jak o to prosił. Tak naprawdę nie spałem, ani nie leżałem pod przykryciem, tylko leżałem na pościeli, czasami zamykając oczy i po prostu myśląc, a przez część resztę czasu obserwowałem śpiącego Arthura. Mieliśmy więcej takich momentów, jak ten, najczęściej bardzo podobnych. Pomimo, że trudno mi to przyznać, to staliśmy się sobie dość bliscy, prawdopodobnie o wiele bardziej bliscy, niż moglibyśmy być, gdyby mnie nie zabił. Nie byłem pewien, czy to dobrze, czy nie, ale po prostu tak wyszło.
Przez naszą przyjaźń, jeśli można tak to nazwać, naprawdę sądziłem że Arthur pozostanie z dala od kłopotów przez resztę jego dni. To wstyd, że zostałem tak nagle wysłany do domu, po tym, jak spędziliśmy tak wiele czasu razem, po tylu dniach tworzenia więzi. Niemniej jednak, on wtedy naprawdę wyglądał jak niewinny aniołek, a ja zwyczajnie byłem duchem. Czułem się trochę nie na miejscu przy jego boku, nawet czułem się zły. Po kilku latach nie mógłbym tak myśleć o sobie. Jestem cholernym świętym w porównaniu do Arthura i tego, czym jeszcze się wtedy nie stał. Do tego czasu, patrzyłem nieprzerwanie na mężczyznę, którego zacząłem uważać za partnera w Śmierci. Nasze dziwne powiązanie między życiem i śmiercią mogło się skończyć w niedługim czasie, ale lata później mieliśmy się udać na ciemną stronę.
* le salaud (fr.) drań
