EPILOG
Pomadka była krwiście czerwona. Krwiście. Uśmiechnęła się na to słowo, a potem pociągnęła usta szminką. Po raz trzeci. I tym razem także nie wyszło. Przeklęła, wycierając wargi kątem dłoni, która była już czerwona. Nie szkodzi. Będzie próbowała do skutku. Przecież nigdy się nie poddawała. Nawet kiedy coś było naprawdę beznadziejne. Chociażby jak na przykład jej próby uwiedzenia Damiena Connora.
Młodszy brat generała Connora miał najpiękniejszą twarz, jaką kiedykolwiek widziała u mężczyzny. W parze z jego przystojnym obliczem szło niesamowite ciało. Miała je. Jego ciało. Wiele razy. Ale nie duszę.
Znowu przeciągnęła pomadką po górnej wardze. Chyba wyszło dobrze.
Kochał tą Ericę Williams. Dziewczynę z metalowymi wstawkami, której miał już nigdy nie zobaczyć. Mówiła mu, że jest głupi, że nie warto żyć marzeniami, ale on tylko się uśmiechał.
- Cholera – syknęła, kiedy wyszła poza kontur dolnej wargi. Ostrożnie zmazała czerwień z brody.
A potem nagle przestał z nią sypiać. Coś odkryli. On i jego cholerny brat. Wiedzieli coś nowego.
Odtrącił ją! Żaden mężczyzna wcześniej tego nie zrobił.
Cmoknęła, patrząc w swoje odbicie. Zbliżyła do lśniącej tafli twarz i pocałowała ją.
Musiał zostać za to ukarany. Tak właśnie powiedziała Charlesowi Fisherowi, a on odparł jak zwykle:
- Tak, córeczko.
- Ma cierpieć – rzuciła wtedy. – I ma o niej zapomnieć.
Jej ojciec uśmiechał się drapieżnie, kiedy wspomniała mu o tym, że Damien nie ma żadnych blizn.
- Będzie miał – zapewnił ją. – Całą kolekcję.
Usłyszała kroki za drzwiami.
- Wejść! – rzuciła, przeglądając zawartość skradzionej z sąsiedniego pokoju kosmetyczki.
Zawiasy skrzypnęły.
- Czego chcesz, Sam? – mruknęła, odkręcając tusz do rzęs.
- Gdzie blaszak? – Mężczyzna wszedł do pokoju. Był wysoki i dobrze zbudowany. Jego zielone oczy błyszczały, kiedy patrzył na kobietę.
- W łazience.
- W łazience? – Spojrzał w głąb pokoju; od razu dostrzegł nieruchomy kształt na podłodze. Terminatorka – a raczej jej pocięte kawałki - leżała do połowy na niebieskich kafelkach. – Kurwa, Jane! Musiałaś ją załatwić?!
- Poradzimy sobie bez niej. – Zaczęła nakładać cień na powieki.
- Jasne. – Sam wbił ręce w kieszenie spodni, które były na niego zdecydowanie za małe.
- Nago wyglądasz lepiej – rzuciła.
- Eddie chce nas widzieć. Całą czwórkę. Chodź.
- Zaraz. – Pomalowała drugie oko i poszła za mężczyzną. Na korytarzu przeszła nad ciałem martwej kobiety. Z jej poderżniętego gardła krew nadal sączyła się na podłogę.
Resztę zastali w barze w drugim skrzydle motelu.
Jane usiadła obok Grega, który bawił się nożem myśliwskim.
- Fajne malunki – mruknął, pokazując ostrzem na jej twarz.
- To makijaż, debilu – syknęła.
- Zamknąć się. – Eddie Bradley uderzył pięścią w stół. – Gdzie blaszanka?
- Jane ją załatwiła – poskarżył Sam; wspomniana posłała mu wściekłe spojrzenie.
- Poradzimy sobie bez niej. – Potarł policzek; jego sztuczne, elektroniczne oko przez chwilę było utkwione w ustach Jane. – Chociaż odnalezienie Connorów zajmie nam teraz więcej czasu.
- „Mobilnego" SKYNETu tak samo – dopowiedział drobny chłopak z ciemną, opadającą na oczy grzywką.
Sam podniósł do góry ramię niczym grzeczny uczeń. Bradley zmarszczył brwi.
- Dasz nam trzy dni wolnego, szefie? Chcemy zaszaleć. – Reszta pokiwała głowami.
- Trzy dni – rzucił twardo po chwili milczenia. – Ani sekundy dłużej.
Kolejna ręka wystrzeliła w górę. Tym razem pytanie miał ogolony na krótko młody mężczyzna z wyglądem wojskowego kadeta.
- Michael?
- Można kogoś zaklepać? Bo ja chcę Williams. Zabijanie cyborgów jest nudne. Nie ma krwi. – Oblizał się z uśmiechem na wargach.
- To dla mnie Lightwood – rzucił beztrosko Sam. – Kogo bierzesz, Jane?
- Connora. Albo nie. Chcę obu. – Uśmiechnęła się szeroko. – Obu braci.
- Zachłanna jesteś – mruknął Bobby.
- Bardzo możliwe – odparła; uśmiech nie schodził z jej twarzy.
Zamknęła krzywo pomalowane oczy. Jeszcze nauczy się robić porządny makijaż. Tak, jak nauczyła się wielu innych rzeczy. Tak, jak nauczyła się torturować i zabijać, które to umiejętności miała zamiar wkrótce wykorzystać. Z rozdrażnieniem przypomniała sobie, że Ericę zaklepał sobie Michael. Spojrzała na mężczyznę spod pociągniętych czarną mascarą rzęs. Kto pierwszy, ten lepszy, pomyślała.
Ukaże ich. Znowu przegrają. Tak już chciało przeznaczenie, a Jane Fisher wierzyła w przeznaczenie. Wierzyła całym sercem.
Całym sercem?, roześmiała się w duszy. Jakim sercem?
KONIEC CZĘŚCI SZESNASTEJ
KONIEC SEZONU PIERWSZEGO
