Tak, tak, tak, to owszem, jest krótkie i się urywa w najlepszym momencie, ale:
a) nie lubię pisać scen ("Wycięte" się nie liczy)
b) obiecuję drabble
c) nie mam weny.

Dla Brown, która chciała zabieranie okularków.


William ocknął się w... Gdzie właściwie, do jasnej ciasnej, się ocknął? Wszystko było rozmazane, plamy czerwieni i bieli, i...

I nie miał okularów na nosie. Po prostu. A ostatnio, raportowała pamięć, rozmawiał z Sebastianem. Który to Sebastian go otruł. Porwał. Zabrał okulary. Oraz najwyraźniej skrępował, bo próba wstania i zbadania terenu skończyła się niepowodzeniem. Jakiś materiał ciasno krępował Spearsa. Nim wpadł w panikę – a był już bliski – dochodzące do siebie zmysły tudzież rozsądek doniosły mu, że po prostu leży w śpiworze. Ze śpiwora da zaś radę wyjść, wystarczy tylko zamek wymacać.

Szukanie zamka metodą dotykową zajęło jednak dobre kilkanaście sekund. Efektów wciąż nie było.

— Demonie! — krzyknął wreszcie shinigami. — Uwolnij mnie, natychmiast!

Sebastian, zaiste, się pojawił. Bardzo mało widowiskowo. Najprawdopodobniej drzwi po prostu otworzył. William nie wiedział, bo nie widział, ale ta podchodząca do niego ciemna plama cuchnęła demonem na milę.

— Chciałbyś zawrzeć kontrakt? A dla was to przypadkiem nie zakazane? — zdziwiła się plama głosem Sebastiana.

— Żadnego kontraktu! Po prostu masz mnie uwolnić! Żądam tego jako funkcjonariusz publiczny! Na mocy ustawy o...

— Pamiętam, że faktycznie, podpisywaliśmy jakąś umowę z waszym departamentem. Stulecie czy coś temu. To aż ustawa jest? — Demon nie ustawał w teatralnym zdumieniu.

— Kto by przypuszczał.

— Złożę skargę — ostrzegł Spears.

Miał nadzieję, że jego głos brzmi choć trochę sucho i urzędowo. Miał nadzieję, bo sam słyszał w nim jedynie dziecinną niemal urazę.

— Na co? Na to, że się tobą zaopiekowałem, gdy zaniemogłeś? Do własnego domu przyniosłem? Opatuliłem kocami, kołdrami, śpiworami... Nie widzę tu niczego zdrożnego.

— Przebywanie w twoim łóżku jest zawsze, zawsze złe.

— Doprawdy? — Sebastian przybliżył twarz do ucha Williama, ten poczuł jego oddech na szyi. — Kiedyś uważałeś inaczej.

— Oddaj mi moje okulary — bąknął shinigami, cokolwiek słabo.

— Mhm, już, zaraz — wymruczał niskim, diabelnie niskim głosem demon. — Chyba je gdzieś posiałem. Będę musiał poszukać, oczywiście. Ale mogę pomóc ci uwolnić się z tych szmatek — dodał, przeciągając dłońmi wzdłuż śpiwora.

I boku Williama, który jednak postanowiło o tym nie myśleć. Bardzo starannie.

— Tylko muszę cię ostrzec, że byłeś przemoczony, więc pozwoliłem sobie zdjąć z ciebie ubranie. Jeszcze się suszy — oznajmił uprzejmie Sebastian, jednym płynnym gestem otwierając śpiwór.

Co było na pewno sztuczką demonów, bo Spears jako żywo nie widział, by komuś się udało tak po prostu rozpiąć na kimś śpiwór. Jednym ruchem. Nawet bez zerkania na zamek.

Sztuczka, nie sztuczka, nie zdążył zaprotestować. I oto stał przed Sebastianem, jak go natura stworzyła. Nawet bez swojej kosy. Poczuł, że na policzki wpływa mu rumieniec i miał ochotę palnąć się w czoło. Ile niby miał lat? Kilkaset, tak? A się płoni, niczym...

— Czyżbyś miał gorączkę? — spytał troskliwym – i nadal niskim – tonem demon, kładąc mu chłodną dłoń na czole. — Może jednak lepiej wejdź pod kołdrę, a ja znajdę termofor i...

— Znajdź mi ubranie — warknął shinigami, odzyskując fason. — I nie mów, że nie umiesz go wysuszyć w sekundę.

— Musiałbym zawrzeć kontrakt — przypomniał niewinnie Sebastian.

William jęknął. Tamten oczywiście łgał, ale to raczej nie był najlepszy moment na kłótnie o interpretacje zapisów zaświatowych ustaw.

— To daj mi jakieś własne — zaproponował Spears. — I znajdź też moje okulary. Natychmiast.

Demon chyba zgiął się w pokłonie. W każdym razie jego usta znalazły się nagle na dłoni Williama.

— Co, u licha...

— Tak, panie — szepnął Sebastian. — A prywatnie to, och, Will, Will, uwielbiam, kiedy używasz tego swojego rozkazującego tonu służbisty — wymruczał przez ceremonialne pocałunki. — Zwłaszcza, gdy próbujesz nim pokrywać strach.