Od tłumaczki
Jestem pod wrażeniem, że odzew na notkę w poprzednim rozdziale okazał się tak duży. Bardzo wszystkim komentującym dziękuję, czy posiadają ten fanfik w ulubionych i / lub alertach, czy nie. Widzę, że najwyraźniej omawianie takich kwestii na forum publicznym ma sens, toteż nie omieszkam czynić tego nadal ;-).
I tak po trzecim rozdziale niniejszego fanfika rozkład komentarzy wśród czytelników mających to opowiadanie w ulubionych i / lub alertach przedstawia się następująco:
- po dwa komentarze zamieściły deo89 oraz lucynapilo;
- po jednym komentarzu zamieściły: anet21j, Cicha, kasiadumle, kruszynka85, Liluf, Nigra, Seves, Toille oraz Vey;
- żadnego komentarza nie zamieściły: Astra Black, bkjw, Cole Martin, dosia1982, fioletoowaaa, rosaja oraz Saucerful of Secrets.
(Mam wrażenie, że wszystko to, bez wyjątku, są panie, stąd rodzaj żeński w odmianie czasownika; jeśli któraś z wymienionych wyżej osób jest panem, proszę o informację, poprawię wtedy czasownik).
Co powiecie na to, żeby takie zestawienia pojawiały się przed każdym rozdziałem wszystkich wieloodcinkowych fanfików, i przed tłumaczeniami, i przed moimi własnymi wypocinami?
I znowu muszę przeprosić za brak odpowiedzi na komentarze: gdybym chciała je zamieścić od razu, zapewne nie zdążyłabym opublikować dzisiaj tego rozdziału, bo mam być ponoć dziś bardzo zajęta. Odpowiedzi postaram się więc uzupełnić jutro; powinnam znaleźć na to czas.
Jak zwykle życzę wszystkim przyjemnej lektury.
oryginał: Dudley's Memories (link w moim profilu)
autor: paganaidd (link w moim profilu)
Tłumaczenie za zgodą autorki.
Rozdział czwarty
Harry i Dudley przyglądali się sobie nawzajem w świetle ulicznej latarni.
- No. Mogę ci postawić drinka? - zaproponował Dudley. - Dalej na tej ulicy jest całkiem niezły pub.
- Pub brzmi w porządku - zgodził się Harry.
Milczeli aż dotarli na miejsce. Harry wciąż przypominał sobie różne momenty z dzieciństwa. Zadrżał i spróbował pozbyć się złych wspomnień.
- Dla ciebie duże jasne? - spytał Dudley.
Harry skinął głową.
- To samo, co ty zamawiasz.
Zastanawiał się, czy mądrze było pić cokolwiek podczas tej rozmowy, nie sądził jednak, żeby udało mu się ją przeprowadzić całkiem na trzeźwo. Nie miał dyżuru tej nocy, a Ginny się go nie spodziewała. Prawie nigdy nie wykorzystywał urlopów, jeżeli więc następnego ranka będzie miał kaca, wyśle sowę, że jest chory.
Znalazł stolik w kącie. Kiedy Dudley przyniósł im napoje, Harry z wdzięcznością pociągnął długi łyk. Zauważył, że Dudley kupił mu duże piwo, sobie zaś tylko małe. Dudley poszedł za spojrzeniem kuzyna.
- Och, mam dziś dyżur telefoniczny.
- Ach - odparł Harry. Nie potrafił wymyślić nic więcej.
Dudley usiadł i tak siedział, gapiąc się na niego. Harry uznał, że do niego należy rozpoczęcie rozmowy.
- Lubię Philipa - powiedział. - Wydaje się naprawdę miły.
- Bo jest. - Dudley uśmiechnął się. - Twoja żona zdawała się z nim wspaniale dogadywać.
Kolejna chwila niewygodnej ciszy. Harry znowu pociągnął z kufla. Cóż, do tej rozmowy potrzebowałby pewnie kufla ognistej whisky. Na gwałt zaczął szukać bezpiecznego tematu.
- Eleanor wydaje się zadowolona - rzucił powściągliwie. - A ty?
Dudley uśmiechnął się do niego smutno, co zdawał się robić przez cały ten wieczór.
- Myślałeś, że się wścieknę jak tato, kiedy dostałeś wszystkie te listy?
- Cóż... uch... rozważałem taką możliwość - przyznał Harry cierpko.
Dudley westchnął.
- Pamiętasz tamte dementory? - spytał.
Harry prychnął; jakby kiedykolwiek miał je zapomnieć...
- No - przyznał tylko.
- Nigdy nie doszedłem po tym do siebie. - Dudley pokręcił głową i zadrżał lekko.
Harry wzdrygnął się.
- Dudley, przykro mi...
- Nie po dementorach, po fakcie, że mnie uratowałeś. Byłem świadkiem kłopotów, jakie przez to miałeś, tych wszystkich listów. I założę się, że w szkole też miałeś przez to problemy - dodał przenikliwie.
- Stare dzieje - stwierdził Harry, zerkając na miejsce, gdzie dane mu przez Umbridge blizny wciąż były widoczne, jeśli wiedziało się, czego szukać.
- Wiesz, jakie było wtedy moje najgorsze wspomnienie? - spytał Dudley, po czym pociągnął łyk z własnej szklanki. - To było słuchanie, jak tato próbuje wybić z ciebie "świrostwo", połączone z wiedzą, że gdyby wiedzieli o mnie, zwróciliby się również przeciw mnie.
- Proszę? - zdziwił się Harry; jak sięgał pamięcią Dudley cieszył się, kiedy jego kuzyn był karany.
- To było krótko przed tym, zanim odszedłeś do swojej szkoły. Może za czasów wypadku z wężem, nie pamiętam dokładnie. Dopiero co zorientowałem się, kogo mój tato ma na myśli, kiedy w kółko czepiał się homosiów, ciot i pedałów. - Westchnął. - Zrozumiałem też wtedy, że jestem kimś takim. I nie miałem cienia wątpliwości, że jeśli tato się dowie, że jestem jednym z nich, znajdę się pod schodami tak szybko, że dostanę zawrotów głowy.
- Ale... - Harry nie mógł zrozumieć. - Nigdy nie wydawałeś się... znaczy, wciąż musiałem trzymać się od ciebie z daleka, bo inaczej... - Nie chciał dokończyć. Pomasował bliznę na grzbiecie dłoni.
Dudley wlepił wzrok w blat stołu.
- Właśnie dlatego nigdy nie doszedłem do siebie. Mogłeś wtedy po prostu uciec. Powiedzieć swoim czarodziejskim przyjaciołom, że nic nie mogłeś poradzić. To by było całkowicie zrozumiałe. Słyszałem, co mówiła stara pani Figg. Że mieli tam być dorośli, żeby cię chronić.
Harry wzruszył ramionami.
- Wtedy wydawało mi się, że nie mam wyboru.
- Pamiętam tego wielkiego, srebrnego jelenia, którego wyczarowałeś. Co to było?
- Patronus. Co jakby antydementor. Coś w rodzaju symbolu wszystkiego, co sprawia, że jesteś szczęśliwy.
Dudley skinął głową.
- One zawsze są takie same? Czy każdy ma innego?
- Wszystkie się różnią. - Harry zastanawiał się, dlaczego Dudley chce to wiedzieć.
- No cóż, po tamtej nocy dotarło do mnie, że rodzice chcą ze mnie zrobić cholernego socjopatę - powiedział Dudley niskim głosem, wręcz prawie wywarczał. Harry pomyślał, że jego kuzyn brzmiał jak Syriusz, kiedy mówił o własnej rodzinie. - Mama zawsze krzyczała na mnie, gdy byliśmy mali, jeśli chociaż powiedziałem ci miłe słowo. To chyba jedyna rzecz, o którą kiedykolwiek się na mnie gniewała. - Zadrżał. - I, oczywiście, był jeszcze tato... Nigdy nie należałem do odważnych. - Rozłożył ręce w geście poddania.
Harry nie wiedział, co na to rzec, więc tylko mruknął niezrozumiale. Dudley spojrzał mu prosto w oczy.
- Powiedz mi, Harry, czy magiczne dzieci są choćby trochę bardziej, er, wytrzymałe od innych dzieci?
Harry pomyślał o wszystkich upadkach, jakie zaliczyły jego dzieci. O własnych spadnięciach z miotły.
- No, tak sądzę.
- Tak właśnie myślałem. Gdyby nie były, mama i tato siedzieliby w więzieniu za morderstwo, zanim czarodzieje wrócili po ciebie.
- Och, daj spokój, Dudley, nie było aż tak źle! - zadrwił czarodziej.
- Doprawdy, Harry? Więc wcale nie byłeś gotowy przekląć mnie na amen dziś w kuchni?
- Przepraszam za to. - Zawstydzony Harry wziął kolejnego łyka piwa.
- Nadal wiele przepraszasz - zauważył Dudley. - To ja powinienem cię przeprosić. - Sprawiał wrażenie śmiertelnie poważnego. - Gdybym mógł przeprosić za mamę i tatę, zrobiłbym to, ale mogę przeprosić tylko za siebie. Przepraszam.
Harry poczuł, że twarz mu czerwienieje. Nagle wydawało mu się, że wokół brakuje powietrza.
- Nie musisz, nie ma za co. - Zamknął oczy i wziął głęboki wdech.
Przypomniał sobie, co dziwne, pierwszy swój i Dudleya dzień w szkole podstawowej. Kiedy nauczycielka go wyczytała, nie odpowiedział, bo naprawdę nie miał pojęcia, jak się nazywa. Dudley wymierzył mu sójkę w bok, gdy kobieta zawołała go trzeci raz, i syknął: "Ona mówi o tobie, świrze."
Dokończył swoje piwo w jakichś trzech łykach. Znów miał atak klaustrofobii.
- Możemy wyjść na zewnątrz? - spytał cicho. Zawsze czuł się lepiej z dala od ludzi, kiedy miał jeden z takich nawrotów. Żałował, że nie ma przy sobie wywaru uspokajającego. Mógł wezwać Stforka*, żeby mu przyniósł fiolkę, ale niestety Stforek powiedziałby o wszystkim Ginny, a Harry nie chciał jej martwić.
Chłodne powietrze na twarzy sprawiło, że poczuł się lepiej.
- Już wszystko w porządku? - upewnił się Dudley z troską w głosie.
Harry skinął głową.
"RATUNKU! Potrzebuję kogoś!" - komórka Dudleya zaśpiewała w kieszeni kolejny przebój Beatlesów. - "RATUNKU! Nie kogokolwiek. Ratunku, ktoś mi jest potrzebny. Ratuuunkuuuu."**
- Och, przepraszam, muszę odebrać. To z pracy.
Harry doszedł do wniosku, że piosenki muszą być różne dla różnych numerów. Sprytnie.
- Mówi Dudley. - Głos Dudleya brzmiał teraz bardzo urzędowo. - Tak? Jakiś dziwny? Jak daleko? Dobra, prześlij mi adres. Powiedz policji, że będę tam za dwadzieścia minut. Tak. Powiedz im, że jeśli opóźnienie nie spowoduje wyraźnego niebezpieczeństwa, chcę odebrać zeznanie zanim zabiorą go do szpitala. Dwadzieścia minut. - Dudley już zdążył skręcić i był w połowie ulicy, wezwawszy ruchem głowy Harry'ego, by szedł za nim.
- Co się dzieje? - spytał Harry, truchtając, żeby nadążyć.
- Przyjąłem zgłoszenie - wyjaśnił Dudley, gdy wsuwał telefon do kieszeni. Spojrzał na Harry'ego, jakby go oceniał. - Nie powinienem brać cię ze sobą, ale to dziwna sprawa, jak twierdzą. Możesz czuć się zaproszony, jeśli chcesz.
Harry patrzył na Dudleya pytająco.
- Dziwna?
Byli już przy domu numer cztery i Dudley wyciągał kluczyki do samochodu. Harry dawno nie jechał samochodem.
- No. Kiedy zacząłem szukać cię na poważnie kilka lat temu, powiedziałem w pracy, żeby dawali mi dziwne sprawy. Doszedłem do wniosku, że może w ten sposób zdołam nawiązać kontakt z czarodziejami, a któryś z nich musiał wiedzieć, jak się skontaktować z tobą. Przynajmniej mógłbym dać im list, żeby wysłali ci sowę.
Dudley wślizgnął się do samochodu i usunął Harry'emu z drogi stos segregatorów.
- W każdym razie to najczęściej byli zwykli wariaci. Czasem uzależnieni od prochów, kiedy indziej obłąkańcy religijni, którzy uznali, że ich dziecko "zesłał diabeł". Jestem jednak pewny, że parę razy to faktycznie był czarodziejski dzieciak... który potem po prostu znikał w systemie. Jakby za sprawą magii. - Uśmiechnął się krzywo.
- Co ty właściwie robisz, Dudley? - spytał Harry, nie do końca nadążając.
- Och, przepraszam. Jestem pracownikiem socjalnym. Zajmuję się domami opieki. - Wydobył telefon z kieszeni i rzucił okiem na mały ekran. - Och, dobrze, to bliżej niż sądziłem. - Ruszył z podjazdu. - W każdym razie kiedy jestem na dyżurze telefonicznym, jeżdżę na miejsca nagłych wypadków. No wiesz, kiedy ktoś wzywa policję.
Przez moment jechali w milczeniu.
- Szlag, Harry, czy możesz zadzwonić do Philipa i powiedzieć mu, że przyjąłem wezwanie? Zapomniałem do niego zadzwonić, a nie chcę, żeby się martwił, kiedy zobaczy, że nie ma samochodu.
Harry złapał rzucony mu przez Dudleya telefon. Była na nim miniaturowa klawiatura.
- Co się z tym robi? - spytał, czując się wyjątkowo głupio.
- Do diabła. Po prostu wybierz numer, a potem naciśnij zielony przycisk. - Dudley podyktował numer zdenerwowanym tonem. - Postaraj się, żeby nie wybuchło.
Harry zrobił, jak mu kazano, i w nagrodę usłyszał głos Philipa:
- Słucham, kochanie?
- Nie, to ja, Harry - sprostował. - Dudley prosił, żebym do ciebie zadzwonił i żebym ci powiedział, że dostał telefon z pracy. Nagły wypadek.
- I poprosił, żebyś to ty zadzwonił, ponieważ on prowadzi, prawda? - dodał Philip.
- No, pewnie tak.
- Przekaż mu, że go kocham i cieszę się, że choć raz mnie posłuchał. Zobaczę się z nim później. Eleanor już jest w łóżku. Mikrus jest wykończony - powiedział z czułością. - Do zobaczenia. - Rozłączył się.
- Kazał ci przekazać, że cię kocha i że cieszy się, że chociaż raz go posłuchałeś - powtórzył Harry. - I że Eleanor jest w łóżku.
Dudley uśmiechnął się.
Zatrzymali się pod blokiem mieszkalnym na jednej z bardziej podupadłych ulic. Stało tam kilka samochodów policyjnych i ambulans. Dudley wyjął kartę spod osłony przeciwsłonecznej od strony kierowcy.
- Nie wpuszczą cię bez identyfikatora... Może zaczekasz tu, aż dowiem się, czy na miejscu jest ktoś, kogo znam...
Harry wyjął z kieszeni kartę, której używał, kiedy musiał sobie radzić z mugolskimi władzami. Była zaczarowana w ten sposób, że wyglądała jak dowolna odznaka, jaką dany mugol w tym momencie powinien zobaczyć.
- W porządku, mam identyfikator. - Pokazał kartę Dudleyowi, który aż sapnął.
- Wszyscy czarodzieje mają coś takiego? Wygląda na autentyk. - Porównał ją z własną plakietką, której wygląd przybrała.
- Nie, wydaje je Ministerstwo. Trzeba mieć certyfikat bezpieczeństwa, żeby dostać coś takiego - odparł Harry, kiedy kuzyn oddał mu kartę. - Jestem aurorem - dodał, a widząc, że Dudley nie zrozumiał, spróbował ponownie: - Coś jak mugolska policja.
- Nie będziesz miał kłopotów, jeśli tego użyjesz? Poza służbą, znaczy się?
Harry wykrzywił twarz.
- Ściśle mówiąc, aurorzy zawsze są na służbie. Jeżeli w sprawę jest lub może być zamieszany czarodziej, podlega to mojej kompetencji.
Dudley skinął głową i wysiadł z samochodu. Harry poszedł w jego ślady. Podszedł do nich umundurowany policjant i poprosił o identyfikatory. Zebrał się tłum gapiów, przyciągnięty widowiskiem. W końcu podeszła do nich kolejna umundurowana kobieta, tym razem, jak uznał Harry, raczej w stroju paramedyka, nie policjanta.
- Cieszę się, że tu jesteś, Dudley - powiedziała udręczonym głosem. - Kogo przyprowadziłeś? - Wskazała brodą Harry'ego.
- Och, to jest Harry... - Dudley zawahał się; nie był przyzwyczajony do zmyślania na poczekaniu.
Ale Harry był.
- Uczę się - odparł i wyciągnął rękę. Teraz, jeśli zdarzy mu się jakaś rażąca gafa, Dudley będzie miał dla niego przykrywkę.
- Och, dobrze. - Odwróciła się z powrotem do Dudleya. - No cóż, policja została wezwana, bo jego matka wrzeszczała na niego przez godzinę, a potem hałasy w ich mieszkaniu zaczęły przypominać rozbijanie mebli. Policja musiała się włamać. Matkę znaleziono w stanie kompletnej dezorientacji. Powiedziała policji, że jej dziecko zabiło jej chłopaka.
- A zabiło? - spytał Dudley powoli.
- Jasne - zadrwiła. - Mały ma nie więcej niż cztery, pięć lat, a chłopaka ani śladu.
- Czy dziecko zostało ranne? - dochodził dalej Dudley, który wyjął telefon z kieszeni i teraz szybko naciskał guziczki kciukiem.
Kobieta westchnęła.
- Trudno powiedzieć. Schował się w szafie; boimy się, że będzie gorzej, jeśli spróbujemy go stamtąd wyciągnąć.
- A z matką zrobili porządek?
- Och, tak. - Paramedyczka uśmiechnęła się nieco złośliwie. - Zabieramy ją do szpitala.
- Dzięki. Chodź, Harry.
Gdy tylko weszli do mieszkania, Harry z miejsca to poczuł. Magia. Rozproszona i chaotyczna, ale silna. Sprawiała wrażenie, jakby była pierwszą manifestacją w życiu tego dziecka, spowodowaną strachem lub bólem.
- To jeden z naszych, nie ma co - powiedział cicho do Dudleya. - Mamy szczęście, że mieszkanie nie wyleciało w powietrze.
Mieszkanie było przygnębiająco zaniedbane, ale nie przez magię. W zlewie piętrzyły się brudne naczynia, na szafce kuchennej Harry zauważył zaś karalucha. Powietrze przesiąknięte było wonią zepsutego jedzenia, brudnych ubrań i kwaśnego alkoholu.
Następny paramedyk stał w drzwiach sypialni.
- Tutaj - zawołał. - W środku.
Dudley i Harry wlepili spojrzenia we wnętrze szafy wypełnionej ubraniami i różnym śmieciem.
- Może powinien pan iść - zasugerował Harry paramedykowi. - Im nas mniej, tym pewnie lepiej.
Paramedyk skinął głową, szczęśliwy, że może zostawić to im.
Dudley ukucnął na podłodze.
- Halo?
Odpowiedziało mu pociągnięcie nosem.
- Czy mógłbyś wyjść? Chciałbym z tobą porozmawiać - ciągnął łagodnie Dudley. - Nawet cię tam nie widzę.
- Jesteście glinami? Mamusia mówi, że przyjdą gliny i mnie zabiorą - odezwał się cichy głosik.
- Nie, nie jesteśmy glinami. Twoja mamusia pojechała do szpitala, a my musimy znaleźć kogoś, kto się tobą zajmie - wyjaśnił Dudley.
- Nie chciałem tego zrobić - chlipnęło dziecko.
- Czego? - Harry ukucnął obok kuzyna i starał się brzmieć uspokajająco.
- David powiedział... - Cokolwiek "David" powiedział, utonęło w łzach malca.
Z blatu spadło kilka naczyń.
- W porządku, uspokój się. - Harry użył tonu, którym posługiwał się, kiedy jego własne dzieci były małe. - Nie jesteśmy tu po to, by zrobić ci krzywdę, chcemy się tylko dowiedzieć, co się stało.
- Jesteś gdzieś ranny? - spytał Dudley.
- N-nie...
Harry rozejrzał się po pokoju, żeby się upewnić, że w pobliżu nie ma mugoli, a potem zaczął lewitować śmieci w szafie na jedną stronę. Gdyby był to dom czarodziejów, wszystkiego by się po prostu pozbył, w tym przypadku jednak wolał zgrzeszyć nadmiarem ostrożności.
Przestał, kiedy usłyszał zbliżające się kroki.
- Panie Burton? - zawołał damski głos. - Tu panna Granger. W biurze powiedzieli mi, że może pan potrzebować pomocy.
Zaskoczony Harry odwrócił się. Za jego plecami stała Hermiona w jej mugolskiej garsonce, którą zakładała do pracy. W ręku trzymała aktówkę.
- Harry! - sapnęła. - Och, nie. To chyba nie coś więcej, niż sądziliśmy, prawda?
- Nie, nic z tych rzeczy.
Gdy Harry się nad tym zastanowił, w zasadzie nie było zbiegiem okoliczności, że w takim miejscu pojawiła się Hermiona, która była jednym z trzech czy czterech pracowników Biura Ochrony Czarodziejskich Dzieci zajmujących się mugolskimi sprawami.
Dudley gapił się na Hermionę długą chwilę.
- To wy się znacie, panno Granger? - Pokręcił głową i spojrzał na Harry'ego. - Miałem rację. Pokazała się przy dwóch innych dziwnych sprawach w ostatnich latach. Czarodziej tuż pod moim nosem, a ja się nie skapnąłem.
W dłoni zaalarmowanej Hermiony natychmiast pojawiła się różdżka.
- Obl...
Harry złapał ją za rękę.
- Wszystko w porządku... To Dudley. Mój kuzyn.
- Co? Ale twój kuzyn miał na nazwisko Dursley - zdziwiła się.
- Co się zmieniło odkąd się pobrałem. Czy moglibyśmy już wrócić do aktualnego problemu? Proszę? - rzucił Dudley z lekką złością.
KONIEC
rozdziału czwartego
* Stforek - jedynie dla mnie słuszne tłumaczenie imienia owego skrzata; wynika ono z oryginalnego zapisu tego imienia, które po angielsku zapisywane jest jako "Kreacher", choć "stwór" / "stworek" po angielsku pisze się "creature"; skoro więc autorka cyklu o Harrym Potterze nazwała tego skrzata niejako fonetycznie, uznałam, że w przekładzie powinno być podobnie, a dla mnie fonetycznie zapisany "Stworek" to "Stforek" - równie nieortograficzny, jak angielskie "Kreacher"
** RATUNKU! Potrzebuję kogoś! RATUNKU! Nie kogokolwiek. Ratunku, ktoś mi jest potrzebny. Ratuuunkuuuu - ten dzwonek pochodzi z kolei z piosenki "Help!"
Bardzo dziękuję za komentarze, które pojawiły się pod poprzednim rozdziałem. Jednocześnie przypominam, że nie trzeba być zarejestrowanym, aby móc komentować teksty na tej stronie. Służy do tego poniższy przycisk Review this Story / Chapter - wystarczy na niego kliknąć, w wąskim pasku wpisać przezwisko, w dużym oknie komentarz i wcisnąć napis pod spodem. Komentarze są dla mnie bardzo ważne, ponieważ pozwalają mi poznać Czytelników i ich opinie na różne sprawy. Nie mówiąc już o przyjemności płynącej z ich czytania ;-).
