Trzy sprawy:

1) na moim profilu pojawiła się ankieta, zapraszam do głosowania.

2) mamy forum, może ktoś zechce z nami (ja i MrPocky) pogadać?

3) Korona zbliża się do końca, jeszcze jeden lub dwa rozdziały. W najbliższym rozdziale rating podskoczy.

Enjoy!


- Podejdź, książę.

Wysoko sklepiona, nieduża, okrągła sala rozbrzmiała echem surowych słów nadwornego, wiekowego mistrza ceremonii o posępnym spojrzeniu oczu starych i marzących już jedynie o śmierci. Jego długa broda i wąsy, sięgające pasa, kołysały się smętnie, a słowa wydobyły się z wątłych, starych ust wraz z drżącym, parującym oddechem. Zimno panujące w sali dawało się wszystkim we znaki. Lodowaty wiatr, wpadający z góry, z pozbawionych szyb okien u szczytu ścian, pod strzelistym sufitem, owiewał kamienne, proste kolumny i osiadał cieniutką warstwą lodu na klepisku.

Fay powoli, uważając, by nie poślizgnąć się na śliskiej posadzce, podszedł do umiejscowionego centralnie drewnianego klęcznika, pozbawionego jakichkolwiek ozdób czy udogodnień. Czarne, stare drewno jęknęło cicho, gdy dotknął go kolanami, a po obnażonych plecach przeszedł kolejny dreszcz, wywołując gęsią skórkę. Dookoła zgromadzili się nieliczni uczestniczący w obrzędzie nadania królewskiego znaku – głownie starcy i mędrcy, których obchodziło jedynie sam obowiązek. Gdzieś pomiędzy nimi krył się jarl, patrząc prosto na niego z pewnym siebie uśmiechem nie schodzącym w warg. Każdy trzymał świecę, wosk kapał po pomarszczonych dłoniach, ale oni nie zwracali na to uwagi, trwając bez ruchu. Innego światła nie było.

Mistrz ceremonii, dotąd stający przed nim, ujął z rąk dziecka, chłopczyka o mocno zaciśniętych ustach, zamglonych oczach i apatycznych ruchach rzeźbiony, wąski sztylet. Dziecko, zapewne chore albo nie będące przy zdrowych zmysłach, odsunęło się w ciemny kąt. Mistrz obszedł klęczącego blondyna i stanął za nim.

- Fayu von Valeria, synu Złotej Dynastii – zabrzmiał nieobecny, starczy głos. – Jutro w twoje ręce zostanie oddany nasz kraj. Noś na swym karku symbol, który oznacza, że to ty jesteś za niego odpowiedzialny. Krew Valerii twoją krwią, ból Valerii twoim bólem.

Fay pochylił głowę, mocno zaciskając zęby. Poczuł ostrze sztyletu lekko odgarniające jasne włosy z karku, nadzwyczaj pewne w rękach starca. Perłowa obręcz na jego szyi lekko zadźwięczała, gdy dwa metale spotkały się ze sobą, a potem Fay ledwo powstrzymał krzyk, gdy nóż bezlitośnie wbił się w skórę i zaczął kreślić linie, wyrzynając znak jego dziedzictwa w żywym ciele.

Wbił paznokcie w zaciśnięte dłonie, gryząc wargi, by nie dać satysfakcji jarlowi. Przetrzymał w milczeniu straszliwy ból, wciągając świszcząco powietrze i czując, jak ciepłe strumyki krwi spływają po plecach.

- Zło wyrządzone Valerii złem wyrządzonym tobie. Wstań, książę.

Sztylet oderwał się od ciała. Przytrzymując się klęcznika, Fay z trudem podźwignął się na nogi. Zawirowało mu w oczach, ale zdołał się wyprostować. Odwrócił się i spojrzał na jarla. Oczy Nicolasa płonęły dziką satysfakcją, żądzą władzy i poczuciem wyższości. I w tym momencie Fay zrozumiał, że tak naprawdę nie ma już żadnej nadziei na to, że wyjdzie z tego żywy. Jarl miał nad nim całkowitą władzę, biorąc w posiadanie nie tylko jego magię, ale i wszystkie uczucia związane z resztą podróżników, nie pozostawiając mu nic, czym mógłby się bronić. Jego dni były już policzone.


Pokój, a właściwie niezbyt duża, ale wygodna komnata królewskich apartamentach, której go ulokowano, była oddalona od pracowni alchemicznej Tabithy dziesiątkami korytarzy, galerii, schodów i zakrętów, tak więc Fay nie był w stanie trafić tam samodzielnie. Również sama Tabitha miała trudności z potkaniem z nim, gdyż została zaatakowana niespotykanie dużą ilością zamówień na eliksiry, w czym z pewnością maczał palce Nicolas. Reszta podróżników otrzymała pokoje na niższych piętrach zamku, strzeżone przez żołnierzy na pozór dla bezpieczeństwa, tak więc komnaty księcia świeciły pustkami.

Ale w tym momencie Fay nie miał ochoty na odwiedziny. Leżał na brzuchu, jedynie w spodniach mimo dość niskiej temperatury panującej w pokoju, chwilami niemal wgryzając się w poduszkę z bólu. Obolały, zaczerwieniony kark pulsował wściekle w miejscu, gdzie dłonie mistrza ceremonii bezlitośnie wyryły znak. Jarl nie zatroszczył się o jakąkolwiek opiekę medyczną poza położeniem na stoliku niedużej fiolki z gęstą maścią. Maść była kojąca, jednak samodzielnie blondyn miał problemy z jej zaaplikowaniem, bo za każdym razem, gdy unosił ramiona, by dosięgnąć po rany, ból atakował cały kark. WS końcu zaprzestał prób i jedynie obmył plecy z zeschniętej krwi.

Teraz już wiedział, że sytuacja była beznadziejna. Wcześniej miał nadzieję, że zdoła znaleźć sojuszników wśród dworzan, jednak okazało się to niemożliwe. Jarl za każdym razem stał u jego boku i nie pozwalał, by uprzejma rozmowa o niczym zeszła na cokolwiek, co mogło być próbą proszenia o pomoc. Odizolował go od przyjaciół, od alchemiczki, kontrolował go, mając pod sobą lojalne wojsko. Fay z wściekłością szarpnął perłową obręcz na szyi, po czym jęknął, gdy kolejna fala bólu przeszyła kark. Czuł, jak podrażnionej skóry dotykają włosy na karku, sztywne od zaschniętej krwi, której nie zdołał zetrzeć.

Prymitywna ceremonia była nie tylko symbolem poświęcenia samego siebie dla kraju. Fay nie czuł żadnej więzi z Valerią. Dla niego było to poddanie się władzy Nicolasa, przypieczętowane krwią zostanie marionetką. Wiedział, że umrze. Jarl zabije go, gdy tylko przekaże mu władzę. O dziwo, zaczął przyjmować to spokojniej, godząc się z tym. W końcu, może to i lepiej, by bratobójca zginął i nie dopuścił się kolejnych zbrodni. Jego przyjaciele będą bezpieczni, tego był pewny – o ile nagłą śmierć jednej osoby można było jeszcze zatuszować, jarl nie ośmieliłby się pozbyć się jego przyjaciół. Ich zniknięcie z pewnością wzbudziłoby podejrzenia i jego pozycja by się zachwiała. Nicolas nie był typem uzurpatora siejącego śmierć wszędzie tam, gdzie postawi stopę. On wolał działać po cichu, na pozór legalnie, poprzez manipulację, by przedstawiać siebie w nienagannym świetle.

Mimo wszystko Fayowi naprawdę było szkoda, zwłaszcza, gdy jego myśli mknęły do Kurogane. Był gorzko ciekawy, jak rozwinęłaby się ich przyjaźń, ich… miłość, gdyby spotkali się w zupełnie innych okolicznościach. Nie wiedział, czy powinien powiedzieć wojownikowi prawdy o swoich uczuciach – z jednej strony, był mu to winny i chciał umrzeć rozgrzeszony. Z drugiej, lepiej, by Kurogane żył w przeświadczeniu, że Fay nigdy nic do niego nie czuł – sprawiłoby to mu mniej bólu, byłoby to mniejszym złem.

Pogrążony w myślach, nawet nie zauważył, gdy drzwi uchyliły się cicho. W półmroku zakołysała się wysoka sylwetka.

- Magu? – rzucił w przestrzeń Kurogane, wchodząc z oświetlonego korytarza do ciemnej komnaty, próbując przyzwyczaić wzrok do mroku. Blondyn szybko wstał z łóżka, nieświadomie ukrywając ranę.

- Dopuścili cię tu? – zapytał zaskoczony, stając naprzeciw przyjaciela. Miał świadomość, że za drzwiami jego pokoju stoi dwóch uzbrojonych strażników, pozornie mających by jego ochroną.

- A od kiedy potrzebuję pozwolenia? – Kurogane lekko uniósł brew. – Ta twoja alchemiczka znowu grzebała w ich żarciu. Śpią jak susły. Kiedyś się jej oberwie.

- Jest niesamowita – mruknął pod nosem Fay. – Aż dziwne, że Nicolas nie usunął jej dotąd z zamku.

- Pewnie nie uważa ją za zagrożenie – Kurogane wzruszył ramionami, lustrując go wzrokiem. Fay uciekł spojrzeniem, nie wiedząc, czy skurcz bólu, który przed chwilą pojawił się na jego twarzy, był widoczny dla wojownika. Pokój rozjaśnił się białym światłem, gdy księżyc minął chmury i pojawił się w oknie.

- Kiedy koronacja? – zapytał w końcu brunet, gdy niezręczna cisza przeciągnęła się. Fay, całkowicie zapominając o ranie, odwrócił się w kierunku okna i oparł łokciami o parapet, patrząc na pokryty śniegiem kraj.

- Jutro – powiedział blondyn, po czym chciał dodać coś jeszcze, ale twardy ton Kurogane mu przerwał.

- Co to jest?

Fay zaklął w duchu ze swojej głupoty i wyprostował się, by się odwrócić się, ale ręce Kurogane mocno zacisnęły się na jego ramionach, nie pozwalając mu na to. Blondyn z miejsca poczuł niepokój, gdy usłyszał za sobą jedynie oddech. Kurogane nie wydał z siebie ani jednego słowa, ale jego palce mocno wbiły się w ramiona, wywołując nieświadomie ból.

- Przestań – odezwał się Fay ochrypłym szeptem. – Boli.

Nacisk niemal natychmiast złagodniał, ale Kurogane cofnął tylko jedną dłoń. Lewa pozostała na nagim ramieniu, prawa zaś delikatnie odgarnęła sklejone kosmyki na karku blondyna.

- Jarl ci to zrobił? – zapytał Kurogane cichym, groźnym tonem, patrząc na krwawy wzór, podobny do tego, jaki nosili strażnicy, którzy ich schwytali. Nad koroną unosiły się na wpół złożone skrzydła. – Zabiję go.

- Każdy król takie nosi – odparł Fay, ale nie zabrzmiał przekonywująco. Patrzył prosto przed siebie, w szybie widząc słaby zarys ich postaci. – Dowód oddania krajowi.

Wojownik nie odpowiedział. Fayowi zaczęła przeszkadzać ta bliskość, zaczął więc pośpiesznie wymyślać coś, co skierowałoby ich rozmowę na inne, bezpieczniejsze tory. Otworzył usta, by zapytać o Sakurę i Syaorana.

- Masz czym to przemyć? - praktyczne pytanie Kurogane zmyło mu z ust słowa. Kiwnął głową, czując suchość w gardle i wskazał na fiolkę z maścią, porzuconą na łóżku. Kurogane lekko pchnął go w kierunku łóżka.

- Siadaj.

- Co?

Kurogane wywrócił oczami.

- Do odmrożeń, prawdopodobnego zapalenia płuc i bólu karku brakuje ci także zakażenia? Siadaj, powiedziałem.

Fay z westchnieniem usiadł na łóżku, uśmiechając się smutno w duchu. Szorstka czułość Kurogane, jego zawoalowana troska o jego zdrowie, przywołała mile ciepło w sercu. Poczekał, aż wojownik usiądzie za nim i zamknął oczy, gdy palce bruneta zaczęły ostrożnie rozprowadzać chłodną maść po jego skórze. Nim się obejrzał, zręczne dłonie wtarły maść w okolice rany, a potem rozpoczęły ostrożny, lekki masaż zmęczonych ramion.

Myśli maga szybko rozpierzchły się na wszystkie strony. Odchylił lekko głowę do tyłu, pozwalając sobie przez chwilę tylko czuć. Skóra Kurogane była chłodna, łagodziła ból swoim dotykiem. Po cichu dłonie wojownika przesunęły się po jego ciele, by zatrzymać się na biodrach, a wargi zaczęły delikatnie muskać zranione ciało. Fay zamruczał, odchylając się do tyłu, by oprzeć się o tors bruneta, po czym przekręcił głowę.

Pocałunek, który nastąpił, w niczym nie przypominał tych kradzionych, namiętnych ataków ze strony Faya, był spokojny, łagodny i wywoływał przyjemne dreszcze spływające wzdłuż gładzonego przez Kurogane kręgosłupa, a co najważniejsze – odwzajemniony z równym zaangażowaniem.

Dopiero gdy dłoń Kurogane wsunęła się w jasne włosy Faya, błogostan ulotnił się i do maga powróciły wszystkie argumenty, dla których nie powinien pozwolić sobie na to uczucie. Odsunął się od Kurogane, wstał z łóżka, udając, że nie widzi rozczarowanego spojrzenia, jakie rzucił mu wojownik.

Zły za minioną sytuację, do której nie powinien dopuścić, rzucił oschle:

- Powinieneś już iść. Pewnie na ciebie czekają.

Usłyszał, jak Kurogane wstaje z łóżka.

- Dlaczego to robisz? – spytał wojownik, najprawdopodobniej nie ruszając się z miejsca. Mag patrzył uparcie w drzwi, mając go za plecami. – Czemu aż tak bardzo upierasz się, by zabić w sobie wszystkie uczucia, do cholery? My…

Wtedy Fay powiedział coś, o czym wiedział, że będzie tego żałował. Ubrał okrutne słowa w najzimniejszy ton głosu i czując, jak rozdziera się w nim serce, rzucił kilka wyrazów w przestrzeń, nie mając nawet odwagi, by spojrzeć na stojącego za nim mężczyznę.

- Jacy my? Nie ma żadnych nas, Kurogane.

Spodziewał się wybuchu, uderzenia, czy potrzaśnięcia nim mocno, dosadnych słów i kilku klątw. Coś, co mogło być charakterystyczną reakcja wysokiego, impulsywnego wojownika z Nihon.

- Rozumiem.

Jedno ciche słowo, wypowiedziane tak obojętnym tonem, jakby szermierz mówił o wczorajszej pogodzie. A zanim Fay otrząsnął się z zaskoczenia, zanim – jak ciężko było się przyznać, że chciał mocnej reakcji na swoje słowa, chciał, by Kurogane wybił mu z łba całe to cholerstwo, które nie pozwalało mu być szczęśliwym – zanim spojrzał na niego z poczuciem zdrady, Kurogane już nie było.

A Fay, nienawidząc siebie, opadł na kolana i pochylając głowę, cicho załkał. Kurogane tak łatwo z niego zrezygnował… Spodziewał się walki, ostrzeżeń, ale nie spokojnej zgody.

Gdy księżyc ponownie skrył się za chmurami, oczy Faya były już suche i zimne.


Kurogane oparł głowę na dłoniach, patrząc ponuro w ciemny blat stołu. Dzieciaki, widząc płonącą w nim wściekłość, nie ośmieliły się do niego odezwać, odkąd wrócił do pokoju. Prawdopodobnie i tak spotkałyby się z milczeniem. Wojownik zaciskał mocno wargi i marszczył brwi, myślami będąc kilka pięter wyżej, w królewskim apartamencie.

Wiedział, że Fayowi zależało. Dzisiaj mag udowodnił to jednoznacznie, przyzwalając na ich pocałunek i sam biorąc w nim udział. Ale co powodowało, że tak stanowczo odciął się od tego, co ich niewątpliwe łączyło? Nie chodziło tu tylko o fakt dziedziczenia Lodowej Korony Valerii. Coś jeszcze się tam kryło i Kurogane musiał się dowiedzieć, jakie bariery ustanowił wokół siebie blondyn, zabraniając sobie kochać.

A dumna natura wojownika już wiedziała, co zrobić, by Fay cofnął swoje słowa. Nadchodząca koronacja i bal były doskonałą okazją. Blondyn jeszcze odszczeka to, co powiedział i w ten sposób stanie się to podstawą do przyznania, że Fay kocha i chce być kochany.


Do trójki podróżującej z „odzyskanym" księciem przyniesiono rankiem stosik eleganckich, strojnych ubrań z zaleceniem, by zjawili się w południe w sali tronowej. Koronacja miała odbyć się dokładnie o dwunastej, rozpoczynając bal, na który zostali zaproszeni jako przyjaciele Faya. Odmówić nie mogli – jarl zamieścił na pozór bardzo uprzejmą, ale i jadowitą wiadomość, mówiącą, że Fayowi z pewnością będzie przykro, jeśli się nie pojawią. Ponieważ Kurogane wiedział, jakie przykrości mag otrzymał dotąd z rąk jarla – dzieciakom oszczędził szczegółów, by nie zamartwiały się bardziej niż to konieczne – z niechęcią ubrał na siebie ciemny, elegancki strój. Wieść, że Sakura jest księżniczką, nie została bez odzewu. Dostała piękną, jasną suknię i cienki diadem. Oczywistym było, dlaczego ozdoba była prosta i nie rzucająca się w oczy. Tu rządził Nicolas i to na jego marionetce uwaga gości miała być skupiona.

Gdy nadszedł czas, straż odeskortowała ich do sali tronowej i została przy drzwiach. Jedno spojrzenie wystarczyło, by oszacować liczbę na pozór niewidocznych, nieruchomych żołnierzy w wnękach, na galeriach w górze i przy drzwiach. Dwór bawił się spokojnie, nie zwracając na milczących poddanych jarla. Stoły wręcz uginały się pod ciężarem jadła, grała muzyka, ciężka i podniosła. Tron był pusty, Faya nigdzie nie było widać, za to po sali krążył niczym jastrząb Nicolas, lustrując każdego czujnym, drapieżnym spojrzeniem.

Trójka podróżników z Mokoną schowaną w kieszeni ubrania Kurogane – stworzonko, jeśli chciało, mogło całkowicie nie rzucać się w oczy – przystanęła przy jednym ze stołów, nie wiedząc, co robić dalej. Sakura zaniepokojona rozglądała się po pomieszczeniu, a Syaoran nerwowo szurał butem po posadzce. Nie trzeba było słów, by zrozumieć, że każde z nich czuło się jak w pułapce.

Jarl nagle wyłonił się zza stojących w grupkach gości, wspiął się na podwyższenie i stanął przy czarnym, potężnym tronie.

- Moi drodzy – odezwał się oleistym, donośnym głosem, a szmery i rozmowy ucichły. Oczy wszystkich skierowały się na Nicolasa. – Spotykamy się tutaj z powodu, na który Valeria czekała od lat. Piętnaście lat temu, gdy powierzono mi pieczę nad tym krajem, przyrzekłem, że moim celem stanie się odnalezienie prawowitego władcy, króla z krwi Złotej Dynastii. Nadszedł ten dzień. Mogę z dumą powiedzieć, że dzisiaj powraca do nas królewska krew. Książę Fay von Valeria, zaginiony dziedzic Lodowej Korony, zasiada dziś na tronie.

Nim ostatnie słowo przebrzmiało w powietrzu, drzwi uchyliły się do sali wszedł Fay w otoczeniu żołnierzy. Szedł pewnie, szybko, z uniesioną głową i chłodnym spojrzeniem, nie bacząc na towarzyszących mu zbrojnych, stanowiących – jak wiedzieli nieliczni – nie ochronę, a straż. Bez słowa podszedł do podwyższenia i na nikogo nie patrząc, uklęknął przed tronem. Z boku wysunął się chłopiec, trzymając na jedwabnej poduszce Lodową Koronę.

- Czy przyrzekasz, Fayu von Valeria, wierność ludowi Valerii? – zapytał jarl, stając przed blondynem. Oblicze miał spokojne, jedynie oczy płonęły dzikim blaskiem, nie widocznym dla nikogo innego.

- Przyrzekam – odpowiedział Fay pewnym, czystym głosem.

- Czy ponawiasz obietnice złożone w wigilię koronacji, złożone w obecności mędrców?

- Ponawiam.

- Czy przyjmujesz Lodową Koronę, znak dziedzictwa twojego i twoich przodków?

- Przyjmuję.

Jarl uniósł wysoko w górę symbol władzy. Korona była nieregularna, wyglądała, jakby została wyrzeźbiona z lodu, chociaż ludzie zdawali sobie sprawę, że to czysty diament, wygładzony i przekształcony w kształt pnących się do góry sopli. Światło zalśniło w błękitnawej głębi Lodowej Korony, a potem opadła ona na jasne włosy króla. Gdy Fay poczuł na sobie jej ciężar, wstał i odwrócił się przodem do milczącego tłumu.

Jego jasnobłękitna szata, ozdobiona srebrzystym szwem na piersiach, wyobrażającym w połowie rozpostarte skrzydła przykuła na moment uwagę zgromadzonych. Potem Fay uniósł głowę i wziął do rak podane mu berło – smukłą, kryształową laskę o główce wykonanej z czystego, okrągłego lazurytu wielkości męskiej pięści. Wolno uniósł ją w górę, patrząc ponad tłum beznamiętnym, zimnym spojrzeniem. Z jego twarzy nie dało się nic wyczytać.

- Niech żyje król! – zawołał jarl, a za nim okrzyk podjął tłum. Wsród nieustających wiwatów, Fay zszedł z podwyższenia. Tłum rozstąpił się, otwierając drogę dla nowego władcy. Gdy tylko król wykonał krok, pierwsze rzędy umilkły i lekko opadły na kolana, przyciskając prawe dłonie do serca i pochylając głowę. Fay wolno szedł przez tłum, a kolejni ludzi składali mu hołd.

Sakura uklękła pierwsza, Kurogane ostatni. Przyłożył rękę do piersi, nie opuścił jednak głowy, patrząc na Faya. Gdy ich spojrzenia się spotkały, gdy Fay przechodził tuż obok, w niebieskich oczach zza zasłony obojętności przebił się ból.

Ale to trwało tylko ułamek sekundy, potem Fay doszedł do końca sali i zawrócił, już nie patrząc na Kurogane. Usiadł na czarnym tronie, ludzie powstali i zabrzmiała ucichła na moment koronacji muzyka. Bal się rozpoczął.


Jarl był czujnym cieniem nowego króla. Trwał u boku Faya, nie pozwalając na żadne podejrzane słowa czy gesty. Świadom jego obecności, mag zamieniał jedynie po kilka nic nie znaczących słów z damami dworu, po czym przechodził dalej. Bal trwał już kilka godzin, a on celowo unikał przyjaciół. Chociaż wiedział, że z pewnością czują się tu źle, nie chciał, by jarl wyczuł, że Kurogane wie o jego planach. Jedno ostre spojrzenie wojownika mogło wywołać podejrzenia Nicolasa, a wtedy brunet stałby się jego celem. Lepiej, by jarl żył w przeświadczeniu, że tylko on zna swoje plany.

Zamiar trzymania się z dala od towarzyszy podróży zachwiał się mocno, gdy Fay ujrzał Kurogane rozmawiającego z jakąś młodą, notabene bardzo ładną dziewczyną. Król zatrzymał się, marszcząc brwi przyglądał się wojownikowi. Kurogane ulokował się z dziewczyną w odległym kącie sali, odgradzany przez tańczące pary i najwidoczniej całkiem dobrze się bawił, sądząc po rumieńcach dziewczyny. Wojownik opierał się o ścianę jednym ramieniem, mówiąc coś cicho, a każde jego słowo dziewczyna komentowała cichym chichotem, jednocześnie się przybliżając.

Fay poczuł, jakby ktoś wylał na niego wiadro zimnej wody. Kurogane bezczelnie flirtował z tą naiwną dziewczyną, zapominając o wszystkim, co ich łączyło. Blondyn zacisnął mocno wargi, wpatrując się natarczywie w parę, a gdy Kurogane ujął dłoń dziewczyny i zapewnie chciał poprowadzić ją do tańca, nie wytrzymał.

Wzburzony ruszył szybkim krokiem przez salę, zręcznie lawirując między parami, gubiąc jarla i zatrzymał się przed wojownikiem i spłoszoną jego pojawieniem się dziewczyną.

- Przepraszam, że przeszkadzam – odezwał się słodko z uśmiechem, jednocześnie świdrując młodą damę takim spojrzeniem, że cofnęła się o krok. – Muszę jednak porozmawiać z pani towarzyszem… To pilne.

- T-tak, Wasza Wysokość – dziewczyna zająknęła się, dygnęła i szybko ulotniła się z pola widzenia, a Fay niemal przyskoczył do Kurogane.

- Co ty robisz? – zapytał natarczywie, czując jak zazdrość przeżera mu lodowe okowy wokół serca. – My…

Kurogane uniósł brew, nie przejmując się na pozór wybuchem blondyna.

- My? – zapytał spokojnie, używając tych samych słów, które czarodziej wypowiedział wieczorem. – Przecież nie ma żadnych nas. Sam tak stwierdziłeś.

Wargi Faya zadrżały, a on sam bezradnie opuścił ramiona, czując jak gniew na Kurogane z nieco ulatuje. Wojownik pokonał go jego własną bronią.

- Przyjdź wieczorem – szepnął cicho, widząc kątem oka jarla przeciskającego się przez tłum. Kurogane kiwnął głową, a Fay podążył na spotkanie Nicolasa z wrażeniem, że po raz kolejny jego serce jest rozdzierane na kawałeczki.