4. Dobry i zły, czy zły i dobry?

Hunson Abadeer uśmiechał się jadąc niespiesznie do marketu. Radio jego samochodu odtwarzało jego ulubioną piosenkę. Kiedy już dojeżdżał na miejsce spostrzegł kątem oka siedzącą na ławce naprzeciwko sklepu, niebiesko-zieloną parę. Niebieska dziewczyna i ubrany na zielono chłopak śledzili jego samochód dziwnym spojrzeniem. Mężczyzna odwrócił wzrok udając, że nie zauważył dziwnej pary. Niespiesznie zaparkował przed sklepem i wysiadł z samochodu. Z uśmiechem wszedł do sklepu, wziął koszyk i ruszył między regały. Nie zwracając uwagi na schodzących mu z drogi ludzi, zapakował do koszyka karton malinowego soku, szynkę i paczkę swoich ulubionych chrupek o nazwie "Soul Chips". Zapłacił, nie zwracając uwagi na zniżkę i wyszedł.

Podszedł powoli do swojego samochodu i otworzył tylne drzwi. Wrzucił tam zakupy. Zatrzaskując drzwi spostrzegł, że na odległej teraz ławce siedzi tylko niebieskowłosa dziewczyna. Wzruszył ramionami i już miał otworzyć drzwi kierowcy, gdy nagle poczuł na sobie czyiś wzrok. Znieruchomiał.

- "Pan Hunson Abadeer?" - usłyszał za sobą głos.

- "Tak…" - odwrócił się by zobaczyć na oko siedemnastoletniego chłopaka w bojówkach.

- "Jak wiele pan zrobi, by pana córka była szczęśliwa?" - twarz chłopaka nie wyrażała kompletnie niczego. Poza całkowitą powagą.

- "Możemy porozmawiać o tym w… spokojniejszym miejscu?"


- "Czyli…" - Hunson wysłuchał właśnie części opowieści od chłopaka, który przedstawił się jako Paul Miles. Siedzieli w kawiarni "U Treetrunks" - "...moja córka jest…"

- "Tak" - chłopak spojrzał na niego - "Przeszkadza to panu?"

- "Nie… Dopóki moja córka jest szczęśliwa, nie."

- "Aktualnie nie jest szczęśliwa" - westchnął Paul - "I właśnie dlatego z panem teraz rozmawiam."

- "Co się stało?" - zapytał zaniepokojony.

- "Zna pan zapewne ojca dziewczyny, w której zakochała się pana córka. Ojca Bonnibel Bubblegum?"

- "Tak. To burmistrz Earwax. Mój… przyjaciel."

- "Ostatnio zdarzyło mu się zobaczyć swoją córkę z pańską. Nie robiły one nic wielkiego. Po prostu szły przytulone do siebie" - chłopak rozpoczął opowieść - "Zatrzymał wtedy swoją limuzynę i zaczął wrzeszczeć. Nazwał pańską córkę zdzirą" - Paul podkreślił ostatnie słowo. Po twarzy jego rozmówcy przebiegł grymas złości - "Po czym zabrał Bonnibel. Od tego czasu nie widzieliśmy jej w szkole, a pańska córka nie śpi, nie może się skupić i prawie się nie odzywa" - zrobił przerwę by przyjrzeć się reakcji Hunsona lub dać mu możliwość wypowiedzenia się. Widząc, że mafiozo nie zamierza nic powiedzieć, kontynuował - "Ostatnio próbowała się z nią zobaczyć. Byliśmy tam i pomagaliśmy jej. Nie udało się jednak osiągnąć celu." - Paul wyciągnął telefon i pokazał Hunsonowi filmik z burmistrzem szczującym Marcelinę psami. Twarz mężczyzny wyrażała wściekłość i niedowierzanie. Już otwierał usta by coś powiedzieć gdy nagle przerwał mu dziewczęcy głos.

- "Cześć Paul…" - fioletowa dziewczyna przywitała się i natychmiast zamilkła, widząc z kim jej kolego z klasy i, według niej, potencjalny kandydat na chłopaka rozmawia. Pod wpływem karcącego spojrzenia chłopaka powoli się wycofała do drzwi. Zatrzasnęła je za sobą i pobiegła chodnikiem. Zapewne opowiedzieć o tym co widziała wszystkim swoim znajomym.

- "Co to było?" - zapytał zbaraniały Hunson.

- "Koleżanka z klasy" - westchnął Paul.

- "Ok…" - czarnowłosy pokiwał powoli głową - "Masz jakieś pomysły jak sprawić, żeby moja córka była szczęśliwa?"

- "Tak…" - uśmiechnął się chłopak - "Trzeba sprawić, żeby burmistrz zniknął. A wcześniej sprawić, żeby opinia publiczna go znienawidziła. Ale tym już zajmę się ja" - uśmiechnął się jeszcze szerzej i pomachał małym pendrivem.

- "W takim razie co ja mam zrobić?" - te słowa nie były łatwe do powiedzenia. Mafiozo nie przywykł do słuchania rozkazów.

- "To proste… Kiedy opinia publiczna go znienawidzi, pan wystawi mu ultimatum. Będzie musiał zostawić swojej córce połowę majątku, dom, a ją samą zostawić pod opieką lokaja o nazwisku Peppermint. Później ma się wynieść z miasta i nigdy nie wracać."

Na chwilę zapadła niezręczna cisza. Widać było, że mężczyzna poważnie się zastanawia.

- "Dobrze" - przerwał w końcu milczenie - "Zrobię to. Tylko powiedz mi kiedy."

- "Nie zdoła pan nie zauważyć tego momentu" - uśmiechnął się. Hunson zastanawiał się jakim cudem człowiek może się tak szeroko uśmiechać.

Paul podniósł się i wyciągnął dłoń. Hunson również wstał i uścisnął dłoń chłopaka. Podał mu wizytówkę i wyszedł. Paul chwilę później również ruszył do wyjścia. O ścianę budynku obok opierała się zakapturzona postać w niebieskiej bluzie. Wpatrywała się w swoje buty.

- "Sukces" - powiedział do niej chłopak.

Carroll podniosła głowę i uśmiechnęła się.


Paul nie mógł skupić się na lekcji. Cały czas wpatrywał się w leżącą w jego piórniku figurkę. Przedstawiała ona stwora z popularnej kreskówki i z powodu wady fabrycznej była jeszcze obrzydliwsza niż oryginał. Obrzydliwa i obrzydliwie cenna. Paul sprawdził to wcześniej w internecie. Na świecie były tylko trzy takie figurki, bo producent wykazał się refleksem i szybko zlikwidował prawie całą wadliwą partię. 'Cztery nie trzy' uśmiechnął się Paul.

Na jego szczęście lekcja angielskiego, na której właśnie był, była prowadzona przez kogoś, kto nie wymaga specjalnego skupienia. Pat Bears - chodząca definicja hipstera, nauczyciel języka angielskiego i człowiek posądzany przez uczniów o bycie w wiecznym stanie upojenia narkotykowego - właśnie z zapałem opowiadał o kolejnej lekturze.

Nagle zadzwonił dzwonek. Nauczyciel zdawał się tego nie zauważać i jeszcze przez kilka chwil nie przerywał wykładu. Większość uczniów nic z tego sobie nie robiła i zaczęła powoli wychodzić z klasy. Paul chwycił figurkę i również wstał. Podszedł do zwyczajowo grającego na konsoli Bmo i postawił fant na jego ławce. Niebieskowłosy chłopak zmierzył go nieprzytomnym wzrokiem. Kiedy jednak jego spojrzenie padło na postawiony na blacie przedmiot natychmiast oprzytomniał. Powoli wyciągnął rękę by go wziąć.

- "Nic za darmo nerdzie" - zaśmiał się Paul chowając figurkę za siebie.

- "Czy… czy to jeden z trzech Charmamonów z uszkodzonej serii z przed 5 lat?" - zapytał z fascynacją.

- "Nie…" - chłopak pokręcił głową z uśmiechem - "To jeden z czterech" - podkreślił ostatnie słowo.

- "Mogę go dostać?" - zapytał z nadzieją w głosie.

- "Tak jak mówiłem. Nic za darmo" - powtórzył i uśmiechnął się - "Jak oceniasz swoje umiejętności hakerskie?"

- "Przy stronach rządowych może wystąpić pewien problem…"

- "W takim razie poradzisz sobie" - położył przed nim kopertę i pendrive - "Zrób wszystko co jest w liście, a dostaniesz twojego cennego Charmamona. Nie zadawaj pytań i nie mów o tym nikomu. Jeśli ktokolwiek się dowie…" - pomachał figurką - "To cacko stopi się w ogniu, a ty dostaniesz nagranie z egzekucji. Rozumiemy się?" - uśmiechnął się uroczo.

- "T-tak" - zająknął się Bmo.

- "To dobrze" - Paul pokiwał głową i ruszył do wyjścia - "Powodzenia."


Dźwięk dzwonka nad drzwiami punktu ksero oznajmił wejście klienta. Właściciel podniósł głowę znad czasopisma politycznego by zobaczyć przed sobą niebieskowłosą dziewczynę. Młoda klientka rozglądała się po pomieszczeniu oglądając wiszące na szarych ścianach plakaty reklamowe.

- "W czym mogę pomóc?" - zapytał mężczyzna siląc się na miły ton. Nazywał się Piter Cookie i nienawidził swojej pracy. Od dziecka marzył o zawodzie w rodzaju burmistrza.

Dziewczyna zbliżyła się do blatu, za którym siedział właściciel. Stanęła tak by nie być bezpośrednio pod wiszącą smętnie pod sufitem, samotną, gołą żarówką.

- "Poproszę dwieście kopii obydwu zdjęć" - położyła pendrive'a na blacie - "W formacie plakatowym."

- "Szykuje się jakaś impreza?" - zapytał obojętnie.

- "Nie…" - uśmiechnęła się tajemniczo - "Raczej… rebelia."

Piter spojrzał na nią zaintrygowany. Uniósł brew.


Bmo zamknął za sobą drzwi swego pokoju. Powoli rozejrzał się po wszystkich kątach by upewnić się, czy nie czai się gdzieś jego siostra. Kiedy w końcu się upewnił, że nikt go nie obserwuje, wyciągnął z kieszeni pendrive'a i pomiętą kopertę. Te dwa przedmioty nie dawały mu spokoju odkąd je zobaczył. Nie potrafił się skupić nawet na graniu.

Usiadł przed swoim wypasionym komputerem i uruchomił go. Westchnął ciężko i otworzył kopertę. W środku złożona na pół kartka A5.

"Na pamięci przenośnej znajdziesz dwa filmy. Mają one się znaleźć wszędzie - na stronie gminy i w lokalnej telewizji. Mają je zobaczyć wszyscy mieszkańcy Ooo. Po przeczytaniu - zniszcz. Po wykonaniu zadania - spal pendrive."

Niebieskowłosy nerd przełknął głośno ślinę. Podarł lekko drżącymi rękoma list i wrzucił strzępki do szklanki. Zalał je wodą. Podłączył pamięć do komputera i powolnym ruchem otworzył zapisany na nim folder. 'Nic nie wybuchło...' - pomyślał - 'Czego ja się właściwie boję?' - uruchomił pierwszy film. Opadła mu szczęka. 'Burmistrz współpracuje z mafią?!'. Odpalił drugi film. Tym razem zamiast zaskoczenia przepełniła go wściekłość. 'Mają to zobaczyć wszyscy?' - pomyślał - 'Tak się stanie' - wziął się do pracy.


Paul stanął przed drzwiami domu Finna i Jake'a. Nacisnął dzwonek. Po chwili otworzył mu niewysoki blondyn z kilkudniowym zarostem.

- "Dzień dobry" - przywitał się chłopak - "Finn i Jake są w domu?"

- "Witam" - odpowiedział Jermaine, starszy brat dwójki - "Nie ma ich w domu. Siedzą ze swoimi dziewczynami w domku na drzewie" - wskazał kciukiem rozłożyste drzewo rosnące obok domu.

- "Dziękuję" - Paul skinął głową i ruszył w tamtą stronę.

Drzewo było stare i wielkie, a drewniany domek w pełni wykorzystywał jego potencjał. Miał kilka pomieszczeń, balkonów i okno z wystającym z niego teleskopem. Chłopak chwycił drabinkę sznurową i zaczął się wspinać. Kilka sekund później wystawił głowę ponad poziom podłogi.

Jego oczom ukazało się dość przestronne pomieszczenie, urządzone w większości prowizorycznymi meblami. Po jednej jego stronie, przy stoliku, siedzieli Finn i Phoebe. Grali w Karciane Wojny śmiejąc się głośno. W kącie, na pozbijanej z desek i pokrytej poduszkami kanapie siedziała Lady. Wpatrywała się w stojącego przed nią Jake'a. Blondyn grał na altówce i szło mu to całkiem dobrze.

- "Siemano!" - zawołał głośno Paul, sprawiając, że jego przyjaciele podskoczyli z zaskoczenia.

- "Nie strasz…" - wydyszał po chwili Jake - "Chcesz żebyśmy zeszli na zawał?"

- "Nie bardzo" - uśmiechnął się chłopak - "Bo mi się dziś przydacie."

- "Do czego?" - zapytał z ciekawością Finn.

- "Dziś po zmroku spotykamy się w centrum" - odpowiedział tajemniczo - "Będziemy rozwieszać plakaty."

- "포스터는 무엇입니까?" - zapytała po koreańsku Lady. Nawet gdyby rozumiał koreański, Paul nie odpowiedziałby na to pytanie, ponieważ zanim dziewczyna skończyła mówić, on był już na trawniku.

Ciszę jaka zapadła w domku na drzewie przerwał dzwonek telefonu. FP uśmiechnęła się przepraszająco i wyciągnęła komórkę z kieszeni. Odebrała.

- "Gdzie jesteś?" - dało się słyszeć cichy, ledwo wyraźny męski głos - "Mam nadzieję, że nic dziś nie spaliłaś…"

- "Tato!" - Phoebe niemal krzyknęła z wściekłością - "Przestań do mnie dzwonić! Jestem z przyjaciółmi!"

- "O 18 masz być w do…" - ruda rozłączyła się i ze złością wcisnęła telefon do kieszeni. W pomieszczeniu na powrót zapadła niezręczna cisza.

Tymczasem przecznicę stąd zabrzmiał kolejny telefon. Tym razem znajdował się w kieszeni czarnych bojówek. Paul sięgnął po urządzenie i odebrał.

- "Tak Chmurko?"

- "Załatwione" - odpowiedziała.

- "Już jadę."


Motocykl zatrzymał się przed niebieskowłosą dziewczyną. Obok jej nogi, na chodniku leżała ukryty w foliowej torbie stos plakatów. Paul zsiadł z maszyny, przytulił i pocałował Carroll na powitanie.

- "Ile za to wziął?" - zapytał wskazując na stos.

- "Nic."

- "Nic?"

- "Nic. Jak zobaczył co jest na zdjęciach, to nawet dołożył kilka rolek taśmy w prezencie."

- "Ciekawe…" - mruknął chłopak pakując torbę do motocykla. Chwilę później Obydwoje zajęli miejsca na siodełkach. Carroll mocno przytuliła się do Paula. Motocykl zawarczał silnikiem i ruszył w stronę domu chłopaka.


Cztery postacie stały między plamami światła na chodniku. Rozmawiały cicho. Czekały.

- "Gdzie oni są?" - powiedział marudnym tonem Jake. Już któryś nasty raz tego wieczoru.

- "Daj im spokój" - skarciła go FP - "Poruszać się cicho po mieście wcale nie jest tak łatwo i…"

Nie dokończyła, bo przerwał jej narastający ryk silnika motocyklowego. Jake spojrzał na rudą krzywo.

Po chwili kawałek od nich zaparkowała maszyna. Zsiedli z niej Paul i Carroll. Chłopak wypakował z kosza sporą torbę.

- "Dobra ludzie" - zaczął - "Będziemy pracować w parach. Jedna osoba przykłada, druga przykleja "- z pomocą niebieskowłosej rozdzielił pliki plakatów i taśmę - "Spotykamy się w tym miejscu za godzinę. Powodzenia."


Burmistrz Earwax siorbnął poranną kawę i jak co rano zalogował się na swój e-mail. Usunąwszy spam i przejrzawszy mniej lub bardziej wartościowe wiadomości, wszedł na stronę gminy. Uwielbiał ją odwiedzać. Uwielbiał ją podziwiać. Ją i siebie. Wszystkie osiągnięcia swego życia, które pokazywały mu się właśnie przed oczami. Napełniała go duma i samozachwyt.

Albo raczej napełniałyby go. Zamiast nich bowiem pojawił się nieznany mu wcześniej zimny strach, przebiegający ciarkami po plecach.

Na środku ekranu komputera, zamiast znajomej, utrzymanej w ciepłych, brązowych i złotych barwach strony, wyświetlał mu się film. Otyła postać burmistrza strasząca jakąś czarnowłosą dziewczynę psem. Potem ta sama postać podająca rękę osławionemu Hunsonowi Abadeer'owi, szefowi miejscowej mafii. Mężczyzna w panice wyłączył komputer. Oddychając głęboko, zszedł powoli na parter willi. Dowlókł się do kanapy i usiadł. Odszukał ręką pilot i uruchomił telewizor. Przełączył na swój ulubiony kanał. Był to oczywiście kanał lokalny. Z ekranu promieniowały informacje o gminnych sukcesach, które uspokajały mężczyznę. Burmistrz odetchnął z ulgą i wygodniej rozsiadł się na miękkim meblu. Zaczął się relaksować.

Nagle miodny dla uszu burmistrza dźwięk słów prezentera urwał się, a na ekranie pojawił się znajomy filmik.

- "Nie! Nie! Nie!" - wrzasnął mężczyzna, naciskając z całej siły przycisk POWER na pilocie.

Poderwał się i założył buty. Wyszedł na zewnątrz. Była piękna pogoda. Świeciło słońce, śpiewały ptaki, a drzewa szumiały na delikatnym wietrze. Polityk nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Wsiadł do swojego samochodu i zatrzasnął drzwi. Oparł głowę o kierownicę i oddychał przez chwilę ciężko. W końcu wziął głęboki wdech i odpalił samochód. Wyjechał na ulice miasteczka.

Przejażdżka po miasteczku nie poprawiła mu jednak humoru. A wręcz przeciwnie. Widząc plakaty, którymi obwieszone było większość ścian w centrum oraz nieprzyjazne spojrzenia przechodniów, poczuł na plecach ciarki i zimny pot. Gdy zadzwonił jego telefon, prawie zjechał na pobocze. Próbując uspokoić oddech, wyciągnął telefon z kieszeni i odebrał.

- "Witaj przyjacielu" - odezwał się znajomy głos mafiozy. Burmistrz przełknął ślinę - "Musimy pogadać. Trzeba rozwiązać twój mały problem. Spotkamy się tam gdzie zwykle."

- "D-dobrze" - wydukał mężczyzna - "Już jadę."

- "Świetnie" - mruknął Hunson, po czym się rozłączył.

Polityk westchnął i skręcił w jedną z uliczek. Ruszył prosto nad jezioro.

Kilka minut później przejechał przez pordzewiałą bramę i wjechał na polną drogę. Po obydwu jej stronach gęsto rosły drzewa i krzewy. W końcu oczom kierowcy ukazały się spalone ruiny i jezioro. Na ich tle stał potężny, luksusowy, czary samochód, a o jego karoserię opierał się znajomy, blady mężczyzna w czarnym płaszczu. Burmistrz zaparkował nieco niezgrabnie i wysiadł.

- "Witaj przyjacielu" - Hunson uścisnął jego rękę. Uśmiechał się.

- "Co się dzieje Abadeer?!" - zapytał Earwax lekko drżącym głosem - "Wiesz, kto za tym wszystkim stoi?"

- "Nic się nie dzieje" - odpowiedział spokojnie - "I wiem…"

Zanim polityk zdążył cokolwiek powiedzieć, został złapany za ręce, które szybko zostały wykręcone za jego plecami. Sekundę później jego twarz spotkała się z maską jego samochodu. Kątem oka dostrzegł trzymającego go osiłka.

- "Co to ma znaczyć?!" - zaczął wrzeszczeć z wściekłością - "Ty za tym stoisz?!"

- "Nie panie Earwax" - głos mafiozy był perfekcyjnie opanowany - "Z żalem informuję, pana, że nie mogę wyjawić tożsamości sprawcy."

- "Co ty kombinujesz Abadeer?!" - wściekłość została zastąpiona przez strach.

- "Straciłeś moje zaufanie Earwax" - warknął - "Straciłeś mój szacunek."

- "Co masz na myśli?" - mężczyzna był przerażony.

- "Masz zostawić dom i pół majątku twojemu dziecku" - odpowiedział spokojnie, ale ze słyszalną groźbą - "Ją samą zostawisz pod opieką twojego lokaja, nazwiskiem Peppermint. Sam znikniesz z Ooo. Wyjedziesz i nigdy nie wrócisz."

- "Co?! Oszalałeś?!" - burmistrz szarpnął się, ale szybko został przyciśnięty do maski przez osiłka.

- "Wolisz skończyć gdzieś w lesie?" - na bladej twarzy pojawił się zły uśmiech - "Dwa metry pod ziemią? A może w jeziorku? Z kamieniem u nóg?"

Na twarzy polityka pojawiły się krople potu, a w oczach strach.

- "Z-zrobię to! Tylko daj mi czas!"

- "Jutro ma cię już tutaj nie być" - warknął Hunson - "I nie próbuj nic kombinować bo…" - przejechał palcem po gardle wydając wymowny odgłos.

Earwax przełknął głośno ślinę. Kiedy tylko osiłek wypuścił go z żelaznego uścisku wskoczył za kierownicę swojego auta i odjechał zostawiając za sobą chmurę pyłu.

Hunson Abadeer uśmiechnął się szeroko, wydobył z kieszeni telefon i wybrał numer.

- "Zrobione."

- "Cudownie" - odpowiedział głos w słuchawce - "Ostatni etap jutro."


Burmistrz wpadł do domu zatrzaskując za sobą drzwi. Oparł się o nie oddychając ciężko z zamkniętymi oczyma. Było już po zmroku. Spędził cały dzień na jeżdżeniu w kółko. Otworzył oczy dopiero po kilku sekundach by zobaczyć przed sobą znieruchomiałą w pół kroku i z ciasteczkiem w pół drogi do ust, różową dziewczynę. Na jej twarzy malowało się zaskoczenie.

- "Co się gapisz?" - warknął - "Do pokoju! Ale już!"

Kiedy dziewczyna tylko zniknęła na piętrze, Earwax zaczął miotać się w panice. Wrzucał ubrania i najcenniejsze przedmioty do waliz i toreb. Kilka innych pakunków wypełnił pieniędzmi. Wydrukował też parę różnych dokumentów, po czym je wypisał wahając się nad prawie każdym słowem. Jego wahania były jednak zawsze przerywane przebłyskami pamięci z Hunsonem przesuwającym palcem po gardle. W pewnym momencie padł wykończony na kanapę i zasnął.

- "Panie Earwax. Panie Earwax!" - ktoś obudził go potrząsając jego ramieniem - "Jest północ… Dlaczego pan śpi na kanapie?"

Polityk powoli otworzył oczy i zobaczył nad sobą Pepperminta. Mężczyzna z białymi włosami w czerwone pasy i w granatowym garniturze potrząsał go delikatnie, trzymając za ramię.

- "Północ?!" - prawie wykrzyknął burmistrz zrywając się z kanapy. Chwycił dokumenty leżące na stole i wcisnął je zaskoczonemu lokajowi.

Następnie chwycił jakimś cudem wszystkie wcześniej spakowane bagaże i pobiegł do drzwi. Zostawiając je szeroko otwarte, dorwał się do samochodu i zaczął pakować wszystkie przedmioty do jego bagażnika. Cofnął się jeszcze do domu i wyciągnął z zamykanej na kłódkę szuflady różowy telefon i laptop. Zostawił je na ławie w salonie, przed lokajem wpatrującym się w dokumenty, po czym wybiegł z budynku zatrzaskując za sobą drzwi. Wsiadł do samochodu i odetchnął głęboko. 'Czas stąd zmiatać...'


Miauczenie wypełniło różowy pokój. Dźwięk wydawał równie różowy budzik w kształcie kota.

Mieszkanka pomieszczenia przeciągnęła się ziewając i usiadła na łóżku. Wzięła budzik w ręce i westchnęła wyłączając go. Tęskniła za przyjaciółmi, a była właśnie godzina, o której zazwyczaj wstawała do szkoły. Przesunęła powoli nogi za brzeg mebla i odszukała stopami różowe, włochate kapcie. Wstała powoli i przeciągnęła się ponownie. Miała na sobie różowe spodnie dresowe i, wyjątkowo nie różową, a czarną, koszulkę z obrazkiem promującym jakiś punk-rockowy zespół muzyczny. Dostała ją jakiś czas temu od Marceliny i co rano się w nią wwąchiwała. Tego ranka nie było inaczej. Jedynie wyraz jej twarzy przez ostatnie dni był smutniejszy podczas tej czynności.

Pół godziny później, już po wszelkich czynnościach porannej toalety, przebraniu się i przyśnięciu na minut kilka przed lustrem, Bonnibel zwlokła się po schodach. W kuchni, po przygotowaniu sobie bułki z dżemem malinowym, zdała sobie sprawę, że w domu jest dziwnie cicho. Ani śladu jej ojca.

- "Tat…" - zamilkła i poprawiła się - "Ojcze?"

Odpowiedź nie nastąpiła. A przynajmniej nie od burmistrza Earwax'a.

- "Słyszę, że się obudziłaś, królewno" - usłyszała głos lokaja - "Mogłabyś przyjść do salonu?"

Dziewczyna uniosła brew i ruszyła na spotkanie z Peppermintem. W salonie, pierwszym co rzuciło jej się w oczy, były jej, wcześniej skonfiskowane przez ojca, rzeczy. Laptop i telefon.

- "Zerknij na to, królewno" - mężczyzna podał jej jakieś dokumenty i list.

List był otwarty, a na kopercie widniało nazwisko Pepperminta i jej. Wiadomość napisana była na papierze z inicjałami Earwaxa. Bonnie wczytała się w nią. Im więcej tekstu poznawała, tym szerzej otwierały się jej usta. Nie mogła uwierzyć w to co widzi. List głosił, że jej ojciec przekazuje jej połowę majątku oraz dom. Do togo oddaje ją pod opiekę Pepperminta.

Kiedy jej telefon wydał dźwięk oznajmujący przyjście SMS-a prawie upuściła dokumenty. Odłożyła papierzyska i starając się nie świrować, widząc dziesiątki nieodebranych połączeń od Marceliny, otworzyła wiadomość. Była ona od Paula i mówiła: "Jeśli dasz radę, przyjdź do parku o 12:10". Dziewczyna spojrzała na zegar - była 11:40. Nie zwlekając nasunęła buty, uczesała włosy i wyszła. Nie lubiła się spóźniać.


Marcelina stanęła przed lustrem w łazience. Spojrzała na swoje odbicie krytycznie. Już na pierwszy rzut oka widać było, że nie spała tej nocy. I kilku poprzednich… Miała mocno podkrążone i zaczerwienione oczy.

- "Witaj kolejny dniu bez Bonnie…" - westchnęła z goryczą - "Wyglądam jak zombie…" - zaczęła myć zęby.

Kiedy skończyła ze wszystkimi czynnościami związanymi z poranną higieną, powlokła się powoli do pokoju i położyła się na łóżku, twarzą w poduszki.

- "Marcelino! Śniadanie!" - usłyszała po chwili głos swojego opiekuna, dochodzący z kuchni.

Czarnowłosa wydała tylko niewyraźny, nieartykułowany i pełen niechęci dźwięk. Nie chciało jej się jeść. Nie chciało jej się nawet grać na basie.

Z depresyjnego bezruchu wyrwało ją brzęczenie telefonu. Od niechcenia chwyciła komórkę i otworzyła SMS-a od Carroll. "O 11:50 w parku! Ważne!". Marcelina stwierdziła, ze może się nieco spóźnić i zorientowawszy się co do godziny, wróciła do bezczynnego leżenia. Po chwili jednak została zmuszona do wstania przez kolejną wiadomość od niebieskowłosej ("Rusz tyłek dziewczyno!") i powlokła się na dół. Zbywając burknięciem kolejne zaproszenie na śniadanie ruszyła nieśpiesznym krokiem do parku.


- "Jesteście pewni, że przyjdą?" - Hunson Abadeer niecierpliwił się. Zniecierpliwienie u mafiozy nie było zbyt dobrym znakiem.

- "Bonnibel od ponad tygodnia nie wychodziła z domu" - powiedział brązowowłosy chłopak w bojówkach, stojący obok - "Na pewno przyjdzie."

- "A Marcelina, nawet jak ma doła, to przychodzi jeśli się ją zaprosi" - dodała niebieskowłosa dziewczyna - "Jest zbyt towarzyska by siedzieć w domu."

Cała trójka opierała się o czarny samochód stojący naprzeciwko miejskiego parku, niedaleko miejsca, o które zawsze mieli na myśli przyjaciele mówiąc "do parku". Powoli zbliżało się południe.

- "Nawet specjalnie podaliśmy im różne godziny" - kontynuował Paul - "Marcelina zawsze się spóźnia, więc kazaliśmy jej przyjść dziesięć minut wcześniej, za to Bonnibel pojawia się zawsze wcześniej. Jej kazaliśmy przyjść dziesięć minut później."

- "Macie szczęście, że pomagacie mojej córce…" - powiedział po chwili ciszy blady mężczyzna - "Inaczej musiałbym was zabić, czy coś…"

Carroll spojrzała na niego z przerażeniem. Chłopak zachował za to całkowity spokój.

- "Przewidywałem taką ewentualność" - mruknął. Niebieskowłosa obdarzyła go podobnym spojrzeniem, co wcześniej Hunsona - "I właśnie dlatego porozmawiałem z panem, zanim zacząłem cokolwiek robić."

- "Mądry z ciebie dzieciak" - zaśmiał się Hunson.

Znów zapadłą cisza. I trwała, aż do momentu, w którym trójka zauważyła nadchodzącą parkową alejką, czarnowłosą dziewczynę. Nie zwracała najmniejszej uwagi na obserwatorów, wpatrując się w chodnik pod własnymi stopami. Czarne pasma włosów opadały jej na oczy, trzymała ręce w kieszeniach.

- "Idzie Marcelina" - stwierdził fakt Paul. Mafiozo uśmiechnął się lekko.

- "A tam nadchodzi Bonnie" - Carroll wskazała idącą z przeciwnej strony różowowłosą.

Nagle różowa dziewczyna zatrzymała się. Na jej twarzy malowała się mieszanka szczęścia i niedowierzania. Zaczęła biec w kierunku Marceliny. Blada dziewczyna usłyszawszy tupot, uniosła głowę. Zanim jej mózg zdążył zidentyfikować różowy kształt, została unieruchomiona w silnym uścisku szczupłych ramion.

- "Bonnie…" - powiedziała cicho, a następnie odwzajemniła uścisk. Po jej policzku pociekły łzy - "Tęskniłam… Tak bardzo tęskniłam…"

- "Ja też…" - wtuliła głowę w ramię czarnowłosej.

Hunson Abadeer był szczęśliwy. Naprawdę szczęśliwy. Uśmiechając się szeroko, odwrócił się do Paula.

- "Dziękuje chłopcze" - uścisnął jego rękę - "I tobie także" - uśmiechnął się do niebieskowłosej. Wyciągnął coś z kieszeni i podał chłopakowi - "Przekaż to mojej córce."

Pomachał im i wsiadł do samochodu. Odjechał w nieokreślonym kierunku, zostawiając za sobą lekki smród spalin.

- "Idziemy do nich?" - zapytał Paul wskazując tulącą się parę.

- "Chcesz im przerwać?" - spytała Carroll lekko zaskoczona.

- "Nie…" - chłopak uśmiechnął się dziwnie - "Nie chcę by to zaszło za daleko" - ruszył do parku.

Niebieskowłosa pokręciła z uśmiechem głową i podążyła za nim.

- "Co tam dziewczyny?" - zapytał brązowowłosy gdy się wystarczająco zbliżyli.

Na dźwięk jego głosu Marcelina i Bonnibel powoli się rozłączyły. Obydwie uśmiechały się szeroko i lekko czerwieniły. Czarnowłosa nagle, z całej siły uściskała Paula i Carroll.

- "Dzięki" - powiedziała przez łzy szczęścia.

- "Au!" - jęknął chłopak - "Cieszysz się, czy próbujesz nas zabić?"

- "Cieszę się tak bardzo, że mogłabym zabić…" - powiedziała cofając się z uśmiechem. Objęła różowowłosą w talii.

- "Mam coś dla ciebie" - Paul wyciągnął z kieszeni otrzymaną od Hunsona kopertę - "Prezent od twojego ojca."

- "Co?!" - dziewczyna przejęła kopertę i zaczęła ją dokładnie oglądać - "Skąd znasz mojego tatę?"

- "Dużo pomógł w… sprawie…" - ostatnie słowo zabrzmiało nieco tajemniczo.

Czarnowłosa nie odpowiedziała. Wpatrywała się tylko szeroko otwartymi oczami na zawartość koperty. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że ma otwarte usta.

- "Łał…" - westchnęła cicho Bonnie, zaglądając Marcelinie przez ramię.

- "Co?" - zapytał z ciekawością chłopak.

- "Nie mogę tego przyjąć" - pokręciła energicznie głową i zaczęła próbować oddać kopertę - "Oddaj mu to."

- "Nie mogę. Nie mam z nim żadnego kontaktu" - skłamał - "Co ci szkodzi to zatrzymać?" - 'cokolwiek to jest'.

Dziewczyna westchnęła i schowała kopertę do kieszeni. Rozejrzała się z uśmiechem i znienacka pocałowała Bonnibel w policzek, sprawiając, że różowa zaczerwieniła się potężnie. Sekundę później uśmiechnęła się szeroko.