Dzień był deszczowy do tego stopnia, że Tobi martwił się, że ulewa może podmyć tory, po których miała przejechać czerwona lokomotywa, ciągnąca za sobą wagony z uczniami. Nie zraziło to jednak chrzestnego Tobiego, Sasuke Blacka, do odprowadzenia go na dworzec. Jako że społeczeństwo nie przywykło do oglądania poszukiwanych w całym kraju morderców przemierzających spokojnie ulice – musiał przyjąć animagiczną formę węża na krótkich nóżkach (potocznie zwanego jamnikiem).
Po czułym pożegnaniu Tobi Potter, Konan Granger, Pein, Sakon, Ukon i Sasoria Weasley wsiedli do pociągu. Bliźniacy szybko odłączyli się od reszty, w ich ślady prędko poszła też dwójka świeżo upieczonych chuuninów (mamrocząc przy tym jakieś przeprosiny – Konan – i marudząc coś o upierdliwości tej sytuacji – Pein). Tobi został sam z Sasorią i jako dobry chłopiec pozwolił jej wybrać przedział, w którym usiądą. Dziewczyna długo się nie namyślała (bo i wyboru większego nie było) i już po chwili siedzieli z jakąś jej koleżanką – Deidarą Lovegood, Krukonką o jasnych włosach i niebieskich oczach, która miała dziwne blizny na dłoniach, po wewnętrznej stronie (obie twierdziły, że to z powodu sztuki). Sztuką miała też być jej fryzura – grzywka opadająca na lewe oko i nieco asymetryczny, sterczący kucyk na środku głowy. Dziewczyna mocno podkreślała oczy kredką i Tobi musiał przyznać, że była ładna.
- Czego się gapisz, un? – zapytała najsłodszym głosem, o jaki Tobi mógł ją tylko posądzać.
- Ja? – zamyślił się. – Miło mi cię poznać – odpowiedział, bo nic innego nie przychodziło mu do głowy.
Wtedy drzwi przedziału otworzyły się i wszyscy usłyszeli głos:
- Jesteś dobrym chłopcem, Tobi-kun.
- Zeeetsu! – ucieszył się rzeczony dobry chłopiec i serdecznie przywitał przyjaciela.
Zetsu Longbottom był fanem (a może nawet i fanatykiem; gdyby Tobi nie był dobrym chłopcem, mógłby go nawet podejrzewać o dendrofilię) wszelkich roślin i innych posiadaczy chlorofilu, których tylko mógł spotkać na swej drodze. Często przypinał do kołnierza coś, co miało udawać liście (tłumaczył, że w ten sposób lepiej rozumie małych, zielonych braci). Do jego cech charakterystycznych należała też nierównomierna opalenizna – była efektem pracy w ogrodzie; prawa połowa ciała była śniada, bardzo opalona, lewa – właściwie biała jak u albinosa.
Usiadł z zadowoloną miną koło Sasorii.
- Nie było innych przedziałów, un? Potrzebuję trochę przestrzeni, ya know… - mruknęła Deidara.
- Znów ta twoja sztuka? – zapytała Sasoria z miną wskazującą na irytację. – Nie rozumiesz, że ciągłe wybuchy i eksperymenty nie są sztuką? Sztuka to coś wiecznego, nieprzemijającego…
- I dlatego się bawisz lalkami? – odparła ironicznie Deidara. – Sztuka nie może być wieczna, bo ludzie się z nią oswoją, przywykną, przestanie ich porywać. Piękno sztuki tkwi w jej ulotności, un. Art is a Bang.
- Dziewczyny, nie kłóćcie się – odezwał się Tobi, próbując brzmieć bardzo grzecznie, żeby ich nie urazić. – Każdy może interpretować sztukę na swój własny sposób – dodał, uśmiechając się szeroko, czego niestety nikt nie zauważył z powodu noszonej przez niego maski.
Deidara spojrzała na niego, mrużąc mocno podkreślone oczy.
- Jesteś interesujący, un… - mruknęła, przechylając głowę na bok.
Jasna grzywka zsunęła się jej z twarzy, ukazując dziwne urządzenie, zamontowane na lewym oku.
- Och, to – dodała, widząc pytające spojrzenia Tobiego i Zetsu. – To jest wykrywacz nargli – oznajmiła, jak gdyby to cokolwiek tłumaczyło.
- Deja boi się swoich wyimaginowanych przyjaciół – rzuciła Sasoria z kpiącym uśmieszkiem.
Blondynka posłała jej mordercze spojrzenie.
- One istnieją naprawdę, un! Możecie mi nie wierzyć, ale to ja się będę śmiała ostatnia, gdy nie dostrzeżecie ich w porę i nie dacie rady umknąć przed ich zabójczymi kłami!
- Spotkałaś je już kiedyś? – Tobi, jako dobry chłopiec, starał się okazać zainteresowanie, by sprawić Deidarze przyjemność.
- Un… jasne, że tak – odparła, jakby chciała powiedzieć coś między „powaliło cię?" a „jasne, że nie".
Zetsu, chcąc przerwać tę konwersację, wyciągnął swój najnowszy nabytek - Mimbulus mimbletonię. Kiedy wyjaśniał czym jest ta roślinka – stało się kilka rzeczy na raz.
Po pierwsze – drzwi do przedziału się otworzyły i weszła bogini jutrzenki, różanopalca Itacho Chang, obdarzając Tobiego anielskim uśmiechem.
Po drugie – Deidara uśmiechnęła się pod nosem, wykonując dziwne gesty dłońmi.
Po trzecie – Zetsu podniósł swoją roślinę do góry tak, by każdy mógł ją zobaczyć.
I w tym momencie wszystkich – zaskoczoną Sasorię, rozanielonego Tobiego, uśmiechniętą Itacho, zaskoczonego Zetsu i wyszczerzoną w samozadowoleniu Deidarę - pokrył śluz, który wydobył się z roślinki, gdy ta wybuchła.
- Art is a Bang – powiedziała ta ostatnia, a z jej głosu biła duma.
Itacho zmierzyła ją zdegustowanym, oziębłym spojrzeniem i wyszła. Tobi żałował, że jest dobrym chłopcem i nie może dać Deidarze po głowie. Żałował też, że jest taka ładna. Znaczy cała Deidara, nie tylko jej głowa.
Sasoria wyglądała, jakby chciała dokonać rytualnego mordu, jaki wymagany jest od wyznawców różnych dziwnych religii, których na świecie było przecież co niemiara.
- Ty idiotko, znowu to robisz? Te wybuchy wszędzie i zawsze, a pfe! Pohamuj swoje mierne pojęcie o sztuce, kiedy jesteś w towarzystwie.
Zetsu natomiast wyglądał jakby chciał się rozpłakać (w jego lewym oku z całą pewnością kręciła się łza) albo zamordować Deidarę (o tym z kolei świadczył wyraz prawego oka). W końcu jednak nie zrobił żadnej z tych rzeczy, ale patrzył smętnie na to, co pozostało po jego pięknej roślince.
Tobi skupiał się raczej na tym, że cały przedział wyglądał, jakby został zaatakowany przez ślimakożerców, którzy pozostawiliby po sobie dużo, dużo śluzu. Zastanawiał się też co, jako dobry chłopiec, powinien teraz zrobić. I coś, ten tkwiący w każdym człowieku zły chłopiec, ta bestia mieszkająca w jego piersi, jego wewnętrzne fuj powiedziało: „Przecież nie ty jesteś chuuninem. Jesteś tylko dobrym chłopcem, Tobi-kun, więc spokojnie poczekaj aż inni się tym zajmą".
A inni, jakby na to czekając, właśnie się zjawili. Pein (mamrocząc coś o niewygodach tej fuchy) i Konan (łagodnie go łajająca) wkroczyli na scenę zniszczenia, najwyraźniej pewni, że tu odpoczną od niewygód, których wymagało od nich ideologiczne posłannictwo ich pracy. Tymczasem jednak zastali Tobiego wycierającego śluz z maski, Sasorię (nadal zaśluzowaną) próbującą dusić (także zaśluzowaną) Deidarę, któraż to rechotała radośnie w iście diaboliczny sposób. Zetsu jako jedyny zachowywał spokój i tępo patrzył w ścianę.
- C-co się tu stało? – zapytała Konan, siadając ciężko na wolnym (choć oblepionym śluzem) fotelu. – Łaa, Chłoszczyść no jutsu! – Plamy zniknęły zarówno z jej szaty, jak i z fotela oraz wszystkich okolicznych powierzchni, na których się znajdowały.
- Yyy… rozmawialiśmy o sztuce, un – bąknęła Deidara.
- Ból – stwierdził filozoficznie Pein.
Zetsu nabrał głośno powietrza, jakby wahał się między wydaniem z siebie smętnego jęku a wykrzyczeniem swoich pretensji całemu światu (a przynajmniej pięciu najbliższym mu metrom kwadratowym, które dziwnym zrządzeniem losu zajmowali jego przyjaciele).
Wtedy, kiedy wszystkim udało się zająć miejsca siedzące, drzwi raz jeszcze się otworzyły i stanął w nich osobnik blady a krasny, z włosem długim i jasnym jak księżyc w pełni odbijający się w wodach najmroczniejszego jeziora, tak mrocznego, że nikt, nawet małe dzieci z kosmatymi psami, nie odważały się w nim kąpać w najupalniejsze choćby dni. Oczy osobnika przypominały osadzone w srebrze ametysty, które niegodziwy jubiler przewiercił na wylot i wlał w nie źrenice. Nie mógł być to nikt inny, jak tylko Hidan Malfoy. Po jego prawicy (ukrytej zresztą w kieszeni szaty) stał osobnik gruby a sprosny, obdarzony fizjognomią przywodzącą na myśl z najbardziej ukrytych i zapomnianych zakamarków umysłu obraz wiejskiego cwaniaczka o wielkim nosie, topornych rysach, wielkich, pokrytych szczeciną nogach i zezowatym spojrzeniu. Kisame Goyle nie miał jednak ani wielkiego (po prawdzie – nie miał żadnego) nosa, ani topornych rysów (wszak woda wygładza nawet kamienie), ani nawet wielkich i owłosionych nóg. Jego domniemany zez był sprawą dyskusyjną, ale też pozostał raczej niestwierdzony. Jedyne, co się zgadzał to to, że był cwaniaczkiem. Po lewicy Hidana stał (bardzo niezadowolony z tego powodu, bowiem optujący za centroprawicą) Kakuzu Crabbe, nikczemnej postury i wyrazu twarzy (która była co prawda ukryta pod maską, ale z pewnością była nikczemna), kamrat Hidana we wszystkich jego zbrodniach i występkach, łasy na złoto i srebro, a także wszystko, co tylko da się spieniężyć.
- Kogóż tu, kurwa, mamy – mruknął Hidan, wchodząc do przedziału i patrząc na Deidarę, która poprawiała fryzurę. – Co taka ślicznotka jak ty robi z takimi pierdolonymi ofe… To ty, Lovegoood? Żeż kurwa, co laskę udajesz? – Odwrócił od niej wzrok, przelotnie patrząc tylko na Sasorię i w końcu zatrzymując się na Konan. – A ty, o radości, iskro bogów, kwiecie pieprzonych elizejskich pól? – zagaił miło.
Konan ostrzegawczo drgnęła brew. Nie lubiła iskier. Niszczyły papier.
- Szukasz tu śmierci, Malfoy? – zapytał Pein, wczuwając się w rolę obrońcy uciśnionej damy.
- Na pewno nie szukam tu ciebie. Wolę jakąś ładną dupę.
Tobi popatrzył na niego ze zdziwieniem, wyobrażając sobie chodzące pośladki. Takie zwykłe, z nóżkami, ale bez reszty ciała. Zachichotał. Ale niektórzy są głupi.
- Posłuchaj, Hidan, jesteśmy chuuninami, rozumiesz? Jeśli natychmiast stąd nie wyjdziesz…
- Tak się składa, moja droga Konan, że również jestem pierdolonym chuuninem.
- Ból – mruknął Pein. – A kto poza tobą?
Hidan spojrzał nich z wyższością. Głupi, irytujący Gryfoni. Niech zgadną, a co.
- Orochi Parkinson – powiedział Kisame. – No wiecie, ta z czarnymi włosami.
Wszyscy kiwnęli głowami na znak, że wiedzą. Orosia była chyba najbardziej (może zaraz po Hidanie) wyróżniającą się osobą ze Slytherinu. Jej uwielbienie dla węży i strach przed śmiercią były znane w całym Hogwarcie. Podobnie jak długie, czarne kosmyki i złociste oczy, które najczęściej wyszydzały rozmówcę, rzadziej wyrażające zrozumienie czy sympatię. Była prawdziwą Ślizgonką, przedkładającą własny interes nad takie detale jak dobre wychowanie czy savoir-vivre, czy zwłaszcza sposób zachowania przy stole (dziewczę miało pewne problemy z opanowaniem instrukcji obsługi – której nikt nie dołączył, granda! – łyżki, co było problematyczne dla siedzących obok niej w czasie jedzenia zupy; wszystkie braki wynagradzała sobie długim językiem, który był obiektem zazdrości wszystkich psów i niespełnionym-dla-większości-poza-kilkoma-bądź-kilkunastoma-ewentualnie-kilkudziesięcioma-wyjątkami marzeniem sennym męskiej części Hogwartu).
- Kisame, kurwa… – mruknął Hidan, zerkając z ukosa na Goyle'a.
- No co? – padła tępa odpowiedź.
Zanim Hidan zdołał wyjaśnić temu pojebanemu idiocie (jak właśnie o nim pomyślał) powód swojej irytacji, napotkał mordercze spojrzenie Deidary.
- Hidan, powiem to tylko raz: WY-NO-CHA – wycedziła, uśmiechając się niepokojąco. – Wystarczy jedno moje słowo… - zawiesiła głos, a jej uśmiech się poszerzył, ukazując piękne, białe zęby, które sprawiły, że Tobi poczuł się jak pieczone prosię, o którym marzył kilka tygodni temu. Były to niezaprzeczalnie zęby łowcy, osoby, która zawsze dostaje to, czego chce.
- A co ty mi, kurwa…
Hidan nie dokończył zadania, bo krawat na jego szyi zaczął dymić, a wkrótce potem wybuchł. Chłopak, mamrocząc pod nosem najgorsze wulgaryzmy, odszedł kawałek dalej.
- Uważaj, bo zginiesz – mruknął Kakuzu, idąc za nim.
- Zamknij się, do cholery – odparł wściekły Hidan.
- Ojej – skwitował Kisame, patrząc przyjaźnie na Sasorię, której twarz nie wyrażała właściwie żadnych emocji.
Dopiero gdy drzwi się ostatecznie zamknęły, wszyscy odetchnęli z ulgą, a Sasoria warknęła do Deidary:
- Show off.
