4.

Wino odbijało się od szklanych ścianek kieliszka. Było dobre, nie za słodkie, nie za cierpkie. I perfekcyjnie komponowało się z atmosferą ciepła, jaką wytworzył ogień w kominku, rozświetlający mury jej komnaty. Wyczulona przez samotność, usłyszała delikatnie zbliżające się kroki. Z każdą chwilą dźwięk stawał się donioślejszy, aż wreszcie nie miała wątpliwości, że ktoś do niej idzie, któryś z żołnierzy, może posłaniec Kasandry. Na pewno nie żaden Słowiczy zwiadowca, ci poruszali się bezszelestnie.

Pukanie było jednak niezwykle lekkie, wręcz niepewne. Z chwilą, w której usłyszała głos komendanta wszystko stało się jasne. Nie znała nikogo innego, kto w tak przedziwny sposób łączył delikatność z żelazną dyscypliną i twardym charakterem.

– Inkwizytorko? – rozległ się jego głos zaraz po zapukaniu. – Proszę o wybaczenie, ale czy mógłbym zabrać chwilę twego czasu?

– Oczywiście, wejdź, Cullenie.

Wstała z fotela i wyszła na przywitanie, zapraszając jednocześnie mężczyznę w głąb pomieszczenia; dowódca jej armii starał się ukrywać zaciekawione spojrzenie, obejmujące komnatę. Był tutaj pierwszy raz.

– Chciałem jedynie przekazać ci najświeższą wiadomość o uchodźcach z Jałowych Mokradeł. Wiem, że się tym martwiłaś, pani.

– Co z nimi? – natychmiast zapytała Kaidean. Nie mogła dojść ze sobą do ładu po rekonesansie na tym terenie, a wiedziała, że części mieszkańców udało się opuścić opanowany przez nieumarłych region.

– Nasi żołnierze udzielili im schronienia w koszarach na północ od Mokradeł – Cullen rozwinął mapkę południowego Fereldenu i wskazał palcem ich wojskowy przyczółek. – Prawdopodobnie wyruszą wraz ze zmianą warty do Podniebnej Twierdzy.

– To wspaniale – odetchnęła pani Inkwizytor. – Ilu ich zostało?

– Dwadzieścia dwie osoby. Sporo dzieci.

– Chociaż jedna dobra wiadomość – powiedziała, siadając w swoim fotelu i ruchem ręki zapraszając komendanta do zajęcia miejsca tuż obok. Mężczyzna spojrzał na rozpoczęte wino, na tańczący w kominku płomień, na ciemne niebo obramowane ramkami witraży.

– Powinienem wracać do swoich obowiązków, pani – rzekł, rozmasowując ręką kark. Na ile był to gest zmęczenia, a na ile zawstydzenia, nie umiała określić.

– Jesteś już przecież po służbie, prawda? – to powiedziawszy spojrzała na niego i w jednej sekundzie poznała odpowiedź: – No tak, ty, komendancie, chyba ciągle jesteś na służbie. To bardzo niezdrowe, ale nie będę cię zmuszała do pozostania. Nie chciałabym, by Inkwizycję kojarzono z tyranią – zaśmiała się, ale krótko i raczej smutno.

Cullen może i nie był najlepszym salonowym graczem, może i nie dostrzegał niuansów w ludzkich zachowaniach, na jakie Józefina i Leliana zwróciłyby uwagę od razu, lecz nie był także ślepy. A tym bardziej obojętny. Coś ewidentnie trapiło lady Kaidean.

– W zasadzie mógłbym zostać na chwilę, jeśli nie naprzykrzam ci się swą obecnością, pani.

Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i machnął ręką.

– Jak widzisz niespecjalnie jestem zajęta, konsumpcja wina wręcz skłania do dzielenia z kimś czasu. Spróbuj, komendancie, nie znam się na alkoholach, ale smakuje nieźle. A za pijaństwo na "służbie" inkwizytorsko cię rozgrzeszam.

Cullen zaśmiał się krótko, powiedział coś na kształt "dobrze, więc" i sięgnął po drugi kieliszek. Sposób w jaki spojrzał na kolor płynu i mina, z jaką go kosztował, uzmysłowiły Kaidean, że i ta dziedzina wiedzy nie jest całkiem obca jej komendantowi.

– To jakiś stary rocznik antiviańskiego porto – rzekł zdumiony. – Nie wiedziałem, że można to gdzieś w pobliżu dostać.

– Zdobyczna butelka – odparła Kaidean, po kolejnym łyku. – Leżała w którejś piwnicy na Zaziemiu. Wzięłam zapobiegawczo, na zimne obozowe noce, ale jakoś ostatecznie dowiozłam ją tutaj. Nawet nie wiedziałam, że to nie jest jakiś nieznany wyrób... W ogóle niewiele jeszcze wiem i niewiele umiem – dodała, obserwując płomienie, wydobywające się z kominka.

Przez moment trwała głęboka cisza.

– Dlaczego... to znaczy... nie za bardzo rozumiem, dlaczego mówisz o sobie w ten sposób, pani.

Spojrzała w jego błyszczące jak żywe złoto źrenice.

– Nie powinnam zajmować tego stanowiska – rzekła nieco zbyt twardym tonem, więc po chwili, zreflektowana, powiedziała bardziej miękko: – Ktoś z was, doradców, powinien je piastować. Znak na dłoni i jedna rozmowa z Koryfeuszem to trochę za mało na bycie Inkwizytorką. Nie chcieliście, rozumiem, ale każdy z twoich żołnierzy, Cullenie, mógłby równie dobrze otrzymać ten tytuł, a sprawdziłby się z pewnością dużo lepiej ode mnie. Chcesz zaprzeczyć – Kaidean wyciągnęła dłoń, przerywając komendantowi – ale taka jest prawda. Ktoś stojący na czele Inkwizycji powinien być bardzo dobry choć w jednej, istotnej dla tego stanowiska dziedzinie. A nie świecić na zielono i odbierać nienależne hołdy dla "Herold Andrasty".

– Mów co chcesz, pani, ale nie postawiłbym złamanego miedziaka na to, że którykolwiek z moich żołnierzy, ludzi Leliany czy Józefiny podołałby zadaniu zamknięcia szczeliny w Azylu. Nie po tym, jak spadłby z nieba, jak oskarżono by go o spowodowanie wybuchu i grożono wyrokiem śmierci. Prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie, jakiej odwagi wymagało od ciebie oparcie się pokusie ucieczki.

– Sekretem tej odwagi jest Kasandra Pentaghast, przykładająca mi ostrzę miecza do szyi – prychnęła Kaidean,

– Nadal jednak większość zwinęłaby się w kłębek, wyjąc z bólu i przerażenia, nie myśląc ani na moment o czymś większym, niż jego niedola. Większość na twoim miejscu nie proponowałaby wystawienia się na gniew Przedwiecznego i jego arcydemona, by mieszkańcy Azylu mogli bezpiecznie opuścić wioskę.

– Co z tego? – pani Inkwizytor wstała z fotela i zabierając ze sobą kieliszek, podeszła do witrażowych skrzydeł balkonu. – Na każdej wyprawie spotykam tysiące ludzi, będących w potrzebie. Mają nadzieję, że im pomogę i jak ich za to winić? Tak potężna instytucja, jaką staje się Inkwizycja, powinna mieć lidera, który przynosiłby pokój i ukojenie wszystkim dotkniętym przez Wyłom – Kaidean odwróciła się z powrotem w stronę komendanta i zatrzęsła się pod wpływem nerwów. – No bo co, jeśli to przeze mnie demony wychodzą przez szczeliny? Może i je zamykam, ale... skąd pewność, że przez jakieś swoje działania nie przysporzyłam światu tylu zmartwień?

– Przecież przeszkodziłaś Koryfeuszowi, gdyby nie ty...

– To co? Może dotarłby do Pustki i znów nie znalazł nic. Może skończyłoby się na mrzonkach. A zamiast tego mamy Wyłom i demony.

Cullen pokiwał w niedowierzaniu głową.

– Ty naprawdę tak uważasz? Jesteś jedyną osobą, która ma realny wpływ na zamykanie szczelin, która przywraca porządek w kolejnych krainach, która inspiruje swoimi dobrymi uczynkami, a mimo to przypisujesz sobie najgorsze cechy i odmawiasz ewidentnych zasług?

– Nie jestem hipokrytką, Cullen, to nie jest fałszywa skromność. Wiem, że robię co w mojej mocy, że pomagam na miarę możliwości. Ale dopóki nie dowiem się, co się stało podczas konklawe, jaka była moja rola w tym wszystkim, nie zdołam zaprowadzić pokoju. Może Zakon ma rację co do mnie...

Cullen prychnął, zirytowany.

– Zakon boi się zmian. Jego skostnienie podłożyło fundament pod ten wszechobecny chaos. Przekrzykiwanie się nawzajem i walka o jakieś suche dogmaty: oto całe działania hierarchów. Jak sądzisz, dlaczego stałaś się symbolem nadziei w tym trudnym czasie? Ty, a nie Zakon.

Kaidean opuściła głowę, przez chwilę wpatrując się w czerwony płyn, znajdujący się na dnie jej kieliszka.

– Są tacy, którzy uznali mnie za heretyczkę. Którzy nie chcą mieć ze mną do czynienia.

Cullen wstał i podszedł do dziewczyny.

– Kogo masz na myśli? – zapytał cicho, przeczuwając, że to nie jakimś nieokreślonym ogółem martwi się Kaidean.

Inkwizytorka nie mówiła nic przez dłuższą chwilę, chciał więc już przeprosić za pytanie, ale wreszcie, wciąż nie patrząc mu w oczy, rzekła cichym, pełnym goryczy tonem:

– Wiesz, dlaczego pojechałam na konklawe? Pewnie słyszałeś tyle, co wszyscy, że moja rodzina zawsze była mocno związana z Zakonem, więc oddelegowano mnie do Azylu jako reprezentantkę rodu.

Cullen potwierdził skinieniem głowy.

– Prawda jest nieco bardziej skomplikowana – kontynuowała. – Od jakiegoś czasu moja wiara... w wyniku pewnych zdarzeń... zwątpiłam. Odmówiłam wstąpienia do Zakonu, matka chciała wyrzucić mnie z domu, krewni udawali, że nie wiedzą o moim istnieniu – Kaidean dopiła resztę wina, jaka znajdowała się w jej kieliszku. – Stałam się czarną owcą, a życie w atmosferze niezadowolenia i zawodu było niemal nie do wytrzymania. Więc gdy nadeszły wieści o rozmowach w Azylu, rodzina postanowiła dać mi ostatnią szansę. Wyruszyłam w podróż, bo i co miałam robić? Pomyślałam, że w najlepszym wypadku odnajdę z powrotem drogę do wiary, a w najgorszym odpocznę od rodziny i poczuję się wolna – dziewczyna podeszła do stolika, odłożyła pusty kieliszek i westchnęła. – Resztę już znasz. Wybuch, Wyłom, Inkwizycja. I ja na jej czele, na czele heretyckiej organizacji, sprzeciwiającej się woli Zakonu. Mam wrażenie, że dla mojej matki o wiele pomyślniejsze były pierwsze informacje o katastrofie na konklawe, przynajmniej miała nadzieję, że zginęłam za słuszną sprawę.

– Bardzo mi przykro – komendant był zszokowany i właściwie nie wiedział, co mógłby powiedzieć. Choć sam rzadko kontaktował się ze swoją rodziną, wiedział, że nigdy nie zostałby przez nią wykluczony.

– Tak, mi też – mruknęła Kaidean. – Mam dwóch braci, ale żaden z nich nie odpisuje na moje listy. Jestem pewna, że to nie jest kwestia ich własnych przekonań, tylko matka... Zresztą nieważne – dziewczyna machnęła ręką, a za chwilę zaśmiała się nerwowo. – Nie miałam zamiaru nudzić cię swoimi sprawami, komendancie, zwłaszcza "po służbie".

– Chciałbym jakoś pomóc, jeśli jest coś, co mógłbym zrobić...

– Spędziłeś ze mną swój prywatny czas, panie Rutherford, to więcej, niż ci się wydaje – powiedziała, uśmiechając się do komendanta i wywołując na jego twarzy uroczy rumieniec.

– Cała przyjemność po mojej stronie – Cullen znowu zaczął masować ręką swój kark, spoglądając gdzieś w bok. I tym razem już wiedziała, że to nie był gest zmęczenia.