Pogromca
Cz. 4.
— Słucham?
— Możesz wierzyć lub nie, jesteś moim synem.
— Tak, oczywiście, i pewnie niebawem też wyrosną mi takie rogi i ogon na dodatek — prychnął Harry, odsuwając się od tego szalonego mężczyzny.
— Dopiero jak skończysz dwadzieścia jeden ludzkich lat. Jesteś tylko pół demonem, albo przynajmniej byłeś do czasu jak ten... Jak mu było? — zwrócił się do tego czegoś na ramieniu.
— Tom Riddle alias Lord Voldemort.
— Właśnie. Zabił twoją ludzką część, więc teraz jesteś demonem.
— I pewnie jestem w piekle — zironizował.
— Zgadza się. — Mężczyzna był całkiem poważny. — Rozejrzyj się po okolicy. — Wskazał mu okno.
Harry posłuchał. Odsunął ciężką zasłonę i zamarł. Przed nim roztaczał się kolejny pustynny krajobraz. Teraz było trochę więcej skał, a na widnokręgu widoczne nawet góry. Jednak ani śladu życia. Nic, nawet zaschniętego drzewa, by choć podejrzewać, że kiedyś było tam jakieś życie.
— Bestia cię przetestowała, tak na wszelki wypadek, i dlatego pozwoliłem ci tu przybyć. Normalnie odesłałbym cię do jakiejś wyższej sfery, byś się podszkolił, ale poradziłeś sobie całkiem dobrze.
— Test? — Harry odwrócił się od okna. — Bestia to ten idiota, co mnie znalazł i szturchał patykiem jak jakąś padlinę?
Mężczyzna spojrzał na zwierzątko, a to potwierdziło skinieniem głowy.
— Tak zrobił. Sama widziałam. Potem udał, że stracił przytomność, i młody panicz sam sobie poradził z całą banda Asurów.
Ten pokiwał głowa pobłażająco.
— Czy on chociaż raz wykona poprawnie rozkaz? Miał nie wciągać chłopca w żadne niebezpieczeństwo. Nieważne. — Machnął dłonią i tuż przy nim pojawił się dzieciak niewiele starszy od Harry'ego.
— Aresz, zapoznaj mojego syna z panującymi tu zasadami. Ubierz go odpowiednio do jego rangi. Potem przyprowadź do głównej sali. Czas dokonać prezentacji.
— Hej! Nie zgadzam się! — krzyknął Harry. — Nie jesteś moim ojcem!
— Udowodnię ci to podczas rytuału. Magia zawsze rozpozna swoje źródło.
Odwrócił się od niego i wyszedł, a wezwany chłopak ukłonił się naprawdę nisko. Następnie klasnął w dłonie i podszedł do Harry'ego.
— To do dzieła, paniczu. Zasady są proste. Na tym poziomie władzę sprawuje pan Asmodeus, ty jako jego następca jesteś zaraz po nim. Każdy będzie cię słuchał.
— Pięknie, z jednego bagna w drugie. Już i tak jest nieciekawie. — Usiadł na łóżku, krzyżując ręce na piersi i obserwując poczynania drugiego chłopca.
Ten podszedł do ogromnej, w pełni tego słowa znaczeniu, szafy i otworzył ją. Potem do niej wszedł, szukając czegoś w jej przepastnych czeluściach.
— Jaki kolor preferujesz, paniczu?
— Wszystko jedno i nie nazywaj mnie paniczem.
— Przykro mi, ale nie mogę, paniczu. Proponuję zieleń i srebro, będą pasować do cery i koloru oczu.
Harry prychnął.
— A jak ci rozkażę, to go złamiesz?
— Nie wolno mi sprzeciwiać się paniczowi.
— Rozkazuję ci mówić mi po imieniu. Jestem Harry.
Aresz zmierzył go nagle zimnym wzrokiem, od którego przeszły Potterowi ciarki po plecach.
— Nie złamię rozkazu pana Asmo, paniczu Harry — odparł ostro.
— No, tak. Jest wyżej ode mnie i musisz usłuchać. Co to jest! — krzyknął, gdy zobaczył, co chłopiec dla niego niesie. — Chyba sobie żartujesz? Nie ubiorę tego!
— Skoro chce panicz przynieść wstyd własnemu ojcu już w pierwszy dzień pobytu w Bramie Śmierci to proszę bardzo. Mnie wszystko jedno. Ja wykonałem polecenie.
W kilka chwil Aresz zmienił diametralnie stosunek do Pottera.
— Co się dzieje? Jeszcze przed chwilą byłeś całkiem znośny.
Aresz rzucił mu na łóżko wybrane rzeczy i stanął pod przeciwległą ściana, opierając się o nią plecami i podpierając dodatkowo nogą.
— Przez ciebie robię za służącego. Nie jestem Grigoriem, tylko demonem, a muszę ci nadskakiwać. Jesteś lub byłeś, nie znam szczegółów, człowiekiem. Twoja matka zadała się z mym panem i narodziłeś się ty, burząc cały tutejszy porządek. A było tak spokojnie. Bestia też to czuła.
— Nie macie dla niego imienia, tylko „Bestia"?
— Po co? To tylko broń na takich jak ty.
— Wyjdź! — wrzasnął nagle Harry, wskazując mu drzwi.
Chłopak uniósł brwi, nadal stojąc w miejscu.
— Wyjdź stąd natychmiast! Nie chcę cię widzieć!
Harry był wściekły jak rozjuszony byk. A jego magia zareagowała natychmiast, otaczając go niczym płaszcz. Aresz patrzył na to z coraz większym przerażeniem. Ukłonił się nisko, prawie tak samo jak Asmodeusowi, i wyszedł, cicho zamykając drzwi.
— Niezły pokaz, mały.
Potter odwrócił się natychmiast w stronę głosu. W mgnieniu oka uspokoił się i magia opadła do normalnego stanu. Bestia siedział sobie niedbale na parapecie okna, jakby to był parter, a nie nie wiadomo które piętro. Harry prychnął ponownie i sięgnął po rzeczy, przygotowane przez Aresza.
— Nie wkurzaj się tak. To tutaj całkiem normalne. Dopóki nie pokażesz, że jesteś naprawdę potężny, to nikt cię tu nie będzie szanował.
— Super — zakpił chłopiec. — Jakbym we własnym świecie nie miał dość kłopotów.
— Tak to już bywa — mruknął mężczyzna, patrząc w niebo koloru popiołu. — Przynajmniej tutaj będą cię słuchać, a nie ignorować. Słaby nie jesteś. Nie wiem, kim była twoja matka, ale do słabeuszy nie należała.
Potter odłożył na chwilę rzeczy i podszedł do okna.
— Jak ty masz normalnie na imię? Bestia to wymysł chyba jakiegoś idioty.
— Nie mam imienia. A „bestią" nazwał mnie twój ojciec.
Ślizgon parsknął zły.
— Jest idiotą.
— Powiedz mu to w twarz. Jestem ciekaw, jak zareaguje.
Harry oparł się z drugiej strony okna, uśmiechając się naprawdę piekielnie.
— Mam lepszy pomysł. Wybierz sobie imię, które chciałbyś nosić, i nie reaguj, gdy ktoś zawoła na ciebie „bestia".
Mężczyzna zeskoczył z parapetu i zbliżył się do niego. Uniósł jego brodę, by spojrzeć mu w oczy.
— Jesteś cwany, ale jednocześnie kroczysz po cienkiej granicy. — Jego palec musnął policzek chłopca. — Jesteś jeszcze bardzo młody, sporo musisz się nauczyć. — Odsunął się i uklęknął przed nim na jedno kolano. — Jestem tylko demonem, nie mogę sam nadać sobie imienia. Zrób mi ten zaszczyt, paniczu, i ty mi go daj.
— Ja? Ale...
Wzrok Bestii mówił mu jasno, że tego chce. Co miał zrobić?
— Daj mi chwilę. Przecież nie nazwę cię jakimś pospolitym imieniem John, czy coś w tym stylu. — Nawet nie wiedząc, czemu to robi, dotknął napisu na jego szyi. — Bestia to nie imię. Każda istota powinna mieć piękne. Nawet jeśli jest demonem, ma w sobie okrutne piękno. Jesteś jak popiół – szary. Barwa pomiędzy bielą i czernią. Tak naprawdę stoisz pomiędzy, jeszcze nie wiem czego, ale trwasz na swojej prywatnej straży. Strażnikiem cię nie nazwę, to prawie to samo określenie jak bestia. To nie jest imię.
Oczy mężczyzny były wpatrzone w niego wyczekująco. Tylko on widział kłębiącą się magię na czubkach palców chłopca, czekającą cierpliwie, aż on zdecyduje się jej użyć. Palce cały czas bezwiednie dotykały napisu.
— Twoje imię to Gray'hex.
Magia zadziałała, wkradając się w ciało Bestii. Litery na jego szyi zaczęły się przekształcać w nowy napis. Harry patrzył na to zjawisko zamglonym wzrokiem, jakby nie do końca wiedział, co się dzieje. Nagle wszystko się skończyło. Magia odeszła, a Harry otrząsnął się, pytając:
— I jak? Może być? Nie znam się na nadawaniu imion, a to przyszło mi tak nagle na myśl.
— Przyjmuję to imię i będę je nosić z dumą — rzekł bardzo poważnie Gray'hex, biorąc w swoją dłoń nadal wyciągniętą rękę Harry'ego i przykładając do niej czoło. — Dziękuję za ten zaszczyt.
Potter już chciał wyrwać rękę, ale coś mu mówiło, że nie powinien. Skoro tak wiele znaczyło dla tego mężczyzny imię, to nie będzie mu przecież psuł radości.
— Wszystkiego najlepszego, Gray'hex. — Uśmiechnął się do niego.
Mężczyzna chrząknął zakłopotany i wstał.
— Powinieneś się przebrać. Pan nie należy do cierpliwych.
— Pójdziesz ze mną? — zapytał nagle Harry.
Pytanie zdziwiło Gray'hexa.
— Ja? Mnie nie wolno przebywać w tamtej części Bramy.
— Będziesz ze mną. Jak chcesz, to ci rozkażę. — Chłopak odwrócił się do niego plecami, sięgając po ubranie. — Nie chcę tam iść sam, a tylko ciebie tu znam na tyle długo, żeby... Sam nie wiem.
Mężczyzna zaśmiał się.
— Czyżbyś się bał?
Chłopak zmroził go spojrzeniem godnym samego bazyliszka.
— A jak ty byś się czuł, gdyby nagle się okazało, że twój ojciec tak naprawdę żyje? I jeszcze jest ważnym demonem?
Ten nie odpowiedział na to pytanie.
— Chodź ze mną. Przy okazji pochwalisz się nowym imieniem — przekupywał go chłopak. — Będę go używał tak często, jak to tylko możliwe.
— Mam dziwne przeczucie, że będę tego żałować — westchnął ciężko Gray'hex. — No, dobra. Ale jakby co, to zwalę na ciebie, że mi kazałeś.
— Nie ma sprawy! — ucieszył się Harry.
— A teraz ubierz się jak przystało na następcę. Zrób dobre wrażenie na tej hołocie.
Podszedł do niego i zaczął zapinać długi szereg złotych guzików w kamizelce chłopca. Ten opuścił ręce i pozwolił mu na to.
Po dobrej półgodzinie stanęli pod ogromnymi drzwiami, za którymi słychać było spory hałas.
— To jak? Robimy wielkie wejście czy idziemy bokiem? Znam boczne drzwi — zaproponował Gray'hex.
— Podobno nie wolno ci tu wchodzić.
— Właśnie dlatego znam boczne wejście. — Uśmiechnął się łobuzersko towarzysz chłopaka.
Harry nie skomentował tego. Okrył się szczelnie płaszczem, który ubrał w ostatniej chwili, by ukryć bogaty strój, który więcej niż rzucał się w oczy.
— Chodźmy bocznymi — zdecydował.
Przeszli kawałek dalej. Za zakrętem korytarza było kilkoro małych drzwiczek, jak przypuszczał Ślizgon – dla służby. Prześliznęli się nimi i w ten sposób znaleźli się w sali audiencyjnej niezauważeni przez nikogo.
Takiej mieszaniny stworzeń Harry się nie spodziewał. Prawie wszyscy mieli rogi, skrzydła, a jak już nie, to inne drastycznie wyglądające dodatki.
W pewnej chwili nawet o mało nie nadepnął na jakieś plątające się po marmurowej podłodze macki. Chyba macki, sam już nie wiedział. Wszyscy stali wzdłuż szpaleru, nie wychylając się za ich linię. W głównej części sali siedział na krześle, nie jak przypuszczał początkowo chłopak tronie, oczywiście Asmodeus. Otaczał go szpaler dumnie stojących i uzbrojonych wojowników. Na jego ramieniu nie siedziało już to dziwaczne stworzenie, ale za to u jego stóp warowały dwa potężne ogary, które co jakiś czas drapał po łbie.
Niedaleko Harry zobaczył kamienną misę, tylko niewiele wyżej niż nad poziomem podłogi.
— Mógłby już przyjść — usłyszał nagle gdzieś przed sobą. — Co to za wychowanie kazać tak czekać?
— Pamiętaj, to człowiek. Nie spodziewaj się po nim piekielnych manier — odparł ktoś z tłumu.
— I to ma być nasz przyszły władca? Całkowicie nas ignoruje. Mam nadzieję, że to jakiś podstęp i nasz pan go odkryje.
Harry minął rozmawiających i skierował się w stronę Asmodeusa. Podobne tematy rozmów dolatywały z każdej strony.
— Jak myślisz, uda nam się dostać za tron? — zapytał cicho, gdy znaleźli się kawałek przed pilnującymi wojownikami.
— Jeśli chcesz, mogę zrobić zamieszanie i wtedy ty się przekradniesz — zaproponował Gray'hex.
— Ale uważaj, oni wyglądają na takich, co nie lubią głupich kawałów.
— Daj spokój. Jakaś rozrywka mi się chyba należy?
Potter machnął ręką.
— Rób jak chcesz.
I Gray'hex nagle zniknął, by pojawić się kawałek przed misą i Asmodeusem.
— Bestia!
— Tu jest Bestia!
— Brać ją!
Mężczyzna nawet nie wykonał ruchu, a strażnicy zbiegli ze swoich miejsc i otoczyli go ciasnym kręgiem. Asmodeus wstał i podszedł do niego. Ten moment wykorzystał Harry.
— Co tu robisz? Złamałeś rozkaz, zabraniający ci wchodzić do tej części Bramy. Zostaniesz ukarany! — przemówił Asmo do otoczonego.
— Nie zostanie! — Donośny głos chłopca zwrócił ich uwagę.
Wszyscy odwrócili się w stronę mówiącego. Harry, jakby nigdy nic, stał sobie oparty o krzesło Asmodeusa i głaskał łaszącego się jak szczenię brytana. — On jest ze mną.
Asmodeusowi drgnął kącik ust, ale zachował powagę.
— Pozwoliłeś mu wejść do tej części Bramy? Usłuchał twojego rozkazu? — Podszedł do niego.
— Nie wydałem mu rozkazu. Poprosiłem go, by mi towarzyszył, prawda Gray'hex?
— Tak, paniczu. — Uśmiechnął się mężczyzna, nadal otoczony przez wojowników.
— Odstąpcie od niego — zażądał Potter. — Nic nikomu nie zrobi.
— To Bestia! — usłyszał z tłumu.
— Tak jak i każdy z was, a nawet ja. Każdy ma w sobie bestię. Tylko niektórzy potrafią utrzymać ją na smyczy, a nad niektórymi przejmuje ona kontrolę. Gray'hex jest jednym z was i tak powinien być traktowany.
Asmo usiadł na krześle i słuchał słów chłopca z uwagą.
— Czy to twój pierwszy rozkaz? — zapytał, spoglądając na niego.
— Nie! — oburzył się. — Przyszedłem tu tylko dlatego, że miałeś mi udowodnić, że NIE jesteś moim ojcem.
— Oczywiście. A ten pokaz władzy to wyszedł ci tak od niechcenia. — Asmo zmarszczył nagle brwi i dodał dobitnie: — Lepiej przyjmij to do wiadomości. Jesteś moim synem, Harry Potterze, czy tego chcesz, czy nie.
Chłopak jednak się nie ugiął. Zbyt wiele podobnych przepraw przeszedł z wujostwem, by teraz dać się złamać.
— Udowodnij!
