Od tłumacza:Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Jeśli znajdziecie chwilę możecie zajrzeć też na moje blogi, do których linki znajdziecie w moim profilu autora.

Jesteście super! Wasze dziesiątki komentarzy (a zbliżamy się już do setki i to po czwartym rozdziale!) dopingują mnie do pracy. To naprawdę fajne uczucie, kiedy wiem, że moja praca daje komuś radość.

Pamiętajcie, że na Wasze komentarze odpowiadam tylko, jeśli jesteście zalogowani. W drodze wyjątku dla Mycha09: AU oznacza „Alternative Universe" czyli w dużym uproszczeniu świat, w którym pewne elementy odbiegają od znanego nam kanonu. Większość fanfików, które nie są prequelami albo sequelami podpada pod tę kategorię.


Od autora: Małe ostrzeżenie: ten rozdział będzie dość intensywny. Zajrzycie do przeszłości Ginny i zobaczycie czemu Dumbledore chce ją kontrolować. On po prostu wierzy, że cel uświęca środki i postrzega wszystkich jako narzędzia. Mam nadzieję, że Wam się spodoba.


Rozdział 4

Nie miałam dobrego dnia… nocy… nieważne, przestało mnie oto obchodzić jakieś dwadzieścia cięć temu. Stół był niewiarygodnie zimny, a na domiar złego moje obecne towarzystwo było… niepożądane, by użyć takiego eufemizmu. Na pewno nie miało to nic wspólnego z faktem, że leżałam naga, przywiązana do ołtarza ofiarnego. Nie, to na pewno nie to. Słowo daję, jeśli to przeżyję, kopnę Neville'a tak, że mu jajca gardłem wyjdą.

Skurwiele nie mieli nawet na tyle jaj, żeby pokazać mi swoje twarze. Wszyscy chowali się za maskami Śmierciożerców. To pewnie znaczyło, że miałam stamtąd wyjść żywa, ale wówczas nie przyniosło mi to pociechy. Szlag, jak tu zimno! No naprawdę, czy stałaby im się krzywda, gdyby rozpalili pieprzony ogień? Moje sutki mogłyby ciąć szkło!

Potem do pokoju weszła ona. Suka, która mnie pojmała… poprawka: suka, na którą zostałam rzucona, żeby tchórzliwa ciota mogła uciec. Bellatrix Lestrange popatrzyła na mnie, ja odpowiedziałam jej hardym spojrzeniem. Nie bałam się… no, prawie. No dobra, prawie narobiłam pod siebie ze strachu, ale nie zamierzałam jej tego pokazywać. W końcu mam swoją dumę.

- Ciągle harda? Myślałam, że dzień w zimnym lochu cię z tego wyleczy. A jak widzimy… na pewno ci zimno. Hahaha! – roześmiała się jak dziewczynka w wieku szkolnym. Trochę niepokojące. A raczej cholernie odrażające!

- Było fajnie i w ogóle, ale wiecie, muszę iść się uczyć na końcowe egzaminy.

Moja odpowiedź spowodowała, że kilkoro z nich się zaśmiało. Suka warknęła na mnie. Warto było. Odpowiedziałam jej uśmiechem. Lestrange uderzyła mnie w twarz otwartą dłonią. Szlag, ta suka potrafi mocno uderzyć… może jednak nie było warto? Czuję się, jakby mój policzek płonął.

- Nikt ci nie dał pozwolenia na odezwanie się, zdrajczyni krwi! – wrzasnął jeden ze Śmierciożerców.

- A co zamierzacie zrobić? Rozebrać mnie i torturować?

- Crucio!

Chwila, przez którą trzymała mnie pod wpływem klątwy, zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Nie krzyczałam jednak… nie dam jej tej satysfakcji. Czułam się, jakby ktoś mnie smażył od wewnątrz. Boli jak diabli… nie polecam.

- Bella, przestań! Czarny Pan ma wobec niej specjalne plany! – blondwłosa kobieta wbiegła do pomieszczenia i odciągnęła różdżkę Bellatrix, jednocześnie zakameleonowała swoją twarz, tak że widziałam jedynie rozmazaną plamę tam, gdzie powinna być jej głowa.

- Ona jest niegodna! To parszywa zdrajczyni krwi!

- Nie nam o tym decydować! Słowo Czarnego Pana jest prawem. Ma być przygotowana na Rytuał, nic ponadto. On chce ją złamać własnoręcznie.

Potem kobieta obróciła się do mnie i rzuciła zaklęcie uzdrawiające. Cudowne uczucie. Nie wiem jak wy, ale ja ją jakby polubiłam. Nie byłam tylko zbyt zadowolona z jej gadania o Rytuale i ponownym spotkaniu z Tomem. Tato zawsze powtarzał, że we wszystkim są dobre i złe strony. Tylko gdzie właściwie jest ta dobra?

- Wy dwoje zostajecie, reszta wypad! – zaordynowała Bellatrix. Posłuchali bez wahania. Wszyscy poza jedną osobą, tą blondynką, która stała obok niej. Bellatrix odwróciła się do niej i paskudny grymas malujący się z reguły na jej twarzy nieco zelżał. Kiedy się odezwała, mówiła delikatnie, niemal z miłością:

- To dotyczy też ciebie.

- Nie.

- Nigdy nie przyjęłaś Znaku. To sprawa między Śmierciożercami. Idź… naprawdę. Nie chcę cię mieć w pobliżu. Upewnij się, że masz alibi, tak na wszelki wypadek. Proszę… idź już.

Blondynka zaczęła protestować, ale Lestrange ujęła jej twarz w dłonie, ucinając protesty kobiety.

- Proszę… zobaczymy się, jak będzie po wszystkim.

Blondynka niechętnie skinęła głową. Odwróciła się, by odejść, ale zatrzymała się i spojrzała na mnie.

- Tak mi przykro, dziecko.

Tylko ja i Bellatrix mogłyśmy usłyszeć ten szept. Potem kobieta odeszła i opanowało mnie przerażenie. Ciągle czekałam, aż się pokaże to, co w tej sytuacji dobre.

Lestrange podeszła do stołu i otworzyła antyczny wolumin. Taki, na widok którego Hermiona śliniłaby się jak pies Pawłowa, oczywiście o ile nie promieniowałby tak Czarną Magią. Otworzyła go i zaczęła kartkować. Mniej więcej w połowie drogi zatrzymała się i spojrzała na mnie z uśmiechem, od którego stanęło mi serce. Uniosła długi, wygięty sztylet, na którego ostrzu wyryto starożytne runy.

- Zaczynajmy.

Cieszyłam się, że nic nie jadłam i nie piłam przez cały dzień, bo teraz na pewno nie byłabym w stanie opanować zwieraczy. Przez następne dwie godziny wycinała na moim ciele mroczne runy.

Mam szóstkę braci, więc myślałam, że jestem twarda… myślałam, że potrafię radzić sobie z bólem… myślałam, że przetrwam wszystko, czym mnie może poczęstować… myliłam się. Wrzeszczałam, aż zdarłam sobie całkiem gardło. Błagałam o miłosierdzie i śmierć. Wiedziałam, że ona nie nadejdzie, ale zawsze mogłam się łudzić. Dostałam eliksiry, które uzupełniły krew, która ze mnie wypłynęła.

- Gdzie ten pieprzony Zakon? Czemu mi się to przydarzyło?

Mój głos nie brzmiał jak mój i nie oczekiwałam odpowiedzi. Niemniej jednak dostałam ją:

- Masz prawo wiedzieć, więc ci powiem. I tak nigdy nie wyjdziesz żywa z tego lochu. Kilka lat temu mój kochany szwagier próbował użyć cię jako naczynia, do którego mógłby powrócić nasz Pan. Pamiętasz?

Skinęłam głową, a ona kontynuowała:

- Ocalono cię. I potężna własność mojego Pana uległa zniszczeniu.

- Chodzi o zemstę?

- Naprawdę uważasz, że wybrano cię przypadkiem? Albo ze względu na twoją przyjaźń z Longbottomem? Nie, ty mała głupia dziewko. To ze względu na twój Magiczny Rdzeń. Nawet na twoim pierwszym roku, niezależnie o twojego braku treningu, przyćmiewał wielu dorosłych czarodziejów i czarownic.

Poczekała aż to do mnie dojdzie. Wpadłam po uszy w gówno.

- Biorąc pod uwagę kim jest twoja matka, jestem pewna, że wystarczy kichnąć, żebyś zaszła w ciążę. Ale nie będziemy ryzykować. Zaskoczyło mnie, że jesteś jeszcze dziewicą. W swoich hogwardzkich latach twoja matka była znana z tego, że rozkłada nogi przed każdym, kto ma na nią ochotę.

- Zamknij się!

- Ojoj, czyżby prawda bolała, kochanie? Naprawdę myślisz, że twój ojciec by się z nią ożenił, gdyby nie wpadła?

- Zamknij się!

Jakimś cudem wiedziałam, że mówi prawdę. Ale nie musiała tego tak podkreślać.

- Ale wróćmy do tematu. Dziś jest pełnia, więc Czarny Pan cię posiądzie i obdarzy swoim nasieniem. To nasienie będzie wzrastało, a runy, które wycięliśmy w twojej skórze będą karmiły dziecko twoją magią. Całą twoją magią. Kiedy urodzisz, będziesz charłakiem. Pewnie wtedy damy ci tą śmierć, o którą błagałaś całą noc albo będziesz naszą kurwą. Nie ja o tym zdecyduję. Dziecko z magii twojej i mojego Pana będzie naprawdę potężne. Zostanie nauczone wartości Czarnego Pana, a kiedy dorośnie, Czarny Pan weźmie jego młode ciało i zwiąże swoją magię z jego. Jaki jest pożytek z nieśmiertelności, jeśli się starzejesz? I cykl rozpocznie się na nowo.

Potem wszystko stało się trochę zamglone i chyba zemdlałam. To nie powstrzymało ich od kontynuowania swojej pracy. Nie, nie, mieli przecież dokładny terminarz, którego musieli się trzymać.

Obudziłam się, gdy dotarł do mnie dźwięk niepodobny do czegokolwiek, co wcześniej słyszałam. Brzmiał jak jakieś dzikie zwierzę. Wyglądało na to, że wstrząsnął Bellatrix.

- Wy dwaj zostańcie tutaj, zamknijcie drzwi i nie wpuszczajcie nikogo poza mną albo Czarnym Panem.

Zatrzymała się w drzwiach, obróciła się i popatrzyła na mnie. Wycelowała różdżką i rzuciła zaklęcie. Moja skóra zbladła, a włosy stały się białe. Potem odeszła. Teraz nawet jeśli mnie znajdą, nie rozpoznają mnie… Już po mnie. Umrę w tym lochu.


Ginny obudziła się z wrzaskiem. Minęło sporo czasu odkąd ostatnio miała ten koszmar… czy raczej wspomnienie, to było lepsze słowo. Na szczęście dla jej współlokatorek, rzuciła zaklęcie ciszy wokół swojego łóżka, nim poszła spać. Weszło jej to w nawyk. Jakby się nad tym zastanowić, to było naprawdę smutne. Była w pieprzonym Hogwarcie i dalej nie czuła się bezpieczna.

Rzuciła zaklęcie światła i wyciągnęła Mapę Huncwotów spod poduszki. Dzięki Merlinowi, bliźniacy dali jej mapę, nim odeszli z Hogwartu. Ocaliło jej to tyłek więcej razy niż mogła zliczyć.

Szybkie spojrzenie upewniło ją, że nikt nie czaił się w jej pokoju, ani nawet w Wieży Gryffindora. Wypuściła drżący oddech i odprężyła się nieco. Szybko sięgnęła do kufra i wyciągnęła Cienia. Przycisnęła do siebie pluszową panterę i pogłaskała jej grzbiet. Maskotka natychmiast zaczęła mruczeć. Zwinęła się w kłębek i znów zaczęła zasypiać. Wiedziała, że nie powinna się na to zdawać, ale tylko tak potrafiła ponownie zasnąć.


Kiedy wzeszło słońce, Harry był w trakcie drugiego okrążenia wokół Czarnego Jeziora. Trudno uwierzyć, że kiedyś nie cierpiał wstawać wcześnie i biegać. Kurczę, czasami Syriusz dosłownie musiał go wyciągnąć z łóżka. Teraz jednak było to dla niego tak naturalne jak oddychanie.

Oczywiście to tylko pierwsza część jego porannej rutyny. Potem będzie pracował nad szermierką, następnie nad walką wręcz i wreszcie nad magią bojową. Oczywiście o ile mama i Łapa zwloką swoje leniwe zadki z łóżka i dołączą do niego. Właśnie kończył drugie kółko, kiedy dołączył do niego stary pies.

- Zrobić kogoś nauczycielem i od razu staje się mięczakiem – rzucił Harry nie gubiąc rytmu.

- Twoja mama miała ciężką noc, szczeniaczku.

- Co?! Coś jej się stało?! Gdzie ona jest?!

- Wyluzuj, tam siedzi i medytuje – odparł Syriusz wskazując na drugą stronę jeziora. Hary dostrzegł tam swoją mamę, która siedziała na kocu i promieniowała spokojem. – Wczoraj w nocy uderzyło w nią wszystko na raz. W tym miejscu jest mnóstwo wspomnień związanych z nią i twoim tatą. Kady kamień ma swoją historię. Kurde, nawet ja mam czasami wrażenie, ze Rogacz za chwilę wyjdzie z sąsiedniego korytarza.

- SZLAG! Nie powinno jej tu w ogóle być! Wiedziałem, ze tak będzie!

- I co, miałaby siedzieć zupełnie sama w Dworze Potterów? Tak, na pewno by to świetnie zniosła. Tam na pewno nie byłoby żadnych wspomnień. Słuchaj, szczeniaczku, ona tak naprawdę nigdy nie pozwoliła sobie na żałobę po twoim tacie. Jasne, czasami płacze po nocach, ale tak naprawdę wciąż nie uporała się z tą stratą. Poza tym to nie jest typ kobiety, która byłaby zadowolona siedząc w domu. Żąda krwi, tak jak ty czy ja.

- Była przeznaczona do delikatniejszych spraw. Wybrałem ścieżkę wojownika, żeby ją chronić. Nie chcę, by stała jej się krzywda.

- Szczeniaczku, to twoja mama… jeśli tobie dzieje się krzywda, to i jej dzieje się krzywda. Ty idziesz… ja idę… ona idzie… wszyscy idziemy. Tak działają Huncwoci. Zawsze stajemy ramię przy ramieniu.

Harry pochylił głowę, akceptując porażkę. Byłby hipokrytą, prosząc matkę, żeby się w to nie mieszała. Niecały rok temu podążył za Tonks w bitwę. Nie miała wsparcia i nie zamierzał jej pozwolić, by szła sama. Za ten numer jego matka jeszcze długo suszyła mu głowę.

- Ni… nie mogę jej stracić. Tato… bez niego mogę żyć, ale mama… tego bym nie przetrwał.

- Ani ja, szczeniaczku, ani ja.

- Mnie można zastąpić… jej nie. Wiemy, że Tyłkogłowy lubi zmuszać ludzi do dokonywania niemożliwych wyborów. Jeśli sprowadzi się to do mnie albo do niej… wybierz ją.

- Szczeniaczku?

- NIE! Wybierz ją! Złóż mi na to Przysięgę Krwi, Syriuszu!

Wiedział, że Harry mówi poważnie, jeśli używa jego prawdziwego imienia. Syriusz skinął głową i młody Lord się odprężył. Lily zmusiła Blacka do złożenia takiej samej przysięgi, tylko odwrotnej. Miał nadzieję, że nigdy nie będzie musiał wybierać.

Harry planował zrobić pełne pięć okrążeni wokół jeziora, ale gdy tylko obiegł jego połowę popędził sprintem ku matce. Syriusz kontynuował spokojnym rytmem. Widział, że matka i syn potrzebują odbyć tę rozmowę na osobności.

Harry opadł na koc przed medytującą mamą. Jeśli wiedziała o jego obecności, nie okazała tego w żaden sposób. W myślach prosił ją, żeby otworzyła oczy. Nie musiał czekać długo. Lily uniosła powieki i spojrzała na syna. Użyła zaklęć maskujących, by ukryć, że jej oczy są zaczerwienione od płaczu. Harry to przejrzał, jak zawsze. Widziała troskę w jego twarzy i zorientowała się, że Syriusz się wygadał.

- Nic mi nie jest – zapewniła go. Nie wyglądał na przekonanego. – Naprawdę, skarbie, wszystko w porządku. Łapa niepotrzebnie dramatyzuje.

Harry dalej tego nie kupował. Czekał, aż powie mu prawdę.

- DOBRZE! Nie jest w porządku, to chciałeś usłyszeć?! Wszystko przypomina mi jego. Jezioro, zamek… nawet ten kretyn Snape mi o nim przypomina. Pozwól mi samej sobie z tym poradzić.

Twarz Harry'ego nieco złagodniała, ale wciąż malowała się na niej troska. Wkurzało ją, że jej syn może ją tak łatwo przejrzeć. Ujęła twarz Harry'ego w dłonie, nachyliła się i pocałowała go w czoło.

- Właśnie patrzę na najlepszą część Jamesa. To błogosławieństwo na które nie zasługuję, ale czasem i klątwa.

- Gruba Dama myślała wczoraj wieczorem, że jestem tatą. Ciągle mi powtarzaliście, jak bardzo go przypominam, ale do wczoraj myślałem, że przesadzacie.

- Nie żałuję, że wyglądasz jak on, skarbie. On żyje w tobie i mi to wystarcza, naprawdę, ale czasami… czasami wszystko to dociera do mnie na raz.

- Ale mamo…

- Żadnych ale. Nie możesz mi tu pomóc. Jestem dużą dziewczynką i potrafię o siebie zadbać.

- Dobrze, ale nie oczekuj, że nie będę się martwił.

- Umowa stoi. Ale musimy jeszcze porozmawiać o paru rzeczach. Po pierwsze, chciałabym wnuki. Nie od razu i nie myśl, że to pozwolenie, żeby bzykać połowę czarownic w szkole. Wiem, że to durne prawo daje ci możliwość poślubienia kilku czarownic, ale nie rób tego! Kochaj tylko jedną kobietę i kochaj ją bezwarunkowo. Zaufaj mi, oboje na to zasługujecie.

- Przestań! Nie mów, jakbyś zaraz miała umrzeć!

- Nie spodziewam się, żeby to miało być niedługo. Ale zdajesz sobie sprawę, że odkąd wyszliśmy z podziemia staliśmy się celami. Możemy nie mieć kolejnej szansy na tę rozmowę i świetnie o tym wiesz – odpowiedziała Lily. Wiedział, że ma rację, ale to nie znaczyło, że musi to lubić.

- Mamusiu…

- Czekałam siedemnaście lat, żebyś tak do mnie powiedział.

- Zawsze tak do ciebie mówię.

- Nie, mówisz mamo, a nie mamusiu.

- A co za różnica?

- Żadna, a jednocześnie olbrzymia. W sumie to trochę głupie. Tak zawsze mówiłam do swojej mamusi i spodziewałam się, że tak będę nazywana, kiedy się nią stanę. To chyba Brytyjka ze mnie wychodzi. Wiem, że ty uważasz się za Jankesa, ale jesteś też Brytyjczykiem.*

- Przepraszam, jeśli jestem trudnym synem, mamusiu.

Odtąd będę ją tak nazywał.

- Nie chciałabym innego.

- Dobra, to dawaj tę mowę.

- A więc tak…


Ginny upewniła się, że zaklęcie tarczy nałożone przez bliźniaków na jej kolczyki jest na swoim miejscu. Na szczęście było. Choć raz cieszyła się, że ma nadopiekuńczych braci. Ich prezent uratował jej tyłek więcej niż raz, choć nigdy im się do tego nie przyzna.

Od Komnaty Tajemnic każdy prezent, który od nich otrzymywała, miał wbudowany takie czy inne zaklęcie ochronne. Pomyślała o naszyjniku, który Harry wcisnął Emmie poprzedniego wieczoru i uśmiechnęła się. Był taki słodki, kiedy starał się chronić dziewczynkę. Byli na świecie tacy, którzy spróbują ją zranić lub wykorzystać, z powodu tego kim jest. Żałowała, że tak szybko doszła do niewłaściwych wniosków i uznała Harry'ego za złego człowieka. Po prostu poza swoją rodziną nigdy nie widziała, żeby ktoś pomógł bezinteresownie obcej osobie bez ukrytego motywu. Nie tak dawno temu była w skórze tej dziewczynki. Przeżyła najgorszy możliwy scenariusz. Teraz zaczynała rozumieć swoich braci nieco lepiej.

Fred i George odsunęli się i pozwolili jej rozwinąć skrzydła, żeby odnalazła swoją własną drogę. Nie wisieli nad nią jak Ron. Wiedziała jednak, że jeśli będzie ich potrzebowała, poruszą dla niej niebo i ziemię.

Wzięła głęboki oddech, szykując się na nadchodzącą konfrontację. Skręciła za róg. Drzwi do gabinetu Dumbledore'a były otwarte a mężczyzna siedział za biurkiem, cierpliwie oczekując jej przybycia.

- Wzywał mnie pan, panie dyrektorze? – jej głos ociekał niechęcią i skutecznie określił nastrój spotkania.

- Panno Weasley, dziękuję, że dołączyłaś dziś do mnie bez zwłoki. Może poczęstujesz się cytrynowym dropsem?

- Nie dziękuję. Nie chcę też herbaty. Miejmy to już z głowy – powiedziała Ginny, zajmując miejsce naprzeciw Dumbleodre'a. Skupiła się na jego haczykowatym nosie, żeby uniknąć bezpośredniego kontaktu wzrokowego. Unik. Dumbledore przechylił głowę i zerknął na nią znad okularów. Pchnięcie. Ginny ze spokojem obejrzała swoje paznokcie, a na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Parowanie. Dumbledore westchnął. Sprytna dziewczyna.

- Kiedy powierzyłem ci funkcję prefekta, założyłem, że rozumiesz komu jesteś winna lojalność i jakie są twoje powinności, panno Weasley. Istnieją pewne szczegóły wydarzeń w Departamencie Tajemnic, które nie powinny stać się publicznie znane.

- Nie. Uczynił mnie pan prefektem, żeby zacieśnić smycz, którą pan na mnie nałożył. I do tego może pan mnie mieć bardziej na oku. A co do tego, co powiedziałam wczoraj podczas kolacji, braki pańskiego złotego chłopca nie są już moim problemem. Może niech pan pozwoli Bellatrix Lestrange wykonać na panu mroczny rytuał i zobaczymy czy się pan nie zdenerwuje.

- Ginny, masz prawo być zła na Neville'a, ale musze ci przypomnieć o…

- Tak, tak, tak… wiem. Jesteśmy w trakcie wojny… należy ponieść pewne ofiary… większe dobro… pierdu, pierdu, pierdu. NIE ZOSTAŁ PAN PRZYWIĄZANY NAGI DO OŁTARZA! NIE WYRZEŹBIONO RUN NA PANA CIELE! WIĘC NIE OSĄDZAJ MNIE, TY ZADUFANA GNIDO!

Ginny zerwała się z fotela i huknęła pięściami w biurko Dumbledore'a. Dyrektor nawet nie drgnął. Oczekiwał takiego wybuchu, w końcu była Weasleyem.

Kilka portretów poprzednich dyrektorów i dyrektorek Hogwartu krzyczało z oburzeniem. Nie z powodu jej zachowania, ale powodu tego, co dziewczyna musiała wycierpieć. Najgłośniej swoje niezadowolenie wyrażała dyrektor Derwent. Ginny uniosła głowę i zobaczyła w oczach kobiety szok i wściekłość.

- Albusie! Nigdy o tym nie wspominałeś! To, co wycierpiało to dziecko…

- Nie teraz, Dilys! – warknął Dumbledore przez ramię, co wywołało pełne nienawiści spojrzenie portretu. Potem kobieta popatrzyła na Ginny i samym ruchem warg przekazała Pokój Życzeń. Delikatne uniesienie kącika ust oznajmiło, że Ginny zrozumiała wiadomość.

- Panno Weasley, o ile pamiętam uratowaliśmy cię zanim rytuał został dopełniony i nie wywołał on żadnych trwałych efektów. Ośmielę się zauważyć, że nie masz nawet blizny.

- My? My? Żadne „my" nie było powiązane z moim ratunkiem. Pana to nie obchodziło. Powiedział pan, że dotarcie do mnie pochłonęłoby zbyt wiele żyć. Jak mnie pan nazwał? A tak, ofiarą wojny! Gdyby nie było tam Tonks i Cienia kto wie co by ze mną zrobili!

Ginny zrobiła wielkie oczy, bo nagle zorientowała się, że się wygadała. Szlag!

- Cienia? O jakim Cieniu mówisz?

To przyciągnęło uwagę Albusa. Nikt nigdy nie wspomniał, że Tonks otrzymała pomoc, kiedy wkradała się do Dworu Lestrange'ów. Wiedział, że udało jej się przedrzeć przez osłony wokół posiadłości dzięki jej pokrewieństwu z Bellatrix. Jeszcze raz nie docenił geniuszu Blacków, ale kim był ten Cień i jak można by go wykorzystać?

- Kiedy stanie się to pańską sprawą, poinformuję pana.

- Niemniej jednak musze nalegać.

- Proszę nalegać do woli, ja i tak nie powiem ani słowa – warknęła Ginny, wyciągając różdżkę. Wiedziała, ze nie może wygrać, ale zamierzała przynajmniej spróbować.

- Czy naprawdę musi między nami dojść do takich rzeczy?

- Mam dość bycia pieprzoną ofiarą. Odbieram moje życie, które ukradliście mi z Longbottomem.

Ginny szarpnięciem zerwała odznakę prefekta i rzuciła ją na biurko. Odwróciła się, żeby wybiec z jego biura. Musiała się stamtąd wydostać, zanim starzec ją zatrzyma. Zabrakło jej jednego kroku do zrealizowania tego celu.

Poczuła, że zostaje związana i wylewitowana na fotel, który dopiero co opuściła. Ginny patrzyła wściekle na dyrektora, który wtargnął do jej umysłu, szukając pożądanej przez niego informacji. Jej najbardziej osobiste wspomnienia, myśli i uczucia padły jego łupem, umożliwiając mu manipulacje, by osiągnąć swój cel. Pojedyncza łza uciekła z jej oka i spłynęła po policzku, gdy jej dopiero co zadeklarowana niezależność została brutalnie zmiażdżona pod butami starca. Nie zauważył, że młoda kobieta powoli unosi różdżkę. Jej ręka trzęsła się, gdy walczyła o władzę nad własnym umysłem.

Albus został trafiony potężnym, niewerbalnym upiorogackiem. Siła zaklęcia była wystarczająca, żeby spadł z fotela. Ginny uwolniła się od jego sondy. Przechyliła się, dysząc ciężko z wysiłku. Powinna była wiedzieć, że zaklęcie Frada i George'a nie wytrzyma czegoś takiego. Nie była pewna, czy ma w sobie na tyle sił, żeby wytrzymać kolejne starcie z Dumbledorem, który już rzucał przeciwzaklęcie. Nie miała wyboru. Musiała użyć broni ostatniej szansy. Wiedziała, co ten skurwiel dla niej zaplanował.

- Mrużko!

Rozległo się pyknięcie i u jej boku pojawiła się mała skrzatka.

- Tak, pani Ginny, jak Mrużka może pani usłużyć?

- Broń swojej pani, Mrużko! – krzyknął portret Phineasa Blacka. Nawet jego to zaskoczyło. Portret Dilys Derwent popatrzył na portret Phineasa Blacka. On w odpowiedzi skinął głową. Tak został zawarty sekretny pakt między najbardziej popularną dyrektorką i najbardziej znienawidzonym dyrektorem w dziejach Hogwartu. Dumbledore stracił ich zaufanie.

Na twarzy skrzatki pojawił się wyraz wściekłości. Wypuściła falę magii, która znów obaliła Dumbledore'a na plecy. Magia skrzatki stała się znacznie potężniejsza odkąd związała się z nową panią. Wskoczyła na pierś dyrektora i wskazała na niego ręką. Wyraz jej oczu mówił, że jest gotowa zabić w ochronie swojej pani.

- Ginny, kochanie, nie będziemy o tym więcej mówić, ale teraz musisz wymazać mu pamięć – zawołała do niej Dilys.

- Co? Ale…

- Powiedziałaś A, trzeba powiedzieć B! Kończy ci się czas, dziecko! – krzyknął na nią Phineas Black.

- Ja… nigdy wcześniej tego nie robiłam.

- Dasz radę, kochanie. Skup się na tym, co chciałabyś, żeby on zapomniał. Uwierz w siebie, dasz radę – instruowała uspokajająco Dilys.

- Obliviate! – Ginny zrobiła, jak jej polecono i odnalazła w tym czynie satysfakcję z wymierzenia sprawiedliwości. Naprawdę to robiła. Naprawdę odzyskiwała swoje życie.

- Niech pani idzie… Mrużka zajmie się resztą.

- Dziękuję… dziękuję wam wszystkim – Ginny powiodła wzrokiem po portretach dawnych dyrektorów i dyrektorek. Uśmiechali się do niej z dumą. Najbardziej dumna była Dilys Derwent.


Słowniczek:

Mama a mamusia – Harry, w przeciwieństwie do reszty bohaterów, wtrąca słówka amerykańskie, bo wychowywał się w Stanach. Nie jestem w stanie tego oddać, bo język polski nie ma takich odmian (myślałem o gwarze śląskiej albo wielkopolskiej, ale po pierwsze zabiłoby to klimat, a po drugie nie znam ani jednej ani drugiej). W tym konkretnym przypadku mówi do „Lily" nie amerykańskie „Mom" (co ja tłumaczę jako „mamo"), ale brytyjskie „Mum" (co tłumaczę jako „mamusiu"). Nie spodziewajcie się jednak, że będę tego używał konsekwentnie. To coś, co występuje tylko w relacjach Lily-Harry. Ginny będzie mówiła do mamy „mamo", choć jest Brytyjką :)


W następnym rozdziale:
- Ginny i Dilys
- Prorok Codzienny donosi…
- Remus i Tonks