Aw, a może jednak KuroFay? ;) Któż może wiedzieć, skoro nawet główny bohater długo pozostaje nieświadomy swoich uczuć? Ale na szczęście znajdzie się miła istota, która ładnie i klarownie wszystko uświadomi...
W końcowej rozdziału znajduje się nawiązanie do "Zapisków z tokijskiej wieży".
To prawdopodobnie przedostatni rozdział.
Kurcze, ale ta notatka nieskładna i spoilerowana -.-. Enjoy!
Kimkolwiek była dziewczyna schwytana dzisiejszej nocy, Fay był pewny, że jej wrzaski będą go prześladować w snach.
Zaczęło się od informacji o niedużej kupieckiej karawanie, przyniesionej przez Hasmukha. Wedle ciemnoskórego wampira liczyła siedem osób, w tym młodziutką dziewczynę, być może córkę jednego z kupców. Hasmukh podglądał grupę przez kilka godzin i gdy udało mu się podsłuchać, którędy kupcy się skierują, pod okiem Anathisa rozplanował rzeź.
Ani Fay, ani dwójka szpiegów Winggala nie wzięła w tym udziału, zostając w grotach. Przemienieni nigdy nie byli brani pod uwagę, gdy zamierzano przeprowadzić atak, bo opierał się on na szybkości i nadludzkiej sile czystokrwistych. Kamui dawno temu zdołał wmówić przywódcy, że jest chory i zbyt wysoki poziom adrenaliny we krwi może mu bardzo zaszkodzić, więc nie było zaskoczeniem, że i on nie poszedł.
Mag dowiedział się wiele od Hasmukha i Liara, gdy ci podochodzili się winem i stali się jeszcze bardziej skłonni do rozmowy. Hasmukh, zawsze beztroski i niefrasobliwy, opowiadał ze śmiechem o panice ludzi zapędzonych w pułapkę, Liar, któremu błyszczały szalone oczy, słodko zdrabniając słowa opisywał każdy ruch swoich ostrych paznokci i zębów. Ta dwójka, która na trzeźwo za sobą nie przepadała, po pijaku stawała się niemal braćmi, połączonymi rządzą zabijania.
Kupców zarżnięto na miejscu, gdyż wampiry były spragnione świeżej krwi, znudziwszy się ofiarami z ubojni. Mężczyźni mieli jednak szybką śmierć, zwykle skręcano im karki jednym ruchem i wtedy spokojnie wysysano gorącą krew. Najstraszliwszy los spotkał dziewczynę.
Miała nieszczęście być ładna – ładna w swoim wiejskim jasnym warkoczu, białej sukience i wielkich, brązowych oczach oraz ciele, które dopiero stawało się kobiece. Wampiry spuściły ze smyczy pozostałe rządze, a krzyki dziewczyny zamilkły dopiero po długich godzinach.
Fay znalazł jej okrutnie pokaleczone ciało następnego dnia, leżące w wodzie najbliższego strumienia. Jej widok nim wstrząsnął i nie myśląc o konsekwencjach, natychmiast zabrał się do pogrzebania jej w ziemi, mogąc zrobić dla niej tylko to. Wiedział jak się nazywała. To była Chii. Chii z tego świata, której nie dane było dorosnąć i urodzić bliźnięta.
Od dawna nie spotkał kogoś, kto byłby odbiciem osoby z jego kraju. Niemal o tym zapomniał, zajęty spiskiem Fei Wang Reeda, później poszukiwaniem piór i tworzeniem na nowo przyjaźni z Kurogane, która została połamana na kawałki w Tokyo. Już nie pamiętał, jak bardzo bolesne jest takie spotkanie. Grzebiąc w ziemi ciało, które wyglądało jak jego matka i jednocześnie jak magicznie stworzona istota pozostawiona w celeskim zamku, miał wrażenie, jakby znów stracił kawałek siebie. Zdawał sobie sprawę, jak bardzo okaleczona jest jego dusza. Każda śmierć bliskiej rozrywała ją na kawałki, a nieustanny strach przed utratą przyjaciół jeszcze bardziej ją ranił. Fay marzył o przerwie w podróży – o spokojnym, cichym miejscu, gdzie na nowo mógłby poczuć czystą, niczym nie skażoną radość i bezpieczeństwo, zamiast ciągłej walki, przeskoków między wymiarami i brutalności. Ich podróż tylko z początku wydawała się zwykłą przygodą. Potem nadeszło Tokyo i od tamtej pory ciekawość do innych wymiarów stała się niepokojem i lękiem, co też nowe światy przyniosą. Życie w ciągłym napięciu, świadomość, że w kolejnym wymiarze może spotkać ich śmierć, polujący na ich Fei Wang, ostatnio ukryty, ale nie mniej groźny. Niepewna przyszłość.
Mimo tego wszystkiego, gdyby przed Fayem postawiono możliwość wyboru, jeszcze raz udałby się w drogę. Warto było przejść przez to wszystko, bo zyskał przyjaciół, którym mógł zaufać.
Kładąc biały kamień ze strumienia na świeżej ziemi, uśmiechnął się blado. Miał wielkie szczęście, że trafił na ludzi, którzy wybaczyli mu jego błędy. Inni pewnie by go otrącili, odnosili się z rezerwą i nieufnością.
Rozejrzawszy się ukradkiem, czy nikt go nie widzi, dotknął palcem kamienia i wyszeptał monotonne, melodyjnie słowa, powoli przesuwając opuszek palca po wygładzonej przez wodę skale. Na jego rozkaz magia wniknęła w kamień, krusząc go i niszcząc w wyznaczonych przez niego miejscach. Gdy oderwał palce i przerwał zaklęcie, na skale widniał już runiczny napis. Tylko tyle mógł zrobić dla tej dziewczyny. Nie śmiał napisać słów normalnym alfabetem, ale wiedząc, że w tym kraju istnieją magowie, użył run. Jeśli któryś z nich zabłąka się w te góry, w okolice tego strumienia, wyczuje magię bijącą od kamienia i przeczyta napis.
Wstał i szybko się oddalił. Minęło półtora miesiąca, odkąd rozmawiał z Kurogane i wampirze bractwo przywykło do jego obecności. Nie zdradzał się z niczym, zachowywał się tak, jak tego oczekiwali.
Dotarł do wejścia do systemu jaskiń, bez wahania wszedł w ciemność. Jego oko przyzwyczaiło się już do wiecznego półmroku w korytarzach. Minął jaskinię, w której opowiedział wymyśloną historię Anathisowi, szybko zagłębił się dalej. Obok niego jak cień przemknął łucznik Silvaren, cicho go pozdrawiając. Przeszedł obok cichej wczesnym rankiem jaskini salonowej – wampiry odpoczywały po żywej nocy, przyjmując rolę istot lunarnych – i zszedł na sam dół, do dzikiej jaskini, do której wampiry nie zwykły chodzić, tam, gdzie czasem rozmawiał z Kamui'm, skryty za skałami wodospadu. Tam właśnie, w skalnej niszy, ukrywał ukradkiem zabrane przedmioty. Była wśród nich buteleczka z trucizną, zabrana z kolekcji Silvarena, który uwielbiam zabijać toksycznymi strzałami, trochę zeschłych ziół znalezionych w lesie lub przywłaszczonych z zapasów spożywczych czy też takie makabryczne rzeczy, jak strzaskana ludzka kość czy maleńka czaszka lisa, używane w czarnej magii. W głowie Faya zaczął powoli kiełkować plan, potrzebował jednak warunków, by go wykonać. Substancja, którą chciał alchemicznie stworzyć, potrzebowała składników. Wszystkie już miał, a tego ranka zdobył kilka małych retort i fiolek. Znalazł je w wozach zamordowanej karawany. Wampiry zabrały to, co wydawało się im cenne, zostawiając na pozór bezużyteczne przedmioty. Ta ignorancja miała przyczynić się do ich zguby.
Skrył się za załomem skały, tuż obok tętniącego podziemnego strumienia. Wszelkie brzdęki naczyń zagłuszać miał wodospad spadający z hukiem w dół, ale nie chciał ryzykować, więc rzucił kilka ochronnych czarów, niewyczuwalnych dla zwykłych ludzi. Łączył ze sobą składniki mikstury, szepcząc inkantacje. Alchemia wymagała skupienia, wystarczyłby jeden błąd w długich formułach zaklęć, by skończyło się to tragicznie. Po długiej godzinie w kolbie z matowego szkła powstała oleista, ciągnąca się ciecz o zielonkawo-niebieskim zabarwieniu. Fay szybko przelał zawartość szklanego naczynia do małego, zakurzonego słoiczka, po czym, bez namysłu zebrał pozostałości alchemicznego warsztatu i cisnął w przepaść, prosto w wody wodospadu. Nic więcej nie mogłoby się już przydać, mógł stworzyć tylko jeden eliksir. Nie miał czasu, by dłużej tu przesiadywać i tak ktoś mógł zauważyć jego zniknięcie.
Schował słoiczek pod peleryną i usunął zaklęcia. Wrócił korytarzami w górę, idąc wolno, nasłuchując kroków. Cicho przemierzył najczęściej używane jaskinie, pomijając kwatery wampirów, ukradkiem przesuwając palcami po kamiennych ścianach. Oleista ciecz wsiąkała w kamień niemal natychmiast, nie pozostawiając śladu. Na koniec przeszedł do opustoszałej jaskini-salonu. Tam nakreślił zanurzonymi w oleju palcami znaki na ścianach. Misternie rysował linie i łuki, tworząc magiczne wzory. Praca pochłonęła go całkowicie, w pełnym skupieniu uważał, żeby nie pomylić się w rysowaniu.
Cichy brzdęk wyrwał go z pracy. Zaskoczony spojrzał w kierunku wejścia do sali, obawiając się, że jakiś wampir go nakrył. Odetchnął z ulgą, widząc drobną sylwetkę Rosy. Dziewczynka podeszła do niego wolno, stąpając boso. Wsunął otwarty słoiczek do kieszeni, przeklinając samego siebie. Wieczko zostało przy wejściu, na nim wciąż była odrobina cieczy. Rosa dostrzegła przedmiot i beznamiętnie podniosła go do oczu. Potem szybko podeszła do ściany i nim zdołał do niej podbiec, nakreśliła na pozór prosty, ale niepokojąco znajomy symbol.
- Oddaj to – syknął spanikowany Fay, przypadając do niej. Ten symbol… Jeśli użyłby zaklęcia zgodnie ze swoim planem, a ten znak by tu był… Strach pomyśleć. Wyrwał dziecku wieczko z ręki. – Nie wolno ci tego dotykać.
Dziewczynka spojrzała na niego pustymi oczami, a później zerknęła na swoje ręce, na której zostały resztki oleju. Nagłym, gwałtownym ruchem strzepnęła ręce, jakby dotarły do niej słowa Faya. Gdy wyciągnął do niej dłoń, odsunęła się, a on pojął, że ją wystraszył.
- Już dobrze – powiedział spokojnie, przykucając przy niej. – Przepraszam.
Nie był pewny, czy dziecko go rozumie. W każdym razie jego uspokajający ton przyniósł skutek, Rosa wyraźnie się odprężyła, a nawet – co wprawiło Faya w osłupienie – uśmiechnęła się. Pierwszy raz widział, by jej poważną twarzyczkę rozjaśnił uśmiech. Oczy pozostały jednak puste.
Rosa spojrzała jeszcze raz na poplamione palce. Fay rozejrzał się dookoła i dostrzegł niedaleko ogniska garnek z wodą. Na kredensie leżała szmatka. Szybko zanurzył ją w wodzie i delikatnie zmył olej z rąk dziewczynki.
- Wyciągnę cię stąd – obiecał cicho. – Żadne dziecko nie może być uwięzione w takim miejscu.
Anathis wolno wertował księgę. Pożółkłe karty były zniszczone, a atrament wypłowiał, jednak on znał całą historię na pamięć. Szarymi, zimnymi oczami bawił się materiałową zakładką, ledwo trzymającą się książki, wiszącą na jednej nitce. Przed nim, na stole, leżała misa z owocami, pod stołem – bardziej radykalny posiłek.
Jeniec z ubojni kulił się pod meblem. Od dość dawna się nie poruszał, Anathis miał podejrzenia, że jest już martwy. Potrącił butem ofiarę, która nie dała żadnego znaku życia. Krew zalewała posadzkę, drażniąc nozdrza.
- Szkoda – mruknął pod nosem Anathis, nadal zapatrzony w księgę. – Całkiem smaczny posiłek.
Zwinnie wstał od stołu, odkładając księgę. Podchodząc do kamiennej ściany i wpatrując się w nią, pogrążył się w myślach.
Ten młody… Jak na razie spełnia wszystkie oczekiwania… Gdyby był czystej krwi, wysłałbym go do ataku, w zamian za Kamui'a… Cóż. Nadludzką siłą czy szybkością nie dysponuje, ale jak zauważyłem, jest dość zwinny i świetnie strzela z kuszy. Bez trudu wykona to, co dla niego przygotowałem.
Wampir uśmiechnął się posępnie. Dotknął ściany i nacisnął dłonią na wystający fragment skały. Kamienna ściana drgnęła, a on, używając wampirzej siły, naparł rękami na skałę. Z zgrzytem przesunęła się w tył, odsłaniając wąskie przejście. Przecisnął się między kamieniem i ruszył ciemnym korytarzem.
Tylko jedna skalna sala w całym systemie jaskiń była ukryta. Jedynie kilka osób wiedziało o miejscu, w którym przechowywano pióro. Nie wszyscy mieli zaszczyt zobaczenia artefaktu. Anathis zamierzał dopuścić do skarbu kolejną osobę – pod warunkiem, że wykona postawione przed nią zadanie i dowiedzie tym samym wierności bractwu. Co prawda w grupie byli inni, dłużej zabijający na chwałę Matki Nocy, ale ten blondyn miał w sobie coś intrygującego… Anathis wysunął koniuszek języka i musnął nim usta. Taki młody, tak niedawno przemieniony… Duży potencjał, który nie może się zmarnować.
Miał wielką ochotę skosztować krwi nowego członka bractwa. Oczywiście, nie tak, jak tego pod stołem, przecież nie zabiłby własnego pobratymca. Ale zostanie ofiarą… Anathis nie miał obiekcji, jeśli chodzi o picie wampirzej krwi, chociaż większość wampirów uznawała to za kanibalizm. Młody mógłby zostać jego karmicielem, w końcu należało mu się coś za przyjęcie tutaj i ocalenie przed niechybną śmiercią, a krew tych z ubojni już mu się znudziła… Ale to później, dopiero po wykonanym zadaniu. Jeśli nie przeżyje – cóż, trudno, znajdzie się ktoś inny.
Z szacunkiem dotknął palcem szkatułki umieszczonej na skalnej półce. Otworzył ją powoli, rozkoszując się widokiem czarnego jak noc pióra. Pozostałość po dawnych, świetnych czasach, kiedy to wampiry były panami… Ale on, wraz z tą bandą u boku, przywróci porządek rzeczy.
Teraz jednak przyszedł czas na poinformowanie nowego nabytku o misji…
Fay leżał na łóżku, wpatrując się w sufit. Obok, na podłodze, przykucnęła Rosa, od zajścia z magicznym olejem nie odstępująca go na krok. Próbował ją nakłonić, by usiadła na łóżku, a nie na zimnym klepisku – na próżno. Blondyn podejrzewał, że dziecko wyczuwa od niego magię i lgnie do osoby, która jest do niej w pewien sposób podobna. Inną rzeczą było, że dla reszty była jedynie popychadłem.
Rosa. Dziecko znalezione w mokrej od rosy trawie, skulone w kłębek. Jasne włosy rozsypane dookoła chudego ciałka. Niebieskie oczy. Niespokojnie pulsująca magia.
Napłynęła kolejna wizja, różniąca się tym, że zamiast trawy był śnieg i lód, a dziecko było chłopcem.
Fay drgnął, rozpoznając w obrazie siebie. Skupił się, by przegnać wizję, którą jego magia samoistnie mu ukazała. Co to miało być? Czyżby jego moc w jakiś sposób reagowała z magią dziewczynki?
Obraz się rozpłynął, znów patrzył na kamienny strop. Nie zmieniając pozycji, wyciągnął rękę i lekko przesunął dłonią po włosach Rosy. Dziewczynka przylgnęła do jego ręki policzkiem, patrzyła nierozumnie. Blondyn cicho westchnął i cofnął rękę. Zwykła reakcja na dotyk, nie doszukał się żadnych emocji. Ale przecież widział, jak się śmiała i jak płakała.
Rosa była ciężarem, jeśli chodzi o planowaną akcję, ale nie mógłby zostawić ją na pastwę losu. Dzieckiem nikt się nie przejmował, najlepszym dowodem była brudna sukienka i zmarznięte, bose stópki. Nikt nie zabraniał jej jedzenia, ale jadła niewiele, jak wróbelek, przez co była zbyt chuda jak na swój wiek. Zabiedzona, pozbawiona miłości.
Tak jak on wiele lat temu.
Odegnał wspomnienia, zacisnął dłonie na wisiorku. Wywołał Subaru, wampir odebrał przekaz za drugim razem. Krótko zrelacjonował swoje plany, Subaru obiecał poinformować o nich Winggala. Po chwili wahania Fay spytał o Kurogane – był poza zamkiem. Z Sakurą czy Syaoranem nie chciał rozmawiać – zrodziłoby się zbyt wiele pytań odnośnie jego stanu – zdrowia czy psychiki.
Zakaszlał sucho, usiadł na łóżku, zakrył dłonią usta. Spomiędzy palców chlusnęła struga krwi, plamiąc pościel. Na jej widok omal nie zwymiotował. Nie zwracając uwagi na nieruchomą Rosę, powlókł się do miski z wodą. Obmył usta i zakaszlał jeszcze kilka razy, tym razem bez krwawienia. Gdy atak minął, wrócił do łóżka. Rosy już nie było, znikła bezszelestnie.
Zmęczenie i kiepska kondycja, z jakimi przybył do jaskiń, spotęgowało osłabienie spowodowane przez brak krwi Kurogane, a także wilgotne, stęchłe powietrze jaskiń i niski poziom higieny. Zarazki lęgły się wszędzie, wampiry czystokrwiste były jednak odporne na większość z nich. On nie.
Swoją przyszłość w bractwie widział coraz czarniej.
Nadeszła wieczorna pora. Wampiry, jak zwykle, zgromadziły się razem, zamierzając spędzić noc na jedzeniu, piciu i rozmowach. Prym, jak zwykle, wiodła Dishka, wypijając więcej, niż połowa bractwa razem wzięta. Mimo to, ciągle trzymała się na nogach i prowadziła ożywioną, wypełnioną wulgaryzmami dyskusję z Mirianem, który wydawał się być znudzony. Rudir rechotał nad kuflem piwa, łypiąc na przepychankę Liara i Hasmukha, którzy to nie szczędzili sobie zadrapań i ugryzień. Rany goiły się natychmiast, wskutek czego bijatyka mogła trwać dopóki obaj nie opadną z sił.
- Kurwa, przestańcie się tarzać po tej podłodze! – wrzasnęła wysokim głosem Dishka, kiedy Liar, mocno odepchnięty, potoczył się jej pod nogi. – Dwa zasrane popaprańce! – zamachnęła się nogą i kopnęła rudego wampira w plecy. Ten zręcznie wywinął się od drugiego ciosu, wstał i wyszczerzył się idiotycznie i znów rzucił się w kierunku ciemnoskórego krwiopijcy. Dishka westchnęła przesadnie głośno.
- O co poszło? – zapytał spokojnie Fay, wynurzając się z mrocznego korytarza i wchodząc w krąg światła rzucanego przez ognisko. Silvaren przesunął się na długiej ławie, wyciągniętej z wozów kupców, i zrobił mu miejsce. Blondyn przysiadł obok niego.
- Jak to młodzi – odezwał się milczący zwykle Indigo, najstarszy z bractwa. Posrebrzane włosy migotały w świetle ognia. Twarz miał gładką, jednak wiek dało się rozpoznać po zmęczonych, niebieskich oczach. – Hormony, ego, męska duma…
- Hasmukh po prostu wykpił Liara – przerwał mu Silvaren, którego Indigo nieustannie irytował. – Żartów mu się zachciało, to teraz ma… - w tym momencie ciemnoskóry wampir przeleciał w powietrzu obok nich, uderzając o ścianę. Rudir powiódł za nim obojętnym spojrzeniem, obserwując, jak ten niezręcznie próbuje podnieść się z ziemi. Liar po drugiej stronie ogniska, z potarganymi włosami i podartym ubraniem, wyszczerzył szeroko zęby.
- Stawiam woreczek złota, że zdechnie do rana – rzucił Rudir. – Liar go wykończy.
- Ty go raczej uspokój – Mirian zmarszczył brwi, lustrując wzrokiem rudowłosego. – Za dużo adrenaliny, gotów i nas zagryźć.
- Eee tam – potężny wampir machnął ręką, odrzucił brudne włosy do tyłu i ze stęknięciem wstał od stołu. – Było by ciekawie, nie, przemianko? – spytał nagle Faya.
Blondyn zawahał się, ale na szczęście Rudir nie czekał na odpowiedź. Podszedł do Liara i bezceremonialnie złapał go za kark i wyprowadził z jaskini. Obłąkany wampir nie próbował się wyrwać. Chwilę później zniknęli w ciemnym korytarzu.
- Skąd szef go wytrzasnął? – zapytał Hasmukh, zerkając w wylot korytarza.
- Codziennie pytamy się o to samo, jeśli chodzi o ciebie, psycholu – parsknęła Dishka.
- Pewnie wyciągnął z jakiejś dziury, tak jak naszego Kamyczka – Hasmukh nie zwrócił uwagi na docinek wampirzycy, usiadł obok niej. – Wiecie, tam, gdzie wrony zawracają… Mało ludzi, dziewki brzydkie, to i jakieś dziwne skłonności się pojawiają…
- Zamilknij, Hasmukh – przerwał mu zimno Mirian. – Nikogo to nie obchodzi.
- Ale zaciągnąć pod sosnę można…
- Chcesz, żebym go poprosił, żeby to ciebie zaciągnął pod sosnę?
Hasmukh umilkł i skulił się na krześle pod wzrokiem Miriana.
-Has, jeśli ci zabawy brakuje, wpadnij do mnie – wymruczała Dishka, przysuwając się bliżej do niego. Reszta parsknęła śmiechem na widok zmieszanej miny młodego wampira. Ten rozejrzał się dookoła, szukając drogi ucieczki, gdy Dishka otoczyła go ramieniem w pasie.
- Doigrał się – stwierdził ze złośliwym uśmiechem Silvaren. Uniósł kieliszek z wódką w górę, reszta poszła szybko w jego ślady. – No, wasze zdrowie! Zdrowie młodej pary, panu młodemu zwłaszcza się przyda…
Hasmukh jednym ruchem wyrwał się z objęć wampirzycy i z szybkością błyskawicy wypadł z jaskini. Pożegnał go śmiech.
- Zwiał sprzed ołtarza – skomentował Fay, nieco rozbawiony tą sytuacją.
- Masowa dezercja, jak widzę – Indigo przesunął spojrzenie po stole. – Coraz mniej nas do picia.
- W takim razie ja również zdezerteruję – odparł Silvaren, wstając i zarzucając na plecy ułożony dotąd przy nogach łuk. – Wkrótce przy stole pozostałbym tylko ja i Dishka, jako mający najmocniejsze głowy, a nie mam ochoty zostać ofiarą gwałtu.
- Ciebie? – parsknęła wampirzyca. – Ciebie to bym nawet trzymetrowym kijem nie ruszyła, brzydalu.
- Hasmukha z jego blizną na gębie już chciałaś – przypomniał jej łucznik z zagadkowym uśmiechem.
- Hasmukh jest młodziutki, nie to co ty, staruchu zawszony.
Oczy Silvarena błysnęły, a Fay poczuł, że powinien się ulotnić. Silvaren rzadko wybuchał, ale jeśli tak, było to bardzo widowiskowe. Blondyn nie miał ochoty dostać zabłąkanym kawałkiem drewna z ogniska czy krzesłem.
Po dotarciu do swojej kwatery Fay odetchnął z ulgą. Było około północy, postanowił się więc trochę przespać. Powoli przestawiał się na lunarny tryb życia, jednak ciężko było porzucić zwyczaje praktykowane przez tyle lat. Szybko zrzucił z siebie dziennie ubranie, szeptem odnowił zaklęcia wykrywające obecność i wsunął się pod kołdrę. W siedzibie wampirów jedynie pościel zawsze była w dobrym stanie, krwiopijcy cenili bowiem odmawiane im wygodę i luksus.
W kwaterach zawsze było chłodno, więc z przyjemnością otulił się kołdrą. Leżał na wznak, od czasu do czasu otwierając oczy i patrząc w sufit. Dopiero teraz odczuwał zmęczenie ciała i był pewny, że nic nie zmusiłoby go do wstania z łóżka. Już zasypiał, gdy ostry magiczny komunikat przedarł się do jego umysłu. Ktoś naruszył barierę.
Poderwał się, ale w tej samej chwili coś brutalnie przycisnęło do go łóżka, nie pozwalając mu się poruszyć. Zamrugał i pierwszym, co dostrzegł, był obfity biust Dishki. Wampirzyca siedziała mu na torsie, całą wampirzą siłą naciskając na jego ciało.
- Siema – wymruczała, a z jej ust powiało alkoholem. Fay skrzywił się i jeszcze raz podjął próbę uwolnienia, na próżno.
- Prosiłbym, byś ze mnie zeszła – powiedział spokojnie, siląc się na uśmiech, mimo że serce biło mu jak oszalałe. Wampirzyca, ze swoją skłonnością do wulgarności i picia, napawała go obrzydzeniem. Dodatkowo wiedział, co działo się z jej nielicznymi kochankami. Zwykle żaden nie dożywał końca erotycznej zabawy.
- Wolę być na górze, słońce. – szepnęła uwodzicielsko.
Biorąc pod uwagę, że dysponowała nadludzką siłą, szansy na wyrwanie się nie widział, myślał więc gorączkowo, jak się jej pozbyć. Nim zdołał cokolwiek wymyślić, ktoś przekroczył barierę i półmrok przecięła strzała.
Dishka zawyła, gdy pocisk rozorał jej nagie ramię. Jak oparzona zeskoczyła z łóżka, sycząc gniewnie.
- Ty sukinsynie! – wrzasnęła. Rana na jej ręce już zaczynała się goić.
- Nikomu nie życzyłbym nocy z tobą – odparł spokojnie Silvaren, zawieszając łuk na plecach. Dishka prychnęła, potrząsnęła krótkimi włosami i wypadła z kwatery. Łucznik spojrzał za nią i wzruszył ramionami, kierując spojrzenie na Faya, który usiadł na łóżku.
- Dzięki – powiedział mag.
Łucznik uśmiechnął się krzywo.
- Trzeba ją trzymać krótko, jest bardziej szurnięta od Liara.
Zasalutował i bezszelestnie opuścił kwaterę, a Fay opadł na łóżko z głośnym westchnieniem. Miał dość.
Trzecie drgnięcie bariery nastąpiło po kilku minutach. Uniósł się na łokciach i dostrzegł jasną plamę sukienki. Rosa chowała się za załomem skały.
- Chodź – powiedział cicho, zamykając oczy i chcąc wreszcie zasnąć. Dziewczynka przysiadła przy łóżku, a gdy zasypiał, poczuł, jak wślizguje się na kołdrę i zwija w kłębek w końcu łóżka.
- Dowiedziałem się o wampirze atakującym przy Północnej Bramie Lomeer – hrabia Sanguis Winggal spojrzał poważnie na Kły, swoją trzyosobową gwardię przyboczną. – Trzeba go wyeliminować po cichu, bez rozgłosu. Jeden z was wystarczy. Nie Subaru, on jest mi potrzebny do komunikacji z Kamui'm. Xeno, ty pójdziesz.
Xeno, wysoki i muskularny, pochylił głowę, ukrywając twarz pod kapturem. Na jego wąskich ustach pojawił się posępny uśmieszek.
Oczywiście, że ja, mości hrabio. Twój zielonooki pupilek jest zbyt cenny, byś wysyłał go do walki z okropnym Potworem Z Bramy. Oczywiście, że pójdzie Xeno, posłuszna i milcząca postać na twoich rozkazach. Oczywiście, że będę ryzykował zdrowiem czy życiem, jeśli ten wampir okaże się potężny. Ha, mości hrabio, jak to jest? Pociągać za sznurki wszystkich twoich marionetek? Masz z tego zabawę, jak dziecko, czy może to jedynie nużąca praca, jak lalkarz wystawiający to samo przedstawienie po raz dwudziesty?
- Tak, panie – powiedział cicho i zamiatając peleryną, oddalił się. Czuł na sobie spojrzenia Silla, nudnej i bezbarwnej persony oraz znienawidzonego Subaru, chłoptasia z innego świata. Winggal pewnie nie patrzył, po wydaniu rozkazu zapewne przestał się nim interesować.
Nienawiść kipiała w Xeno, a on lubował się nią, pozwalał jej płynąć swoimi żyłami. W końcu był wampirem, a dla wampirów podobne uczucia nie są niczym dziwnym, prawda?
Nie cierpiał Subaru. Jego brata trochę mniej, bo niewiele mieli ze sobą do czynienia, ale ten tutaj irytował go okropnie. Xeno służył rodowi Winggal'ów przez wiele lat, został przyjęty do służby jeszcze za czasów ojca Sanguisa. Zasługiwał na szacunek, a tymczasem ten chłoptaś, będąc tu zaledwie od roku, stał się zdecydowanym faworytem Sanguisa… Ha, może to i dobrze. Mężczyźni z tego rodu zwykle mieli swoich młodych, pięknych ulubieńców… Szkoda, że owi ulubieńcy znikali, gdy tylko przestawali być piękni czy młodzi albo gdy mieli zbyt długie języki…
Uśmiechnął się złośliwie. Oo tak, niech Sanguis faworyzuje Subaru. Xeno nie będzie nic czynił w tym kierunku. Jeszcze nie, jeszcze za wcześnie. Ale zacznie działać, gdy Kamui wróci od Anathisa… Zatrzymał się i cicho zachichotał. Kamui też był faworytem.
Wbrew pozorom, Anathis i Sanguis mają ze sobą wiele wspólnego. Krwi nie da się oszukać.
Kroczył ulicą, przypatrując się spod kaptura ludziom, którzy na jego widok usuwali się z drogi. Głupcy, przekonani, że Kły to potężni magowie chroniący ich dobrego władcę. Tak bardzo się mylą. W obu kwestiach.
Zwolnił, przypatrując się z lubością młodej, rumianej przekupce z czarnym warkoczem. Wciągnął w nozdrza jej zapach. Ładna, dobrze pachnie, krew miała z pewnością smaczną. Ale to nie to. Jego ofiara czekała w zamku.
Jeden z gości Winggala, ofiara tego przemienieńca wysłanego do bractwa wampirów. Wysoki, barczysty brunet. Kurogane, bodajże.
Xeno oblizał wargi, przypominając sobie, jak po raz pierwszy poczuł zapach mężczyzny. To było wtedy, gdy strażnicy przyprowadzili całą grupkę do sali tronowej. Miał szczęście, że kaptur skrył malujące się na jego twarzy podniecenie. Pragnął zatopić kły w ciele tego mężczyzny i napoić się gorącą krwią, a później rozszarpać jego ciało na strzępy. Tego mu było trzeba, krwawej uczty i mordu. Od wielu lat korzystał z usług karmicielki Winggala, słabowitej od ciągłego upuszczania krwi dziewczyny i znużył się już dawno jej smakiem. Zakazano mu atakować ludzi, co znosił coraz gorzej. Sanguis będzie go ograniczał? Niech zapomni. Kurogane będzie jego, nie będzie już karmicielem tego blondasa. Karmiciel. Co za idiotyczny pomysł, by ofiara dobrowolnie oddawała krew przez długi czas. Ofiarę należy zaatakować i zabić, gdy się zaspokoi głód. Jeśli to kobieta, można ją wcześniej – lub później, w zależności od upodobań – wykorzystać.
Dotarł do Północnej Bramy miasta, wskoczył na mur i wcisnął się w zagłębienie wysoko nad ulicą. Znieruchomiał, niemal stopił się z murem. Czekał godzinę, dwie, dziesięć, aż Lomeer spowił mrok.
Gdy wyczuł wychodzącego z ukrycia wampira, nie poruszył się. Czekał, aż znajdzie się tuż pod murem, cichy, bezszelestny cień szukający ofiary. Potem skoczył, spadł jak kamień na kark młodego, niedoświadczonego wampira. Dekapitacja ostrymi pazurami była czymś tak szybkim, że niedoszły łowca nie zdążył wydać z siebie żadnego dźwięku. Xeno wyprostował się i kopnął z niechęcią ciało. Zabójstwo na zlecenie Winggala, szybkie i ciche, w ogóle go nie podniecało. Do swoich planów ataku na Kurogane dołączył długie, powolne kaleczenie i bolesne cięcia wampirzymi kłami. Jęk, krzyk, błaganie o litość. Doprowadzi mężczyznę do takiego stanu, że będzie mógł wydać z siebie tylko te dźwięki. A potem zawiesi martwe, puste ciało wysoko pod sufitem i będzie się napawał tą wizją. A Winggal będzie mógł mu naskoczyć, ten pieprzony obrońca miasta, odwracający się od własnej natury.
Schylił się, wyciągnął spomiędzy brudnych szat trupa splamiony pergamin. Bez trudu czytał w ciemnościach. Notka była zaproszeniem do bractwa, pytaniem, czy Potwor Z Bramy zechce dołączyć do pobratymców. Xeno uśmiechnął się złośliwie.
Oni nie mają pojęcia, że Subaru, ich szpieg, tak naprawdę pracuje dla Sanguisa. Gdyby Anathis się dowiedział, rodzeństwo i dwóch przemienieńców długo by nie pożyło…
Uśmiechnął się szeroko, zdając sobie sprawę, że znalazł sposób na zemstę na wampirzych bliźniętach bez brudzenia sobie rąk.
- Wzywałeś mnie, panie? – zapytał Fay, mając nadzieję, że nie widać po nim zdenerwowania. Nie miał pojęcia, po co Anathis go wezwał. Dziwny uśmieszek na twarzy przywódcy i to drapieżne spojrzenie szarych oczu potęgowało jeszcze bardziej jego odczucia.
Anathis zakończył spacer po skalnej komnacie.
- Owszem – powiedział spokojnie, choć ogień w jego oczach nie znikał. – Mam dla ciebie zadanie, mój chłopcze. Zastanawiałem się, komu je powierzyć i uznałem, że ty będziesz najodpowiedniejszy. Tu potrzeba bystrego umysłu i opanowania, a tymczasem większa część bractwa się tym nie szczyci. – spojrzał Fayowi prosto w twarz, a jego ton zmienił się z opiekuńczego na władczy. – Za wykonanie zadania jest nagroda. Jeśli spełnisz je należycie, dostaniesz zaszczytu zobaczenia naszej relikwii, pióra Matki Nocy.
Mag nie dał po sobie pokazać zaskoczenia. Już po miesiącu dostawał możliwość ujrzenia pióra, tymczasem Kamui był w bractwie od roku i nie ujrzał go na oczy. Czuł jednak, że za tym wszystkim kryje się jakiś haczyk.
- Co muszę zrobić, panie?
- Weźmiesz jednego z naszych koni, najbardziej rączego – odparł szarooki wampir. – Pojedziesz do Lomeer, tam spotkasz się z moim zaufanym szpiegiem, Subaru. Pomoże ci przeniknąć do zamku. Tam zabijesz Sanguisa Winggala i przyniesiesz mi pierścień, który nosi na prawej dłoni.
Podczas wypowiadania tych słów Anathis przechadzał się po kwaterze. Przy ostatnim zdaniu był odwrócony do Faya tyłem, co dla maga było błogosławieństwem, bo nie zdołał się opanować od razu. Gdy przywódca się odwrócił, blondyn miał już na twarzy maskę.
- Dlaczego, panie? – Fay długo zastanawiał się, czy powinien pytać.
- Dlatego, że pierścień ów Sanguis nosi bezprawnie – oczy Anathisa zabłysły niebezpiecznie na złoto. – Z racji pierworodztwa należy do niego, ale to ja wypełniam dziedzictwo naszego rodu. Pierścień Winggalów, najpotężniejszego rodu wampirów od tysiąca lat, należy się mnie!
Po raz pierwszy Fay widział, by Anathis tracił panowanie nad sobą. Jednocześnie szybko analizował sytuację. Anathis i Sanguis… braćmi? To tłumaczy to fizyczne podobieństwo…
- Złóż przysięgę – rzucił nagle Anathis Winggal, stając tuż przy nim. – Przyrzeknij, że wypełnisz zadanie, a włączę cię do bractwa jeszcze bardziej. Mów.
- Przysięgam… - zaczął Fay z niepokojem, bo zdawał sobie sprawę, jak wiążące są przyrzeczenia składane przez maga. – Ja, Yuui…
- Nie! – warknął Anathis. – Prawdziwe imię!
W tym momencie serce Faya zamarło. On wiedział?
- Jak…
- Wiem, że to nie jest twoje prawdziwe imię – powiedział spokojniej już Anathis, powracając do roli dobrego przewodnika. – Zbyt niebezpiecznie jest ujawniać je w tych czasach, większość bractwa tak robi, rozumiem to i akceptuję. Ale teraz potrzebuję, byś złożył przysięgę pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem.
Fay nagle zrozumiał, dlaczego na samym początku Kamui pochwalił użycie prawdziwego imienia. Anathis uznał imię „Yuui" za fałszywie. Mag uśmiechnął się w duchu, wiedząc, że przysięga złożona jako „Fay" nie będzie miała żadnej mocy.
- Ja, Fay von Valeria – na wszelki wypadek pominął przydomek „Flourite", z którym się identyfikował zbyt mocno. Za „von Valeria" w ogóle się nie uznawał. – przyrzekam, że nie spocznę, aż nie wypełnię zleconego mu zadania.
Anathis kiwnął głową, usatysfakcjonowany.
- Wyrusz natychmiast.
Kurogane wolno spacerował zamkowym dziedzińcem. Dzieciaki były w mieście, korzystając z pięknego, słonecznego dnia i cotygodniowego wielkiego targu, na którym dało się zdobyć niemal wszystko. On sam wcale nie miał ochoty im towarzyszyć i został w zamku. Wkrótce stwierdził, że to był błąd, bo nie miał w nim nic do roboty i pozostawało mu jedynie szlajanie się korytarzami, czekając, aż dzieciaki wrócą.
Miecz był zbyt ciężki, by nosić go non-stop, więc zostawił go w komnacie na rzecz ostrego, dobrze leżącego w dłoni długiego noża o profilowanej rękojeści. Teraz bawił się nim, przesuwając ostrze między palcami. Dobre w bezpośrednim starciu, ocenił. O ile przeciwnik nie ma miecza albo lancy.
Zwolnił kroku, bardzo dyskretnie przesuwając wzrokiem po otoczeniu, nie poruszając głową. Doszedł do końca alejki i zawrócił, w ten sam sposób lustrując okolicę. Instynkt wojownika podpowiadał mu, że ktoś na niego patrzył i nie chodziło bynajmniej o zwykłych gapiów. Kurogane czuł na sobie czyjś wzrok już kilka dni, chociaż obserwator był nadzwyczaj ostrożny. Wojownik miał podejrzenia, o kogo chodzi. Był niemal pewny, że śledząca go osoba to jeden z Kłów, ten sam, który niemal miesiąc temu chciał go zaatakować dla krwi. Brunet nie dowierzał zapewnieniom Subaru i miał się na baczności.
Próbował przypomnieć sobie wygląd wampira. Wysoki i muskularny, o ciemnobrązowych, krótkich włosach. Nie wiedział, jaki ma naturalny kolor oczu, w tamtej chwili tęczówki miały wampirzą, złotą barwę. Zapamiętał jednak ciemniejsze i cieńsze niż u większości mężczyzn brwi o charakterystycznym kształcie i trójkątną twarz.
Powoli, niemal naturalnie przekręcił w dłoni sztylet tak, by móc zaatakować i jednocześnie starając się, żeby ten ruch wyglądał, jakby nadal bawił się bronią.
Wyczuł, że nadszedł odpowiedni moment, gdy zbliżył się do muru i wszedł między arkady krużganka. Otoczył go cień, słońce nie miało tu dostępu. Spokojnie pospacerował aż do samego końca korytarza, zwolnił przy zagradzającej mu drogę ścianie.
Potem wytężył zmysły, a gdy usłyszał nikły świst powietrza, odwrócił się gwałtownie i wbił nóż.
Wampir, który zmaterializował się tuż przy nim, zasyczał z bólu. Kaptur spadł mu z głowy, Kurogane dostrzegł znajome brwi. Xeno, tak ma na imię, skontaktował. Nie trzeba było ze mną zaczynać.
Od Tokyo wiedział, gdzie uderzyć, by unieszkodliwić wampira. Szyja albo serce, zrobić ranę tak poważną, by organizm nie mógł jej wyleczyć przed wykrwawieniem się na śmierć. Ale teraz nie chciał zabić, wbił więc broń w brzuch. Wiedział, że wampir nie może się wyleczyć, dopóki ostrze tkwi w jego ciele, więc z uśmiechem satysfakcji szarpał lekko nożem w górę. Xeno zawył cicho, zgięty wpół.
- Nie trzeba było na mnie polować – syknął Kurogane, nadal nie wyciągając broni. Wampir rzucił mu nienawistne spojrzenie.
A potem wystrzelił ręce z długimi pazurami do przodu, Kurogane ledwie zdołał odchylić się w tył. Mocniej poruszył nożem, wampir skulił się, klął przez zęby z bólu.
- Już wystarczy – odezwał się znajomy głos. Subaru pojawił się znikąd. – Kurogane, wyjmij nóż. Dostał już niezłą nauczkę, następnym razem porządnie się zastanowi, nim zaatakuje uzbrojonego mężczyznę.
Kurogane z niechęcią wyciągnął ostrze z ciała Xeno, wiedząc, ze za parę minut po ranie nie będzie śladu. Wampir obrzucił go ponurym spojrzeniem, potem zawinął peleryną i znikł, poruszając się w wampirzym tempie. Subaru zrobił to samo.
Wojownik spojrzał na poplamiony krwią nóż. Wystarczy kropla, by przemienić człowieka, pomyślał. Przeszedł na trawnik na dziedzińcu i tam starannie wytarł ostrze o źdźbła trawy.
Zapłacisz, sukinsynie. Rozwieszę twoje wnętrzności na zamkowych wieżach, od jednej do drugiej, jak girlandy. Wyrwę ci serce i zrobię sobie z nich kotlety, draniu, a twoja męskość stanie się pokarmem dla wron. Ale to później.
Xeno, ukryty w mrocznym kanale, trzymał się za brzuch. Rany już nie było, ale bolało, jakby ktoś uderzył go taranem. Płonęła w nim wściekłość, że marny człeczyna zdołał go zranić i upokorzyć na oczach tego pupilka Winggala. Jego, wampira, który powinien stać wyżej! Zaśmiał się dziwnie, oczy zalśniły mu złotem. Nadchodził czas zapłaty.
Najpierw zniszczę ważną dla ciebie osobę.
Fay przyjrzał się wierzchowcowi. Piękny, gorącokrwisty rumak o siwej maści tańczył niespokojnie, mimo trzymającego uzdy Silvarena. To łucznik zwykle zajmował się końmi.
- Uważaj na niego – rzucił czystokrwisty wampir, oddając mu wodze. – Bardzo szybki, ale trochę narowisty.
- Dam radę – odparł blondyn, sprawdzając, czy juki są dobrze umocowane. Następnie jednym skokiem znalazł się w siodle i stanowczym szarpnięciem lejców uspokoił zwierzę.
Silvaren oddalił się bez słowa, Fay cicho westchnął. Miał przed sobą tydzień drogi, siedem dni, by wymyślić, co robić. Na jego szyi ciążył mu medalion. Wiedział, że musi uprzedzić Subaru o misji. Jak najszybciej, by i Sanguis Winggal był gotowy.
Zawrócił konia, zszedł ostrożne z pagórka. Wampiry trzymały konie na zewnątrz jaskiń, daleko od głównego traktu. Jak wcześniej zauważył, koń, na którym przybył do bractwa, też tam był. Teraz jednak dostał innego wierzchowca.
Gdy dotarł do traktu, popędził konia. Kiedy droga wyrównała się, puścił się galopem.
Sakura i Syaoran zmierzyli niepewnym wzrokiem postać hrabiego, który miotał się po komnacie. Szare oczy płonęły wściekłością. Kurogane odruchowo wysunął się lekko przed dwójkę nastolatków.
- Pieprzony skurwiel! – wrzasnął Winggal, podchodząc szybkim krokiem do toaletki i jednym ruchem zrzucając poukładane tam księgi. Drugim zbił lustro, które roztrzaskało się na drobne odłamki. – Subaru!
Drzwi skrzypnęły, do środka wślizgnął się wampir, unikając wzroku hrabiego. Kurogane, przypatrując się zwieszonym ramionom i pobladłej twarzy, stwierdził, że zaczyna mu być go żal.
Na widok Subaru Sanguis uniósł brwi i czekał na odpowiedź.
- Uciekł – powiedział cichym, bezbarwnym głosem zielonooki.
Winggal jednym skokiem znalazł się przy młodszym wampirze. Kurogane nie zdołał ujrzeć uderzenia, dojrzał jednak jego skutki – Subaru zachwiał się, a jego policzek przybrał wściekle czerwoną barwę. Ślad w kształcie dłoni zniknął po paru sekundach, zadrapania powstałe przy użyciu pazurów uleczyły się zaraz po nim, jednak wampir nadal trzymał się za policzek.
- Niech pan przestanie! – krzyknęła Sakura, wyraźnie przestraszona zachowaniem hrabiego, który przez cały ich pobyt pozował na dobrego, choć nieco szyderczego władcę.
- To nic – Subaru uśmiechnął się blado w kierunku dziewczyny. – Już nie boli.
- Milcz – warknął Winggal. Subaru cofnął się o kilka kroków i opuścił głowę. – Pamiętasz, co przyrzekałeś, gdy przyjąłem cię na służbę, Trzeci Kle? – zielonooki przytaknął. – Przysiągłeś, że będziesz zawsze czujny, że będziesz uważnie obserwować inne Kły, tak jak oni obserwowali ciebie, i przy ujrzeniu każdej niepokojącej sytuacji, czy usłyszeniu choć jednego zdania, to mnie będziesz lojalny. Mnie, nie Kłom. A tymczasem jeden z tych, których miałeś strzec, zaatakował mojego gościa. A ty, zamiast go zabić, jak nakazuje ci przysięga Kła, pozwoliłeś mu uciec.
- Wybacz, panie…
- Wybaczenie nie ma tu nic do rzeczy – przerwał mu ostro hrabia. – Xeno może być już w połowie drogi do bractwa, nikt już go nie znajdzie, jest najlepszy w maskowaniu się. Jest potencjalnym zdrajcą, a przez ciebie cały czas plan runie. Myślałem, że bardziej ci zależy na bracie.
- Kamui… - szepnął udręczony Subaru, unosząc lekko głowę. W oczach miał ból.
Kurogane poczuł gniew. Owszem, teraz życie Faya, Kamui'a i Fuumy było zagrożone jeszcze bardziej, ale przecież Winggal powinien liczyć się z taką okolicznością, zamiast teraz dręczyć Subaru, który próbował schwytać Xeno – goniąc go przez dwie noce bez snu i jedzenia. Hrabia uderzył w najczulszy punkt, w więź między braćmi.
Postąpił krok do przodu, podczas gdy Winggal wyciągnął dłoń i jednym ruchem zerwał łańcuszek z szyi Subaru, medalion służący do komunikacji.
- Gratuluję, teraz ci już nie będzie potrzebny – powiedział zimno Winggal.
Ból, widoczny na twarzy Subaru, przeplótł się z szokiem, gdy Kurogane wyrwał naszyjnik niczego niespodziewającemu się hrabiemu. Winggal obrzucił go wściekłym spojrzeniem.
- Nie masz prawa mu tego zabierać – warknął wojownik. – To dla niego ważna rzecz, a dodatkowo jedyna droga komunikacji między nami a tamtymi. Nie przyczyniaj się jeszcze bardziej do klęski. Sytuacja jest poważna, ale oni dadzą sobie radę. Jeśli trzeba, ja też tam się udam. Mam dość siedzenia na dupie i czekania, podczas gdy oni ryzykują życie. I w dupie mam twoje rozkazy – dodał dobitnie, widząc, że Winggal otwiera usta. – Nie jestem twoim podwładnym, a nawet jeślibym był, i tak bym to uczynił – na moment jego oczy spoczęły na zmieszanym Subaru.
- Doprawdy? - ton Sanguisa Winggala stał się lepki i jednocześnie jedwabisty. – Sprzeciwiłbyś się rozkazom, które wydawałaby ci twoja księżniczka Tomoyo?
Wojownik nie dał się zaskoczyć. Winggal dotykał więzi i powiązań międzyludzkich, przerabiając je na swoje argumenty. To samo zrobił przed chwilą z Subaru, a wcześniej w rozmowie z Fayem, przypominając mu jego pochodzenie. Kurogane czekał, aż zastosuje to na nim.
- Jeśli chodziłoby o ratunek dla ważnej dla mnie osoby, a ona by mi zabraniała, kazałbym jej się gonić.
Winggal się wycofał, słysząc ostre słowa wojownika. Podszedł do zbitego lustra i patrzył w odłamki na podłodze, nie odbijające jego odbicia.
- Więc róbcie co chcecie – stwierdził w końcu. – Dzieciak, księżniczka, cholerny wojownik i łamacz przysięgi. Może wam się uda. Ja umywam ręce. Zobaczymy, co uda wam się osiągnąć beze mnie. – uśmiechnął się drapieżnie, pewien, że czwórka szybko skapituluje i już za kilka dni przyjdzie szukać pomocy.
Ale Kurogane miał inne plany.
Pierwszym, co postanowił wojownik, gdy wziął sprawy w swoje ręce, było skontaktowanie się z Fayem przez naszyjnik. Dokonał tego Subaru i po krótkiej rozmowie mentalnej okazało się, że Winggal będzie im jednak potrzebny. Blondyn szczegółowo przekazał im informacje o swojej misji i dodał, że czeka na jakieś ich pomysły, które mieli mu przesłać następnym razem.
- Zabicie Winggala odpada, chociaż cholernie mnie wkurza – mruknął Kurogane, przyglądając się rozłożonym na stole dokumentom. Byli w kwaterach Kłów, do akcji po namyśle dołączyli Silla, średnio rozgarniętego, ale silnego Kła, równie jak Subaru zaniepokojonego zdradą Xeno.
- Na szczęście Anathis żąda pierścienia, nie głowy – stwierdził zielonooki wampir, stojący niemal bez ruchu przy ścianie. – Pierścień to w gruncie rzeczy zwykła błyskotka, Sanguis nie jest do niego przywiązany, nosi go z przymusu. Proponuję dać Fayowi pierścień, oczywiście po cichu, a potem urządzić przedstawienie.
- Co masz na myśli? – zapytał Syaoran, zaintrygowany słowami wampira. – W jaki sposób?
Subaru podszedł do stołu i wyciągnął spod pliku kart plan zamku.
- To sala audiencyjna, ta sama, w której rozmawialiście z Winggalem. Proponuję zaangażować w to nadwornych magików, to godni zaufania ludzie. Urządzimy walkę ze stworzoną przez nich iluzją, ja i Sill, jednak nie uda nam się ocalić iluzji hrabiego. Fay-iluzja zdoła uciec przez salę wejściową, dobiegnie do stajni. Tam będzie czekać w ukryciu prawdziwy Fay, który zawczasu dostanie pierścień.
- Cholernie skomplikowane – stwierdził bez ogródek Kurogane. – Ale musimy jakoś oszukać służbę i żołnierzy. Właśnie – co z żołnierzami? Zorientują się, że walczą z iluzją, gdy wbiją jej miecz w ciało, a ona się rozpłynie.
- Dopilnuję, by w ustalonym dniu w zamku było niewiele straży – powiedział Subaru. – Na rozkaz Kła cofną się i nie będą wtrącać się do walki. Wiem, że to skomplikowane, ale nic lepszego nie możemy zrobić. Udawane skrytobójstwo odpada, nikt nie dałby rady przedostać się do komnat hrabiego nieproszony.
- Nieproszony… - powtórzyła w zamyśleniu Sakura. – Ale…
- Masz jakiś pomysł? – Kurogane spojrzał na księżniczkę, która bębniła palcami o stół.
- A gdyby tak Fay po prostu przyszedł i poprosił o prywatną audiencję? – spytała. – Ludzie musieli skojarzyć jego nieobecność. Dostał zadanie i poszedł, kiedyś wróci z rezultatem. Nikogo to nie zdziwi, to sprawy hrabiego. Hrabia rozkaże służbie odejść, by nikt nie podsłuchiwał. Fay dostanie pierścień, hrabia w jakiś sposób wydostanie się z pokoju… - nagle zawahała się. – Subaru, to możliwe?
Wampir spojrzał na plan zamku.
- Jedna z komnat niedaleko dziedzińca, której Winggal niekiedy używa, gdy przyjmuje gości, ma sekretne wyjście – stwierdził. – Jest ono tylko na tym planie, służba nie ma o nim pojęcia. Prowadzi na tyły zamku, stamtąd przez piwnicę można się wydostać.
- Więc Fay magicznie wygeneruje iluzję martwego ciała hrabiego i mnóstwa krwi, a potem wraz z nim umknie przejściem. Potem przyjdą dwa Kły – spojrzała kolejno na Subaru i Silla, potem kontynuowała coraz pewniej. – Pozwolicie służbie zobaczyć ciało, potem ich wyprosicie.
- Jednym z zadań Kłów jest wyprawienie pogrzebu hrabiego – wpadł jej w słowo Subaru, podekscytowany planem. – Nikogo to nie zdziwi. My udamy, że wkładamy ciało do trumny i sprzątamy zakrwawiony pokój, w tym czasie iluzja zniknie samoistnie. Miasto uwierzy, że hrabia nie żyje, zamordowany przez gościa, który niepostrzeżenie umknął.
- Dziewczyno, ty jesteś księżniczką czy strategiem? – zapytał zaskoczony Kurogane. Księżniczka proponowała wyjście dużo proste od poprzedniego i dużo bardziej logiczne, dodatkowo nie wymagające dołączania do ich spisku kogokolwiek innego. – Jeśli kiedyś zasiądziesz na tronie, gdyby zachciało ci się prowadzić wojny, z pewnością wygrasz je wszystkie.
- Uczę się od najlepszych – uśmiechnęła się do niego promiennie. – A teraz szybko zawiadommy Faya.
- I hrabiego – dodał Syaoran.
Kurogane zasępił się.
- Z tym może być problem. Wątpię, czy będzie chciał nas słuchać.
Ku ich zaskoczeniu, Winggal wydawał się zadowolony, że wymyślili plan. Wszystko zostało uzgodnione, a następnie przekazane Fayowi. W czasie pobytu Faya w mieście nie miało być okazji na zobaczenie się z przyjaciółmi, wszystko miało odbyć się szybko. Kurogane był tym nieco zirytowany, dzieciaki zmartwione, ale rozumieli, że najważniejszy jest czas.
W umówionym dniu, późnym wieczorem, Subaru wykradł się poza mury miasta. Razem z Fayem odnaleźli umówione miejsce, w którym pozostawili wierzchowca, tuż obok wejść do kanałów. Można było nimi się dostać w okolice zamku, więc były doskonałą drogą ucieczki. Ponieważ w tym miejscu mur otaczający miasto był najwyższy, a w pobliżu nie było żadnych bram, praktycznie nie było tam strażników, a nieduży las podchodził pod sam mur, kryjąc zwierzę przed wzrokiem postronnych.
Rankiem Fay wszedł głównym wejściem zamku i poprosił o audiencję. Wszystko przebiegło zgodnie z planem, a po zamku niemal natychmiast huknęła wieść, że hrabia jest martwy. Służba próbowała szukać mordercy, podczas gdy Fay i Winggal czekali w kanałach na zapadnięcie zmroku.
- Ta mała sprytnie to wymyśliła – mruknął Sanguis, krzywiąc się z powodu odoru unoszącego się w kanałach. – Subaru, co teraz? Nie będę siedział miesiąca w tym gównie.
- Przygotowałem kryjówkę – odpowiedział zielonooki wampir. – Sill przyjdzie i cię do niej zaprowadzi.
Fay spojrzał na Subaru, odnotowując, że już nie zwraca się do hrabiego przez „pan". Oczy czystokrwistego płonęły.
- Idziesz ze mną – stwierdził Fay, odgadując zamiary Subaru. Ten kiwnął głową.
Winggal obrzucił go niechętnym spojrzeniem, ale nie oponował. Poprzedniego dnia Subaru wypowiedział mu służbę. Nie mógł już zatrzymać młodego, zdolnego wampira przy swoim boku. Z Kłów pozostał mu już tylko tępy Sill.
Stukot końskich kopyt, miarowy i monotonny, wybijał rytm, mieszając się z cichymi, lekkimi krokami Subaru, biegnącego truchtem obok konia. Mimo że dochodziła północ, wampir nie wyglądał na zmęczonego, oddychał spokojnie i równo.
- Jesteś wytrzymalszy niż sądziłem – powiedział Fay, ściągając nieco wodze siwego rumaka. Pierścień Winggala kołysał mu się na szyi, zawieszony na rzemyku. – Nie myślałem, że wampiry potrafią piechotą pokonywać takie odległości. W ogóle nie jesteś zmęczony?
- Tylko trochę – stwierdził Subaru, uśmiechając się. – Ale mylisz się, nadludzkie umiejętności wampirów zwykle koncentrują się w sile i szybkości, kosztem zmniejszonej wytrzymałości. U mnie to akurat wytrzymałość jest najlepszą cechą, od przeciętnego wampira jestem natomiast słabszy.
- Ale i tak dużo silniejszy od człowieka – Fay zatrzymał konia, pozwolił zielonookiemu wsiąść na siodło za nim. Gdy upewnił się, że Subaru siedzi i nie ma zamiaru zlecieć, pośpieszył konia, przechodząc do galopu.
- Gdzie się podział ten wesołek, który słodkimi słówkami prosił o pobyt w naszym urzędzie? – zapytał po kilku minutach Subaru.
Fay zmarszczył brwi.
- Nie byłeś przy tym.
- Nie byłem, ale Kamui wszystko mi opowiedział. Możesz odpowiedzieć na to pytanie? Zmieniłeś się.
- Nie zmieniłem się. Po prostu odrzuciłem maskę i staram się być sobą. Au! – Fay syknął, gdy paznokieć wampira skaleczył mu rękę. – Co robisz?
Kątem oka zauważył, jak Subaru przykłada zaczerwieniony koniuszek paznokcia do ust.
- Jesteś chory, czuję to w twojej krwi – stwierdził zamyślony czystokrwisty. – Zmęczenie, wyczerpanie magiczne, stres, wilgoć i pleśń w jaskiniach bractwa, choroba, która powoduje kaszel krwią. To musi szybko się zakończyć, ta wojna z bractwem. Ty umierasz, Fay. Jeśli w ciągu kilku tygodni nie dostaniesz pomocy uzdrowiciela, umrzesz.
Fay zesztywniał, słysząc diagnozę. To, co Subaru wyczytał z jego krwi, było bardzo niepokojące. Potem rozluźnił się i westchnął ciężko. Lubił Subaru, czuł, ze może być z nim szczery.
- Oni nic nie wiedzą. Nie chciałem ich martwić, prosić o wypoczynek, gdy się źle czułem. Przeskoki międzywymiarowej nie ułatwiały sprawy. Wiem, że jestem chory, czuję to we własnej magii, ale nie sądziłem, że to aż tak poważne. Życie nauczyło mnie skrytości, przekonania, że moje problemy należą tylko i wyłącznie do mnie. Dzięki nim wiem, że moje milczenie ich rani, ale boję się, że odrzucą mnie, gdy wyjawię im kolejne moje sekrety.
- Fay – odezwał się po krótkiej chwili Subaru, tonem łagodnym i spokojnym. – Im na tobie zależy. Przez ostatni miesiąc mogłem ich obserwować i bardzo się o ciebie niepokoili. To wyjątkowi ludzie, oni cię nie odrzucą. Jako wampir widzę wyraźniej, potrafię czytać lepiej z twarzy ludzkich niż jakikolwiek człowiek, dostrzegam to, co innym umyka. A u nich widziałem lęk o twoje życie, strach, że cię stracą. A najwięcej widziałem… Zgadnij, w czyich oczach? Szkarłatnych, niepokojących i czasem strasznych?
Ale fascynujących, dopowiedział w myślach Fay.
- Mów dalej – szepnął, czując, że to, co teraz usłyszy, jest bardzo ważne.
- Kurogane to twardy facet, silny i nieugięty, ale dobry, chociaż trzyma tą dobroć w sobie i rzadko pozwala jej wypłynąć w większym stopniu. Panuje nad emocjami, nad twarzą, czasem trudno zgadnąć, co czym myśli. Ale zdradzają go oczy. Może być gderliwy, gruboskórny, opryskliwy, ale naprawdę się o ciebie troszczy. Jednocześnie nosi w sobie uczucie, które trudno mu zaakceptować.
- Uczucie? – szepnął Fay, mimo świstu wiatru i huku kopyt słysząc każde słowo wampira.
- Tam, skąd pochodzę, nazywamy to blaskiem księżyca – powiedział Subaru, nagle jakby oddalony o setki mil. – Kobieta i mężczyzna mogą spotykać się w ciągu dnia, bez złych spojrzeń innych. To blask słońca, miłość słonecznego kamienia, jak mówią moi pobratymcy z rodzinnego świata. Druga to miłość księżycowego kamienia, blask księżyca, gdy kochankowie spotykają się nocą, w ciszy i pustce, bojąc się, że ktoś pozna ich sekret. Tak kocha twój Kurogane, chociaż nie jest jeszcze gotowy przyznać tego przed sobą. Ale nie widzę twojej twarzy, nie potrafię wyczytać uczuć z twojej maski.
Fay milczał. Niespodziewanie wiadomość, że ktoś go naprawdę kocha, przyniosła przyjemnie uczucie ciepła. Miłość kochanków. Jeszcze niedawno nigdy by nie pomyślał, że może łączyć go i Kurogane coś podobnego, co wiąże ze sobą Kamui'a i Fuumę. Owszem, Kurogane był przyjacielem, najbliższym. Ale teraz pojął. Nagle zdał sobie sprawę, że to, co uważał za przyjaźń, niepostrzeżenie wykiełkowało w inny, księżycowy kwiat. Ta tęsknota, ten niepokój nie był dziełem przyjaźni.
- Nie potępiasz mnie? – zapytał w końcu. – Mnie i Kurogane?
- Czemu miałbym cię potępiać? – Subaru zapatrzył się w księżyc, wysoko wiszący na niebie. – Mój brat kocha księżycową miłością. I ja kiedyś kochałem. Życzę wam szczęścia, mam nadzieję, że po tej rozłące odnajdziecie prawdziwy sens. Kurogane cię nie skrzywdzi, nie porzuci. Tacy jak on zakochują się raz, niespodziewanie, powoli, nie zdając sobie z tego sprawy. To coś pięknego, Fay. Trafiłeś na wspaniałego człowieka, nie wszyscy mają tyle szczęścia.
- Mówisz o sobie? – blondyn odwrócił się w siodle, zwalniając konia. Oczy Subaru, ciemne w mroku, lśniły dziwnym światłem. On płacze, maguświadomił sobie ze zdumieniem. Ma łzy w oczach.
- Tak – Subaru mówił czystym, pewnym głosem, panując nad sobą. – Kiedyś w miejscu naszych narodzin pojawił się człowiek, który stał się dla mnie wszystkim. Był na skraju śmierci, dałem mu swej krwi wbrew zakazom moich pobratymców. Nie stał się wampirem, to się zdarza, ale był w stanie wyczuć moją obecność. Uratowałem mu życie, a on potem odwdzięczył się w straszny sposób. Nie chcę tego wspominać. Kamui prawie go zabił, zrzucił ze skały prosto w morze, zabrał mnie i natychmiast uciekliśmy do innego świata.
- Seishirou? – zapytał Fay, chociaż był pewien, że to o łowcę chodziło. Wampir skinął głową.
Księżyc schował się za chmurami, mrok okrył ziemię, ale w sercu pewnego czarodzieja błysnęła radosną iskrą wizja przyszłości oświetlonej księżycowym, niezwykle mocnym blaskiem. Może jednak nie był takim życiowym nieszczęśnikiem.
