4.

- Gotowa, Bones?- zawołał już od progu Booth, czarując wszystkich tym swoim seksownym uśmiechem, który gro kobiecej obsady laboratorium, doprowadzał na skraj orgazmu. Seeley doskonale wiedział, jakie wrażenie robi na kobietach i pochlebiały mu pełne aprobaty spojrzenia pań, jednak on chciał zaimponować tylko jednej, która, tak się szczęśliwie złożyło, nosiła w brzuchu jego dziecko. Nieważne, że „orzeszek" był efektem wpadki. Istniał i Booth nie mógł być szczęśliwszy.

- Tak, tylko wezmę torebkę.- odpowiedziała spokojnie Temperance, odwieszając kitel i chwytając swoje rzeczy. To dziwne, ale zanim mu powiedziała, zżerał ją strach, że sobie nie poradzi, że nie powinna zostać matką. Teraz, kiedy wiedziała, że nie musi przechodzić przez ciążę sama, była zrelaksowana i…szczęśliwa. Tylko raz zawahała się myśląc, co przyniesie im pierwsze badanie. Booth szybko zauważył zmianę na jej twarzy i kiedy zbliżył się do niej, by, jak zwykle podczas wyjść, położyć jej dłoń na plecach, szepnął:

- Wszystko będzie dobrze, Temperance.

Uśmiechnął się i odwzajemniła uśmiech. Skoro on tak mówił, to musiała być prawda.

Kiedy opuszczali budynek Jeffersonian, odprowadzał ich znaczący wzrok Angeli.

- Taaaa… Na pewno! Tylko partnerzy!- wymruczała, zanim ponownie zamknęła się w swoim gabinecie.

Jak zwykle, Booth nie pomylił się, co do korków i Brennan była zadowolona, że wyjechali wcześniej. Nie lubiła się spóźniać i nie lubiła spóźnialskich. Według niej, spóźnienie oznaczało brak szacunku dla drugiej strony i było niedopuszczalnym fo paux. Na początku ich znajomości, Booth miał ten brzydki zwyczaj, ale ku uciesze Tempe, szybko się go wyzbył. Zresztą, jakie miał wyjście? Zrobił to dla świętego spokoju, inaczej zakrakałaby go na śmierć. Ostatecznie i on docenił zalety punktualności, szczególnie, że robiła wrażenie na Bren…

- Wciąż się denerwujesz?- zapytał łagodnie, patrząc kątem oka na partnerkę, wbitą w siedzenie od strony pasażera.

- Już nie.- odparła. – To dziwne, ale…

- Co, Bones?- uśmiechnął się.

- Ty…- mówiła cicho.

- Ja?- zdumiał się, nie rozumiejąc toku jej myślenia. – Uważasz, że jestem dziwny?

- Nie, Booth. To nie to!- zaprzeczyła zaraz, podświadomie chwytając go za przedramię i ściskając lekko. – Tylko…

Zadrżał pod wpływem jej dotyku, ale nawet tego nie zauważyła.

- Tylko co, Bones?- spytał. Był zupełnie zdezorientowany. Czasem myślał, że wie, co jej chodzi po głowie, że ją rozgryzł, ale bywały momenty, takie jak ten, że nie miał pojęcia, do czego zmierzała. To było frustrujące, ale i ekscytujące zarazem, bo oznaczało, że jeszcze wielu rzeczy może się o niej dowiedzieć. To, jak nieodkryta zagadka, którą bardzo chciałby kiedyś rozwiązać, a której zbyt wczesne rozwikłanie, popsułoby całą zabawę… -Temperance?...- zapytał raz jeszcze, gdy zbyt długo milczała.

- Ty.. Ty sprawiasz, że czuję się spokojniejsza, że się nie boję.- przyznała wreszcie, a jej policzki pokrył lekki róż. – Nie wiem, jak to robisz….

Bones się czerwieniła? Przez niego? Chyba miał omamy… Zwykle, w tym momencie by sobie z nie zażartował, ale wiedział, że niełatwo jej to było wyznać. Cała ta sytuacja, była najoględniej mówiąc, nieco niezręczna, postanowił więc, że da jej spokój. Przecież nie mogła się denerwować…

- Mój dziadek mawia, że tak wpływam na ludzi. Mówi, że to dar!- zachichotał.

- Twój dziadek, to mądry człowiek.- przyznała.

- No, ba! Po kimś musiałem odziedziczyć ten wybitny intelekt, że o urodzie nie wspomnę!- zażartował, wywołując uśmiech na jej pięknej twarzy.

- Mam nadzieję, że nie po nim odziedziczyłeś to gigantyczne ego, i że nasze dziecko go nie odziedziczy!- roześmiała się głośno.

Booth spojrzał na nią z czułością. Po raz pierwszy, powiedziała o „orzeszku"- „nasze dziecko", „nasze". Jeśli to tej pory miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, co do tego, że będzie pełnoprawnym rodzicem dla tego szkraba, że będzie częścią jego życia, teraz te wątpliwości znikły. Prawdę powiedziawszy, bał się, że Bones postąpi tak, jak Rebecka, że ograniczy jego wpływ na życie dziecka. Teraz zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo się pomylił i poczuł wstyd. Temperance nie była Rebecką i dziękował za to niebiosom, w duszy zapewniając, że zrobi, co tylko będzie mógł, by wynagrodzić jej krzywdę, jaką był błędny osąd.

- To nie jest „gigantyczne ego", Bones…- stwierdził. – To tylko wysoka samoocena, potwierdzona opiniami wielu ludzi…- dodał.

- Ludzi, czy kobiet?- zapytała niewinnie, czując lekkie uczucie zazdrości na samą myśl o tych wszystkich napalonych blondynach…

- Bez komentarza!- odpowiedział, kierując SUV-a na parking pod kliniką. Znalazłszy wolne miejsce, szybko wyskoczył z samochodu, by otworzyć dla niej drzwi.

- Typowy samiec alfa…- skomentowała archaiczny gest.

- Wolę określenie „dżentelmen", Bones…- poprawił.

- Jak zwał, tak zwał!- mrugnęła wesoło i ruszyła do kliniki.

- Niemożliwe!- pomyślał. – Puściła do mnie oczko! Bones do nie mrugnęła, a przecież ona nigdy nie mruga!

Otrząsnąwszy się z kolejnego dzisiaj szoku, pobiegł za nią, wołając :- Hej, Bones, zaczekaj!!!! No, zaczekaj!!!! – Co za kobieta…- pomyślał. – Co za kobieta!

TBC