- Albusie! Voldemort atakuje Hogsmeade! - wykrzyczał zdychany mężczyzna, podbiegając do dyrektora. Starzec miał zamiar zadać więźniowi kolejną falę uderzeń, jednak wiadomość go zbyt zszokowała. Dlaczego miałby zaatakować te małe miasteczko? Co mu to da? To jedynie potwierdzałoby jego wersję wydarzeń. Skoro chłopak stał się prawą ręką Riddle'a, to raczej oczywiste, że będzie chciał go zabrać. Jednak Potter nie może się uwolnić. To po prostu nie wchodzi w grę. Musi go trzymać cicho, bo co się stanie, jeśli opowie światu prawdziwą wersję? Aktualnie, nikt mu nie wierzy. Chociaż Prorok Codzienny nie przepuściły okazji, by dostać centralnie pod nos, nową sensację.
- Idę, mój drogi. Powiadom uczniów, zbierz innych i przekaż skrzatom, duchom i woźnemu, by zaczęli zabezpieczać zamek. Musiał planować to od dawna... - wyszeptał, wychodząc szybkim krokiem z celi. Ostatni raz spojrzał na chłopaka, wzdychając ciężko. Oby nie miał planów co do Pottera.
- To moja szansa! - powiedział głośno, próbując zniszczyć kajdanki. Niestety, stary i mocny metal nie miał zamiaru się rozluźnić, a co dopiero wypuścić go ze swych objęć. To była idealna okazja, zamieszanie i atak na Hogsmeade. Co on znów planuje?
Chłopak uznał, że spróbuje wstać. Skoro łańcuchy nie chciały puścić, to może oderwie je ciągnąc? Jednak, gdy tylko spróbował wstać z ranną nogą, od razu boleśnie upadł na podłogę lochu. Przetarł ręką bolące, zaropiałe miejsce, po czym zacisnął mocno zęby - musiało mu się udać. Podparł się o chłodną ścianę, zacisnął dłonie na przyczepionych prętach.. udało się. Harry wstał, wzdychając ciężko z bólu. Próbował nie stawać na rannej nodze, co nie było takie proste. Nagle, usłyszał dźwięk otwieranych drzwi na końcu korytarza. Cela chciałam znajdowała się na jego końcu, więc miał trochę dodatkowego czasu by się oswobodzić. Pociągnął mocno łańcuchy, jednak nie ani ruszyły.
Zrobił niepewny krok w przód, prawie upadając. Nie miał kompletnie sił, jednak musiał. Umrze tu, jeśli się nie wydostanie. Kroki stawały się głośniejsze, a panika, widoczna w oczach Wybrańca tylko się pogłębiała.
- Cholera, puść wreszcie! - wykrzyczał u krańcu sił, szarpiąc się z zapięciem.
W pewnym momencie, zobaczył go. Cień kogoś, kto tu przybył. Po niego. Zastygł w bezruchu, nie wiedząc, co ma zrobić. Jego oczom ukazał się młody mężczyzna w czarnej, długiej szacie. Przeniósł swój wzrok na jego twarz, po czym poczuł, jak jego serce mocniej zabiło. Patrzył na niego sam Tom Riddle.
- Witaj, Harry. Podobno się do mnie przyłączyłeś, jako moja.. prawa ręka. Więc, moim obowiązkiem jest cię ocalić, nieprawdaż? - zapytał spokojnie, całkowicie ignorując zszokowaną minę gryfona. Podszedł bliżej, automatycznie otwierając drzwi od celi. Mężczyzna, widząc jak jego.. horkruks jest sponiewierany, skrzywił się. Albus się nie powstrzymywał.
- Nie jestem twoją prawą ręką, Voldemort! Na co dalej czekasz? Chcesz mnie zabić? - warknął w jego stronę, patrząc na niego spod byka. - Gratulacje, masz nos - zauważył, wysilając się na ironiczny uśmiech.
- Harry, tak cię torturowali, że straciłeś słuch? - Sarkazm w jego głosie był wręcz namacalny. - Powiedziałem już, że jestem tu, by cię uratować. - Ruchem ręki usunął kajdany wraz z łańcuchami, na co Potter odetchnął z ulgą. Popatrzył na niego nieufnie, analizując jego słowa. Co miał zrobić? Gdyby tu został, to najprawdopodobniej by umarł z rąk Albusa. A jeśli poszedłby z Voldemortem.. sam nie widział. Zawierzyć życie komuś, kto je odbiera?
- Dlaczego miałbyś mnie uratować? - prychnął, rozmasowując nadgarstki. Kolejne problemy, do cholery.
- Wiesz o tym, że jesteśmy połączeni umysłowo, Harry. Z jakiegoś, nie do końca mi znanego powodu, zacząłem odczuć twój ból. A mogę cię zapewnić, że nie mam skłonności masochistycznych, dlatego cię zabieram. Chodź do mnie, Harry. - To było to. Decyzja, która miała mieć ogromny wpływ na całe jego życie. Może jednak uda mu się dowieść jego niewinność? Przekona ich? Chociaż po tym co zrobił Dumbledore, jedyne na co miał ochotę, to zabić podstarzałego dyrektora. Zaraz, zabić? Nigdy przecież nie chciał, by ktokolwiek przez niego zginął. Ale to była inna sytuacja, prawda? Gdyby poszedł z Voldemortem, znów trafiłby do lochu? Chociaż Lord powiedział, że czułby i czuje, ból zadany chłopakowi.
Wybór. Musi go podjąć.
- Dobrze, pójdę z tobą - powiedział z udawaną pewnością w głosie, przez co mężczyzna się uśmiechnął.
- W takim razie, złap mnie za rękę. - Mówiąc to, wyciągnął dłoń w jego kierunku. Był pewny siebie.
Oczyścicie, w przeciwieństwie do Pottera. Myśl o przejściu chociażby 5 metrów przyprawiała go o dreszcze. Zrobił krok w stronę czarnoksiężnika, wiedząc (niestety), że musi położyć na ziemi również drugą nogę. Jednak, gdy tylko ją położył, poczuł przeszywający ból. Już miał upaść, gdy w ostatniej chwili zatrzymała go ciepła ręka Riddle'a, po czym przyciągnęła do siebie.
- W nogę również dostałeś? Później to obejrzę - powiedział, biorąc go za ręce, niczym księżniczkę. Harry próbował zignorować jego zachowanie. Przecież mężczyzna musiał to zrobić.
Voldemort wyszedł z celi i zaczął się kierować w stronę wyjścia z lochu. Spojrzał na młodszego chłopaka, prychając w duchu. Do czego to doszło. Nagle, aportował się do Hogsmeade. Gryfon poczuł mdłości i dziwny smak w ustach. Nienawidził się aportować, z całego serca. Gdy tylko otworzył oczy, spostrzegł palące się sklepy i dziesiątki ludzi w wielkiej panice. Postacie w czarnych, długich szatach i maskach, były wszędzie. Zielone promienie padały co chwilę, a dźwięk wypowiadanych co chwilę zaklęć był przerażający. Kątem oka widział również wielu obrońców z Hogwartu i kilku aurorów.
Harry'ego olśniło. Przecież dzisiaj była wycieczka. Jego przyjaciele..
- Cholera, tam są moi przyjaciele! Ron, Hermiona?! - krzyknął tak głośno, jak tylko mógł. A jeśli nie żyją? Nie, to niemożliwe. Chyba.
- Potter, nie wpadłeś na to, że skoro zostałeś okrzyknięty moim wspólnikiem, to twoi przyjaciele nie chcą cię znać? - syknął, po czym spojrzał na rozhisteryzowanego chłopca. Kompletnie oszalał. W jednej chwili, jego wzrok przeniósł się na dwie postacie obok nich.
- Czyli to prawda, Harry. Widzisz, Ron? Dyrektor miał racje - prychnęła Hermiona, widząc ich razem.
- Naprawdę, Harry?! Byłeś dla mnie jak brat, a teraz zabijasz innych.. z nim?! - krzyknął rudowłosy w jego stronę. Był tak wściekły, że najchętniej rzuciłby na niego klątwę. Ale nie jest taki jak jego były przyjaciel.
- To nie tak, to ten pieprzony Dumbledore mnie torturował, a nie ma żadnego dowodu, że z nim współpracuje! - powiedział pewny siebie, widząc odrazę w oczach przyjaciół. Chociaż, chyba już nie może ich tak nazywać.
- Harry.. leżysz w jego ramionach. Nie jesteśmy głupi. - To wszystko poszło nie tak. Ta cała sytuacja jest jednym, wielkim zbiegiem okoliczności.
- Chciał mnie uratować, a chodzić nie mogę, bo Dumbledore chciał mi odciąć nogę! - Gryfon zaczął się mocno irytować. Ślepo idą za dyrektorem, nie patrząc na prawdziwe dowody. A raczej ich brak. - Miona, jesteś najmądrzejszą osobą jaką znam. Pomyśl trochę, idziesz za nim jak głupia, aż staniesz się nieprzydatna i was też będzie chciał zabić, idio.. - ugryzł się w język. Nie chciał tego powiedzieć. Jednak i tak zobaczył w oczach uczniów, lekkie przerażenie. Nie widział co się z nim działo. Zgaszony swoimi słowami, zamknął się i spuścił wzrok na ziemie. Nie chciał mieć z nikim kontaktu.
Para patrzyła na nich jeszcze chwilę, gdy nagle usłyszeli głośne przemówienie Czarnego Pana:
- Moi drodzy.. kończmy zabawę. Pożegnajcie grzecznie obrońców tego jakże pięknego miasteczka i wracajmy do domu - powiedział łagodnym tonem, upewniwszy się, że przez zaklęcie każdy go słyszy. Ostatni raz uśmiechał się do Pottera, po czym razem zniknęli.
