- Nadszedł więc czas na drugą walkę! - Zakrzyknął Guy entuzjastycznie. Shane przytaknął mu, wciąż zielony na twarzy. Jego towarzysz miał entuzjazmu za nich dwóch. - Pirat skrzyżuje ostrza z korsarzem! Odwieczna walka tych dwóch podobnych, ale jednak różnych profesji!
- Proszę państwa - Jacklynn Bloodbane kontra Nicolas Sharp. - Mruknął Shane. Na twarz powoli wracały mu kolory. Odpowiedziały mu uprzejme oklaski. Pierwsza pojawiła się Jackie: Czarna kotka o czarnych, lekko kręconych włosach i dużych, zielonych oczach. Ubrana była w płócienną koszulę, czarne spodnie, takież buty kończące się nieco przed kolanem. Za pas zatknięte były dwa noże, zaś obok przytroczona była szabla. Na szyi spoczywała czerwona chustka.
Tuż za nią pojawił się jej adwersarz, Nicolas Sharp. Był on dobrze zbudowanym, choć chudym mężczyzną o brązowych włosach spiętych w kucyk i mętnych oczach. Na twarzy miał parodniowy zarost. Ubrany był podobnie jak Jackie - Płócienna koszula, czerwone skórzane spodnie oraz buty do kolan. Za pas zatknięty był pistolet, zaś obok - Szpada.
Przeciwnicy stanęli naprzeciw siebie. Zabrzmiał gong. Żadne z nich jednak nie ruszyło się z miejsca. Sharp ukłonił się swojej przeciwniczce dwornie.
- A więc to ciebie zwą Jacklynn Bloodbane. - Stwierdził, uśmiechając się lekko. - Cóż, będę zaszczycony nobilitacją zmierzenia się z tobą w pojedynku.
- Bez wzajemności, kaprze. - Parsknęła kotka, marszcząc nos. - Wy, parszywe sprzedawczyki pływające pod flagą jakiegoś państwa i udające piratów, nie wytrzymujecie konfrontacji z prawdziwymi synami morza. - Powoli ruszyła w jego kierunku. Sharp był przygotowany na podobną reakcję. Dobył szpady, po czym sparował pierwszy atak Jackie. Wyprowadził kontrę, jednakże nieskuteczną - Co jak co, ale lepszy był w żeglowaniu niźli walce na szpady. Lorelei wymierzyła cios w nogi. Nicolas podskoczył, po czym ciął potężnie zza głowy. Ale szpada nie nadaje się do podobnych akcji. Przeciwniczka kapera poczuła coś jakby uderzenie witki na ramieniu. Skrzywiła się - Zabolało. W odpowiedzi bez ostrzeżenia trzasnęła Sharpa pięścią w szczękę. Mocny cios przyniósł owoce - Korsarz zatoczył się do tyłu niczym pijany. Szybko jednak otrząsnął się z tego stanu, po czym zamrugał parę razy i ruszył do ponownego ataku. Ale tym razem ewidentną przewagę miała Jackie. Nick szybko się męczył, zaś Lorelei wyraźnie była odporniejsza na wpływy zmęczenia. W końcu po kilku klinczach, Nicolas odskoczył do tyłu. "Jeszcze kilka takich ataków i nie dam rady się obronić", pomyślał z pewną goryczą. Ruszył do kolejnego ataku. Pchnięcie nie doszło celu - Jackie odskoczyła w bok, po czym machnęła szablą na odlew. Ostrze przejechało adwersarzowi po ręce.
- To musiało zaboleć! - Zakrzyknął Guy (Jak zwykle) entuzjastycznie.
- Większość rzeczy, które robią sobie tutejsi zawodnicy boli. - Stwierdził już niezielony Shane.
Tymczasem po otrzymaniu kilku płazów Nicolas rozłożył się na ziemi w boleściach, Jackie zaś stała nad nim z wyniosłą i triumfującą miną.
- Dlatego piraci zawsze wygrają z kaprami. - Stwierdziła z kpiną, trącając go czubkiem buta. Nagle Sharp, dostając jakiegoś kopa adrenaliny złapał ją za nogę, po czym wywrócił. Zaskoczona kotka nawet nie mogła się bronić.
- Tu cię mam! - Zakrzyknął triumfalnie korsarz, podnosząc się i przykładając szpadę do jej gardła. Po twarzy Lorelei przemknął tajemniczy uśmieszek. Po jej palcach zaczęły przeskakiwać błyskawice.
- Nie sądzę, przyjacielu. - Szepnęła, kierując drugą rękę w jego stronę. Z dłoni wyprysnął strumień elektryczny, który odrzucił zaskoczonego adwersarza do tyłu. - Nie sądzę. - Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, po czym dobyła szabli. W odpowiedzi Nicolas wyszarpnął zza pasa pistolet, jednak Jackie była szybsza. Rzuciła świeżo dobytym nożem w pistolet adwersarza, trafiając ostrzem w lufę dokładnie na ułamek sekundy przed tym, jak Sharp wypalił. Zapchany pistolet eksplodował mu w dłoniach. Teraz był bezbronny. Kotka zaszarżowała w jego kierunku, po czym przystawiła mu szablę do gardła.
- Cytując wielkiego hiszpańskiego korsarza, Nicolasa Sharpa... "Tu cię mam!". - Stwierdziła z kpiną w głosie. Jej adwersarz warknął parę słów. Było po walce.
- I koniec! - Zakrzyknął Guy(Po raz kolejny).
- Jacklynn pokonuje N. Sharpa! - Zawtórował mu Shane. - Brawa dla niej! - Odpowiedziały mu chóralne okrzyki aprobaty żeńskiej części publiki. Jackie ukłoniła się dwornie, po czym opuściła arenę.
- A teraz, w walce nr. 3 zmierzą się ze sobą elf i krasnolud! - Zakrzyknął Shane. - Łuk kontra topór! Emocje gwarantowane... Przynajmniej mam taką nadzieję.
- Powitajmy ich gorąco! - Zawtórował mu Guy. - Panie i panowie: Gaderic kontra Eryk! - Komentatorom odpowiedziały uprzejme oklaski. Pierwszy pojawił się elf ubrany na zielono(Ten sam, który podwalał się do Jackie) - Czyli zielona koszula, zielone spodnie, zielona pelerynka. Elf miał blond włosy i zielone oczy(O my...). W ręku dzierżył łuk, zaś na plecach spoczywał kołczan pełen strzał. Po twarzy Eryka śmigał lekki uśmieszek.
Chwilę po nim pojawił się jego adwersarz, Gaderic. Spod ciężkiej zbroi i rogatego hełmu niewiele można było wyczytać z wyglądu kransoluda, może poza tym, że miał dość długą i rudą brodę, zaplecioną w warkoczyki. W dłoni ważył złowieszczo wyglądający topór.
- Gotów na przegraną, kurduplu? - Zapytał z przewrotnym błyskiem w oku Eryk.
- Nie zamierzam przegrać ze zniewieściałym drzewolubem. - Odwarknął Gaderic. Elf rzucił mu jeszcze jakby zmęczone spojrzenie(Może przywykł?), po czym udał się do swojej części areny. Krasnolud zrobił to samo. Po chwili zabrzmiał gong. Eryk błyskawicznie wypuścił pierwszą strzałę. Gaderic jakby od niechcenia machnął toporem, odbijając ją, po czym ruszył powoli w jego kierunku. Eryk puścił jeszcze kilka strzał, ale żadna nie odniosła efektu. Widząc, że w ten sposób niczego nie wskóra, ruszył pełnym biegiem na spotkanie adwersarzowi. Gdy już znajdował się w zasięgu ciosu krasnoluda wyskoczył w górę, postawił stopę na głowie Gaderica i wybił się jeszcze wyżej, po czym wykręcił się w locie i posłał strzałę adwersarzowi. Gadericowi zadzwoniło w uszach, choć sam pocisk nie wyrządził mu krzywdy. Wykorzystując chwilowe zamroczenie adwersarza, Eryk posłał jeszcze jedną strzałę, tym razem w plecy. Ta jednak odbiła się, nie czyniąc krasnoludowi krzywdy. Gaderic odwrócił się w jego stronę.
- Ty mały irytujący... - Warknął, najwyraźniej gotów do puszczenia wiązanki bluzgów.
- Hohoho, a kto tu jest mały, podnóżku? - Parsknął elf, ubawiony swoim adwersarzem.
- Ja ci dam PODNÓŻKA!!! - Ryknął wściekły krasnolud, ruszając w kierunku adwersarza niczym rozpędzony Ścigacz Landa, wymachując bojowo toporem. Eryk zszedł mu z drogi, po czym wpakował w plecy kolejne pociski. Ale i te nie odniosły skutku, może poza tym, że jego przeciwnik się zatrzymał i błyskawicznie odwrócił w jego stronę. W jego oczach błyszczały ogniki.
- Możemy tak walczyć przez długi czas. Ja mam pełno strzał, ty biegasz od punktu A do punktu B. Ty mnie nie trafiasz, ja nie mogę cię zranić... Może więc darujesz sobie, zanim się zasapiesz i spalisz swoje brzuszydło? - Zapytał Eryk, wybuchając śmiechem. Ale tym razem przesadził. "Nikt nie będzie naigrawał się z moich mięśni!", pomyślał wściekły krasnolud, szarżując na elfa. Nie wiadomo, czy Eryk śmiał się tak głośno, że nie usłyszał podzwaniającego parowozu "Gaderic" czy może krasnoludowi pomógł Wotan, zatykając adwersarzowi uszy. W każdym razie wojownik wpadł na łucznika i wywrócił go na ziemię, po czym przygniótł całym sobą. Teraz sytuacja się odwróciła.
- To za kurdupla! - Warknął Gaderic, posyłając pierwszy cios pięścią. - To za podnóżka! - Drugi cios. - To za domniemany brak kondycji! - Tym razem poszedł cios "z byka", co w wykonaniu ciężkiego hełmu musiało być bolesne. - A to... Za BRZUCH!!! - Ryknął w szale bojowym, unosząc topór.
- Nie bij! - Pisnął i tak już obity elf, zasłaniając się rękoma.
- Więc teraz wszystko odszczekasz! - Warknął Gaderic, łapiąc Eryka za fraki. Ten zaczął bezceremonialnie skamleć niczym ratlerek bądź "Ciułała". W międzyczasie trybuny ryczały ze śmiechu, zaś sektor elficki rwał włosy z głowy. Po jakiejś minucie dalszego skamlenia Gaderic najwyraźniej się znudził, trzasnął bowiem adwersarza prosto w twarz. Ostatni cios wystarczył, elf stracił przytomność. Krasnolud powoli zwlókł się z nieprzytomnego Eryka. Ryknął jeszcze raz, unosząc ręce w geście triumfu, po czym opuścił arenę.
- Więc chyba wszystko jasne, prawda? - Zapytał retorycznie Guy. Shane tylko przytaknął, wciąż się podśmiechując. - A więc mamy kolejnego zawodnika w drugiej rundzie, a jest nim Gaderic! Trybuny przyklasnęły entuzjastycznie.
- Przed nami walka opatrzona numerem 4! - Zakrzyknął entuzjastycznie Shane. - Różowa Jeżyca zmierzy się z Postrachem Nieludzi! Będzie się działo!
- Z pewnością. - Przytaknął zadumany Guy.
- Powitajcie ich: Amy Rose kontra DB! - Nieludzie zgodnie zabuczeli. Pierwsza jednak pojawiła się Amy: Różowa jeżyca o zielonych oczach(Zielono mi... Przyp. Aut.). Ubrana była w czerwoną sukienkę i czerwone kozaki. We włosach miała spinkę, zaś na ramieniu opierała swoją broń - Pokaźnych rozmiarów młot.
Tuż za nią wychynął DB. Jego emocje pozostały nieznane, twarz bowiem zakrywał czarną maską gazową. Miał na sobie szary płaszcz, spod którego czasem wyskakiwał czerwony materiał oraz szare kowbojki bez ostróg. Przy pasie miał mały miotacz ognia, za pasem rewolwer, zaś w kieszeni płaszcza kilka krzyży z gałązek sosnowych. Na plecach spoczywał wielgachny miecz.
- Plugawa istoto nie będąca ludzkiej nacji... - Mruknął bardziej do siebie niż do jeżycy. - Już dziś odczujesz ból i cierpienie - Takie, jakie może zaserwować jedyny obrońca przed waszymi "ideałami". - Przeciwnicy stanęli naprzeciw siebie. Zabrzmiał gong. Amy zachowała się przewidywalnie - Wystartowała do biegu, wymachując bojowo młotkiem. DB w odpowiedzi powoli dobył rewolweru. Dziewczyna zatrzymała się jak na komendę, przestraszona widokiem odbezpieczonej armaty.
- I gdzież podziała się twoja odwaga, hm? - Zapytał z kpiną w głosie. Schował rewolwer na powrót za pas, po czym dobył swojego wielgachnego miecza. Ruszył przed siebie miarowym krokiem. Amy zaatakowała brzuch adwersarza, ten jednak bez problemu sparował cios i wyprowadził własny kontratak. Potężne machnięcie wytrąciło Amy młot z rąk. Rzuciła się w jego kierunku, ale DB był szybszy. Złapał ją za szyję, po czym podniósł na wysokość twarzy. Dziewczyna zaczęła się krztusić.
- Żałosne. - Warknął Postrach Nieludzi, rzucając nią. Jeżyca przetoczyła się parę razy po ziemi, po czym powoli wstała, chwiejąc się. DB nie śpieszył się - Szedł ku niej powoli, bez broni. Widocznie chciał dać jej czas na reakcję. Niewiele myśląc, pobiegła ku swojej broni, ale i tym razem drogę zastąpił jej adwersarz. - Jesteś zdecydowanie zbyt wolna. - Stwierdził przymilnie, ponownie łapiąc ją za gardło i rzucając, tym razem o ścianę. Amy uderzyła plecami o granice areny z dużym impetem. Zabolało. Poczuła, jakby coś jej się naderwało. DB po raz kolejny był tuż przy niej. - Niesamowite, jak można tak beznadziejnie stawiać opór? - Zapytał sam siebie, ponownie łapiąc ją za gardło. Tym razem nie zamierzała się poddać. Zaczęła zapamiętale kopać adwersarza po piersi, bezskutecznie jednak. Przeciwnik zacisnął chwyt. Dziewczyna zacharczała spazmatycznie.
- Mógłbym zmiażdżyć ci gardło, gdyby nie fakt, że jesteśmy na arenie. - Warknął, ponownie rzucając nią o ścianę. Nie czekał, aż dotknie ziemi, tylko wymierzył jej potężne kopnięcie w tułów. Amy krzyknęła z bólu. Znów poczuła, że przeciwnik podnosi ją i rzuca na środek areny. Zaczynała tracić czucie - Oczy zaszły jej mgiełką. Teraz miała w zamiarze tylko jak najszybsze oddalenie się od adwersarza. Ale on nie zamierzał jej gonić. Podszedł do jej młota, podniósł go, chwilę poważył w dłoni. Zamruczał przymilnie, jakby zadowolony z czegoś. Błyskawicznie odwrócił się w kierunku przeciwległej ściany, po czym ruszył pełnym biegiem w jej stronę. W chwili, gdy miał już o nią uderzyć, postawił na niej stopę, odbił się od niej, po czym wyskoczył na kilka metrów w górę. Uniósł młot nad głowę. Jego celem była Amy. Jego plan zakładał zniszczenie jej przy użyciu jej własnej broni. Dziewczyna próbowała się odczołgać, ale nic to nie dało - Uderzenie było nieuniknione. DB z wielkim impetem uderzył w nią, wbijając w ziemię i wzniecając potężny tuman kurzu. Zapanowała cisza.
- Co się tam dzieje? - Zapytał sam siebie Guy.
- Coś mi się widzi, że DB wygrał. - Odparł McMahon.
Tymczasem DB powoli wygramolił się z dziury, otrzepał z kurzu, po czym rzucił okiem na młot.
- Zamierzałem dać ci nagrobek, ale widzę, że masz już jeden. - Mruknął z pogardą w głosie, wbijając rączkę młota tuż przed dziurą, gdzie spoczywała Amy Rose. Nie czekając, aż tuman kurzu opadnie udał się ku wyjściu. Tymczasem chmura pyłu opadła do końca i wszyscy mogli ujrzeć młot należący do Amy wbity tuż przed wielką dziurą. Jej adwersarza nie było widać.
- Czyli że wygrał... Prawda? - Zapytał niepewnie Guy.
- Tak, wygrał. DB właśnie awansował do drugiej rundy. - Stwierdził Shane. Odpowiedziało mu chóralne buczenie nieludzi.
- Następne walki po krótkiej przerwie! Nie odchodźcie od odbiorników!
