Rozdział 4

To znowu ty

Dzień czternasty…

Wrota znajdowały się na dalekiej orbicie planety. Na tyle dalekiej, aby ewentualny przybysz najpierw napotkał na swojej drodze przypominającą gigantycznego kraba stację naprawczą Wraith.

Tak samo jak samotny myśliwiec, który właśnie wystrzelił z krystalicznej tafli horyzontu zdarzeń, by pomknąć dalej, przelatując tuż obok stacji.

Stardust był dobrym pilotem. Ponad dziesięć tysięcy lat praktyki pozwoliło mu nabyć odpowiednich umiejętności, jednak teraz nie pamiętał już kiedy ostatnio zasiadał za sterami jakiegokolwiek pojazdu. Dlatego też, kiedy wleciał zbyt pospiesznie i pod zbyt ostrym kątem w górne warstwy atmosfery, przyrządy na tablicy rozdzielczej myśliwca aż zawyły ostrzegawczo, a maszyna zadrżała.

Zaklął pod nosem i wyrównał lot, kierując się ku powierzchni.

Tutaj planetę zakrywały jeszcze kłęby blado-żółtych chmur, lecz pod nimi rozciągał się prawdziwy raj.

Trzy kontynenty, wyłaniające się z błękitnych wód oceanu, porośnięte były bujnym lasem, spomiędzy którego wyrastało kilka górskich pasm. Niektóre z nich były niskie, lecz szczyty najwyższych przez cały rok pokrywał śnieg.

Nomatros, od czasów Wielkiej Wojny, pełniła funkcję nie tylko naziemnej placówki dla Szarej Rady Wraith, ale także Strefy Neutralnej.

To tutaj rozwiązywano wszelkie spory pomiędzy Klanami lub poszczególnymi hive. I to tutaj, od dziesięciu tysięcy lat, panował kategoryczny zakaz używania broni… jakiejkolwiek. A gwarancją na to była cała flota hiveships składająca się ze statków należących do Najstarszych.

Dlatego też nawet podczas Wojny Domowej kilka lat temu, nikt nie ośmielił się złamać tego zakazu.

Nie ośmielili się na to nawet Techniczni… przynajmniej jak na razie.

A teraz, kiedy wojna w końcu została zażegnana i Rada ponownie stała się najwyższym autorytetem wśród Wraith, Nomatros ponownie stała się miejscem wytchnienia dla wszystkich…

Samotny myśliwiec zbliżał się szybko do naziemnej bazy od strony oceanu. Placówka usytuowana była u podnóża czarnej góry porośniętej bujną roślinnością. Część zabudowań znajdowała się na plaży. Inne usytuowane były powyżej, za ostrymi wierzchołkami klifu.

Stardust poruszył sterem aby wzbić maszynę wyżej, przelatując ponad najwyższym ze wzniesień wybrzeża, aby dopiero za nim ponownie obniżyć lot. Przed stojącym tam budynkiem rozpościerało się lądowisko. Dalej znów znajdowały się poszczególne segmenty naziemnej bazy, tworząc biegnącą w dół kaskadę.

Sadzając myśliwiec blisko głównego wejścia, skierował się do dużych, podwójnych drzwi, które rozsunęły się przed nim, odsłaniając wielką, wysoką halę. Jej jedyne oświetlenie stanowiły liczne świetliki w stropie. A mimo to wystarczały w zupełności, aby nawet ludzkie oko nie miało żadnych problemów z dostrzeżeniem najmniejszych elementów konstrukcji.

Rzucając na podłogę wymyślne wzory i najróżniejsze barwy, świetliki tworzyły specyficzną atmosferę tego miejsca. Jednak stary Wraith widział to miejsce już tysiące razy, więc zupełnie nie zwracał na nic uwagi, kierując się ku szerokiemu, długiemu korytarzowi prowadzącemu w głąb konstrukcji.

Jego kroki niemal rozbrzmiewały echem wśród wysokich ścian głównej hali. Po obu jej stronach znajdował się szereg organicznych kolumn, za którymi krzątało się kilka osób.

Wchodząc w korytarz, znalazł się pod wygiętym w łuk stropem, także podpartym przez liczne, wysokie kolumny, których dodatkową funkcją było oświetlenie go blado-żółtym światłem.

Z naprzeciwka zbliżało się kilku oficerów, rozmawiając o czymś. Stardust skręcił jednak w prawo, między kolumny i podwójne, tym razem znacznie mniejsze drzwi, rozsunęły się przed nim, wpuszczając do niewielkiego pomieszczenia transportera. Miejsce, do którego chciał się udać, znajdowało się w kolejnym budynku, a on nie miał czasu, aby snuć się korytarzami.

Kiedy drzwi otworzyły się ponownie, był już na poziomie komnat Królowych z Szarej Rady.

Wyszedł na okrągły hol, pośrodku którego stała gruba kolumna z transporterem wewnątrz. Dziewięć podwójnych drzwi rozmieszczonych wokół hali prowadziło do dziewięciu komnat. Lecz jego interesowały tyko jedne. Skręcił w lewo i zatrzymał się przed jednymi z nich, wysyłając krótką, telepatyczną informację o swoim przybyciu. Chwilę później drzwi rozsunęły się, ukazując kolejne pomieszczenie: spory salon pogrążony w półmroku z kilkoma meblami.

Na jego ścianach wisiały obrazy i rzeźby, wykonane zarówno przez Wraith, jak i przez ludzkich artystów.

Na końcu salonu widniało kolejne przejście, prowadzące na taras.

Unosząca się w otwartych drzwiach delikatna zasłonka powiewała lekko na wietrze. Postać, która za nią stała, weszła do salonu.

Wysoka, szczupła samica o długich, lekko kręconych, kasztanowych włosach, ubrana była w płaszcz w

odcieniach fioletu i czerni. Uśmiechnęła się lekko na widok oficera.

Nightstorm była jedną z najstarszych żyjących Królowych. Podobnie jak on należała do Drugiego Pokolenia, a w chwili wybuchu Wielkiej Wojny miała nieco ponad pięćset lat. I była także córką Pierwszej Matki, Light in Darknes.

- To musi być coś naprawdę pilnego, skoro tak szybko przyleciałeś - zauważyła z lekkim rozbawieniem.

- Ona tu jest - rzucił Stardust, podchodząc do niej.

- Kto taki?

- ONA… Wildfire był na Vallen. Mówił o ludzkiej samicy z dwoma laupus - wyjaśnił.

Królowa zamarła w pierwszej chwili, podpierając się dłonią o sporą kanapę… czuła jak nogi zaczynają uginać się pod nią, a w głowie lekko zawirowało, kiedy serce zabiło szybciej, a krew w żyłach nagle przyspieszyła.

A potem usiadła. Wraith zajął miejsce w fotelu naprzeciw niej.

- Kiedy tu lecieliśmy, nasz Drugi Nawigator odebrał dziwne odczyty energii z okolic Vallen, ale zignorował to… Jednak, kiedy wracaliśmy z Nomatros dwa dni temu, odczyty powtórzyły się - poinformował, chociaż ona wciąż wydawała się być zupełnie zszokowana wieściami. - Wildfire poleciał to sprawdzić. Wrócił godzinę temu… Wypytałem go o tą samicę i laupus… Wszystko idealnie pasuje.

Dopiero wtedy Nigtstorm spojrzała na niego. Pomimo panującego w pokoju półmroku wciąż mógł dostrzec intensywnie zieloną barwę jej oczu - tak nietypową dla Wraith. Kolor oczy, który miał jej ojciec… i który ma także jej najmłodsza wnuczka, Moonlight.

- A więc zaczęło się - niemal szepnęła.

Brzmienie jej głosu było dziwna mieszanką mistycyzmu, a jednocześnie trwogi.

- Na to wychodzi - odparł z lekkim uśmiechem.

- Miej na wszystko baczne oko - powiedziała, już bardziej opanowanym głosem. - Nie możemy popełnić żadnego błędu… Trzymajmy się ściśle wytycznych… Ja powiadomię resztę - dodała i wstała, a on wraz z nią. - Spotkamy się tutaj za cztery dni. Niektórzy są na obrzeżach galaktyki, więc ściągnięcie ich trochę potrwa.

- Oczywiście - rzucił i skinął lekko głowa, po czym ruszył do drzwi.

- Stardust? - zatrzymała go, kiedy drzwi rozsunęły się. - Jeśli ją spotkasz… - nie dokończyła. Uśmiechnęła się tylko kącikiem ust. - Uważaj na nią, proszę.

- Oczywiście. Jest naszą przyszłością.

- Raczej przeszłością - poprawiła go z lekkim rozbawieniem.

- Przeszłością, bez której nie mamy przyszłości - odparł i jeszcze raz skinął głową, po czym wyszedł.

Podwójne drzwi zasunęły się za nim. Nightstorm spoglądała na nie jeszcze przez moment, a potem wyszła powoli na taras. Rozpościerał się z niego widok na ciemnoniebieskie wody oceanu.

- Tak, naszą przeszłością… i przyszłością - szepnęła, stając przy poręczy, a potem skupiła się i wysłała telepatyczną wiadomość do pozostałych Królowych z Rady.

.

.

Wycieczka w góry, poza nieoczekiwanym spotkaniem Wraith… lub, jak nazwała go Harrigan: zielonym karaluchem… kobieta uznała za całkiem udaną.

Dlatego też, kiedy dwa dni później miała do wyboru wyprawę z psami lub na targowisko na inną planę wraz z Mili - oczywiście wybrała to pierwsze.

Dziewczyna już od kilku dni próbowała nakłonić swoja nowa przyjaciółkę do zakupu sukienki, gdyż, jak twierdziła: każda szanująca się kobieta powinna mieć w swojej szafie przyzwoite sukienki...

Kate bardzo ja lubiła. Była radosna i miło się z nią rozmawiało, ale czasami zaczynała działać jej na nerwy... zresztą jak większość ludzi, prychnęła sama do siebie, pozostawiając za sobą Vallen i zbliżając się powoli do lasu.

Słońce znów otulał okolicę swoimi ciepłymi promieniami, a delikatny wietrzyk sprawiał, że dzień wydawał się być stworzony do wszelakich wędrówek… nawet jeśli tuż przed wyjściem z domu po raz kolejny usłyszała kazanie na temat możliwości pokazania się Wraith. W prawdzie Kate nic nikomu nie mówiła, ale, ku jej zaskoczeniu, okazało się, że nie tylko Mili potrafi wyczuwać obecność Wraith. Także kilku innych mieszkańców miasteczka posiadało ta umiejętność… Najwyraźniej kilka osób, którym przed pokoleniami wszczepiono geny Wraith, znalazło się także w tej osadzie, pomyślała…

- Wraith widywany jest w lesie od co najmniej dwóch pokoleń - ostrzegała ją wczoraj Miriam. - Nigdy nikogo nie skrzywdził… ale nie lekceważ go. To Wraith. Ludzkie życie jest dla nich warte tylko tyle, co posiłek. Nie zawaha się odebrać ci twojego.

- Wezmę paralizator - rzuciła beztrosko Kate, unosząc nieco swoje urządzenie i włączając je.

Drobne, elektryczne wyładowania pojawiły się na jego końcu.

Starsza kobieta westchnęła z politowaniem i pokręciła głową.

- Podobno jesteś bardzo inteligentna - odparła. - Ale czasami mam wrażenie, że jest zupełnie przeciwnie - dodała drwiąco i wróciła do przygotowywania kolacji.

W pierwszej chwili Harrigan nie wiedziała co powiedzieć, zupełnie zaskoczona jej słowami… ale potem uśmiechnęła się.

- Wiem, że mówisz to wszystko z troski… ale uwierz mi, ze potrafię o siebie zadbać…

- A ty uwierz mi, że kiedy Mili twierdzi, iż w pobliżu jest Wraith… to tak jest w istocie - przerwała jej lekko poirytowana. - Jej matka także miała ten dar. A mimo to zabrano ją i mojego syna podczas żniw na innej planecie… Wraith są szybsi i silniejsi… i twoja zabawka - gestem głowy wskazała na paralizator - …raczej nie zrobi na nich wrażenia. Więc skoro już znalazłaś się w naszym świecie i jesteś zmuszona tutaj żyć… to zacznij także w końcu brać tutejsze reguły gry na poważnie… To nie jest spektakl, Kate Harrigan, tylko rzeczywistość. Brutalna rzeczywistość - zakończyła stanowczo…

Kobieta nie odpowiedziała. Doskonale rozumiała racje Miriam i pozostałych. Tak samo jak doskonale zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie stanowią Wraith… ale w głowie wciąż porównywała wszystko do serialu.

Tak jak podczas spotkania z tamtym karaluchem, dodała w myślach, wschodząc powoli do lasu. A jako naukowiec brała tutejsze realia za nic innego, niż tylko jako odmienny przejaw łańcucha pokarmowego - z tym brutalnym wyjątkiem, że tutaj ludzie nie byli dominującym gatunkiem.

Zresztą nigdy nie pojmowała całego tego zachwytu ludzkością. Fakt, ludzie są zdolni do wielkich rzeczy… ale chyba w jeszcze większym stopniu są zdolni do okrucieństwa wobec innych. Dlatego rozczulanie się na dolą mieszkańców Galaktyki Pegaza przychodziło jej z wielkim trudem. Bo kiedy ludzie bezmyślnie mordują wszystko dookoła, ze sobą nawzajem włącznie, to jest OK… ale kiedy to oni są zwierzyną łowną, to nagle dzieje się wielka tragedia, pomyślała zniesmaczona. Typowa ludzka hipokryzja, dodała w myślach i spojrzała na psy. Właśnie przestały pędzić do przodu i zatrzymały się na chwilę, nasłuchując.

Kate przyglądała się im przez moment, a potem wykrzywiła usta w grymasie niezadowolenia.

- Mam nadzieję, że to nie to o czym myślę - mruknęła i podeszła do nich.

Stały tuż przy skalnym klifie, obwąchując go z wyraźnym zainteresowaniem i wesoło merdając ogonami. W pierwszej chwili sądziła, że może dostrzegły jakieś zwierzątko, ale nie zauważyła niczego takiego na kamiennej ścianie porośniętej gdzieniegdzie mchem. Dotknęła jej ostrożnie. Była chłodna i wilgotna jak cała reszta klifuskały, więc tylko po nietypowym zachowaniu psów mogła się domyślać, że rzeczywiście może to być hologram.

Westchnęła ciężko i zaczęła przypinać smycz do psich szelek. W przeciwnym razie są w stanie stać tu tak długo, aż Wraith dezaktywuje kamuflaż i wyjdzie z ukrycia.

- Nie wejdziecie tam - rzuciła po polsku. - Po pierwsze, trzeba mieć geny Wraith, a po drugie, znając wasze możliwości, wparzyli byście tam i narobili jednego wielkiego rumoru - mruknęła.

- Masz zamiar chodzić tu każdego dnia? - warknął nagle znajomy głos.

Harrigan wyprostowała się gwałtownie, nieco wystraszona w pierwszej chwili gardłowym dźwiękiem… i zaraz potem skrzywiła nieco usta w grymasie niezadowolenia. W przeciwieństwie do niej psy były szczęśliwe, ponownie widząc Wraith.

- Aaa, to znowu ty - mruknęła. - A co, jest jakiś zakaz chodzenia tutaj? - spytała ironicznie.

- Tak... Specjalnie dla ciebie - burknął.

W tej jednej chwili wszystkie ostrzeżenia Miriam i Mili, które postanowiła w końcu wziąć sobie do serca i zacząć się do nich stosować… prysnęły jak mydlana bańka. To było po prostu silniejsze od niej. Nie była w stanie powstrzymać się od odpowiedzenia złośliwością na jego złośliwość.

Założyła więc ramiona na piersi, spoglądając na niego drwiąco.

- Naprawdę? Nie widzę żadnych oznakowani typu: "Własność prywatna. Wstęp surowo wzbroniony... Szczególnie dla Kate"... Mnie to wygląda na zwykły, w dodatku ogólnodostępny szlak - odcięła.

- To nie jest szlak - warknął.

Kobieta rozejrzała się trochę.

- Szeroka, wydeptana droga od miasteczka aż po góry - wskazała zamaszystym gestem ręki. - ...Mnie to wciąż wygląda na szlaku - stwierdziła.

Wraith ponownie ukazał swoje ostre, rekinie zęby i zrobił krok do przodu. Ale ona wciąż stała spokojnie na

swoim miejscu, z protekcjonalnym uśmieszkiem na twarzy… podziwiając z bliska tatuaż zdobiący lewą stronę jego twarzy. Na krótka chwile to właśnie on przykuł całą jej uwagę.

- Jesteś najbardziej irytującym i bezczelnym człowiekiem jakiego spotkałem - syknął nieprzyjemne. - …Ale kiedy znajdę twoją planetę, nie będziesz ci już tak wesoło - powiedział zadowolony z siebie.

- Po pierwsze, dziękuję za uroczy komplement… Ale wiesz: pochlebstwami daleko nie zajdziesz - uśmiechnęła się szeroko. - A po drugie, moja planeta jest naprawdę bardzo, bardzo daleko stąd, więc twoje groźby są nierealne - stwierdziła spokojnie.

- Mam swoje sposoby, aby dowiedzieć się, gdzie jest twój świat - oznajmił i podniósł prawą rękę, na której widniała długa szrama.

Harrigan doskonale wiedziała co to jest: organ karmiący Wraith… Ich "usta" do pobierania pokarmu.

Znowu uśmiechnęła szeroko i powoli odsunęła palcem jego dłoń dalej od siebie.

- Czy możesz zabrać to coś ode mnie? Czort wie ile w tym jest zarazków.

Dowódca zawahał się na moment i przekrzywił lekko głowę, jakby zaskoczony, wręcz zdezorientowany jej zachowaniem, a potem opuścił rękę.

- Nie wyglądasz na ułomną… chociaż zachowujesz się lekkomyślnie - zauważył Wildfire i przysunął swoją twarz bliżej jej twarzy. - Co zatem ukrywasz? - zapytał podejrzliwie.

Nie był pewien jak powinien odbierać jej zachowanie. Nigdy wcześniej nie spotkał się z taką ignorancją ze strony człowieka. Jakby, pomimo ich ostatniego spotkania, zupełnie nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia, jakim on dla niej jest.

Może więc jednak jego wuj miał rację i ona jest wysłannikiem Avatars, pomyślał. Któż inny byłby aż tak impertynencki w swoim zachowaniu wobec Wraith, uznał.

- Ja? Niby co? - spytała, udając milutką i nagle zdała się bardziej spoważnieć. - Nie, to tylko nerwy. Zawsze, gdy się denerwuję, za dużo mówię… i w dodatku ironicznie... Bardzo ironicznie - dodała, wciąż kątem oka obserwując jego prawą dłoń.

Ale on wciąż tylko patrzył na nią, lekko marszcząc brwi.

- Rzeczywiście: za dużo mówisz - stwierdził ponuro.

- Oh, Waćpan wybaczy - parsknęła. - Zapomniałam, że jesteś przyzwyczajony do krzyków i pisków na swój widok… Proszę o wybaczenie, Wasza Zieloność, to prawdziwy nietakt z mojej strony, że nie dochowałam tej odwiecznej tradycji - rzuciła drwiąco. - Następnym razem postaram się poprawić.

- Na twoim miejscu nie zakładał bym, że będzie następny raz - teraz on uśmiechnął się złośliwie i ponownie podniósł dłoń.

Tym razem kobieta cofnęła się o krok.

- Wiesz. Masz dziwny, nerwowy tik z tą ręką - wskazała palcem. - To może odstraszyć potencjalną osobę, z którą będziesz chciał się zaprzyjaźnić.

- Nie przyjaźnię się z jedzeniem - zadrwił.

- Nigdy? - udawała zaskoczoną. - Ja jako dziecko przyjaźniłam się z małą kurą... Nazwałam ją Ala... Niestety dziadek zrobił z niej obiad - mruknęła pod koniec.

- I tak właśnie kończy jedzenie - Dowódca syknął sarkastycznie i opuścił jej rękę.

Spojrzała na niego, jakby się nad czymś zastanawiając i splotła ramiona na piersi.

- Koledzy znęcali się nad tobą jak byłeś mały, że teraz jesteś taki gburowaty? - spytała z nuta ironii.

Przysunął swoja twarz bliżej jej.

- Nie. Nie zdążyli - warknął. - …Większość z nich zginęła z rąk ludzi i Lanteans - dodał, chociaż sam nie wiedział dlaczego.

Twarz kobiety nagle spoważniała.

- Oo… Przykro mi - odparła.

Ale w jej głosie nie było już słychać obecnej do tej pory ironii, zauważył Wraith. Wręcz przeciwnie, wydawała się mówić szczerze.

Przez chwilę patrzył na nią dziwnie, jakby próbował skanować jej umysł, pomyślała… i to nie po raz pierwszy. Już kilka razy odniosła wrażenie, jakby ktoś ostrożnie próbował zajrzeć do jej głowy, ale czując opór, natychmiast wycofywał się. Nie była jednak pewna, czy to tylko jej wyobraźnia płatała jej figla, czy też Wraith rzeczywiście tego próbował.

Jak dotąd Wildfire nie spotkała nikogo, kto miałby zdolności telepatyczne. Jednak na wszelki wypadek cały czas starała się trzymać swój umysł zamknięty… Szczególnie po ich ostatnim spotkaniu.

Rzucił dziwnej, ludzkiej samicy kolejne ponure spojrzenie. Gdyby to od niego zależało, skończyłaby jako jego przekąska… Ale Szara Rada nakazała mu ją obserwować. Więc robił to… chociaż z największa przyjemnością po prostu skręciłby jej kark za jej bezczelność, pomyślał zły.

- Znajdź sobie inną drogę dla swoich wędrówek - warknął w końcu.

- Wybacz, ale to jedyna droga w tym kierunku - rzuciła spokojnie. - Poza tym, gdybyś nie wyszedł z tej swojej nory… - gestem głowy wskazała na skałę za nim - …to nawet bym nie wiedziała, że nadal tu jesteś.

Wraith ponownie warknął ostrzegawczo i już chciał coś powiedzieć, gdy nagle gdzieś z oddali dobiegły ich odgłosy ludzkich głosów.

Oboje spojrzeli w tamta stronę. I chociaż na wijącej się w dole ścieżce wciąż jeszcze nie było widać owych głosów, to jednak Harrigan bez problemu rozpoznała kim są. Głośna sprzeczka nadchodzącej pary szybko uświadomiła jej kim oni są.

- Świetnie… Tylko ich tu brakuje do kolekcji - mruknęła i spojrzała na Dowódcę. - Właź tam z powrotem… Będzie lepiej, jeśli nie przyłapią mnie tutaj z tobą - dodała i pchnął go na skałę. - …Jakkolwiek dwuznacznie to teraz zabrzmiało - mruknęła, patrząc jak Wraith bez problemu przenika przez hologram, by po chwili zupełnie zniknąć.

Kobieta spojrzała w dół kanionu. Zza drzew wyłoniła się właśnie Mili... a tuż za nią Kaleb… miejscowe bożyszcze dziewczyn, pomyślała lekko zdegustowana. W prawdzie był bardzo przystojny i nieźle zbudowany… ale nic poza tym, przyznała. Bezmózgi mięśniak.

Był wysoki, o niemal kruczoczarnych włosach, śniadej karnacji i intensywnie niebiesiech oczach. To właśnie z powodu tych oczu wszystkie dziewczyny w Vallen… i nie tylko, jak poinformowała ją Mili, niemal mdlały na samo jego spojrzenie.

- Kate! - zawołała dziewczyna i pobiegła, zadowolona ze spotkania. - Dobrze, że zdążyłam cię dogonić... Muszę cię ostrzec, że jest tu Wraith... Wyczuwałam jego obecność już wczoraj, ale nie chciałam cię przestraszyć... Ale wciąż go wyczuwam...

- Wiem - odparła spokojnie. - …Twoja babka mi powiedziała - dodała, widząc zaskoczenie na jej twarzy.

Dziewczyna otworzyła nieco szerzej oczy.

- I mimo to poszłaś sama? - spytała z niedowierzaniem i nagle zmarszczyła czoło, splatając ramiona na piersi. - Oszalałaś?! To Wraith, a nie… historyjka. Czy uwierzysz dopiero wtedy, kiedy skończysz jako jego posiłek?!

- Nie histeryzuj… To tylko jeden Wraith… jak sama powiedziałaś… - dodała spokojnie.

- To nie są żarty, Katherin Harrigan - przerwała jej z powagą Mili. - Wiem, że dla ciebie aż do teraz była to tylko historyjka, ale teraz zacznij w końcu traktować ich jak rzeczywistość… Ja naprawdę wyczuwam jego obecność… Szczególnie tutaj bardzo wyraźnie - dodała, zaniepokojona, rozglądając się nieco wokół. - Wróć lepiej do osady i nie chodź tutaj na razie… Zanim Wraith nie odejdzie.

Harrigan uśmiechnęła się lekko kącikiem ust.

- Mili, naprawdę doceniam twoją troskę o mnie, ale przestań panikować - położyła dłoń na jej ramieniu. - Wyczuwasz jego obecność od kilku dni, ale ja jak dotąd nie widziałam tutaj żadnego Wraith... A poza tym, umię o siebie zadbać - dodała i sięgnęła do pasa po taser.

- Tym czymś chcesz pokonać Wraith?! - zadrwił Kaleb.

Kobieta spojrzała najpierw na urządzenie, a następnie na niego.

- Tak… Na tobie zawsze działa - odparła z nuta ironii i przyłożyła włączony taser do jego ramienia.

Mężczyzna wzdrygnął się gwałtownie, a jego mięśnie zesztywniały na moment, po czym upadł na ziemię.

Harrigan uśmiechnęła się złośliwie kąciku ust, spoglądając na niego z satysfakcją.

- Kate! - zganiła ją Mili i przykucnęła obok nieprzytomnego Kaleba. - Ocuć go - dodała gniewnie po chwili, kiedy jej próby obudzenia go nie powiodły się.

- Spokojnie - odparła Kate, machając nieco ręką. - Jeszcze nie ustawiłam go na maksymalną moc, więc wkrótce sam się obudzi - zapewniła spokojnie.

- Cóż, w takim razie na Wraith na pewno to nie podziała - zadrwiła.

- Nie bądź złośliwa... robisz mi konkurencję... Sarkazm to moja działka - uśmiechnęła się szeroko.

Dziewczyna ponownie spojrzała na nią nieprzyjemnym wzrokiem.

- Poradzę sobie - zapewniła ją po raz kolejny. - A teraz pozbieraj swojego kumpla i zmiataj z powrotem do domu… Zanim twój Wraith nas usłyszy - dodała z ironią.

Mili nie odpowiedziała. Nie zdążyła. Kaleb zaczął właśnie się budzić, jęcząc.

Psy skorzystały z okazji, że znajdował się za ziemi i zaczęły lizać jego twarz. Młody mężczyzna zaczął odpychać je niezdarnie.

- Ale obiecaj mi, że będziesz ostrożna. Wiem, że czujesz się pewnie przez te twoje… zdolności, ale Wraith to nie przelewki.

- Obiecuję... A teraz zmykaj stąd... I błagam cię, zabierz go ze sobą - dodała, pomagając jej podnieść Kaleba.

Mężczyzna wymamrotał coś niezrozumiale - jego język wciąż częściowo był zdrętwiały po użyciu tasera.

Mili chwycił go za ramię.

- Ustaw taser na maksimum - poleciła stanowczo i ruszyła powoli ścieżką.

- Tak jest, Wasza Stanowczość - zasalutowała jej żartobliwie Harrigan, spoglądając za nimi, dopóki nie zniknęli za drzewami.

A potem odetchnęła z ulgą.

Źle by się stało, gdyby zaczęli węszyć tutaj w poszukiwaniu Wraith, pomyślała.

- O jakich umiejętnościach mówiła ta dziewczyna? - odezwał się niespodziewanie za nia gardłowy głos.

Kate aż podskoczyła… po czym spojrzała ponuro na Wraith.

- Musisz to robić? Skradać się za każdym razem i straszyć mnie?

Uśmiechnął się, trzymając ręce za plecami.

- To jest moje nowe hobby.

- Zauważyłam - mruknęła.

- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie - przypomniał. - O jakich umiejętnościach ona mówiła?... To, że niektórzy ludzie w tej osadzie wyczuwają nas, wiem... mają geny Wraith... Ale u ciebie nie wyczuwam nich - przysunął się bliżej. - Ale potrafisz za to skutecznie blokować swoje myśli… i mnie, kiedy próbuję cię skanować - powiedział złośliwie. - Na początku myślałem, że to przypadek, ale teraz zaczyna to mieć sens... I wiedziałaś o laboratorium.

Kobieta uśmiechnęła się szeroko, jak tylko mogła.

- Zdolności? Nie mam żadnych specjalnych zdolności... Znam tylko kilka sztuk walki... to miała na myśli - skłamała. - A o twoim laboratorium... wiem od ludzi z Atlantydy... Poznałam ich niedawno... Ostatnio dużo podróżuje - zaczęła tłumaczyć, ale z wyrazu jego twarzy wywnioskowała, że nie niezbyt jej wierzył. - Opowiedzieli mi o podobnym laboratorium, które kilka lat temu znaleźli na innej planecie. Zakamuflowane przez hologram... A że pojawiasz się i znikasz zawsze znienacka, uznałam, że musisz tu mieć coś podobnego - dodała, gestem głowy wskazując na skałę za nim.

Podszedł jeszcze bardziej, aż poczuła jego oddech na swojej twarzy... I po raz pierwszy zobaczyła z tak bliska te złociste oczy, które wpatrywały się w nią intensywnie.

- Więc nie jesteś głupia - powiedział spokojnie i wyprostował się. - To tylko zatrważająca lekkomyślność z twojej strony, że pomimo całej tej wiedzy uporczywie ignorujesz zagrożenie jakim dla ciebie jestem... Jesteś śmiertelnie chora, czy po prostu brak ci instynkty przetrwania? - zapytał. - Zazwyczaj śmiertelnie chorzy ludzie… kuszą los, jak mawiacie.

Stał dumnie, uśmiechając się kącikiem ust, zadowolony z siebie.

Harrigan nie odpowiedziała od razu, zaskoczona jego słowami.

- Raczej to drugie - powiedziała w końcu.

- Hymm? - chrząknął tylko.

To było prawie jak mrugnięcie oka.

Wraith wykonał nagły wypad do przodu i wyciągnął taser wsunięty za pas, do którego przypinała psy.

Ból przeszył całe jej ciało.

Świat zawirował wokół… a potem wszystko stało się czarne...

Kobieta runęła bezwładnie na ziemię.

Dowódca uśmiechnął się tryumfalnie kącikiem ust i podniósł wyżej urządzenie, włączając je ponownie. Mała, elektryczna iskra rozbłysła pomiędzy dwoma metalicznymi pręcikami.

- Rzeczywiście. Przydatne urządzenie - stwierdził z zadowoleniem i przykucnął obok Harrigan.

Teraz, kiedy leżała nieprzytomna, wydawała się być taka bezbronna… i spokojna, pomyślał, odgarniając delikatnie kosmyki włosów z jej twarzy. Dopiero teraz tak naprawdę mógł się jej lepiej przyjrzeć.

Zastanawiał się ile mogła mieć lat. Nie wyglądała na wiele starszą od dziewczyny z Vallen, stwierdził. Ale przecież u ludzi wygląd nieraz może być mylący w stosunku do ich wieku. Jedni wyglądają na starszych, a inni na młodszych niż są w rzeczywistości.

A ta ludzka samica, jak sama wspomniała, była badaczem. Musiała zatem pobierać wieloletnie nauki. Szczególnie, że na jej świecie technologia jest najwyraźniej wysoko rozwinięta w porównaniu z innymi planetami w tej galaktyce, zauważył spoglądając na taser…

Mokry nos jednego z psów dotknął jego policzka, wyrywając Wraith z jego rozmyślań.

Odsunął głowę, spoglądając w duże, zielone oczy zwierzęcia.

Podobnie jak kilka dni temu samiec, także samica zdawała się teraz "uśmiechać", merdając wesoło ogonem.

- Dziwne z was laupus. Zupełnie was nie obchodzi co się z nią dzieje - lekkim gestem głowy wskazał na leżącą kobietę, po czym złapał ją za rękę i pociągnął, aby przerzucić ją sobie przez ramię.

Ale kiedy wstał i ruszył w kierunku skały, psy ochoczo podążyły za nim.

Spojrzał na nie ponownie.

- No cóż… Przynajmniej nie wrócicie do osady, wszczynając alarm - mruknął i wysłał telepatyczne polecenie.

Hologram imitujący skałę zamigotał i wyłączył się.

Wraith wszedł do jaskini w towarzystwie psów.