Kolejne dni po zwycięskiej walce z Reginem na Arenie upływały w zadziwiającej monotonii aż do każdego następnego piątego dnia tygodnia, kiedy to pełna wyrzutów sumienia szła tajnymi korytarzami pod wizjer do gabinetu Administratora, tak jak obiecała Akkarinowi. Na szczęście zazwyczaj nie słyszała nic ciekawego. Nie chciała zdradzać Akkarinowi planów Gildii wobec niego.

Akkarin nalegał, by sprawdzała Lorlena regularnie, a próby jej buntu ucinał szybko.

~ Nie pójdę dla ciebie szpiegować. Słyszysz? – krzyknęła pewnego razu.

~ Wygląda na to, że stęskniłaś się za moim widokiem – odezwał się w jej myślach, a jej serce podskoczyło ze strachu.

Od czasu nauki do pojedynku nie spotkała go ani razu i chociaż miała coraz więcej wątpliwości co do jego win, nie chciała go spotkać rozgniewanego. Widziała na własne oczy, jak potrafi być groźny.

Tydzień później w ostatniej chwili napędzana znów wyrzutami sumienia postanowiła, że zdejmie pierścień raz na zawsze. Podjęła już tę decyzję wcześniej kilka razy, ale wtedy zawsze odzywał się Akkarin z kolejnymi groźbami: „wydaje mi się, że powinienem ci się przypomnieć niedługo" lub podobnymi i to działało, Sonea traciła chęć buntu.

~ Dziś musisz pójść. Będzie kapitan straży. - Usłyszała jego głos w swojej głowie.

~ Nie pójdę!

~ Ach, pójdziesz i dowiesz się, co planują zmienić w…

Zdejmę go, zdejmę pierścień – postanowiła ostatecznie.

~ Znowu? Ani się waż – ostrzegł.

~ Nie boję się ciebie, słyszysz? Jeśli chcesz, żebym nadal nosiła to czerwone świństwo to będziesz musiał sam mi go włożyć na palec.

~ Soneo, ostrzegam!

Z galopującym sercem zdjęła pierścień. Przez jakiś czas czuła triumf, że mu się sprzeciwiła, ale szybko zaczął kiełkować w niej niepokój. A jeśli się zjawi zaraz? A jeśli będzie chciał ją ukarać?

Założyła pierścień wieczorem dwa dni późnej.

~ Akkarin? – zawołała, ale nie odpowiedział. Spróbowała jeszcze parę razy. Cisza. Może spał?

W nocy nie mogła zasnąć zaniepokojona jego milczeniem. A jeśli coś mu się stało? Ale zaraz potem ścisnęło ją w żołądku z niepokoju. Może zrobił coś Jonie i Ranelowi, żeby ją ukarać za zdjęcie pierścienia? Nie… Na pewno nic im nie zrobił. To byłoby bardzo okrutne. Nawet jak na niego. Bez żadnego ostrzeżenia? Jednak czuła, że powinna upewnić się, że mają się dobrze.

Nie mogła usiedzieć na zajęciach, chcąc doczekać się końca dnia. Gdy gong głucho obwieścił zakończenie lekcji na dziś, zamiast na wieczorny posiłek z pozostałymi nowicjuszami, ruszyła w stronę bramy Gildii. Na szczęście nikt nawet nie zwrócił na nią uwagi i szybko znalazła się na bogatych ulicach miasta w wewnętrznym kręgu. Udało się jej zdobyć bury płaszcz z kapturem i całkiem szybko nierozpoznana przez nikogo dotarła do domu ciotki.

Podskoczyła wystraszona, gdy pojawił się przy niej jak cień. W jednej chwili pukała do drzwi, w drugiej Akkarin stał już przy niej. Wysoka postać w obszernym kapturze, a mimo tego rozpoznała go od razu. Tym razem nie miał na sobie płaszcza, tylko ciemnobrązowe spodnie z szerokim skórzanym pasem na biodrach i lnianą grubą koszulę wiązaną na rzemyk, który znikał pod fałdami opadającego na ramiona szarego materiału kaptura, który miał za zadanie chronić głowę przed deszczem, chociaż Sonea wiedziała, że tak naprawdę miał ukryć jego twarz przed spojrzeniami.

- Dzień dobry, Soneo. – Jego głęboki głos zadźwięczał jej w uszach.

- Co tu robisz? – zapytała niepewnie.

- Z tego co pamiętam, bardzo chciałaś się ze mną widzieć kilka dni temu – powiedział cicho, a w tonie jego głosu pobrzmiewała ostrzegawcza nutka.

- Kilka dni temu – powiedziała na wydechu. Ale nie teraz.

Co zamierzał jej zrobić?

- Nie było mnie w mieście, więc wybacz, że nie włożyłem ci zguby na palec osobiście, tak jak sobie życzyłaś. Na szczęście sobie poradziłaś – powiedział lekceważącym tonem, zapewne przypatrując się jej badawczo, jak to miał w zwyczaju, jednak spod kaptura nie mogła dostrzec jego oczu, tylko zarys ust i szczęki. Był gładko ogolony.

Nagle uświadomiła sobie, że nikt nie odpowiedział na pukanie. Poczuła jak jej serce się kurczy.

Zapukała ponownie. Tym razem głośniej.

- Co im zrobiłeś? – wysyczała przez ściśnięte trwogą zęby.

Jego usta zacisnęły się w niezadowoleniu. Nagle pełna rosnącej paniki uderzyła go pięściami w pierś.

- Co im zrobiłeś!? – krzyknęła.

- Nic – warknął, łapiąc ją za nadgarstki i przytrzymując je między ich ciałami. – Powinnaś już mnie znać na tyle, żeby to wiedzieć.

Drzwi skrzypnęły. Akkarin puścił jej dłonie, przesuwając się w bok i trochę za nią.

- Sonea! – Twarz Jony rozświetlił uśmiech, ale nawet on nie był w stanie przegnać zimna, które chwilę temu rozlało, się w jej wnętrzu, jakby nigdy nie miało zniknąć.

Sonea patrzyła na Jonę szeroko otwartymi oczami. Ciotka żyła i wyglądała dobrze.

- Już myślałam, że zapomniałaś o ciotce.

Sonea otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

- Tak, wiem. Nie mogłaś przychodzić. Nie przejmuj się gadaniem ciotki. Za to przyprowadziłaś przyjaciela – zauważyła, wpatrując się z zaciekawieniem w mężczyznę za plecami Sonei.

Sonea już miała zaprzeczyć i wykrzyczeć, że Akkarin nie jest jej przyjacielem, ale Jona nieprzerwanie mówiła dalej.

- Zje pan z nami obiad? – spytała.

Sonea zerknęła za siebie i zauważyła, że czarny mag zrzucił kaptur. Ogolony ze świeżo przystrzyżonymi włosami wyglądał porządnie.

- Chętnie, jeśli to nie problem – odpowiedział, patrząc Sonei w oczy. Jego czarne oczy błyszczały wyzwaniem.

- Żaden. Wchodźcie. – Jona odsunęła się od drzwi. – No, wchodźcie - pogoniła, kiedy Sonea się zawahała, nadal uważnie obserwując Akkarina.

Co innego, kiedy tylko ona miała z nim do czynienia, a czym innym było sprowadzenie go do domu ciotki. Nie mając wyboru, przekroczyła próg i usłyszała, że Akkarin podążył za nią. Jona przemierzyła małą izdebkę i podeszła do łóżeczka w rogu, w którym spał jej mały kuzyn. Sonea poczuła jak wnętrzności skuwają się lodem. Jeśli chciał coś im zrobić, żeby ją ukarać, to wybrał najokrutniejszy sposób.

- Niepotrzebnie wchodziliśmy. Może powinniśmy już iść, jeszcze go obudzimy – powiedziała Sonea z nadzieją, że ciotka się zgodzi.

- Nie ma potrzeby, o tej porze śpi, jakby miał przespać całą zimę.

- A gdzie Ranel?

- Powinien wrócić z pracy lada moment. Ucieszy się z twoich odwiedzin – odpowiedziała Jona. - Chodźcie, chodźcie. Usiądźcie przy stole. Ranel powinien być już niedługo.

Ona i Akkarin zdjęli płaszcze i podeszli do stołu, który wskazała Jona. Sonea usiadła ze sztywnymi plecami, kątem oka obserwując maga. Akkarin rozejrzał się z ciekawością po pomieszczeniu i w końcu wybrał miejsce naprzeciwko niej. Już wiedziała, że pochodził z jednego z najbardziej wpływowych, a co za tym idzie najbogatszych Domów. Zapewne przyzwyczajony do przepychu w domu rodzinnym, a później w Gildii, uważał te warunki za bardzo srogie, ale Sonea pamiętała czasy, gdy razem z wujostwem w ogóle nie mieli gdzie mieszkać. W niewielkiej izdebce było przytulnie i ciepło.

- A pan to przyjaciel Sonei z Gildii? – spytała Jona.

- Można tak powiedzieć.

- Czyli też mag? Jestem Jona, ciotka Sonei. Widzi pan, musiałam sama, bo dziewczyna najwidoczniej o tym zapomniała.

Nie zapomniałam, tylko nie wiedziałam takiej potrzeby, pomyślała Sonea podirytowana.

- Akkarin z Domu…

- I tak nie zapamiętam nazwy. – Jona machnęła lekceważąco ręką, ale zaraz się spłoszyła. – Mam nadzieję, że pana nie uraziłam. Nam tu wszystkie nazwy Domów i rodów zlewają się w jedno.

- Nie czuję się urażony. Właściwie magowie, wstępując do Gildii zobowiązują się odłożyć na bok wszelkie zobowiązania rodzinne, co rzadko niestety sprawdza się w praktyce – odrzekł Akkarin. – Proszę się do mnie zwracać po imieniu.

Jona się uśmiechnęła.

- Akkarin. Brzmi jakoś znajomo – powiedział marszcząc czoło.

Sonea zauważyła, że Akkarin spiął się trochę.

- Sonea pewnie wspomniała kiedyś Pana imię. Tak, to pewnie dlatego – ciotka dodała w zamyśleniu. Po chwili wzruszyła ramionami.

Oboje z czarnym magiem odrobinę podskoczyli na krzesłach, gdy drzwi wejściowe zaskrobotały.

- O, właśnie wraca! – wykrzyknęła zadowolona Jona.

- Ranel! – Sonea podbiegła i objęła go w pasie.

- Sonea! – Uśmiechnął się blado. Wyglądał na zmęczonego, ale jednocześnie zadowolonego.

- A to kto? – spytał wskazując głową w stronę przyglądającego się im Akkarina.

- Przyjaciel Sonei z Gildii. - Jona posłała mu znaczące spojrzenie.

Sonea skrzywiła się, domyślając się, jakie myśli krążą ciotce po głowie.

- Siadajcie, zaraz wszystko przyniosę – powiedziała i szybko zniknęła za drzwiami pokoju, w którym musiała znajdować się niewielka kuchnia.

- Pomóc ci? – zapytała Sonea, choć wolała zostać i mieć Akkarina na oku.

- Nie trzeba, już wszystko gotowe.

Ciotka krzątała się, rozstawiając na stole proste jedzenie - kaszę i gotowane warzywa. Sonea zerknęła na Akkarina ciekawa jego reakcji. Przywykł do wykwintniejszych dań, ale ku jej zdumieniu czarny mag poszedł za przykładem Ranela, nakładając sobie porządną porcję.

- Ale chyba nie jest pan nowicjuszem? – spytał wuj, pakując sobie dodatkową łyżkę kaszy.

- Nie. Naukę ukończyłem już jakiś czas temu – w głosie Akkarina pobrzmiewało rozbawienie.

- A więc jest pan nauczycielem Sonei? Jak Mistrz Rothen?

- Nie, choć ostatnio zdarzyło się parę razy, że udzieliłem Sonei lekcji walki. Być może okazały się przydatne, ponieważ wygrała ten pojedynek na arenie, na który wyzwała innego nowicjusza.

- Co zrobiła? Wyzwała? Dlaczego się nie pochwaliłaś? – krzyknęła Jona, zaglądając przez drzwi kuchenne.

- Bo nie zdążyłam – nowicjuszka burknęła pod nosem.

- Poradziła sobie całkiem nieźle. – Akkarin zerknął na nią z lekkim uśmiechem.

Zapewne uważał, że to jego zasługa. Uniosła wyżej podbródek. Poradziłaby sobie i bez niego!

Nie, nie poradziłaby, ale prędzej umarłaby niż przyznałaby się do tego przed nim. Zdawała sobie sprawę, że lekcje z nim dużo jej dały. Do tej pory nie podziękowała mu za pomoc, ale przez pierścień jakoś nie miała zamiaru dziękować w ogóle.

Jona postawiła na stole jeszcze chleb oraz kawałek sera i sama zasiadła do stołu.

- Jedzcie, bo wystygnie – pogoniła.

Przez jakiś czas wszyscy skupili się na jedzeniu. Sonea zerknęła na Akkarina i uniosła brwi. Pochłaniał swoją porcję z zadziwiającym zapałem.

Najpierw zirytowała się, że objada jej najbliższą rodzinę, a później poczuła, że serce ściska jej się ze współczuciem i zrobiło się jej głupio, że pożałowała mu jedzenia. Nie pomyślała, że musiał czasem głodować. Przecież mogło być tak, że nie spożywał stałych, a co dopiero ciepłych posiłków. Nawet w slumsach nie mógł się czuć bezpiecznie. Cena za informacje o nim była bardzo wysoka. Wejście do jakiejkolwiek spylunki stwarzało niepotrzebne ryzyko. Przez dłuższą chwilę obserwowała go ze współczuciem, ale kiedy zerknęła na swoją rękę z czerwonym klejnotem, szybko odgoniła od siebie zdradzieckie uczucie.

Obaj mężczyźni śpiesznie opróżnili drewniane miski. Czarny mag za przykładem Ranela sięgnął po dokładkę, ale się zawahał i po chwili odłożył łyżkę do pustego naczynia.

- Jedzcie, nie wstydźcie się. Jest jeszcze dokładka dla każdego – zachęciła ciotka. - To dobrze, gdy mężczyźni mają taki apetyt.

Akkarin spojrzał na Jonę. Przez moment zmieszany wyglądał jak chłopiec przyłapany na niewinnej psocie. Chłopiec? Sonea zmarszczyła brwi zaskoczona, że w ogóle mogła tak pomyśleć. A jednak… teraz Akkarin wyglądał całkiem niegroźnie.

Mag wyprostował się w krześle i przeniósł uwagę na nią, zauważywszy, że Sonea mu się przypatruje. Znów wyglądał godnie, jego rysy się wyostrzyły, a swoją osobą zdawał się przytłaczać siedzącego obok Ranela. Sonea szybko umknęła przed bystrym wzrokiem, ale nie potrafiła powstrzymać uśmieszku cisnącego się na usta. Owszem, Akkarin wyglądał niegroźnie, ale tylko wtedy gdy właśnie takie wrażenie chciał sprawiać.

Kiedy pierwszy głód został zabity, zasypali Akkarina pytaniami, ale mu to widocznie nie przeszkadzało, bo cierpliwie odpowiadał na kolejne, sprytnie unikając niepewnych tematów. Gdyby wiedzieli, z kim mają do czynienia, nie byliby tak rozmowni. Sonea podejrzliwie patrzyła na Akkarina. Był zdecydowanie zbyt uprzejmy, coś kombinował. Spojrzenie jego czarnych oczu nagle przesunęło się na nią.

~ Nie mam powodu, by być nieuprzejmym – wysłał.

Jej serce zabiło szybciej.

- Jak wam się tu mieszka? – odezwała się, żeby zająć czymś innym uwagę.

- Dobrze. Nawet ostatnio jeszcze lepiej. Odkąd tylu magów kręci się po slumsach, za dnia zrobiło się całkiem bezpiecznie.

- To bardzo dobrze, że pilnują porządku - powiedziała zadowolona, wiedząc, że jest to Akkarinowi nie na rękę.

- Tak. Przynajmniej na coś się przydają – zauważył czarny mag, patrząc na nią z lekko kpiącym uśmiechem.

Potraktowała to jak wyzwanie.

- Myślę, że potrafią uprzykrzyć życie komu trzeba.

- Nie tak bardzo jak myślisz.

- A Pan? Czym Pan się zajmuje? – spytał nagle wuj.

Zabijaniem, ucieczką przed Gildią i jeszcze raz zabijaniem, odpowiedziała za niego w myślach. Akkarin spoważniał i przeniósł całą uwagę na wuja.

- Czasem też patroluję okolicę.

Sonea zmrużyła oczy.

- Czyli nie zajmuje się pan uzdrawianiem, jak planuje Sonea? – dopytywała Jona, trochę rozczarowana.

Sonea rozkaszlała się, nagle zakrztusiwszy się kompotem.

- Mamy rozbieżne zainteresowania. Ja wybrałem sztuki wojenne. I dyplomację.

- Ach, to zapewne teraz przydatne. Przy tym całym polowaniu na przywódcę Gildii, który zbiegł… - Ranel nagle umilkł, nie będąc przekonany, czy może pozwolić sobie na plotkowanie o Gildii przy towarzyszu Sonei. - Sonea o tym kiedyś wspominała. Są jakieś postępy?

Sonea z zaciekawieniem patrzyła na czarnego maga. Była ciekawa, jak Akkarin sobie z tym poradzi, ale to Jona odezwała się pierwsza.

- Podobno widziano go przedwczoraj – powiedziała, a w jej głosie Sonea wyczuła nutkę przestrachu.

Akkarin spojrzał na ciotkę z ciekawością.

- Doprawdy?

- O tak! Widziano jak wyfrunął przez okno drugiego piętra takiej niecnej spylunki w Południowym i po prostu rozpłynął się jak cień.

Wyfrunął? Sonea skrzywiła się, słysząc takie określenie z ust ciotki. Przez takie gadanie ludzie ze slumsów zawsze będą uznawani za bajdury.

- Gadanie – burknął Ranel.

- Wcale nie, mój drogi. To był na prawdę wysoki budynek. Musiał użyć magii, inaczej połamałby sobie nogi. A potem znaleziono w środku dwa ciała, a rano pojawiło się kilku magów od was.

Sonea jeszcze nic o tym nie słyszała w Gildii. Zdziwiła się, zauważając na twarzy Akkarina lekkie oznaki niepokoju.

- Gdzie to dokładnie było? – spytał Akkarin, a Jona znalazła się w swoim żywiole, odpowiadając ze szczegółami, czego się dowiedziała, jak twierdziła, przypadkiem.

Sonea podejrzliwie przyglądała się Akkarinowi. Odnotowała, że zauważalnie spochmurniał, a pomiędzy jego brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka, gdy intensywnie się nad czymś zastanawiał.

- My staramy się nie wychodzić z domu po zmroku. Dobrze, że Sonea też jest bezpieczna w Gildii – rzuciła ciotka tonem pełnym grozy.

Sonea wywróciła oczami.

- Nie sądzę, by Sonei groziło cokolwiek ze strony dzikiego maga, który grasuje teraz w mieście – powiedział Akkarin. – Jeśli tylko będzie przebywała na terenie Gildii.

Mówił o sobie, czy na prawdę w mieście przebywał inny mag spoza Gildii? Szpieg, o których wspominał na przesłuchaniu? Jeśli widziano maga i nie był to Akkarin, może rzeczywiście był to ten szpieg. Może dlatego Gildia milczy. Może boi się przyznać, że w tym, co mówił Akkarin było ziarnko prawdy. Akkarin powiedział przecież, że nie było go przez kilka dni w mieście. Chyba że kłamał, żeby ukryć przed nią kolejne morderstwa. Tylko po co miałby to robić? Wcześniej bez najmniejszego zahamowania przyznawał się do zabójstw.

Ale nigdy do tych popełnionych na ludności Imardinu.

Przeniosła wzrok na Akkarina i napotkała utkwione w sobie niezachwiane spojrzenie. Jego czarne oczy błyszczały, jakby na coś czekał. Speszona wbiła wzrok w swój talerz.

- Obyś miał rację – powiedziała Jona z westchnieniem.

- Mam zamiar dopilnować tego osobiście.

Dwuznaczność tej wypowiedzi sprawiła, że Sonea poczuła, jak na jej policzki wstępuje rumieniec. Zabrzmiało to, jakby się o nią martwił, jakby chciał o nią zadbać i jakby mu na niej zależało. Dlaczego o tym pomyślała, chociaż wiedziała, że chodzi mu o coś zupełnie innego? Popatrzyła po biesiadnikach zebranych przy stole. Jona posłała jej porozumiewawczy uśmiech, Sonea zaczerwieniła się jeszcze mocniej, a Akkarin nagle wyglądał na rozbawionego. Tak, teraz na pewno ciotka i wuj pomyślą, że coś ich łączy.

Wiedziała, co widziała Jona: przystojnego maga, od którego biła siła i pewność siebie, dlatego po obiedzie tym razem udała się z Joną do kuchni, żeby pomóc w sprzątaniu i przy okazji wszystko wytłumaczyć. Ostatecznie jednak jej pomoc ograniczyła się do dreptania w miejscu i zaglądania przez drzwi, żeby sprawdzić, czy Akkarin nic nie kombinuje.

W końcu Jona stanęła za nią w drzwiach i zajrzała nad jej ramieniem.

- Przystojny – szepnęła.

Owszem Akkarin miał bardzo przystojne rysy, smukłą i silną sylwetkę, a do tego jak już zdążyła poznać, że był piekielnie inteligentny i uzdolniony, ale to nie umniejszało jego win.

Sonea zerknęła przez ramię i zauważyła, że kobieta przypatruje się jej dłoni opartej o framugę. Pierścień z czerwonym oczkiem przyciągnął jej uwagę. Jona uniosła brwi i spojrzała jej w oczy pytająco, ale z uśmiechem na ustach. Skinęła głową w kierunku Akkarina.

Sonea rozszerzyła oczy. Myśl, że ktokolwiek mógłby go wziąć za jej kochanka lub narzeczonego była przerażająca.

- Och to nie tak. On i ja… Ja nie planuję żadnego ślubu – wydukała, czując się jeszcze bardziej głupio.

- To na pewno, inaczej byś mi powiedziała. Ale to od niego, prawda? – spytała, wskazując znów na jej dłoń.

- Tak, ale...

Jona uśmiechnęła się pobłażliwie.

- Powiem ci w sekrecie, że mężczyźni nie dają takich błyskotek bez powodu.

Sonea skrzywiła się. Gdyby tylko Jona wiedziała, czym był ten pierścień, nie uważałaby w ten sposób.

- Jest trochę starszy. Ile…? Pewnie z dziesięć lat, mam rację?

Trochę więcej, ale Sonea mogła tylko skinąć głową. Po raz kolejny zdziwiła się, gdy przez myśl przemknęło jej, jak młody w rzeczywistości był Akkarin jak na stanowisko, które kiedyś piastował w Gildii.

- Bardziej dojrzały niż chłopcy w twoim wieku. Może nawet będzie chciał założyć z tobą rodzinę.

Sonea poczuła, że się czerwieni. Kolejny raz tego popołudnia. Gdy tylko pozbędzie się pierścienia, natychmiast wyprowadzi ją z błędu co do Akkarina. Poza tym Akkarin na pewno nie chciałby być brany za jej narzeczonego. Nawet gdyby w grę nie wchodziła czarna magia, pochodził z Domów. Dziewczyna ze slumsów nie była godna jego zainteresowania. Gdyby nie czarna magia, byłby teraz Wielkim Mistrzem. Nigdy nie zaszczyciłby jej nawet jednym spojrzeniem. To wszystko było tak niedorzeczne, że Sonea zdusiła w sobie chichot bezsilności.

Jona kiwnęła głową w kierunku dwóch mężczyzn.

- Popatrz tylko na nich. Od razu widać, że się o ciebie stara. Rozmawia z Ranelem, jakby na prawdę interesowała go ta rozmowa.

Sonea wbrew sobie poczuła rozbawienie. Niespodziewanie Akkarin podniósł wzrok i spojrzał jej prosto w oczy. Poczuła dziwny dreszcz wewnątrz, jakby przyłapał ją na czymś niewłaściwym, spłoniła się i odwróciła wzrok z szybko bijącym sercem. Jakże łatwo ostatnio zapominała, kim był i co robił.

- Jakby czytał w myślach – mruknęła obok Jona, powracając do obowiązków.

Sonea spochmurniała. Bo czyta. Wcale się nie mylisz.

Przy drzwiach wyjściowych Sonea sięgnęła do kieszeni płaszcza, wyjęła kilka monet, które zdołała oszczędzić i wcisnęła je ciotce siłą, nie bacząc na protesty.

- Przyjdźcie za dwa tygodnie – zaproponowała Jona. – Mały będzie miał urodziny.

Sonei zrobiło się nieswojo, że o tym zapomniała. Pogłaskała główkę kuzyna, który przebudził się niedawno, robiąc całkiem niezłe zamieszanie.

- Oczywiście – odrzekła.

Do tego czasu wymyśli sposób, żeby Akkarin z nią nie przyszedł. Do tego czasu uda się jej też zdobyć trochę grosza na prezent. Nie pomyślała o tym, że powinna kupić jakiś drobiazg maluchowi i oddała ciotce wszystko, co oszczędziła.

Wieczorne powietrze było rześkie. Zbierało się na deszcz. Sonea spojrzała na Akkarina przystanąwszy tuż za drzwiami. Mag zadarł głowę do góry i przez chwilę patrzył w niebo.

- Było całkiem przyjemnie. Powinniśmy częściej wychodzić, nie sądzisz? – powiedział.

Kpił sobie z niej.

- Nie sądzę. Im mniej mam z tobą do czynienia, tym jestem szczęśliwsza.

Przyjemny wyraz twarzy zniknął, zastąpiony przez maskę obojętności.

- Wracaj prosto do Gildii. Ja mam coś pilnego do załatwienia.

- Poczekaj... Gdzie byłeś?

Spojrzał na nią ostro, ale postanowiła wytrzymać jego wzrok.

- Od kiedy muszę się tobie tłumaczyć?

Przypomniała sobie insynuacje ciotki i poczuła się głupio. Akkarin sięgnął pod pazuchę płaszcza i wyjął skórzany mieszek. Podrzucił do góry, a w środku zabrzęczały monety. Musiało być ich całkiem sporo.

- Ukrywanie się, choćby w slumsach, pochłania sporo środków. Powinnaś znać ten problem.

- Zatem dla odmiany zajmowałeś się rozbojem i kradzieżą - powiedziała, dziwiąc się sama swojej złośliwości.

Jego oczy błysnęły lodowato.

- Ja nie kradnę, tak jak nie zabijam, kiedy nie jest to konieczne.

Ciekawe w takim razie, jak zdobył pieniądze?

- Więzy rodzinne zawsze są ważne – powiedział, spoglądając na dom Jony.

Rodzina go wspierała? Dawali mu pieniądze? Gdyby Gildia o tym wiedziała… Ale przecież słyszała o tym, że ojciec potępił go. Nie była pewna, ale chyba nawet się go wyparł.

- Na szczęście mam jeszcze siostrę. Niestety mieszka dwa dni drogi od Imardinu.

Sonea zmrużyła oczy, patrząc na niego podejrzliwie. Obdarzał ją dużym zaufaniem, zdradzając taką informację. Gdyby Gildia się dowiedziała, że siostra finansuje Akkarina, miałaby ona duże problemy. O ile była to w ogóle prawda. Ponadto, jeśli na prawdę nie było go w mieście, to nie on popełnił morderstwa, o których mówiła Jona.

Spadły pierwsze krople deszczu. Akkarin przybliżył się o krok, wpatrując się w nią intensywnie.

- I jeszcze jedno, Soneo. - Chwycił za przód jej płaszcza i odchylił trochę, ukazując brązową szatę. - Następnym razem, kiedy będziesz wychodziła incognito do slumsów, ubierz pod spód zwykłe ubranie i koniecznie zmień buty na takie bez znaku Gildii. Jeśli spotka cię jakiś patrol magów, których zresztą jest tu ostatnio całkiem sporo, od razu zostaniesz rozpoznana.

Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, poprawił kaptur, odwrócił się i szybko zniknął w bocznej alejce. Uświadomiła sobie, że nawet nie ukarał jej za zdjęcie pierścienia, chyba że to, że nieproszony zagościł w domu ciotki, miało być dla niej ostrzeżeniem.

Przed przejściem przez bramę Północną, zatrzymała się w cieniu jednego z wysokich budynków i zdjęła bury płaszcz. Coś cicho zabrzęczało w kieszeni. Sięgnęła do środka i wyjęła dwie złote monety. Wytrzeszczyła oczy oniemiała. Dla niej był to cały majątek.

Akkarin… Tym razem nie potrafiła być na niego zła. Uśmiechnęła się do siebie. Może nie był całkiem bez serca. Po chwili spochmurniała. Chyba, że chciał się wkupić w moje łaski, pomyślała. Jeśli miał jakiś ukryty cel to powoli udawało mu się uśpić jej czujność.

Nightwik:

Dogewa i Oxara, dziękuję, że zauważyłyście moją dzisiejszą pomyłkę i dałyście znać. Pomyliłam rozdziały : ) Dziękuję za wszystkie komentarze i żałuję, że musicie tyle czekać na dalszą część, ale codziennie mam wrażenie, że czas się kurczy :D W związku z tym opowiadanie też kurczę, unikając niektórych wątków, które normalnie bym opisała. Miłego czytania. Kolejny rozdział postaram się dać znacznie szybciej.