ROZDZIAŁ III
Dni pełne zająć mijały szybko, a Rose starała się unikać Scorpiusa ze wszystkich sił. Czuła się zaniepokojona i zażenowana odkryciem, które przyniósł jej eliksir Somnis Desideris. Unikanie chłopaka nie było wcale łatwe, gdyż Gryfoni mieli wszystkie zajęcia razem ze Ślizgonami. Rose nigdy nie przepadała za takim układem i tradycyjną rywalizacją, która zaczynała się już w pierwszych dniach zajęć. A teraz tym bardziej chętnie zamieniłaby obecność wyniosłego szczupłego blondyna nawet na całą gromadę niezdarnych Puchonów. Widziała tylko jedno wytłumaczenie tej sytuacji - ona i Albus musieli źle uwarzyć eliksir. Stąd ten sen. I te wizje. Co ciekawe, Scorpius po tamtej lekcji też nie wyglądał na specjalnie szczęśliwego. Był roztargniony i zmartwiony na niemal wszystkich zajęciach, co Rose oczywiście zauważyła, choć starała się nie dopuszczać do siebie jakichkolwiek myśli o tym chłopaku.
Poza tym Gryfonka miała wiele innych powodów do zmartwienia. Lekcje z ojcem Scorpiusa były ciągłym koszmarem. Nauczyciel hojnie przydzielał punkty Ślizgonom, zwłaszcza swojemu synowi. Jakkolwiek Rose by się nie starała, zawsze coś było nie tak. Choć musiała przyznać, że wiele się nauczyła na tych lekcjach, które wymagały od niej nieustającej czujności. Była zmuszona dać z siebie wszystko, żeby uniknąć odejmowania punktów. Jej umiejętności wzrastały. Nie, żeby nauczyciel kiedykolwiek raczył to zauważyć.
Incydent prawdziwie niemiły i długo jeszcze budzący niesmak dziewczyny wydarzył się na kilka dni przed Halloween. Tego dnia przed południem uczniowie mieli tradycyjnie odwiedzić Hogsmeade, skąd wracali zawsze z kieszeniami pełnymi słodyczy i zabawnych gadżetów. Spora część uczennic szóstego roku została zaproszona przez zainteresowanych chłopców na kawę do "Trzech Mioteł". Rose nie spodziewała się żadnego zaproszenia. Jej rzeczowość, spokój i zamiłowanie do książek, połączone z bardzo zwyczajnym wyglądem, nie działały na chłopców specjalnie zachęcająco.
Tak więc, kiedy wychodzili z sali eliksirów i Rose ruszyła powoli schodami pod górę, jak zwykle obładowana książkami, zdziwiła się, gdy Scorpius Malfoy, zamiast ją wyminąć jak zwykle, zatrzymał się nagle dwa stopnie wyżej.
- CzypójdzieszzemnądoHogsmeade? - wyrecytował na jednym oddechu.
- Proszę? - Rose patrzyła na niego ze zdziwieniem.
- Pytałem, czy pójdziesz ze mną do Hogsmeade? - powtórzył wyraźnie zniecierpliwiony i jakby zaniepokojony.
- Ja... - Rose nabrała oddechu i sama właściwie nie wiedziała, co na to odpowiedzieć.
- Czego on od ciebie chce? - ostry głos Jamesa Pottera przerwał ciszę. Najstarszy rocznik właśnie schodził na zajęcia z eliksirów. - Czego do ciebie chce ten synalek śmierciożercy? - za Jamesem zebrała się grupka Gryfonów z siódmego roku, wyglądali na nastawionych dość bojowo.
Scorpius obdarzył wszystkich pogardliwym spojrzeniem, wyminął Jamesa i bez słowa poszedł na górę.
Wtedy Rose odzyskała głos. - Jak mogłeś, James! - krzyknęła z oburzeniem.
- Jest taki sam, jak jego ojciec. - burknął James - Malfoyowie zawsze będą Malfoyami i nikim innym. - w towarzyszącej mu grupce Gryfonów rozległy się pełne aprobaty okrzyki.
- Właśnie tak! - potwierdził Andrew Finnegan, który wyłonił się zza pleców Jamesa.
- Ale czego wy tak naprawdę od niego chcecie? - oburzyła się Rose. - Proszę jakieś konkrety. Za co go tak nie znosicie?
- Za sam fakt, że istnieje! - powiedział z pasją James. - I za to, jakie nosi nazwisko!
- Ale obraziliście przy okazji nauczyciela... - zaprotestowała Rose. - Czuję, że będą kłopoty!
- Malfoy nie może rządzić się w tej szkole tak, jakby chciał. - stwierdził Finnegan plotkarskim tonem. - Musi pracować w szkole, bo ministerstwo trzyma majątki byłych śmierciożerców pod kluczem.
- Jak to możliwe? - zdziwiła się Rose. - Przecież Malfoyowie mają potężny majątek, widziałam kiedyś zdjęcia ich rezydencji...
- A tak, siedzą sobie w tym dworze. - powiedział James z zadowoleniem. - I co miesiąc dostają skromny zasiłek z ministerstwa. Kiedyś twój tata o tym opowiadał.
Rose westchnęła z irytacją i poszła na górę. Przez całą resztę zajęć Scorpius nie spojrzał w jej stronę ani razu. I chyba nie powiedział nic ojcu, który zachowywał się na lekcjach co prawda okropnie... Ale to już było normalne. Rose wolała nie myśleć, jak zareagowałby na wyzywanie go przez uczniów od Śmierciożerców.
