Ostrzeżenie: To jest bardzo spokojny rozdział, w którym niewiele się dzieje, bo musiałam przedstawić parę osób („niestety" ten fik ma ogromną „obsadę"). Więcej odpowiedzi (i akcji) będzie w następnym rozdziale, który powinien być gotowy za kilka dni. W każdym razie, proszę nie bić.
--------//
-------//
Nessarose i Księga Kłamstw
Rozdział trzeci – „Kawa i garść wspomnień"
„ - Mogłabym być dobra – powiedziała, odchylając się do tyłu. – gdybym cię nie spotkała.
Jego uśmiech był drwiący i niemiły.
- Nie bądź niemądra. W życiu spotkałaś tysiące ludzi. Czemu to mnie miałaby przypaść cała wina?
Przyglądała mu się przez chwilę bez słowa, uważnie i beznamiętnie, jak jakiemuś robakowi ukrytemu pod szkłem.
- Nie wszyscy czują potrzebę kontrolowania wszystkich dookoła.
Jej mąż wyprostował się i nachylił w jej stronę. Ich twarze dzielił może centymetr odległości.
- Szukasz wymówek – powiedział jej tym samym głosem, którym kiedyś ją uwiódł. - Każda osoba, którą spotykamy to potencjalna zmiana, propozycja na przyszłość. Ale to ty, nikt inny, dokonujesz wyboru. I tylko siebie możesz winić za swoje błędy. "
Uri Hazel, „Małżeństwo, albo historia pewnej zbrodni"
11 lutego 1999, Grimmauld Place, Londyn
Przez całą drogę Hermiona biła się z myślami i im bliżej była celu, tym bardziej była przekonana, że popełnia błąd i natychmiast powinna zawrócić. Pewność dopadła ją jakieś pięć kroków przed ulicą, na której mieszkał Harry.
- Nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł – oświadczyła stanowczo, zatrzymując się na środku chodnika.
Chris obejrzała się za siebie i poprawiła plecak. Nie na wiele się to zdało, bo i tak zsunął się jej z ramienia niemal natychmiast.
- Ale dlaczego i o co chodzi właściwie? – zapytała, próbując zmusić plecak do trzymania się ramienia.
- Słuchaj, lubię Harry'ego, ale jestem zmęczona i chyba nie będę dziś dobrym towarzystwem – zaczęła Hermiona, przepraszającym tonem. - No i tak w sumie, to ja praktycznie go nie znam...
Plecak opadł na chodnik wydając z siebie dość dziwny dźwięk. Chris spojrzała najpierw na plecak, potem na Hermionę i zrobiła zrezygnowaną minę.
- Albo nowe ramie, albo nowy plecak – wymamrotała, podnosząc plecak z ziemi i chwytając go za rączkę. Tym razem nawet nie próbowała zarzucać go na ramię.
- Czy nikt ci jeszcze nie powiedział, że to byłoby o wiele prostsze gdyby ten plecak miał dwa ramiączka? – zapytała Hermiona, mierząc zdezelowany plecak niechętnym wzrokiem.
- Czy nikt ci jeszcze nie powiedział, że jak będziesz unikać ludzi, to się na pewno z nikim nie zaprzyjaźnisz?
Hermiona skrzywiła się nieznacznie.
- Jednak ktoś ci mówił. Kto?
- Pani MacGonagall – przyznała Hermiona bez entuzjazmu. - Moja...wychowawczyni.
- No i?
- No i podziękowałam jej za dobrą radę.
Uśmiechnęły się do siebie, jedna krzywo i ironicznie, druga ciepło i ze zrozumieniem. Chris zgubiła uśmiech i przyjrzała się Hermionie spod wpół przymkniętych powiek.
- Co?
- Nic – odparła Chris, kręcąc przecząco głową. – Tylko...
Znowu przerwała na chwilę, jakby zastanawiała się nad czymś poważnym.
- Nie chciałam ci o tym mówić, bo w sumie to...no, ale... Sprawa wygląda tak, że my tam idziemy nie tylko po to, żeby się najeść za wsze czasy. Idziemy tam też po to, żeby Harry nie miał czasu myśleć.
Przez chwilę panowała cisza. Chris patrzyła wyczekująco, a Hermiona gorączkowo usiłowała sobie przypomnieć, co takiego mogło się stać Harry'emu. Nic jej jednak nie chciało oświecić.
- Ta cholera Peter go rzucił – wyjaśniła w końcu Chris nie doczekawszy się zrozumienia ze strony Hermiony. - Coś na temat tego, że tak będzie dla nich obojga lepiej, ale jeśli mnie zapytasz o zdanie, to pewnie jest jakiś bardziej odpowiedni pan na horyzoncie. Musimy postawić Harry'ego na tyle na nogi, żeby nie zrobił nic głupiego, jak wreszcie się dowie, że jego niedoszłe szczęście pofrunęło w inne objęcia.
Hermiona nie mogła się oprzeć wrażeniu, że Chris nie miała najlepszego mniemania o swoim przyjacielu. Nie dość, że uznała, że chłopak rzucił go dla innego, to jeszcze była pewna, że Harry nie zareaguje na tą wiadomość spokojnie.
- To tym bardziej powinnaś iść tam sama – powiedziała w końcu, nie chcąc się wdawać w głębsze dyskusje. Nikt nie mógł od niej wymagać, żeby pocieszała chłopaka, o którym nawet nie wiedziała, że jest gejem. Przecież ona go widziała trzy, góra cztery razy. To trochę mało poważne. Chris miała na ten temat chyba inne zdanie, bo zaprotestowała dość gwałtownie i dość głośno.
- Właśnie, że nie – krzyknęła niemal, zwracając na siebie uwagę kilku niczemu winnych przechodniów. - Jak będę sama, to będzie kryzys i zgrzytanie zębów, a przy tobie, to on się będzie akurat na tyle pilnować, żeby się nie załamać.
Logika. Hermiona zawsze miała słabość do logiki. Logicznym argumentom trudno się oprzeć, bo ciężko w nich znaleźć błąd.
- Ale jak nie zadziała, to nie będzie na mnie – powiedziała w końcu, cały czas myśląc o tym, że ta cała wizyta najprawdopodobniej będzie straszną katastrofą.
- Pewnie, że nie – obiecała jej Chris, uśmiechając się promieniście.
Reszta drogi spełzła Hermionie nad zastanawianiem się, co ona tak właściwie robi, a Chris na długim monologu pełnym dygresji. Hermiona nie bardzo się temu wszystkiemu przysłuchiwała, traktowała to raczej jako element tła, wydając z siebie co jakiś czas odgłosy, które świadczyć miały o tym, że słucha niezmiernie uważnie.
Monolog urwał się jednak niespodziewanie i nagle zapadła cisza.
- To tu – oświadczyła Chris z trochę zbyt wielką satysfakcją, a Hermiona doszła do wniosku, że najwyraźniej dotarły tam, gdzie trzeba. A potem spojrzała na dom.
W pierwszej chwili pomyślała sobie, że ten, który wymyślił, że pomaluje dom na takie, a nie inne kolory, był najwyraźniej jakimś bardzo, ale to bardzo chorym na głowę daltonistą. Potem zastanawiała się przez kilka sekund jak to się stało, że Urząd Miasta wydał zezwolenie na ten rodzaj kolorystyki, a chwilę później zupełnie zapomniała o kolorach, bo wreszcie dostrzegła to, co ukrywało się pod nimi, czyli sam dom. Pierwsze skojarzenie zawiodło ją do czytanych w dzieciństwie historii o duchach i gotyckich domostwach. Drugie do Edgara Allana Poe. Trzecie do „Zagłady domu Usherów". W tym mniej więcej momencie uznała, że musi swoje zdumienie jakoś uzewnętrznić.
- Na Me...Matkę Boską, łaski pełną – powiedziała w przestrzeń, w ostatniej chwili zmieniając Merlina, na Matkę Boską, całkowicie świadoma, że brzmi jak osoba, która uciekła właśnie z epoki wiktoriańskiej.
- Ładne domostwo, co nie? – Chris chyba lubiła patrzeć jakie wrażenie robi na ludziach pierwsze spotkanie z tym domem, bo uśmiechała się od ucha do ucha. - Jak jakaś ilustracja do powieści gotyckiej pomalowana na kolorowo przez przedszkolaka.
Hermiona pomyślała, że jej ten dom przypominał raczej stary cmentarz, na którym wyżywała się banda chuliganów, mających dostęp do podejrzanie dużej ilości farby. Nagle coś ją tknęło.
- A Harry nie studiuje przypadkiem malarstwa? – zapytała, myśląc, że jeśli to jest dzieło Harry'ego, to przyjaciel Chris nigdy nie zyska sławy jako artysta. Tego była pewna.
- Grafikę, ale nie bój się, to nie jego dzieło – Chris machnęła od niechcenia ręką. - To Syriusz wyżywał się na gargulcach.
Hermiona spojrzała na wspomniane gargulce, które mieniły się wszelkimi kolorami tęczy.
- Syriusz? – zapytała, nie mogąc sobie przypomnieć kim ta osoba miałaby być.
- Matka, ojciec i starszy brat w jednym – wyjaśniła spokojnie Chris. - Wychowuje Harry'ego od dziecka. Formalnie to chyba jakiś daleki kuzyn jego matki.
- A co z jego rodzicami?
- Zginęli w wypadku samochodowym – powiedziała Chris, przybierając poważniejszy wyraz twarzy. - Tylko on przeżył. Została mu po tym wypadku taka śmieszna zygzakowata blizna.
Hermiona zmarszczyła brwi, przeglądając w pamięci folder mentalny oznaczony hasłem „Harry – wygląd".
- Nie pamiętam nic takiego.
Chris uśmiechnęła się szelmowsko.
- Ja się w ogóle dziwię, że ty cokolwiek zauważyłaś pod tymi włosami.
- Nie jest tak źle.
- Przekaże Harry'emu, że tak twierdzisz. Będziesz pierwszą osobą, która dostrzegła w jego fryzurze coś pozytywnego.
Chris odwróciła się do drzwi, złapała za ciężką, mosiężną kołatkę i energicznie zapukała do drzwi. Dźwięk, który się rozległ, był rodem z tanich horrorów puszczanych o nieziemskich porach, a Hermiona przyjrzała się bliżej kołatce. Miała kształt zwiniętego węża. Uroczo, pomyślała, usiłując odżegnać od siebie wszystkie skojarzenia ze Slytherinem, chociaż nie było to łatwe. Cały ten dom przypominał jej miejscami domy rodzin czystej krwi. Było w nim coś z gruntu podobnego, wbrew pozorom nie w gargulcach, ale raczej w układzie okien i specyficznej mieszance stylów architektonicznych. I czymś jeszcze, co Hermiona odbierała podświadomie, ale czego nie umiała nazwać po imieniu. Przeklęła w duchu moment, kiedy porzuciła „Magiczną architekturę" La Rosy na rzecz kolejnego tomu „Historii ustawodawstwa brytyjskiego". Teraz będzie ją to męczyć póki nie odgrzebie tej książki i nie znajdzie odpowiedzi.
Chris przerwała jej rozmyślania stukając do drzwi po raz kolejny, tym razem bardziej natarczywie. Echo wewnątrz domu znów dało o sobie znać, ale nikt na nie reagował na ten dość w sumie donośny dźwięk.
Hermiona miała właśnie zasugerować powrót do domu, kiedy Chris złapała za klamkę i otworzyła drzwi.
- Nie mają zamków?
Chris wzruszyła ramionami.
- Mówiłam Harry'emu ze trzy tysiące razy, że ktoś im w biały dzień cały dom wyniesie, ale Syriusz ponoć twierdzi, że żaden złodziej nie jest na tyle odważny, żeby się tu włamywać. Może i ma rację, bo jeszcze nie słyszałam, żeby im coś zniknęło.
Gdy już przekroczyły próg, Hermiona zaczęła rozglądać się po domu, usiłując to robić niezbyt ostentacyjnie. Wrażenie powinowactwa z magicznym światem uparcie dawało o sobie znać, chociaż Hermiona była pewna, że w najbliższej okolicy nie ma nawet skry magii. Tyle nauczono ją już rozpoznawać i jak wszystkie lekcje, także i tę Hermiona przyswoiła doskonale. Perfekcjonizm to choroba, męczący i wyczerpujący nawyk, a według niektórych nawet wada. Hermiona pamiętała jednak co powiedział jej kiedyś profesor Lupin, perfekcjonizm to coś, co może sprawi, że przeżyjesz tę wojnę.
Chris prowadziła ją przez zacienione, ale zadziwiająco czyste korytarze. Mijały rzędy masywnych, drewnianych drzwi i mnóstwo dziecinnych obrazków w kolorowych ramkach. W połowie drogi pojawił się odgłos jakiejś mgliście znajomej melodii i Chris ruszyła jej tropem jak myśliwski pies. Na końcu drogi znalazły dużą, przestronną kuchnię pełną sosnowych mebli, nie pasujących do siebie przedmiotów i muzyki płynącej z głośników. W powietrzu unosił się jakiś przyjemny zapach, a na środku pomieszczenia stał ciemnowłosy mężczyzna w wytartych dżinsach, przyglądający się piekarnikowi z dziwnym wyrazem twarzy.
Chris zatrzymała się i zapukała mocno w framugę.
- Dzień dobry, można?
Mężczyzna obrócił się gwałtownie w ich stronę. Miał może trzydzieści parę, góra czterdzieści lat, jasne oczy i odrobinę za długie czarne włosy. Był też, Hermiona ma ochotę kopnąć się mocno za tą nieproszoną myśl, całkiem przystojny.
- O, pasożyty przyszły – rzucił mężczyzna posyłając w ich kierunku rozbrajający uśmiech. – Jedną znam, ale kim jest ta druga?
Z każdym słowem zbliżał się coraz bardziej w ich stronę, aż w końcu stanął tuż przed Hermioną.
- To jest Hermiona Granger, moja współlokatorka – przedstawia ją Chris, a Hermiona miała nadzieję, że się nie rumieni.
Mężczyzna, Syriusz, Hermiona przymierzyła imię do twarzy, uśmiechnął się do niej, szczerze, ale z nutką ironii.
- Hermiona? Urocze imię.
O Boże, pomyślała Hermiona, teraz to na pewno się rumienię i on to widzi. Syriusz uśmiechnął się jeszcze szerzej, a gdzieś w tle Chris wydała z siebie dźwięk przypominający zduszony chichot.
- Dziękuję – odpowiedziała w końcu Hermiona, pomimo całego zmieszania. W końcu dobre maniery zobowiązują. – Miło mi pana poznać.
Syriusz skrzywił się lekko.
- Tylko bez pan, poproszę. Fakt, że Harry ma tyle lat, ile ma i tak sprawia, że czuję się jak przestarzały model.
- Model czego? – pyta Chris z zainteresowaniem i Hermiona po raz któryś pozazdrościła jej swobody, z jaką zawsze się nosiła. Nie bądź głupia, upomniała samą siebie.
- Mercedesa, a czego by innego – odpowiedział Syriusz, jakby droczył się z kimś w swoim wieku, a nie z dziewczyna o pokolenie młodszą. Jeśli zmrużyłoby się oczy, można to było nawet uznać za flirt.
Nagle Syriusz odwrócił się do Hermiony, jakby o czymś sobie przypomniał.
- Mam nadzieję, że ty się moją uwaga o imieniu nie przejmujesz, co? Bo ja tak zawsze. To w sumie nic groźnego, Chris może zaświadczyć.
- Zaświadczam – potwierdziła Chris z ciepłym błyskiem w oku. - Flirtuje ze wszystkim co się rusza i nic z tego nie wynika.
Syriusz przewrócił oczami.
- No dziękuję, pani.
- Zawsze do usług.
Lubili się, oceniła Hermiona, naprawdę. To całkiem miłe. Mili ludzie, miłe relacje, miły świat.
- Gdybym miała brać to do siebie, to nie od kogoś, kto nazywa się Syriusz – skomentowała nagle, zaskakując samą siebie.
- Racja – przyznał Syriusz i wymienił z Chris spojrzenia. Hermiona po prostu wiedziała, że ich treścią jest coś a'la „podoba mi się, możesz ją zatrzymać".
- A co do imienia, to cóż ja mogę powiedzieć. – Syriusz rozłożył bezradnie ręce. - Rodzice byli hippisami. Chcieli mieć tyle dzieci, ile gwiazd jest w galaktyce Oriona. Na szczęście im nie wyszło.
Zza muzyki dobiegł ich dźwięk stada słoni zbiegającego po schodach. Po chwili w drzwiach pojawił się Harry.
- O jesteś, te panie są do ciebie – poinformował go Syriusz.
Harry posłał im dość blady uśmiech.
- Ja idę do pani Khan pomóc jej przy montowaniu regałów. Obiad jest gdzieś tutaj, w okolicy patelni. Ciasto jest w lodówce, razem z paroma innymi rzeczami, które możecie zjeść. Aha, i przypilnuj, żeby Hermiona została nakarmiona, wygląda jakby byle podmuch mógł ją przewrócić.
Hermiona zmarszczyła brwi, usiłując zademonstrować swój sprzeciw wobec takich ocen, ale na nikim nie zrobiło to większego wrażenia.
- O.K.
Niemrawa odpowiedź najwyraźniej nie zadowoliła Syriusza.
- O.K.?
Harry westchnął ciężko.
- O.K. – powtórzył bardziej stanowczo. - Obiad na patelni, ciasto w lodówce, nakarmić Hermionę. Zrozumiałem.
Syriusz poklepał go po głowie, jak grzecznego pieska. Harry przewrócił oczami, ale nie skomentował tego zachowania.
- To bawcie się dobrze – rzucił im jeszcze na pożegnanie i zniknął za drzwiami.
Ktoś wydał z siebie niezbyt dyskretne chrząknięcie.
Hermiona wyrwała się z zamyślenia. Harry i Chris patrzyli na nią wyczekująco.
- Co?
- Nic – odpowiedziała Chris tonem sugerującym coś zupełnie przeciwnego. – Absolutnie nic.
11 lutego 1999, Londyn
Miał dwie godziny przymusowej przerwy. Jego przełożonej wystarczył tylko jeden rzut oka na jego podkrążone oczy i nieobecny wyraz twarzy, żeby uprzejmie, acz stanowczo wyprosić go z sali. Idź odpocznij, zdrzemnij się, napij kawy, zrób coś ze sobą, usłyszał, i wróć tak jakoś za dwie godziny. Nie miał więc w sumie innego wyjścia. Zarzucił wierzchnią szatę i wyszedł ze szpitala na ruchliwą ulicę. Przez chwilę stał bez ruchu usiłując zdecydować się, dokąd chce iść. Nic nie przychodziło mu do głowy. Miał za mało czasu, żeby wrócić do domu, za mało, żeby czymś się zająć, za mało, żeby rozważać spanie, godzinna drzemka. Jednocześnie jednak dwie godziny to trochę za dużo, żeby spędzić je stojąc przed szpitalem i wpatrując się w przestrzeń. Jego wzrok padł w końcu na szyld kawiarni po drugiej stronie ulicy. Wychodziło z niej właśnie dwóch Aurorów niosących dymiące kubki. Może napiję się kawy, pomyślał, i może przeczytam nawet jakąś gazetę.
Była to lokal nowego typu. Tradycyjne czarodziejskie kawiarnie miały ciemniejsze wnętrza i bardziej ruchliwą zastawę. Ogólnie przypominały raczej puby. Mugolskie trendy miały jednak zwyczaj przenikać do świata czarodziejów i pojawiać się w najmniej spodziewanych miejscach i tak cztery, pięć lat temu czarodziejskie kawiarnie zaczęły zmieniać się w jaśniejsze i bardziej eleganckie miejsca, które niewiele różniły się od swoich mugolskich odpowiedników. Tylko kawa była wciąż taka sama. Podawana w ciężkich kubkach, które same wracały do kawiarni po upływie doby i dla każdego inna, czuła na emocje, dzięki kropli eliksiru wynalezionego pod koniec XIX wieku przez genialnego mistrza eliksirów Erkharda. Podobno mugolskie kawiarnie miały na ścianach całe długie listy kaw do wyboru, w czarodziejskich obywało się bez tego. Każdy dostawał taką samą kawę. Wszystkie proporcje i dodatki, cukier, bita śmietana, smakowe syropy czy mleko, zmieniały się pod wpływem potrzeb i emocji klienta. W pewnym sensie każdy kubek kawy stawiał w kilka sekund profesjonalną diagnozę psychiatryczną. Potomkowie Mistrza Erkharda nadal zarabiali na tym wszystkim miliony.
Neville Longbottom zapłacił za swoją porcję kawy i spojrzał z ciekawością na swój kubek. Po chwili pojawiła się na nim prawdziwa góra bitej śmietany. Był niemal pewien, że w jego kawie będzie też dużo mleka i cukru. Mógł się tego spodziewać. Mijająca go czarownica w średnim wieku zerknęła na jego kubek, a potem poklepała go lekko po ramieniu. Zanim odeszła, wymamrotała jeszcze coś o biednym, młodym człowieku i Neville postanowił zaszyć się w jakimś dalszym zakątku kawiarni zanim ktoś inny uzna, że potrzeba mu pocieszenia. Wyśledził właśnie pusty, odosobniony stolik, kiedy usłyszał swoje imię.
- Neville? – młody mężczyzna siedzący kilka stolików dalej podniósł się z miejsca. – To ty?
- Neville zmarszczył brwi usiłując dopasować twarz mężczyzny do jakiegoś wspomnienia. Minęło kilka sekund nim jego zmęczony umysł połączył wszystkie kropki.
- Zachary – odpowiedział, uśmiechając się na tyle, na ile było go stać przy całym tym zmęczeniu. Dopiero teraz, gdy zobaczył Zachariasza Smitha pierwszy raz po niemal trzech latach, zdał sobie sprawę, że zdążył się stęsknić za rozmowami z tym wiecznie sceptycznym Puchonem.
- Wiedziałem, że to ty – oświadczył Zachariasz z satysfakcją. - Co tak stoisz? Siadaj.
Neville nie miał innego wyjścia, jak tylko dosiąść się do stolika, przy którym siedział Zachary.
- Nie byłem pewien czy to rzeczywiście ty, bo trochę się zmieniłeś
Neville przytaknął. Dość często ostatnio to słyszał. Większość jego starych znajomych najwyraźniej spodziewała się, że zostanie pucułowatym, niskim dzieciakiem do końca życia.
- Wyglądasz na zmęczonego – usłyszał po chwili.
Przez chwilę zastanawiał się co odpowiedzieć.
- Bo jestem zmęczony – odpowiedział w końcu wprost. – Pracuję w Świętym.
- Walentym, Mikołaju..?
Neville uśmiechnął się lekko.
- Przepraszam, przyzwyczaiłem się do tego ich miedzyszpitalnego żargonu. Pracuję w szpitalu St.Mungo – Zachariasz odruchowo zerknął przez szybę w stronę rzeczonej instytucji. - Właśnie mam przerwę.
- No tak, podejrzewam, że wy tam ostatnio macie całkiem sporo roboty. – Zachary odwrócił się z powrotem w stronę Neville'a. – Nie przypuszczałem, że zostaniesz uzdrowicielem – dodał, po chwili namysłu. - Celowałem gdzieś w stronę zawodu bardziej bezpośrednio związanego z roślinami.
To też słyszał całkiem często. Chór zdziwionych głosów informujących go o tym, że nigdy nie przypuszczano, że Neville Longbottom, szkolna ciamajda nr 1, mógłby pracować w tak odpowiedzialnym zawodzie. Nigdy nie należał przecież do tych dobrze rokujących na przyszłość. Powstrzymał się jednak przed rzuceniem jakiejś ostrej odpowiedzi. Zachariasz nie miał nic złego na myśli. Neville znał go na tyle, żeby być tego pewnym. Należał do tych niewielu ludzi, z którymi Neville dobrze dogadywał się w szkole. Jednym z tych niewielu, którzy mieli w ogóle dla niego czas.
Neville przyjrzał się swoim dłoniom. Powiedzieć czy nie powiedzieć? A jeśli powiedzieć to ile?
- Pamiętasz jak na herbologii wyszło kiedyś, że potrafię jakoś wyczuć, która roślina uschnęła na dobre, a która jeszcze odbije?
- Pamiętam, Sprout była zachwycona. Wróżyła ci błyskotliwą karierę.
Neville upił łyk kawy. Niech będzie prawda. Cała. I tak nie miał siły na wymyślanie kłamstw.
- No i miałem tę karierę robić, ale po tym jak Śmierciożercy znów się pojawili, przyszła do mnie pewna kobieta. Danielle Clifford.
- Dyrektora St.Mungo – dopowiedział Zachariasz.
- Właśnie. Słyszała o moim tzw. „talencie" i chciała sprawdzić czy potrafiłbym czytać ludzi, tak jak czytam rośliny.
Zachariasz przyjrzał mu się spod przymrużonych powiek. Neville zastanawiał się, czy widać po nim jak źle się z tym wszystkim czuje. To nie był jego wymarzony ogród na odludziu, to było coś zupełnie innego.
- Potrafisz – stwierdził w końcu Zachariasz. Było w jego tonie coś dziwnego.
- Wiesz, jak teraz jest – zaczął Neville, czując, że musi się wytłumaczyć. - Oni z niczym już nie nadążają. Jeden atak Śmierciożerców i nagle cały szpital jest pełen śmiertelnie rannych osób. A uzdrowicieli wcale nie przybywa. Wykształcenie jednego z nich zajmuje przynajmniej pięć lat, więc...
- Merlinie...- Zachary przeczesał palcami włosy. Zbladł lekko na twarzy. - Ty im mówisz kogo można jeszcze ocalić, a kogo ...
Neville przytaknął, dziwnie uspokojony. Mógł się spodziewać, że Zachary zrozumie i że nie będzie próbował sądzić, choć może powinien. Istniał przecież powód, dla którego o tym, co on naprawdę robi w St.Mungo wiedziało tylko kilka osób.
- Wiem co sobie myślisz. To trochę okrutne.
- Ja...- Zachary zawiesił głos, patrząc na niego trochę bezradnie.
- Ja się zgadzam– powiedział Neville wpatrując się beznamiętnie w swoją kawę. - Tylko, że czasami po prostu tak jest lepiej. – Pod górą bitej śmietany ukrywała się blada mocha z dodatkami. Neville nie był pewien czy w jego kawie została w ogóle jeszcze jakaś kawa. Zastanawiał się, co to oznacza. - Statystyki nie kłamią. Podobno teraz przeżywa więcej osób, bo...
- Nie marnują czasu? – zaproponował Zachary.
- Strasznie to brzmi, co?
- Owszem – usłyszał Neville. Czekał na coś jeszcze, ale nic więcej nie nadeszło. Przez chwilę obaj patrzyli mierzyli się wzrokiem ponad wypolerowanym blatem stołu. Neville nie umiał powiedzieć, co Zachary o tym wszystkim sądzi. Miał nadzieję, że nie było w tym wszystkim niechęci.
Nie ważne, pomyślał, nie można zmusić ludzi do mówienia. A własne sumienie i tak wystarczająco mi dokucza.
Wziął głęboki oddech.
- A w między czasie pomagam uzdrowicielom – powiedział, zmieniając ton na lżejszy i upijając trochę ze swojej nieprzyzwoicie jasnej kawy. - Sporo się uczę. Pomagam ludziom. A co u ciebie?
Zachary sięgnął po swój kubek.
- W sumie nic nowego.
Neville zmarszczył lekko brwi.
- Wiem, że to koszmarne, ale ja zupełnie nie pamiętam, gdzie pracujesz.
Zachary upił kolejny łyk i odstawił kawę na stół. Usta ułożył w lekko ironiczny uśmiech.
- Może dlatego, że ja ci nigdy nie powiedziałem, gdzie pracuję.
- To może być to – przytaknął zgodnie Neville, obserwując uważnie jak Zachary bije się z myślami.
- Niewymowni – powiedział w końcu, a Neville odchylił się lekko do tyłu na krześle.
Niewymowni. Najbardziej tajemnicza grupa zawodowa w czarodziejskim świecie. Widywał ich czasem w szpitalu, chociaż rzadziej niż Aurorów, których na każdym oddziale zawsze było przynajmniej kilku. Ostatnio wszędzie było ich pełno. Patroli za oknami i rannych w szpitalach. Tylko, że Aurora można było rozpoznać na pierwszy rzut oka, a Niewymowni ukrywali się zazwyczaj w tłumie, a gdy trafiali do szpitala, wtedy najczęściej nie było już dla nich ratunku. Czymkolwiek się dokładnie nie zajmowali, musiało to bardzo doskwierać Śmierciożercom, bo jeszcze nie widział Niewymownego, który umarł by od jednego zaklęcia. O nie, oni do szpitala trafiali zawsze z ranami po wielogodzinnych torturach.
- Nie wyglądam? – zapytał Zachary, mylnie interpretując milczenie Neville'a.
- Z nas dwóch to ty chyba lepiej wiesz, jak Niewymowni wyglądają.
- No, w sumie – przyznał Zachary. - W każdym razie, sam rozumiesz, że o mojej pracy sobie raczej nie porozmawiamy.
- Ale coś się chyba poza pracą u ciebie dzieje, co?
Reakcja na to pytanie była bardzo interesująca. Zachary spuścił głowę i zarumienił się jak podlotek. Neville nie widział czegoś takiego od czasu, gdy trzynastoletni Zachry zadurzył się po uszy w starszej o trzy lata Angelinie.
- Masz kogoś – powiedział, dziwnie zadowolony. Prawie tak, jakby sam był zakochany.
Zachary spojrzał na niego i uśmiechnął się, lekko zażenowany. Neville pomyślał, że to niesamowite, że coś dobrego dzieje się jednak na świecie w tych czasach. Pomimo wszystko. To pocieszające, że w środku tej całej historii można po prostu wyjść i się zakochać. A potem zachowywać się jak uczniak i rumienić bez przyczyny.
- Kto to? – zapytał w końcu, trochę nawet zbyt ciekawy. Chciał wiedzieć więcej. Dotknąć tego zwyczajnego świata i zabrać jego część ze sobą. - Znam ją?
- Pamiętasz Lunę?
Oczywiście, że pamiętał. Gdy się raz poznało Lunę, to potem ciężko było ją zapomnieć.
- Lovegood?
Zachary przytaknął.
- Spotkałem ją na jednym z tych idiotycznych przyjęć upamiętniających zwycięstwo nad Grinwaldem. Okropne nudy.
Neville nie mógł się nie zgodzić.
- Byłem na jednym dwa lata temu. Usnąłem na piątym przemówieniu.
- Dużo nie straciłeś. Nie wiem kiedy oni wreszcie wpadną na to, że po trzech godzinach wysłuchiwania tego podnoszącego na duchu bełkotu to nikomu się już nie chce tańczyć.
Wymienili pełne zrozumienia spojrzenia. Przyjęcia upamiętniające zwycięstwo nad Grinwaldem były wręcz legendarne. Propagandowa machina, którą Ministerstwo puściło w ruch kilka lat temu była absolutnie pozbawiona finezji. Zamiast rozsądnej odpowiedzi na hasło powrotu do tradycji, którym szafowała strona Voldemorta, Ministerstwo oferowało nudne wykłady, pełne pompy przyjęcia i gloryfikację dawnych zwycięstw. Nie przeszkadzało im nawet to, że Dumbledore kategorycznie odmawiał brania udziału w tej szopce. Po prostu świętowali dalej zwycięstwo, bez człowieka, który im je zapewnił.
- W każdym razie zostałem tam zaciągnięty przez Katie Bell, która nie miała z kim iść – dodał Zachary, przerywając Neville'wi rozmyślania. - Luna siedziała prawie dokładnie przede mną, ale szczerze mówiąc na początku w ogóle jej nie zauważyłem. I nagle, w samym środku jednego z tych przemówień, odwróciła się do mnie, taka ładna, drobna, długowłosa blondynka, i posłała mi czarujący uśmiech.
Jakby w odpowiedzi, Zachary uśmiechnął się sam do siebie z całkowicie rozmarzoną miną. Po chwili jednak otrząsnął się i wrócił do tematu.
- A potem powiedziała, że czerwony to dla mnie kolor śmiertelny i odwróciła się z powrotem. Tak po prostu.
No tak, Luna jak to Luna. Neville do tej pory pamiętał jak podczas Turnieju Trójmagicznego wmówiła wszystkim, z Cedrykiem włącznie, że jednym z zadań będzie walka z armią zmutowanych zombich. Jej argumenty nie były może strasznie przekonujące, ale niezwykle sugestywne, a reszty dokonała bardzo ludzka skłonność do plotkowania. W efekcie Cedryk był jedynym z zawodników, który poczuł ulgę, gdy okazało się, że ma się zmierzyć jedynie ze zwykłym smokiem.
- Najlepsze, że zajęło mi dobre piętnaście minut dojście do tego skąd ja ją znam – powiedział Zachary, jakby w odpowiedzi na rozmyślania Neville'a. - To nie było aż takie oczywiste.
- Bardzo się zmieniła?
- Wyładniała.
Rumieniec pojawił się ponownie. W trochę bardziej bladej wersji, ale nadal rozpoznawalny. Neville uśmiechnął się wyrozumiale.
- Zawsze była ładna.
- Ale teraz jest piękna – oświadczył Zachary stanowczo, a potem najwyraźniej dotarło do niego, co powiedział, bo schował głowę w dłoniach. - Rany, źle ze mną, co?
Neville roześmiał się.
- Nie. Tak. Może. Nie wiem, ale to całkiem urocze.
Zachary wydał z siebie niezbyt cichy jęk.
- Jeszcze lepiej. Teraz jestem uroczy. Tylko tego mi brakowało.
Neville postanowił się nad nim zlitować.
- Powiedz mi lepiej jak przeszedłeś od zabójczych kolorów do sfery romantycznej.
Zachary wyjrzał zza dłoni.
- Jak już doszedłem do tego, że to była Luna, a gość przestał gadać, podszedłem do niej i zapytałem o co jej chodziło. Oczywiście niczego się nie dowiedziałem. – Nie wyglądał, jakby ten fakt mu przeszkadzał. - Powiedziała mi mnóstwo różnych rzeczy, z których nic absolutnie nie wynikało, zatańczyliśmy ze trzy razy, poznałem ze trzysta teorii spiskowych. A potem Katie zrobiła mi awanturę i wróciliśmy do domu.
Neville odczekał chwilę, ale Zachary chyba zamilkł na dobre.
- I... – zaproponował, czując się trochę jak uczestnik zebrania małomiasteczkowych plotkarek.
- I na tym miało się skończyć - dokończył za niego Zachary. – Tylko, że jakoś ciągle wracałem myślami do tych wszystkich idiotycznych teorii, a Katie i ja coraz częściej się kłóciliśmy. Jedno z drugim nie miało chyba wiele wspólnego, ale nigdy nic nie wiadomo. Nadchodziły jej urodziny i postanowiłem ją przebłagać jakimś drogim prezentem i romantyczną kolacją.
- Naiwniak.
- Mądrala. No ale akurat tu masz rację – przyznał Zachary niechętnie. - Krótko rzecz ujmując, prezent był mocno nie trafiony, choć nadal nie mam pojęcia czemu. Wyrzuciła mnie z domu, tak jak stałem, na deszcz. Bez różdżki.
Neville uniósł lekko brwi. Jego doświadczenie w kwestiach damsko-męskich mogło być znikome, ale nawet on wiedział, że kobiety nie robią takich scen zupełnie bez powodu.
- Coś ty jej kupił?
- Sukienkę – odparł Zachary tonem kogoś, kto nigdy nie zrozumiał o co chodziło. - W sklepie powiedzieli, że to szczyt marzeń każdej kobiety. Kosztowała mnie pół pensji.
Przez chwilę obaj kontemplowali tę tajemnicę w milczeniu.
- W każdym razie, kiedy tak szedłem ulicą i mokłem w najlepsze – wznowił po chwili Zachary - znowu spotkałem Lunę. Miała parasolkę i dodatkowe wiadomości na temat najnowszych teorii spiskowych, a dalej już jakoś poszło.
- A dokąd doszło?
- Dotąd, że zastanawiam się ostatnio, czy nie poprosić jej o rękę.
On nie mógł nawet znaleźć dziewczyny, która zechciałaby pójść z nim na randkę, a Zachary miał zamiar się żenić. Rany.
- To daleko – skomentował w końcu.
Zachary przytaknął energicznie.
- Myślisz, że popełniam błąd?
Pytanie było dość zaskakujące. Neville przyjrzał się Zachary'emu podejrzliwie,
- Czemu mnie pytasz?
Zachary utkwił wzrok w prawie pustym kubku.
- Niektórzy twierdzą, że Luna jest szalona.
Gdzieś za tym zdaniem kryła się jakaś długa i mało przyjemna historia. Neville był pewien, że ta historia była pełna krewnych o dobrych chęciach, znajomych oferujących dobre rady i wszystkich innych ludzi, którym wydawało się, że wiedzą lepiej. Nigdy nie rozumiał skąd bierze się w ludziach to przekonanie, że oni wiedzą najlepiej, co dla kogo dobre.
- A co ty myślisz?
- Myślę, że ona jest niezwykła – powiedział Zachary patrząc na Nelville z wyrazem twarzy, który nadawał mu wygląd osoby czekającej na wyrok.
- Jedyna w swoim rodzaju? – zapytał z uśmiechem i dozą aprobaty.
Zachary wziął głęboki oddech i odwzajemnił uśmiech. Miał właśnie coś powiedzieć, kiedy zobaczył coś za plecami Neville'a i rozpromienił się, jak, nomen omen, dotknięciem magicznej różdżki.
- O wilku mowa – powiedział.
Neville odwrócił się i szybko odnalazł ją w tłumie. Zmieniła się, to prawda, wyrosła i wydoroślała, ale z drugiej strony, nadal była sobą, nadal Luną. Jej zielone palto było mugolskie, ciemnofioletowa szata czarodziejska. W pasie przewiązała się łańcuchem, na którym wisiało chyba ze sto kluczy różnej wielkości i odcieni. Kiedy się poruszała, klucze dzwoniły, wydając z siebie nieprzyjemny dźwięk. Neville był pewien, że gdyby ją o to zapytać, miała by jakieś wytłumaczenie na to, czemu nosi ze sobą ten ogromny zbiór kluczy. Był też przekonanie, że dla większości osób to wytłumaczenie nie maiłoby najmniejszego sensu. Zmieniła się, ale nadal był sobą. Może włosy nosiła dłuższe niż kiedyś, ale ludzie zerkali w jej stronę z tą samą konsternacją.
- Neville – powiedziała, gdy oderwała wzrok od twarzy Zachary'ego.
Neville uśmiechnął się do niej, uznając, że inna odpowiedź nie jest konieczna. Luna usiadła na krześle obok Zachary'ego i ścisnęła krótko jego dłoń.
- Cieszę się, że wybraliście chryzantemy – powiedziała nagle, odwracając się w stronę Neville'a. - O wiele bardziej pasują do Margaret.
Jakie chryzantemy? Jaka Margaret? Zachariasz spojrzał na niego z mieszaniną lęku i nadziei. Luna przyglądał się mu wyczekująco. Za oknem patrol Aurorów minął kawiarnię i zniknął za rogiem.
- Chryzantemy symbolizują miłość, prawdę, ale też radość odczuwaną nawet w złych czasach. Wydawało mi się, że to odpowiedni wybór - powiedział, bo nic go to nie kosztowało, a Zachary, który zaoferował mu przyjaźń, gdy nikt inny nie był zainteresowany, potrzebował kogoś, kto zaakceptuje jego wybór.
Luna rozpromieniła się, przytakując jego słowom, a Zachariasz posłał mu wdzięczne spojrzenie. Neville pomyślał, że wbrew temu co się niektórym mogło wydawać, pewnego dnia z tej dwójki będzie całkiem dobre małżeństwo.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, wdychając unoszący się między stolikami zapach kawy i przysłuchując się cudzym rozmowom. W pewnym momencie Neville zajrzał do kubka Luny. Piła coś, co wyglądało na herbatę. Ciekawość wzięła górę.
- To herbata? – zapytał.
Luna przytaknęła, jakby nie była jedyna osobą, która w miejscu gdzie podają tylko kawę dostaje kubek pełen herbaty.
Neville złapał wzrok Zachary'ego i uśmiechnął się lekko. Zegar na ścianie powiedział mu, że ma jeszcze godzinę wolnego. Spędzi ją z tą niedobraną parą zakochanych. Ze Sceptykiem i Wariatką. Popatrzy trochę na ich szczęście i będzie się dobrze bawił.
10 lutego 1999, Malfoy Manor
Wszystkie dni Narcyzy Malfoy były do siebie podobne. Jej świat zaczynał i kończył się na Malfoy Manor. Bywały okresy kiedy nie zapuszczała się dalej niż do ogrodów i znikała w ogóle z widoku opinii publicznej na miesiąc lub dwa. Potem pojawiała się w towarzystwie męża na jakimś przyjęciu, gdzie jej obecność była wymagana i znów zaszywała się w domu.
To do jej obowiązków należało dbanie o to, żeby życie rodziny Malfoyów przebiegało bez najmniejszych zgrzytów. Wszystko musiało chodzić jak w zegarku. Nie było miejsca na pomyłki. Posiadłoś Malfoyów była jednym z największych domów w całej Anglii, a każda z trzystu sypialni musiała być nieustannie gotowa na przybycie gości. Każdy pokój, salon i książka w bibliotece musiała być odkurzona, a każda mosiężna klamka wypolerowana. Dom miał błyszczeć. Zawsze, bez wyjątków. Lucjusz nie uprzedzał jej nigdy o swoich planach, dlatego musiała trzymać skrzaty domowe żelazną ręką i nie tolerowała pomyłek. Na szczęście Elladora Black nie miała monopolu na odcinanie skrzacich głów.
Na obowiązki Narcyzy składało się mnóstwo drobiazgów. Malfoyowie mieli wielu przyjaciół i jeszcze więcej wrogów. Utrzymywali ogromną sieć kontaktów z czarodziejami z całej Europy. O te wszystkie znajomości trzeba było dbać. Trzeba było pamiętać o urodzinach, rocznicach, wszystkich większych świętach, trzeba było pamiętać, co komu można przesłać i czego absolutnie nie można komuś życzyć. Trzeba było umieć starannie balansować pomiędzy kurtuazją, a oschłością i pod żadnym pozorem nie można było dać się wciągnąć w coś, czego można by później żałować. Trzeba było umieć obiecywać niewiele i dostawać dużo więcej, oddawać małe przysługi i zastawiać dyplomatyczne pułapki na tych, którzy nie poruszali się w tych arystokratycznych meandrach z równą łatwością.
Od dwudziestu lat Narcyza Malfoy prowadziła rodzinną korespondencję, zbierała informacje i wynajdowała przydatnych informatorów. Opłacała małą armię szpiegów i podtrzymywała korzystne dla rodziny znajomości, chociaż większości ludzi, z którymi miała kontakt serdecznie nie znosiła. Każdego ranka zanim zasiadła do śniadania przechadzał się po posiadłości, wchodząc do każdego pokoju po kolei i szukając niedoskonałości. Po śniadaniu sprawdzała stan zaopatrzenia, sporządzała listę dodatkowych zakupów i odnawiała zaklęcia konserwujące w spiżarni. Musiała w każdym momencie być przygotowana do wystawienia bankietu dla kilkuset osób i nie było nawet mowy o jakiejkolwiek porażce. Lucjusz nie tolerował pomyłek. Ona z resztą też.
Przed obiadem przeprowadzała też inspekcję ogrodów rozciągających się wokół posiadłości i doglądała zwierząt, szczególnie tych bardziej niebezpiecznych, które Lucjusz tak lubił i które szczególnie łatwo było zaniedbać. Popołudniami czytała wszystkie listy, które nadeszły danego dnia i dzieliła je na te, którymi powinien zająć się Lucjusz i te, z którymi może rozprawić się sama. Pisała odpowiedzi i zostawiała mężowi miejsce do podpisu. Przeglądała dokumenty dostarczone przez dzierżawców, przeliczała rachunki i sprawdzała czy wszystko się zgadza. Do tej pory pamiętała w jaką wściekłość wpadł Lucjusz, gdy okazało się, że jeden z ich dzierżawców ich oszukiwał, a ona tego nie zauważyła. Miała po tym bliznę na pamiątkę.
Co dwa tygodnie przychodziła do niej krawcowa z propozycjami nowych szat. Narcyza zmieniała strój trzy razy dziennie, do każdego posiłku, niezależnie od tego czy jej mąż przebywał aktualnie na terenie posiadłości czy poza krajem. Bardzo często nie widywała go tygodniami, ale mimo to do każdego samotnego posiłku zasiadała wystrojona od stóp do głów. Lucjusz dał jej jasno do zrozumienia, że jego żona ma wyglądać odpowiednio zawsze i wszędzie.
Wieczorami schodziła do sali balowej, zdejmowała ze ściany zakrzywiony miecz i tańczyła z nim szorę do momentu, kiedy zmęczenie zaczynało plątać jej nogi i cała sprawa robiła się niebezpieczna. To była chyba jej ulubiona część dnia, znajoma, powtarzalna i kojąca. Towarzyszyła jej od dzieciństwa, od momentu, kiedy zaprowadzono ją jako czterolatkę do Haleh, pierwszej kobiety, która tańczyła szorę i najlepszej nauczycielki w Anglii. Na początku nie cierpiała tego tańca, jego rygorystycznych wymogów i precyzji ruchów, bo dla małej dziewczynki, która nadal czasami potykała się o własne nogi, ta dokładność była nieosiągalna. Ale ćwiczenia i wytrwałość czynią cuda i Narcyza nauczyła się w końcu wykonywać wszystkie ruchy bez błędów. I ćwiczyła dalej. Od dwudziestu dziewięciu lat niezmiennie te same układy, każdego dnia. Utrzymywały ją w formie i pomagały tłumić magiczny głód. Od dnia swojego ślubu Narcyza nie używała praktycznie swoich magicznych zdolności. Z jej magii korzystał wyłącznie Lucjusz, ona nie potrzebowała jej zbyt wiele. Tylko, że gdy raz zacznie się używać magii, wtedy nie można tak po prostu jej porzucić. Magia jest trochę jak narkotyk, bo wykształca w ludziach uzależnienie, ale na szczęście przypomina też zwykłą ludzką obsesję, którą można częściowo wytłumić i zastąpić ją czymś innym. Najlepiej czymś kreatywnym, tworzeniem czegoś, nie ma znaczenia czego, ewentualnie intensywnymi ćwiczeniami fizycznymi. Z jakiegoś powodu skupienie się na jednej z tych czynności i wracanie do niej regularnie pomagało ukoić magiczny głód.
Narcyza wiedziała sporo na temat głodu i jeszcze więcej na temat zamykania się we własnym świecie. Od lat codziennie wieczorem odtwarzała taniec starszy od niej o stulecia i zatracała się w znajomej strukturze kroków. W środku tego wszystkiego odnajdywała za każdym razem puste, ciche miejsce, w którym nie liczyło się nic poza tu i teraz. Nie było wielkiego domu, niekończącej się listy zadań, nie było nieszczerych uśmiechów, nie było męża, ani syna, którego ostatnio ledwo rozpoznawała. Nie było nic.
Narcyza Malfoy tańczyła szorę, a świat dookoła niej przestawał istnieć.
Rankiem wstanie, otrząśnie się i wybierze się w odwiedziny.
Irma Black chciała ją zobaczyć nim pożegna się z tym światem i odejdzie poza góry i świetlisty las. Narcyza nie wiedziała jeszcze, co z tym zrobi. W powietrzu wyczuwała jakąś zmianę, ale nie umiała określić czego miałaby ona dotyczyć.
Nieważne. Poczeka.
Ma czas. Ma cierpliwość. Ma szorę, miecz, swój puste, ciche miejsce oraz pazury, które pokaże jeśli będzie trzeba.
c.d.n.
