4.
Tara przywitała matkę równie gorąco, co ojca. Widać było, że jest bardzo związana z rodzicami, a oni w pełni odwzajemniają jej uczucia.
Po uściskach i całusach, znów przyszedł czas na prezentację i Bobby został przedstawiony „teściowej", która, podobnie jak admirał, zapałała sympatią do miłego Australijczyka. Niewątpliwie pomogły tu dołeczki i akcent agenta - niezawodna, tajna broń, jeśli chodzi o kobiety…
Tak jak poprzednio, Crash nie szczędził wysiłku, by wyglądać na oddanego chłopaka Tary. Był przy tym tak wiarygodny, że Hannah była skłonna uznać, iż ślub jej córeczki jest tylko kwestią czasu.
Mąż, na razie nie wyprowadzał jej z błędu, nie chcąc psuć sobie zabawy. Od dawna nie miał tak interesującego weekendu…
-„ Jest uroczy, kochanie! Gdzie poznałaś tego chłopca?"- zapytała matka, gdy obie z Tippy, stały w kuchni, wykładając na paterę ulubiony torcik Tary, o smaku mokki. Ta pyszna niespodzianka, miała zostać podana na deser, co wywołało entuzjazm nie tylko panny Williams, ale również jej „chłopaka".
-„ Bobby i ja, pracujemy razem, mamo. Spotkaliśmy się w Quantico i przez ten czas bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Rok temu doszliśmy do wniosku, że łączy nas coś więcej, ale przepisy nie pozwalały nam na formalny związek. Sześć miesięcy temu, nasi szefowie znieśli zakaz fraternizacji i od tamtego czasu jesteśmy parą…"- dziewczyna opowiadała romantyczną historię ich „ związku", nie zapominając o obowiązkowym rumieńcu na policzkach i ukradkowych spojrzeniach w kierunku „ukochanego". Zarówno szkarłat na jej buzi, jak i pełne uczuć spojrzenia, nie stanowiły dla niej wielkiego aktorskiego wyzwania. Przy Bobby'm łatwo się rumieniła, a jego prezencja stanowiła widok, na jaki patrzy się bez przymusu, wręcz z przyjemnością…
-„ To cudownie!"- zachwycała się Hannah. -„ Bardzo się cieszę, córeczko! Prawdę mówiąc, już zaczęłam się martwić…"- wyznała matka.
-„ Ooo? Dlaczego, jeśli można wiedzieć?"- spytała Tippy, udając, że nie zrozumiała aluzji.
-„ Kochanie… Masz trzydzieści lat, a twój zegar biologiczny tyka. Jeśli chcesz mieć dziecko, rodzinę, teraz jest najodpowiedniejszy moment, a Bobby wydaje się odpowiednim materiałem na męża i ojca…"- zasugerowała pani Williams.- „ Tylko spójrz na niego, córeczko! Przystojny, spokojny, miły... Wasze dzieci byłyby śliczne i mądre…"- argumentowała Hannah, już na serio zainteresowana szybkim zamążpójściem Tary.
-„ Ależ, mamo!"- oburzyła się Tippy.-„ Ja i Bobby, jesteśmy razem zbyt krótko i nie zamierzam zmuszać go do niczego, na co nie jest gotowy!"- powiedziała zdecydowanie. Musiała nieco pohamować zapędy matki, nim Hannah bezzwłocznie rozpocznie planowanie ich wesela…
Tymczasem, w salonie przylegającym do jadalni i kuchni, obaj panowie prowadzili męską rozmowę…
-„ Więc, Bobby… Jakie masz zamiary względem mojej córki?"- zapytał James, raz jeszcze prześwietlając „chłopaka" Tary swym sokolim wzrokiem. Starał się wyglądać na nadopiekuńczego ojca, który jest gotów sprasować na miazgę każdego faceta, który, jego zdaniem, nie nadaje się dla jego Kluseczki…
-„ Panie Admirale…"- zaczął Crash powoli.
-„ Mów mi James, chłopcze. Jestem po służbie…"- zaproponował łaskawie pan Williams, z trudem nad sobą panując. Ta farsa bawiła go coraz bardziej!
-„ James... Szanuję Tarę, zależy mi na niej i chciałbym, by była szczęśliwa. Zrobię, co w mojej mocy, by była szczęśliwa…"- zapewnił agent, z dyplomatyczną zręcznością. Nie chciał okłamywać admirała, więc wybrał najbezpieczniejszą odpowiedź, jaka przyszła mu do głowy.
Jasne… Niczego nie pragnął bardziej, niż przyszłości z Tarą, ale póki nie był pewien, jak się potoczą sprawy między nimi, robił, co mógł, by uniknąć kłopotliwych sytuacji. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebował, to znaleźć się na liście wrogów „Barakudy"…
-„ Mam nadzieję, Bobby…"- powiedział ojciec Tary, taksując go wzrokiem. -„ To moje jedyne dziecko…"
Manning tylko przełknął ślinę i ten widok mało nie wykończył admirała, który coraz bardziej lubił przyjaciela swej córki.
-„ Ciekawe, jaka jest reszta jej ekipy?"- zastanawiał się wesoło. -„ Jeśli wszyscy są równie zabawni i lojalni, Tara nie mogła trafić lepiej…"
-„ Jak to wyjdzie na jaw, jestem już trupem…"- pomyślał Crash. Ta nieprzyjemna myśl, tylko utwierdziła go w przekonaniu, by zrobić wszystko, żeby Tara dała mu szansę na prawdziwy związek, żeby dała im szansę…
Na szczęście, obiekt jego uczuć właśnie powrócił z kuchni w towarzystwie swej matki i deseru, tak więc, rozmowa zeszła na luźniejsze tematy. Reszta posiłku przebiegła już bez komplikacji…
Kiedy nadszedł wieczór, młodzi zostali odpowiednio „zakwaterowani" i po smacznej kolacji, udali się do swoich pokoi na spoczynek. Nareszcie mogli odetchnąć z ulgą. W nocy nie musieli niczego udawać, choć z tym udawaniem, to niekoniecznie była prawda. Oboje czuli chemię, przyciąganie, silne wibracje i w głębi serca niczego nie pragnęli bardziej, niż przekucia „przedstawienia" w słodką rzeczywistość…Nadchodzące dwa dni dawały im tę możliwość, lecz, o ile Bobby był gotów walczyć o swą „dziewczynę", o tyle Tara, nieświadoma jego uczuć, pozostawała wciąż w sferze niespełnionych marzeń o szczęściu u boku przystojnego Koali…
-„ Myśl realnie, Taro! Żadna z ciebie piękność, a przynajmniej nie taka, która skusiłaby mężczyznę pokroju Bobby'ego, dlatego zrób swoje i zapomnij o nim najszybciej, jak się da. Za dwa dni, znów będziecie tylko przyjaciółmi…"- pomyślała, nim wreszcie zasnęła.
-„ Mam dwa dni, by przekonać ją do siebie…"- mruknął Crash. -„ Bobby, kolego… Wykorzystaj tę szansę, lepszej nie znajdziesz!"- podpowiedział mu wewnętrzny głos.-„ Masz rację, Koala! Teraz, albo nigdy!"- powiedział zdeterminowany, a chwilę później, już spał.
TBC
