Rozdział II I

Zęby tej dziewczyny

- Nie, nie, nie - zaprzeczył gorąco rudowłosy chłopiec, który dosiadł się do przedziału Harry'ego. - To w ogóle nie tak!

Chłopiec nazywał się Ron Weasley i jak Harry zdążył zauważyć, był wesoły, gadatliwy i miał ogromne pojęcie o wielu rzeczach, zapewne dlatego, że pochodził z rodziny czarodziejów. Harry miał zresztą okazję zobaczyć resztę Weasleyów - miłą panią Weasley i gromadę jej rudowłosych dzieci: Ron miał w Hogarcie trzech starszych braci, dwóch kolejnych już skończyło szkołę. Miał też młodszą siostrę, bardzo rozczarowaną, że nie może jeszcze wsiąść do starego pociągu i pojechać w nieznane... Ron nie należał też najwyraźniej do najbogatszych wśród czarodziejów, obalając dziwne wyobrażenie, które pojawiło się wcześniej w głowie Harry'ego - był przekonany, że czarodzieje są bardzo bogaci, oceniając po zawartości jego własnej skrytki w Banku Gringotta. Skrytki. W banku. Skrytki pełnej złota, należałoby dodać. Nie do końca wierzył, że to wszystko działo się naprawdę.

- Hagrid źle ci to wytłumaczył - kontynuował Ron, a z jego ust sypały się okruszki czegoś, co nazywał kociołkowym pieguskiem. - Bratnie dusze nie mogą tak po prostu nie znaleźć się przez tyle lat, mieliśmy jednego wujka, Roba, zupełnie zwariował, bo nie znalazł bratniej duszy, a miał już ponad trzydzieści lat. - Harry miał wrażenie, że Ron traktuje ten wiek co najmniej jak wyrok śmierci. - Musieli go zamknąć u św. Munga.

- Św. Munga? - zdziwił się chłopiec; mógłby się założyć, że nie istniał żaden taki święty.

- Szpital dla czarodziejów - wyjaśnił Ron, oglądając zaczarowaną kartę z ruchomym zdjęciem, którą wyciągnął przed chwilą z opakowania Czekoladowych Żab. - W każdym razie to niemożliwe, że Hagrid tak długo nie spotkał bratniej duszy. Mogę się założyć, że bierze Soulstatine.

- Soulstatine? - Harry miał wrażenie, że od początku tej rozmowy jego głównym zajęciem jest powtarzanie niezrozumiałych słów i proszenie o ich wyjaśnienie.

- Och, no tak, ciągle zapominam, że ty nie wiesz. - Ron podrapał się po głowie, jakby miał jakiś problem. - To taki lek w pastylkach, podają go ludziom, którzy za długo nie spotkali bratniej duszy. Żeby nie stracili rozumu, nim w końcu się spotkają.

- Ale to w końcu się staje, tak? Bratnie dusze zawsze się spotykają?

Ron zamilkł na chwilę. Coś w jego twarzy mówiło Harry'emu, że próbuje go ocenić, jakby zastanawiał się, jak wiele nowości może przyjąć jednego popołudnia. Same informacje o Hogwarcie, domach i quidditchu wydawały się nadmiarem, nie mówiąc już o zawiłościach magii dusz, o której sam Ron nie miał zbyt profesjonalnego pojęcia.

W końcu chłopak odezwał się ostrożnie, patrząc na Harry'ego bardzo uważnie:

- Nigdy nie spotkałem osoby, która nie znałaby swojej bratniej duszy, nawet wujek Rob w końcu znalazł ciotkę Maggie - spotkali się na tym samym oddziale uzdrowicielskim. - Ron uśmiechnął się lekko, jakby ta sprawa była jednym wielkim żartem, ale po chwili znów zrobił się niezwykle poważny. Ściszył głos i nachylił się bliżej Harry'ego, jakby chciał powierzyć mu jakąś tajemnicę: - Ale słyszałem kiedyś, jak rodzice rozmawiali na ten temat. Podobno coraz częściej zdarzają się przypadki osób, które z jakiegoś powodu nie znajdują swojej bratniej duszy, albo zajmuje im to wiele lat - czasami dwie osoby mogą być połączone, chociaż dzieli je pół wieku, wyobrażasz to sobie? - Ron wyglądał na przerażonego tą myślą, a Harry'emu udzielił się częściowo jego nastrój. Jeszcze miesiąc temu nie miał pojęcia o bratnich duszach i innych tego typu sprawach, a teraz stały się one bardzo ważne. - Podobno są też tacy, którzy w ogóle nie mają bratniej duszy- rodzą się bez Znaku.

- Mugole też rodzą się bez znaków, a mogą się zakochiwać - stwierdził Harry po chwili namysłu. Może wuj Vernon i ciotka Petunia nie byli najmilszymi ludźmi, jakich w życiu spotkał, ale nie mógł zaprzeczyć, że byli dobraną parą, być może nawet bratnimi duszami. - Może czarodzieje bez znaków po prostu zakochują się w Mugolach?

Wydawało się, że Ron głęboko rozważa tę kwestię. Musiał bardzo zmęczyć się tym całym mówieniem o duszach, bo poczęstował się dyniowym pasztecikiem.

Harry wyjrzał przez okno pociągu. Musieli być już daleko na północy, bo teren zrobił się bardziej górzysty i dziki. Nigdy nie był tak daleko od... Właściwie od czego? Od domu? Od komórki pod schodami? Ron powiedział mu, że szkoła mieści się w ogromnym zamku, a uczniowie są podzieleni na cztery domy, które w czasie nauki są ich rodziną... Miał nadzieję, że ta nowa rodzina polubi go bardziej niż poprzednia... Chociaż starał się tego nie okazywać, okropnie się denerwował. Ron, ci wszyscy ludzie na peronie - miał wrażenie, że do nich nie pasuje, że wszyscy widzą, że jest odmieńcem... Cóż, przynajmniej wiedział już, dlaczego klienci w sklepach, które odwiedził na ulicy Pokątnej, przyglądali mu się tak uważnie - najwyraźniej był sławny. Trudno było mu się oswoić z myślą, że inni ludzie znali jego historię lepiej niż on sam... Blizna, którą do tej pory zakrywał, bo wydawała się wywoływać odrazę, teraz stała się obiektem zainteresowania. Ludzie patrzyli na jego czoło i wstrzymywali oddech, zupełnie jakby był jakiś wielkim naukowcem albo gwiazdorem filmowym. A on... Cóż, był tylko małym chłopcem bez pojęcia o magii czy o tym, jak dokładnie poradził sobie z Voldemortem.

Voldemort. Coś w tym imieniu wydawało mu się znajome, ale - sam nie wiedział, jak to określić - nie do końca właściwe. Hagrid nie potrafił mu powiedzieć, czy Voldemort naprawdę się tak nazywał - właściwie wystarczyło, że Harry wypowiedział to imię, a Hagrid wypuszczał z rąk talerz albo rozlewał herbatę - a Ron też drżał na samo wspomnienie o wydarzeniach, które uczyniły Harry'ego sławnym.

I jeszcze pan Ollivander. Harry poczuł, ze dostaje gęsiej skórki na wspomnienie wizyty w sklepie z różdżkami - wypróbował co najmniej dwadzieścia, będąc w tym czasie mierzonym przez bardzo nadgorliwą miarę krawiecką, dopóki pan Ollivander nie przyniósł mu różdżki, która spoczywała w tej chwili w jego kufrze. Kiedy tylko ją dotknął, poczuł, że magia, w którą wcześniej nie do końca wierzył, nawet widząc tajne przejście na ulicę Pokątną i gobliny w banku, dosłownie wypełnia go od stóp do głów. Pan Ollivander wydawał się zachwycony wynikiem i sprzedał mu różdżkę za siedem złotych galeonów, ale miał przy tym taką minę, jakby wydarzyło się coś bardzo ważnego. Nie mogąc znieść dziwnego napięcia, Harry zapytał go wprost, czy coś się stało, a srebrnooki starzec odpowiedział jedynie, że bardzo ciekawą rzeczą jest, że feniks, którego pióro znajdowało się w różdżce Harry'ego, oddał jeszcze jedno, z którego również zrobioną różdżkę. Sam fakt, że uzyskano dwa pióra od jednego feniksa, był czymś niezwykłym, ale jeszcze bardziej tajemnicze było to, że różdżka, której bliźniaczkę kupił Harry, należała do tego samego człowieka, który zabił jego rodziców, a którego Harry w jakiś niezrozumiały sposób pokonał.

Wyszedł ze sklepu na miękkich nogach. Dwa dni wcześniej przejmował się jedynie tym, że wuj Vernon zwariował i nie pozwalał przeczytać mu tajemniczego listu, a teraz nie miał pojęcia, którą informację przeanalizować pierwszą. Rodzice, którzy wcale nie zginęli w wypadku, czarnoksiężnik, który ich zabił, a teraz jeszcze ta różdżka... Przez cały wieczór męczył Hagrida, żeby powiedział mu dokładnie, co stało się dziesięć lat wcześniej, ale dowiedział się jedynie, że Hagrid znalazł go w ruinach domu, który zapadł się pod wpływem potężnego zaklęcia...

- Opowiedz mi o swojej bratniej duszy - odezwał się do Rona, nadal patrząc przez okno na zmieniający się krajobraz. Słońce chyliło się ku zachodowi. Harry nie chciał myśleć o pustym domu i rodzicach, których nawet nie pamiętał. Wolał być podekscytowany. Miał tylko jedną szansę na to, by inni uczniowie go polubili.

- Jasne! - Jego nowy znajomy był bardzo zadowolony ze zmiany tematu na coś lżejszego niż zasady Zaklęcia Dusz. Może i wychowywał się w magicznej rodzinie, ale o Zaklęciu wiedział tylko tyle, że było bardzo stare i bardzo potężne i że niektórym czarodziejom bardzo się nie podobało. Przez chwilę twarz rudowłosego chłopca wydawała się bardzo skupiona, jakby próbował coś sobie przypomnieć, po czym powiedział radośnie: - Mógłbym się założyć, że jest w pociągu, widziałem wczoraj jak się pakowała.

- Widziałeś? - Po raz kolejny Harry miał wrażenie, że nie pojmuje. - Już ją spotkałeś?

- Trochę tak - Ron uśmiechnął się zawadiacko. - Widujemy się od lat. Czekaj, jest taka piosenka, kiedyś ją śpiewała... Jak we śnie tę samą masz postać, nawet uśmiech ten sam... Hmm, chyba tak to brzmiało. Zresztą to nieważne, widujemy się we śnie... A właściwie nie widujemy, tylko przeżywamy, to trochę jak, hmm, jak oglądanie ruchomego zdjęcia...

- Jak oglądanie filmu? - podpowiedział Harry, próbując zrozumieć, o jakie uczucie może chodzić.

- Filmu? - Tym razem Ron spojrzał na niego ze zdziwieniem. - Co to takiego?

- Jakby to wyjaśnić... To jak patrzeć na życie innych ludzi, tylko że nie naprawdę... Inni ludzie udają, że są kimś innym... Trochę jak w teatrze, tylko że nie na żywo. - Wyjaśnienie, na czym dokładnie polegało kino, okazało się nie lada wyzwaniem.

- Myślę, że rozumiem - odparł grzecznie Ron, jakby nie chciał go obrazić, choć jego mina wyrażała nadal duże niedowierzanie. - Po prostu kiedy śpię, widzę czasami, co robiła w ciągu dnia... Jest z mugolskiej rodziny, więc wielu rzeczy w ogóle nie rozumiem... Ona musiała się czuć podobnie, miałem wrażenie, że chciałaby, żebym jej coś wyjaśnił, ale nie da się tak po prostu wyjaśnić magii. Hmm, co jeszcze... Jej rodzice są chyba jakimiś uzdrowicielami, często widziałem ich jej oczyma. Szczerze powiedziawszy, to było przerażające - Ron wyraźnie wzdrygnął się na to wspomnienie. - Widziałem, jak wsadzają ludziom w usta jakieś okropne przedmioty, a oni strasznie krzyczą... I wszędzie jest tak biało...

- Jej rodzice są dentystami? - zapytał Harry z uśmiechem, choć mógł z odpisu Rona wywnioskować, że czarodzieje nie znali się najwyraźniej na tradycyjnych kuracjach. - Leczą zęby - dodał, widząc, że także tego słowa jego pierwszy prawdziwy kolega - nie licząc oczywiście węża uwolnionego z zoo - nie rozumie.

- To wiele by wyjaśniało - orzekł Ron, wpatrując się z uwagą w sufit, zupełnie jakby znał on jakieś tajemnice dotyczące życia niemagicznych ludzi. - Zęby tej dziewczyny są naprawdę bardzo ładne, no i często widziałem jak je myje.

Tym razem Harry nie mógł powstrzymać śmiechu. Ron mówił o swojej bratniej duszy w taki bezpośredni, a jednocześnie nie do końca rozumiejący sposób, że humor od razu mu się poprawił. Tylko gdzieś na końcu jego świadomości pojawiło się pytanie, dlaczego on nie czuł ani widział czegoś takiego? Dlaczego nie znał swojej bratniej duszy tak dobrze jak Ron? Być może jego przyjaciel nie był tak gadatliwy i otwarty jak Weasley? Od kiedy dowiedział się, jakie jest znaczenie znamienia na nadgarstku, zastanawiał się, czy te wszystkie sny, których bohatera nie potrafił sobie nigdy wystarczająco dokładnie przypomnieć i który wracał do niego najbardziej, kiedy próbował grać na gitarze Dudleya, były oznaką połączenia. Nie mógł się doczekać, aż dowie się więcej od innych uczniów - chciał wiedzieć, czy u wszystkich wyglądało to tak samo, czy być może tylko jego bratnia dusza była taka... nietowarzyska. Nie, to nie było właściwe słowo. Ten ktoś był zawsze blisko, jak cień; nienamacalny, ale obecny tuż obok. Gdyby tylko mógł go spotkać w szkole... Nie mógł się doczekać, choć obawa, że nie spełni oczekiwań, tez nie chciała mu dać spokoju.

- Chyba już dojeżdżamy - stwierdził Ron, wyglądając przez okno. Na zewnątrz zrobiło się już prawie zupełnie ciemno i krajobraz był trudny do oceny. - Trzeba będzie się...

- Widzieliście może ropuchę? - Drzwi przedziału otworzyły się z trzaskiem i stanęła w nich dziewczyna o najbardziej napuszonych włosach, jakie Harry kiedykolwiek widział. Jej górne jedynki były odrobinę dłuższe niż pozostałe zęby, ale ich biel z pewnością zachwyciłaby nawet ciotkę Petunię. Dziewczyna rzuciła Harry'emu pełne władczości spojrzenie i dodała, jakby to miało coś wyjaśnić: - Neville swoją zgubił.

Harry chciał już odpowiedzieć, że nie wie, kim jest Neville, a poza tym nie widział żadnej ropuchy, ale w tej samej chwili zauważył, że z Ronem stało się coś bardzo dziwnego: otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć i nawet wyciągnął palec w geście groźby, ale zamiast się odezwać cały zrobił się czerwony jak mak aż po koniuszki uszu. Obawiając się, że to jakiś atak, Harry machnął mu przed oczyma ręką i nie widząc żadnej reakcji chwycił Weasleya za ramię i mocno nim potrząsnął.

- Ron, źle się czujesz?

Nie wyglądało jednak na to, by Ron miał zamiar mu odpowiedzieć. Zamiast tego wpatrywał się w coś ponad ramieniem Harry'ego jak zaczarowany.

Odwrócił się, podążając za spojrzeniem Rona, ale zobaczył tylko dziewczynę poszukującą ropuchy... Tylko że z nią też coś było nie tak. Ręce, przed chwilą mocno skrzyżowane, zwisały teraz bezwładnie... Po chwili podniosła je gwałtownie do ust, wykrzykując:

- To ty!

Przez moment Harry pomyślał, że mówi o nim, że to kolejna osoba znająca jego przeszłość tak dobrze jak szkolną lekturę, ale dziewczyna weszła do przedziału i minęła go bezpardonowo, stając przed Ronem, który nadal wydawał się czymś bardzo poruszony.

- Ron, prawda? Cały dzień cię szukałam, już myślałam, że musiałam coś pomylić... - Dziewczyna odsłoniła znów twarz, uśmiechając się promiennie, co tylko wyeksponowało jej białe zęby. Uśmiechnięta wyglądała bardzo ładnie. - Miło mi... miło cię w końcu zobaczyć.

Rudowłosy Weasley też wydawał się powracać powoli do świata żywych. Uśmiechnął się jak ktoś nie bardzo wiedzący, co się wokół niego dzieje, i uścisnął wyciągniętą dłoń dziewczyny.

- A ty jesteś... Hermiona? - zapytał niepewnie, wolną ręką próbując strzepać ze swetra okruszki.

- Hermiona Granger - potwierdziła dziewczyna, dla odmiany obdarzając spojrzeniem Harry'ego, zupełnie jakby sobie przypomniała, że ona i Ron nie są sami. - A ty to kto?

- Harry, Harry Potter - odpowiedział, przyglądając się z fascynacją Znakom Rona i Hermiony. Ich inicjały się zgadzały.

Biegł korytarzem tak szybko, jak tylko potrafił. Szkolna szata powiewała za nim jak skrzydła kruka, a kroki odbijały się echem od ścian opustoszałego korytarza; lekcje musiały się już zacząć. Oczywiście istniała też inna możliwość - po raz kolejny się zgubił.

Minęły zaledwie dwa tygodnie od czasu, kiedy przybył do Hogwartu i często nadal czuł się w zamku jak w wielkim labiryncie. Byłoby łatwiej, gdyby sama szkoła nie próbowała go zwieść znikającymi stopniami, drzwiami, które prowadziły donikąd i ruchomymi klatkami schodowymi... Były tu nawet pokoje, które otwierały się tylko po wypowiedzeniu hasła albo tylko w określony dzień tygodnia!

Coraz trudniej było mu złapać oddech, ale nie zwalniał. Ze wszystkich lekcji, które miał tego dnia, na tę jedyną wolałby się nie spóźnić.

Chociaż był w Hogwarcie tak krótko, okazało się, że zdążył już zdobyć co najmniej jednego śmiertelnego wroga i zrazić do siebie co najmniej jednego nauczyciela.

Severus Snape, bo tak nazywał się ten nauczyciel, z jakiegoś powodu nie znosił Harry'ego od jego pierwszego dnia w Hogwarcie. Harry mógłby się nawet założyć, że kiedy Snape na niego patrzył tymi ciemnymi, groźnymi oczyma, rozbolała go blizna. Nigdy nie poczuł czegoś tak dziwnego - do tej pory blizna nigdy mu nie dokuczała, a wtedy poczuł się tak, jakby ktoś przyłożył mu do czoła rozżarzony węgiel. Hermiona stwierdziła, że to zapewne oznaka stresu po ceremonii przydziału, ale Harry nie był tego taki pewien. Nie dało się zaprzeczyć, że Severus Snape szczerze go nie znosi, a Harry nie potrafił stwierdzić, dlaczego. Co prawda na pierwszych zajęciach nie odpowiedział na żadne z pytań nauczyciela, ale mógłby się założyć, że odpowiedzi znały tylko dwie osoby w lochu - Hermiona i sam Snape. Zapewne nawet Draco Malfoy nie wiedział, czym jest bezoar.

Draco Malfoy był zresztą kolejnym z problemów Harry'ego. Z jakiegoś powodu Draco uznał za punkt honoru dokuczanie mu na każdym kroku. Nie był jedyną osobą, którą Malfoy traktował z wyższością - zdążył już doprowadzić do płaczu Neville'a, nieco gamoniowatego chłopca z Gryffindoru, a Hermionę dręczył dosłownie każdego dnia. Gdyby nie to, że Draco tak gardził osobami z niemagicznych rodzin, Harry mógłby pomyśleć, że Hermiona mu się podoba i próbuje zwrócić jej uwagę. Draco pochodził z rodziny czystej krwi, takiej, w której byli jedynie czarodzieje, a Ron twierdził też, że jego ojciec był kiedyś bliskim współpracownikiem Voldemorta... A raczej Sam-Wiesz-Kogo, jak określali go wszyscy poza Harrym. Jakoś nie potrafił sobie wyobrazić, by on i Draco się kiedyś polubili.

Wszystko wskazywało zresztą na to, że uczniowie traktowali swoje domy bardzo poważnie i mało kto zadawał się bliżej z tymi z innych domów. Harry'emu wydawało się to bardzo dziwne - nie rozumiał, dlaczego miałby nie lubić kogoś z Hufflepuffu czy Ravenclawu. Mógłby się założyć, że nawet w Slytherinie były jakieś przyzwoite osoby o nieco większej kulturze osobistej niż Draco Malfoy. Może i dom był rodziną, ale czy to znaczyło, że nie można było mieć przyjaciół? Widział co prawda czasami na korytarzach uczniów różnych domów rozmawiających czy żartujących, ale nauczył się już rozpoznawać, że właśnie tak wyglądają bratnie dusze - zawsze razem, jak jedna osoba w dwóch ciałach. Chociaż na początku bardzo bał się, że będzie jedynym uczniem, który nie znalazł swojej bratniej duszy, dość szybko okazało się, że jego lęk był bezpodstawny - wielu uczniów jeszcze się nie połączyło. W jego klasie tylko kilka osób się odnalazło - Ron i Hermiona byli najszybsi, bo spotkali się już w pociągu, ale znacznie większe wrażenie zrobił na zebranych w Wielkiej Sali Neville Longbottom, ten sam, którego ropucha postanowiła zniknąć - stał mniej więcej w połowie kolejki do Tiary Przydziału, kiedy ceremonia się rozpoczęła i jasnowłosa dziewczynka o przestraszonym spojrzeniu usiadła na wysokim stołku, czekając na decyzję kapelusza, kiedy Neville postanowił wydać nieartykułowany okrzyk zachwytu i podbiegł do niej tuż po tym, jak Tiara wykrzyknęła Hufflepuff! Cała sala zagrzmiała od mieszaniny oklasków i chichotów i chociaż Harry mógłby się wcześniej dziwić, że Neville został przydzielony do Gryffindoru, po tym popisie nie miał już wątpliwości, że stać go na wiele. Pozostałe bratnie dusze odnalazły się w ciągu pierwszych kilkudziesięciu godzin w przypadku uczniów pierwszych klas. Pozostali czekali, niektórzy z silnym przekonaniem, że ich bratnie dusze są w Hogwarcie; Harry'emu przypominało to trochę przyglądanie się zabawie w chowanego. Podejrzewał, że odnalezienie się w starym zamku mogło rzeczywiście stanowić pewien problem. On sam nie czuł się na razie szczególnie zawiedziony - oczywiście chciałby poznać swoją bratnią duszę, bardzo tego chciał - ale jednocześnie czuł, że to jeszcze nie ten moment, że jeszcze go tu nie ma. Próbował nie myśleć o opowieści Rona o zwariowanym wujku; miał jeszcze dużo czasu na to, żeby się odnaleźć. Najwyraźniej jego bratnia dusza była młodsza.

- Może gdyby był w moim wieku, przypominałby mi, żeby wychodzić wcześniej na zajęcia - stwierdził na głos, stając na skrzyżowaniu korytarzy. W którą stronę powinien iść?

Nie pamiętał tego piętra... Posąg garbatej wiedźmy łypał na niego złowrogo z wnęki przy oknie i Harry poczuł dreszcz niepokoju. Miał nieprzyjemne wrażenie, że ktoś go obserwuje.

Już chciał skręcić w korytarz wiodący w lewo, kiedy ktoś zawołał go po imieniu:

- Hola, Harry!

Odwrócił się na pięcie patrząc na garbatą wiedźmę i zastanawiając się, dlaczego - i jak – przemówiła do niego znanym hiszpańskim głosem.

- Tutaj, amigo! - Głos odezwał się raz jeszcze i tym razem Harry dostrzegł kryjącego się za posągiem węża.

Uśmiechnął się, zapominając na chwilę o spóźnieniu i o tym, jak okropną scenę urządzi mu Snape, kiedy w końcu zjawi się w lochu. Od przyjazdu do szkoły zastanawiał się, czy Panchito spełni swoją obietnicę i podąży jego śladem. Co prawda uczniowie mogli przywieźć ze sobą jedynie sowę, kota albo ropuchę, ale Harry nie uważał węża za zwykłe domowe zwierzątko: wąż był towarzyszem niedoli i przyjacielem. No i potrafił mówić, co odróżniało go od Hedwigi, pięknej sowy śnieżnej, którą podarował mu na urodziny Hagrid.

- Już myślałem, że o mnie zapomniałeś - przywitał się, kucając obok posągu i głaszcząc lśniące łuski. - Miałeś jakieś problemy po drodze?

- Nie, amigo, po prostu trudno tu trafić, bardzo dobrze was pilnują. Musiałem pytać o drogę wiele tutejszych węży. Nadal nie chcą uwierzyć, że znam mówiącego chłopca.

- Myślę, że moi koledzy też by nie uwierzyli, gdybym oznajmił, że znam mówiącego węża - roześmiał się Harry, mrużąc lekko oczy. Gad postanowił ułożyć się w plamie słońca przy wysokim oknie. - Gdzie się zatrzymałeś? Masz co jeść? Mógłbym zabierać coś ze stołu...

Wąż wydał z siebie dziwaczny dźwięk. Harry nauczył się już rozpoznawać go jako śmiech - syczący chichot, który normalnie uznałby zapewne za oznaki duszenia się.

- A co chciałbyś mi przynieść ze stołu, amigo? Kawałek chleba? - Wąż wydawał się bardzo rozbawiony tym pomysłem. Minęła dłuższa chwila, nim uspokoił się na tyle, by powiedzieć: - Jest tu tyle pająków, że nigdy nie będę głodny. A zamek... masa tu przejść i komnat, niektóre schowane bardzo głęboko. Są też rury, ogromne i tak pomyślane, jakby ktoś stworzył je dla węża, bardzo dużego węża. Jest las, w którym mieszkają dziwaczne stworzenia... Mogę mieszkać, gdziekolwiek zechcę, nawet pod twoim łóżkiem, jeśli tylko powiesz mi, gdzie jest twoje terrarium.

- Pokój, nie terrarium - poprawił go Harry. Nie przepadał za tymi pozostałymi po zoo określeniami. - Mieszkam w wieży na końcu... Nie, to nie na końcu tego korytarza... - Rozejrzał się wokół i nagle jak błyskawica w jego głowie pojawiła się przerażająca myśl: lekcja, eliksiry, Snape. Zerwał się na nogi i z paniką rozejrzał dookoła; w którą stronę powinien iść?

- Co się stało, amigo? - Wąż rozwinął się nieco ze swojego supła, spoglądając na Harry'ego z niepokojem. - Jeśli nie chcesz, nie będę spał pod twoim łóżkiem.

- Nie, nie, nie o to chodzi - Harry nadał rozglądał się po korytarzu, szukając jakiegoś punktu odniesienia; nie rozpoznawał żadnego z obrazów. - Po prostu jestem spóźniony, a nie wiem nawet, jak trafić do lochów. Snape mnie zabije, jeśli się nie pojawię... Nie mam zresztą pewności, że nie zrobi tego, jeśli przyjdę spóźniony - dodał Harry po chwili zastanowienia; dlaczego nie wyszedł wcześniej razem z Ronem i Hermioną?

- Bez obaw, amigo, chodź za mną - oznajmił Panchito, rozwijając się zupełnie - Harry prawie zapomniał, jaki był ogromny - i w zastraszająco szybkim tempie niepasującym do jego ogromnego ciała zaczął pełznąć korytarzem, wybierając środkową drogę.

Harry miał problem z nadążeniem za gadem; znowu złapała go zadyszka, a podręczniki ciążyły w torbie. Starał się nie zwalniać kroku, choć perspektywa spotkania rozwścieczonego Severusa Snape'a na końcu tej drogi wcale nie napełniała go entuzjazmem...

Przeskakiwał dwa stopnie na raz, biegnąc w dół schodów, które widział pierwszy raz w życiu... Minął portret rycerza – wołał coś za nim, ale nie przystanął, żeby mu odpowiedzieć - zamiast tego przyspieszył jeszcze bardziej, goniąc Panchito. Nagle w bocznym korytarzu zobaczył kątem oka coś, co kazało mu się zatrzymać w pół kroku.

Profesor Quirrel, wyglądający na zawsze przestraszonego nauczyciel obrony przed czarną magią i sam Severus Snape, ten sam, którego gniewu tak się obawiał, stali przy ścianie obok gobelinu przedstawiającego powstanie goblinów. Coś mówiło Harry'emu, że powinien wykorzystać ten szczęśliwy zbieg okoliczności i biec jak najszybciej do lochów, ale zamiast tego schował się za jedną ze starych zbroi i spod jej ramienia próbował dostrzec, co takiego powstrzymało Snape'a przed punktualnym rozpoczęciem lekcji.

- Amigo, spóźnisz się... - Coś trąciło go w stopę i Harry przypomniał sobie, że nie jest sam.

- Cicho... Coś się dzieje - wskazał na dwójkę czarodziejów, a Panchito podążył za jego spojrzeniem i zamilkł.

Snape wyraźnie napastował Quirrela. Harry słyszał poprzedniego wieczoru od Percy'ego Weasleya, że Snape zawsze chciał być nauczycielem obrony przed czarną magią, ale Dumbledore nigdy się na nie zgodził, co roku przyjmując na stanowisko kogoś nowego. Z jakiegoś powodu nikt nie wytrzymał dłużej niż rok... Harry pomyślał wtedy z gorzką satysfakcją, że gdyby on był dyrektorem, spełniłby z przyjemnością życzenie Snape'a, o ile oznaczałoby to, że ich znajomość rzeczywiście zakończy się po dwunastu miesiącach... Czy to dlatego Snape groził Quirrelowi? Harry próbował usłyszeć, o czym mężczyźni rozmawiają, ale nie było to łatwe; stali dość daleko.

Przez chwilę rozważał, czy może bezpiecznie przesunąć się za jakąś inną, bliższą zbroję, ale właśnie w tym momencie nauczyciele odskoczyli od siebie jak oparzeni, a w korytarzu pojawiła się jeszcze jedna postać.

Harry nigdy w życiu nie widział takiej kobiety - była bardzo wysoka i bardzo chuda, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie pod wielowarstwową kompozycją strojnych szali. Nawet na drugim końcu korytarza Harry mógł poczuć unoszącą się wokół niej woń kadzidła i czegoś jeszcze, co bardzo przypominało brandy... Wyglądała trochę jak wróżki, których zdjęcia widział czasami na ostatnich stronach gazet, choć mógł podejrzewać, że ta była prawdziwą wróżką. Nie zauważył jej nigdy przy stole nauczycielskim, ale najprawdopodobniej uczyła w Hogwarcie.

Kobieta w ogóle nie dostrzegła sceny, która dopiero co rozegrała się przed jej oczyma. Minęła Snape'a i Quirrela nie poświęcając im nawet jednego spojrzenia, zupełnie zapatrzona w talię kart trzymaną w dłoni. Harry schował się nieco głębiej za zbroją, ale on też pozostał niezauważony. Kobiet przeszła obok niego, mamrocząc do siebie jakieś niezrozumiałe bzdury:

- Mag, manipulacja. Pięć kielichów, on cię nie chce. Diabeł, cień. Piątka denarów, kogoś ci brakuje. Wieża, na nic nie masz wpływu. Księżyc, tęsknota. - Kobieta zatrzymała się, patrząc na kolejną wyciągnięta z talii kartę, a Harry wstrzymał oddech, by go nie zauważyła. - Królowa kielichów? - Przez dłuższa chwilę wpatrywała się w kartę, po czym przetasowała talię raz jeszcze i ruszyła dalej, nadal mówiąc do siebie: - Pluton w Skorpionie, nie wrócisz z królestwa umarłych...

Harry patrzył na nią jeszcze jakiś czas jak zahipnotyzowany, tak dziwnym była zjawiskiem... Nawet Quirrel i Snape nie zrobili na nim takiego wrażenia... Moment, Quirrel i Snape! Zupełnie o nich zapomniał!

Odwrócił się, potrącając zbroję i prawie wyrywając jej metalowe ramię z zawiasów. Narobił tyle hałasu, że na pewno go zauważyli... Kiedy jednak wyjrzał zza rogu, okazało się, że korytarz był zupełnie pusty.

- Amigo, spieszmy się - ponaglił go wąż, znów trącając jego kostkę ogonem.

Harry jeszcze przez moment przyglądał się opustoszałemu i cichemu korytarzowi, po czym pobiegł za swoim niespodziewanym przewodnikiem. Pytania bez odpowiedzi krążyły w jego głowie tak intensywnie, że nawet nie zauważył, kiedy stanął przed drzwiami klasy i wpadł do środka, modląc się w duchu, by chwila nieuwagi nie pozwoliła Snape'owi go wyprzedzić.

Miał szczęście - nauczyciela jeszcze nie było. Rozłożył książkę na stole i przygotował składniki niezbędne do przygotowania eliksiru wzmacniającego, po czym usiadł obok Rona i Hermiony, wyraźnie zaniepokojonych jego długą nieobecnością.

- Gdzie byłeś? - syknęła do niego dziewczyna; jej spojrzenie wyrażało najwyższą naganę. Harry zdążył się przekonać, że Hermiona ceniła naukę wyżej niż cokolwiek innego. - Gdyby Snape...

- Snape nie mógłby mi nic zrobić, bo sam zajmował się czymś bardzo dziwnym, kiedy powinien prowadzić lekcję - uciszył ją Harry, nachylając się bliżej dwójki Gryfonów. - Widziałem, jak zaatakował profesora Quirrela.

Minęły całe tygodnie, zanim zaczęli mu wierzyć. Mimo wszystko Snape był nauczycielem i chociaż nie należał do najmilszych, trudno było przyjąć, że to właśnie on planuje coś podejrzanego. Co prawda Harry już w październiku zasugerował, że to Snape próbuje ukraść coś z korytarza na trzecim piętrze i że cokolwiek się w nim kryje, z pewnością jest niebezpieczne, bo Snape wyraźnie utykał. Kiedy wszyscy biegali po zamku w popłochu w Noc Duchów – w szkole znikąd pojawił się troll górski - Harry, Ron i Hermiona próbowali odkryć, co takiego knuje Snape. Zamiast go znaleźć, spotkali jedynie trolla i ledwie udało im się ujść z tego spotkania z życiem. Musieli się gęsto tłumaczyć profesor McGonagall; Hermiona wymyśliła historię o tym, jak bardzo sama chciała pokonać potwora, bo wiele o nich czytała - gdyby nie to, zapewne już dawno siedzieliby wszyscy troje w pociągu do Londynu... Właśnie wtedy zaczęli uważniej obserwować Snape'a. Nie dało się nie zauważyć, że dosłownie wszędzie chodził za Quirrelem, zupełnie jakby go śledził. Harry współczuł zastraszonemu nauczycielowi obrony przed czarną magią i bardzo żałował, że ma tylko jedenaście lat i nie może w żaden sposób wpłynąć na zachowanie Snape'a. Najwyraźniej miał zamiar przegonić Quirrela ze szkoły, żeby dostać posadę.

Jednak dopiero pierwszy mecz quidditcha ostatecznie przekonał Rona i Hermionę, że być może miał rację - ledwie przeżył, bo Snape próbował zrzucić go z miotły zaklęciem. Zaledwie kilka dni po tym wydarzeniu odważyli się zajrzeć do korytarza na trzecim piętrze, chociaż Hermiona prawie umarła, łamiąc tak wiele szkolnych reguł. Wyprawa przyniosła im niewiele wiedzy ponadto, że nie powinni wracać na trzecie piętro bez ogromnego pęta kiełbasy: korytarza strzegł trójgłowy pies wielkości małego domu. Czego pilnował? Harry z pewnym wysiłkiem przypomniał sobie, że kiedy odwiedził z Hagridem Bank Gringotta, gajowy odebrał z niego jakąś tajemniczą paczkę.

Czas mijał w Hogwarcie dużo szybciej, niż Harry się spodziewał - deszczowy listopad zamienił się w grudzień, zaczął sypać śnieg, a Hagrid ustawił we wszystkich rogach Wielkiej Sali wielkie choinki. Profesor Flitwick uczył zbroje śpiewać kolędy, często walcząc z Irytkiem, który podstępnie zmieniał tekst na bardzo nieprzyzwoity, a profesor McGongall skonfiskowała przynajmniej trzy opakowania nielegalnych eliksirów wyskokowych. Harry nie miał pojęcia, co znajduje się w takim eliksirze, ale spojrzenie Rona, kiedy o to zapytał, potwierdziło po raz kolejny, że nie ma o niczym pojęcia. Pocieszało go tylko, ze Hermiona też nic na ten temat nie wiedziała, co wcześniej wydawało mu się zwyczajnie niemożliwe.

- Podsłuchałem kiedyś, jak tata mówi o tym panu Diggory'emu, koledze z pracy. To jakiś eliksir wymyślony w tym stuleciu, zupełna nowość - wyjaśnił Ron, zajadając się wielkim piernikiem z polewą czekoladową. Następnego dnia Hermiona miała wrócić na święta do domu, a on i Ron mieli zając się szukaniem informacji o Nicolasie Flamelu. Kimkolwiek był, miał jakiś związek z korytarzem na trzecim pietrze; Hagrid przypadkiem się przed nimi wygadał. - Ministerstwo nadal nie znalazło wytwórcy, to wszystko nielegalne.

- Ale dlaczego jest niebezpieczny? - chciała wiedzieć Hermiona.

W odpowiedzi Ron jedynie wzruszył ramionami.

- Nie mam pojęcia, podobno miesza w głowie.

- Jak narkotyk? - zapytał Harry, zastanawiając się, czy czarodzieje też mają kliniki odwykowe. Pamiętał, jak jego szkołę odwiedził kiedyś trzydziestoletni mężczyzna z okropnie zniszczoną twarzą; opowiadał o tym, że nie należy przyjmować cukierków od nieznajomych.

- Narkotyk? - Ron uniósł komicznie brwi, a okruszki piernika posypały mu się z ust na sweter. - Co to?

- Substancja psychoaktywna działająca na ośrodkowy układ nerwowy, powodująca uzależnienie psychiczne lub fizyczne - wyrecytowała Hermiona niczym żywa encyklopedia. Ron spojrzał na nią z mieszaniną uznania i lekkiego przerażenia.

- Taak, myślę, ze to może być coś takiego. Tata mówił, że ludzie lądują po tym u św. Munga...

- U św. Munga? - Do rozmowy włączył się George, przysiadając się do stołu obok Harry'ego. - Wybierasz się, Ron?

- Zamawiam twój pokój - dodał Fred, popisując się przed resztą siedzących przy stole pierwszaków zaklęciem przyzywającym: złapał lecącą ku niemu bezę z wdziękiem i zaraz się nią poczęstował. - I komplet pościeli z Armatami.

- A właściwie to o czym rozmawiacie? - George spojrzał podejrzliwie na książki, które rozłożyli między talerzami. - Sławni czarodzieje średniowiecza? Nazwiska, które chcesz znać, ale boisz o nie zapytać? Na Merlina, jutro pierwszy dzień ferii, opanujcie się z tą nauką...

- Rośnie nam chyba nowy prefekt...

- A miałem nadzieję, że wyjdzie na ludzi...

- Dobrze, że Ginny nie jest taka...

- Ej, wszystko słyszę! - oburzył się Ron, wymachując braciom przed nosami kawałkiem piernika. - Poza tym to nie zadanie domowe!

Bliźniacy spojrzeli na siebie i westchnęli teatralnie:

- To jeszcze gorzej.

Harry nie mógł powstrzymać śmiechu. Ron miał taką minę, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, coś bardzo kąśliwego, ale jak zawsze przy starszych braciach tracił zdolność wymyślania uszczypliwych uwag. Fred i George dosłownie wysysali z towarzystwa komizm i przetwarzali go na swoją korzyść.

- Wy na pewno wiecie, czym jest ten eliksir wyskokowy, który skonfiskowała profesor McGongall, prawda?

Harry spojrzał na Hermionę z takim zdziwieniem, jakby właśnie zaczęła tańczyć na stole kankana w towarzystwie co najmniej dwóch jednorożców. Nie spodziewał się, że jej chęć dowiedzenia się czegoś sięga tak daleko - zwykle traktowała bliźniaków z pewną chłodną wyższością, zupełnie jakby ich zachowywanie było dużo poniżej jej godności.

- Eliksir wyskokowy? - George uśmiechnął się, jakby wygrał na loterii tysiąc złotych galeonów, i rozsiadł się wygodniej. - Dlaczego coś takiego miałoby cię interesować, Hermiono?

- Dokładnie, dlaczego coś tak nielegalnego miałoby zajmować głowę przyszłej prefekt naczelnej? - Fred dołączył do brata, patrząc na Hermionę z rozbawieniem. - Nie masz przypadkiem jakiegoś egzaminu do zdania? Cierpisz na nadmiar wolnego czasu?

Ku zaskoczeniu Harry'ego Hermiona nie obraziła się, ale podjęła rzucone jej wyzwanie:

- Mam tak dużo wolnego czasu, że mogłabym przypadkiem napisać do waszej matki. - Bliźniacy spojrzeli na nią ze zdziwieniem; z twarzy dziewczyny nadal nie zniknął niewinny uśmiech. - Mogłaby się bardzo zdziwić, gdyby dowiedziała się, że nie zaliczyliście egzaminu z historii magii.

Fred odetchnął z ulgą. Najwyraźniej obawiał się, że Hermiona chce podzielić się z panią Weasley jakąś bardziej niebezpieczną informacją.

- Hermiono, mam wrażenie, że wyszłaś z błędnego założenia, że nasi rodzice mają jeszcze jakieś nadzieje wobec naszej kariery szkolnej. - Na twarz George'a powrócił wyraz beztroskiej wyższości i porwał z talerza Rona kawałek ciasta.

- W takim razie napiszę jej o waszej bratniej duszy.

Stojący na końcu stołu dzban z sokiem dyniowym zadygotał nagle niebezpiecznie, a leżące przy bliźniakach sztućce uniosły się o pół cala, zanim opadły ponownie na stół ze zgrzytem. Po raz pierwszy, od kiedy Harry ich poznał, Fred i George wyglądali na osłupionych. Tym razem to twarz Hermiony wyrażała bezbrzeżny, nieco okrutny triumf.

Harry odruchowo spojrzał na nadgarstki bliźniaków. Już wcześniej zauważył, że zawsze je zakrywają, a Ron nie potrafił wyjaśnić mu powodu, ale nie byli jedynymi, którzy tak robili. Draco Malfoy też nigdy nie pokazywał swojego Znaku, chociaż Pansy Parkinson i pozostałe uczennice ze Slytherinu błagały go o to od pierwszego września.

- Nie będę pytał, jak się dowiedziałaś – powiedział w końcu cicho George zupełnie odmienionym głosem. - Ale to naprawdę...

- … to naprawdę cios poniżej pasa – dokończył za brata Fred, patrząc na Hermionę z wyrzutem. - Przecież wiesz, że i tak byśmy ci...

- … powiedzieli. Eliksir wyskokowy to nic innego jak rozpuszczony w alkoholu...

- … FreeSoul.

- FreeSoul? - Harry nie mógł się powstrzymać od zapytania, tak przyzwyczajony do powtarzania wszystkiego, czego nie rozumiał.

- Wolna dusza.

- Efesa.

- Feska.

- Nie mylić z Red Line.

- Ani z Soulstatine.

Harry poczuł pewną satysfakcję, bo przynajmniej to słowo znał. Pastylki dla ludzi, którzy nie mogli znaleźć bratniej duszy. Chciał dowiedzieć się więcej, Hermiona też wyglądała na osobę, której ciekawość nie została zaspokojona, ale kiedy tylko otworzyła usta, Fred i George wstali od stołu i ukłonili się jej nieco teatralnie.

- Dostałaś swoją odpowiedź – stwierdził gorzko George, klepiąc Gryfonkę po ramieniu; w jego geście nie było ani grama przyjacielskich uczuć.

- Mam nadzieję, że jesteś z siebie dumna – dodał Fred, po czym obaj odeszli, nie oglądając się na nich ani razu.

Tej nocy Harry dłużej niż zwykle nie mógł zasnąć, zastanawiając się nad tym, czym jest dusza czarodzieja i od czego ktoś chciałby ją uwolnić.


AN: Powoli zaczyna się objawiać moje farmaceutyczne zboczenie zawodowe, a będzie go tylko więcej.