~o~
Zevran stał wpatrzony w widok za oknem. Teagan niecierpliwym krokiem przemierzał korytarz, Eamon, który z nich wszystkich wydawał się najmniej przejęty, pokręcił tylko głową, po czym wypytał elfa o miejsce zasadzki i przebieg zajścia. Od razu posłano straże, by przeczesały zaułek. Nim słońce zaczęło zachodzić, żołnierze donieśli, że nic nie znaleziono oprócz ciał przybocznych. Zniknęły trupy zabójców, tylko kałuże krwi świadczyły o tym, co się zdarzyło. Był to niedobry znak. Ktoś jeszcze był w to zaangażowany, nie wszyscy zamachowcy zginęli. Wynne pozostawała ciągle przy rannej. Służące wchodziły i wychodziły, co irytowało niezmiernie elfa. Ostatnim razem gdy coś go irytowało do tego stopnia…
Siedział na posadce, trzymając niewładne ciało Strażniczki w ramionach starając się ją ogrzać. Był zły. Nie, to za mało powiedziane. Był wściekły i przerażony jednocześnie. W jego umyśle krok po kroku widział to zdarzenie. Jak mógł jej pozwolić wysunąć się tak bardzo na przód? Czemu u licha nie pobiegł za nią? Zawsze taka ostrożna, uważna, tym razem dała się ponieść chwili. I nawet gdy znalazł ją z pustą flaszką mikstury leczniczej, stojącą ponad trupem przywódczyni gangu, nie sprawdził. Powiedziała mu, że to tylko draśnięcie. Brasca! Draśnięcie zatrutym ostrzem Jarvii, powinien wiedzieć, powinien ją chronić.
– Trzymaj ją mocno – poinstruowała Morrigan. Opasał ja ramionami, głowa Erendis spoczęła na jego piersi. Pochylił się patrząc na spoconą twarz. Pierś Strażniczki uwolniona od ciężkiego napierśnika unosiła się i opadała niespokojnie. Kaftan był przesiąknięty krwią. Morrigan szybko rozpięła guziki kubraka i lnianej bluzki odsłaniając na wpół zasklepioną ranę. Wyciągnęła ze swojej torby miksturę, uniosła fiolkę do światła spoglądając na gęsty zielonkawy płyn wewnątrz. Otworzyła flakonik i pochyliła się nad Erendis.
– No to zaczynamy – mruknęła spoglądając na elfa.
W chwili, gdy tylko ciecz dotknęła skóry, nieprzytomna zaczęła jęczeć i drgać. Płyn wsączał się powoli w głąb rany zadanej zatrutym sztyletem.
– Jesteś pewna, że to działa? – wyrwało mu się. Jego komentarz został skwitowany jedynie parsknięciem. Ciche jęki i drżenie spoczywającego w jego uściskach ciała niepokoiło go. Blada twarz Erendis wykrzywiła się w grymasie.
– Morrigan? – wysyczał ostrzegawczo patrząc, jak czarodziejka wyciąga podręczny nóż i przykłada do rany.
– Muszę to oczyścić – wycedziła, rzucając mu spojrzenie pełne furii.
Nie pamiętał dokładnie, ile czasu spędzili w tej piwnicy, on z kobietą spoczywającą na jego kolanach. Sten pozostał z nimi, Morrigan pobiegła po Wynne, która została w Diamentowym Zakątku. Siedział tam, czekał i czuł się bezradny…
Potrząsnął głową z rozdrażnieniem. Wracanie do przeszłości nie miało sensu. Usłyszał poruszenie za drzwiami. Obrócił się ku wejściu w chwili, gdy Wynne opuszczała pokój. Na jej bladej, pomarszczonej twarzy odbijało się zmęczenie, jednak oczy wydawały się nieść pocieszenie.
– Nic jej nie będzie – sapnęła, siadając na krześle naprzeciwko drzwi. – Możesz mi powiedzieć, jak to się mogło stać? Mówiłeś, że zaatakowano ją ostrzem.
Zevran przytaknął.
– Widziałam cięcia na rękach, było trochę trucizny, ale wygląda na to, że jakieś potężne zaklęcie kinetyczne zgniotło ją od środka – szepnęła Wynne. – Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego.
Zapanowało milczenie, czarodziejka odchyliła głowę do tyłu i przymknęła powieki.
– Co z nią będzie? – Głos Teagana przerwał wreszcie ciszę.
– Połatałam ją, ale będzie musiała spędzić parę dni w bezruchu i ty – tu Wynne otworzyła oczy spoglądając na banna – masz za zadanie pilnować, żeby stosowała się do tych zaleceń.
Mężczyzna jedynie pokiwał głową. Wynne z kolei zwróciła wzrok na elfa. Spod ściągniętych brwi przyglądała mu się uważnie.
– Pójdę powiedzieć Eamonowi – mruknął Teagan, wyczuwając napięcie pomiędzy obserwującymi się nawzajem elfem i czarodziejką.
– Masz tupet, żeby się tu pojawiać – powiedziała karcącym tonem.
– Znasz mnie, jestem nieprzewidywalny, czyż nie?
Czarodziejka nabrała powietrza w płuca, na końcu języka miała kilka bardzo nieprzyjemnych słów, a jednak powstrzymała się. To nie była jej sprawa.
– Mogę przy niej posiedzieć?
Wynne uniosła brwi spoglądając na niego surowo. Ale zaraz rozluźniła się.
– Nie wiem, czy to dobry pomysł. Jeśli się przebudzi i cię zobaczy, dostanie kolejnego zawału.
– Ona wie, że tu jestem – odparł. Kobieta zrobiła zdziwioną minę. – Odwiedziłem ją wczoraj.
Wynne uniosła się z krzesła zamierzając wyjść, minęła elfa nie patrząc na niego, ale po kilku krokach stanęła i spojrzała przez ramię.
– To zastanawiające, zawsze gdy się pojawiasz, wleczesz za sobą kłopoty – powiedziała spokojnym tonem.
– Taki mój urok – uśmiechnął się do niej krzywo i ona odpowiedziała słabym uśmiechem.
– Możesz przy niej posiedzieć – mruknęła odchodząc wolnym krokiem.
Siedząc na skraju łóżka patrzał, jak ostatnie promienie zachodzącego słonka padają na jej blade policzki. Oddychała spokojnie, jej pierś, okryta kocem, unosiła się swobodnie przy każdym oddechu. Rozpięta koszula ukazywała bladą skórę dekoltu. Jego oczy dryfowały od naznaczonej blizną twarzy, poprzez szczupła szyję aż do krągłości osłoniętych lnianą koszulą. Błysk metalu przykuł jego wzrok. Gdy wcześniej sprawdzał jej puls, zauważył złoty łańcuszek, który nosiła pod ubraniem. Palcami sięgnął do jej szyi, wyciągając zawieszkę spoczywającą pomiędzy jej piersiami.
Ze zdziwieniem rozpoznał kolczyk, który niegdyś ofiarował Strażniczce. To go zastanowiło. Jedyną rzecz, jaką jej podarował, nosiła blisko serca. Spoglądając na spoczywający w dłoni drobiazg, zastanawiał się, co to może oznaczać. Czyżby miało być to lekarstwo na jego wątpliwości? Czy to, że nadal nosiła coś, co nierozerwalnie łączyło się z jego osobą mogło świadczyć o tym, że nie zaprzepaścił wszystkiego swoim nagłym zniknięciem?
– Nie kryj się w cieniu, czuję twoją obecność – powiedziała zachrypniętym głosem.
Było dobrze po północy i jedynie na stoliku obok łóżka płonęła świeca. Reszta pokoju tonęła w mroku. Zevran wstał z fotela stojącego w rogu komnaty. Podszedł do posłania z lekkim uśmiechem spoglądając na kobietę.
– Witaj po tej stronie.
– To niespodziewane – szepnęła.
– Co? To, że ciągle żyjesz?
Uśmiechnęła się słabo.
– To, że ciągle tu jesteś.
Zev usiadł na brzegu posłania kładąc dłoń na jej dłoni. Wzrok Komendantki przeniósł się z jego oblicza na rękę. Widział lekki grymas jaki wykwitł na jej twarzy. Wolała, żeby jej nie dotykał, ciepło ciała budziło w niej dawne wspomnienia, poczucie tęsknoty wbrew zdrowemu rozsądkowi wzmagało się. Jednak nie miała teraz siły na to, by się nad tym zastanawiać, czy nawet wyciągnąć dłoń spod szczupłych palców elfa.
Zamiast tego przymknęła oczy. Z jej ust wyrwało się ciche westchnienie.
– Nie musisz tu siedzieć – mruknęła.
– Ale chcę.
– Więc co właściwie się stało?
Eamon i Teagan siedzieli na fotelach przysuniętych w pobliże jej łóżka. Wynne spoczywała po drugiej stronie siedząc w nogach jej posłania. Zev, odmówiwszy opuszczenia pokoju, stał przy oknie wpatrując się w plamy słonecznego światła przeświecające przez liście drzew w ogrodzie.
– Myślę, że zaaplikowali mi jakiś narkotyk, to było coś jak otępienie albo osłabienie. Byłam wtedy na targu…
– I dlatego znalazłaś się sama w zaułku?
Erendis spojrzała niepewnie na Teagana.
– Szczerze mówiąc… nie wiem, przyboczni zostali kilka kroków za mną. – Uniosła oczy na Eamona. – Ich rodziny…
– Otoczymy je należną opieką – zapewnił arl.
– Było ich czterech, trzech wojowników i chyba mag…
– To nie był mag – odezwał się elf odwracając się plecami do okna. – Doskonale władał ostrzem i nosił zbroję karacenową.
Erendis pokiwała głową.
– Ale to on mnie „grzmotnął" o ścianę. A potem te jego tatuaże i ręka… – W zamyśleniu przyłożyła dłoń do piersi.
– Tatuaże? – dopytywała się Wynne.
– Tak. Był wytatuowany czymś… dziwnym, na twarzy i rękach, a potem – sapnęła – potem tatuaże zaczęły świecić, a on wsadził mi rękę w ciało, jakbym była duchem albo jakby on nim był.
– Nie mógł być duchem, duchy nie krwawią – odezwał się Zev.
– Świecące tatuaże? – Wynne zamyśliła się, pocierając skroń dłonią. – Czemu wydaje mi się, że już o tym słyszałam? Muszę to koniecznie sprawdzić w bibliotece Kręgu.
– Jak myślisz, kto ich nasłał? – Eamon podrapał się po brodzie.
Erendis westchnęła.
– Może ktoś, kto nie zapomniał, że przyłożyłam rękę do śmierci Loghaina albo jakiś krewniak Howe'a, zwolennicy Bhelena, nawiedzeni wyznawcy Andrasty albo ktoś, komu nie podobało się, że spaliłam Amarant… – zakończyła cicho.
– To musieli być najemnicy – odezwał się wreszcie Teagan. – Może Kruki?
– To nie były Kruki. – Zevran był tego pewny.
Ukryty w cieniu zadymionej izby oczekiwał na swojego informatora. Mimo że w pomieszczeniu panował półmrok, pozostał w kapturze naciągniętym na twarz. Goście tawerny nie zwracali na niego uwagi, zajęci zapijaniem się w trupa lub podskubywaniem dziewek.
Wreszcie przez niskie drzwi wsunął się patykowaty jegomość o szarej, pooranej bliznami twarzy. Jego krzywe nogi i nieproporcjonalnie chude ręce upodabniały go do olbrzymiego pająka. Mimo widocznego garba poruszał się z zadziwiającą zwinnością.
Szybkim krokiem przemknął przez izbę i usadowił się naprzeciw zakapturzonego mężczyzny.
– I co słychać w wielkim świecie? – mruknął siedzący w cieniu elf, podając przybyłemu mieszek z monetami.
– Osy się wyroiły – zagadał przybyły. – Latają po całej łące, szukając trzmiela, który urwał łeb królowej.
Zevran uśmiechnął się do siebie. Przypuszczał, że zabicie mistrzów Gildii sparaliżuje ich działania. Wybranie nowych dowódców potrwa sporo czasu i zapewne pochłonie wiele ofiar. W takim wypadku nie miał się co martwić o swój stołek. Był jedynym pozostałym przy życiu mistrzem.
– Panuje taki bałagan, że do jednego zlecenia zabrały się wszystkie trzy ule.
– Jakieś ciekawe zadanie?
– Ciekawe i bardzo opłacane, ktoś zgarnie prawdziwą fortunę.
– Kogo tym razem?
– Komendantka fereldeńskiej Szarej Straży.
Zev wstrzymał na chwilę oddech, ale jego twarz pozostała nieprzenikniona.
– Już kiedyś przyjęli to zlecenie – szepnął. – Nie pamiętają, jak się to skończyło, co?
– Pamiętają, ale stawka jest trzykrotnie większa, który by się nie pokusił? – Zakapturzony podrapał się po brodzie.
– Żadna z os nie przyjmie tego zadania – powiedział powoli Zevran, w miarę jak układał w głowie plan działania. – A wtedy szepniesz słówko komu trzeba, sam się tym zajmę.
– A więc zleceniodawca pozostaje nieznany – mruknął Teagan, ciekawie przyglądając się elfowi.
– Si. Odnalazłem posłańca, ale to był zwykły pionek, nie znał zleceniodawcy osobiście, a osobnika, który przekazywał mu informacje, ktoś ukatrupił zanim zdążyłem go przesłuchać.
Erendis słuchała słów Zeva z oczami utkwionymi w posłaniu. Zastanawiała się, czy to był powód, dla którego wrócił. To wydawało się niewiarygodne. Rzucił wygodne życie w Antivii i pozycję mistrza gildii po to, by ją ostrzec. Prędzej spodziewała się po nim, że przyjmie to zlecenie. Podczas ich ostatniej awantury dał jej do zrozumienia, że nigdy jej nie wybaczy.
– Nie prosiłem cię, żebyś mnie kochała! Nawet nie prosiłem, żebyś była mi wierna! – Krzyczał potrząsając nią niczym szmacianą kukiełką. Patrzała na niego zdumiona. Nie przypuszczała nawet, że był w stanie tak bardzo się rozgniewać.
– Wszystko o co prosiłem to szczerość! Se acorda! – Puścił jej ramiona i odsunął się od niej mierząc ją wściekłym wzrokiem. Wziął głęboki oddech.
– Ale Zev…. Nie możesz… daj mi szansę…– szepnęła słabo.
– No! No pedes arreglar esto! – odparł twardo. Poczuła jak przeszywa ją zimny dreszcz.
– He terminado – szepnął.
Jej oczy rozwarły się szeroko wyrażając zdziwienie… przerażenie. Co on chciał przez to powiedzieć? Nie uzyskała odpowiedzi. Elf minął ją i szybkim krokiem wyszedł z pomieszczenia.
– Ktoś powinien mieć na nią oko. – Głos Zevran sprawił, że wróciła do rzeczywistości. Spojrzała na niego zaskoczona. Ich oczy spotkały się, a potem on odwrócił się do Eamona.
– Dlatego tu jestem.
Im bardziej oddalali się od Denerim, tym lepiej się czuła. Wracała do swojego życia i do swojej „rodziny". Tak właśnie myślała o Szarych Strażnikach, swoich podwładnych, z których każdy był jej bliski jak rodzony brat.
Pogoda była kapryśna, wiatr z równin przyniósł białe kłęby chmur, dzięki czemu upał im tak bardzo nie dokuczał. Po południu zaczęło padać. Wcale jej to nie przeszkadzało. Cieszyła się jak dziecko, czując jak ciepłe krople deszczu spływają po jej twarzy.
Został im do pokonania niecały dzień drogi. Postanowiła jednak, że nie będzie się śpieszyć. Wstrzymała konia lustrując wąską ścieżkę prowadzącą w bok od Traktu Pielgrzyma. Znała dobrze to miejsce, w ciągu ostatnich lat często zatrzymywali się tu w drodze do Denerim. Dróżka prowadziła do niewielkiej dolinki, bardzo przytulnej, otoczonej młodym lasem, z wapienną skałką wyłaniającą się ponad wierzchołki drzew. Przez dolinkę przepływał mały strumyk tworząc niewielkie jeziorko we wschodnim jej krańcu. Idealne miejsce dla ochrony przed wiatrem, który wzmagał się od paru godzin, łatwe do obrony, dogodne jako punkt obserwacyjny.
– Zatrzymamy się tutaj na noc – powiedziała nie oglądając się za siebie.
Zevran przytaknął, rozglądając się po okolicy.
Wiatr wyginał giętkie wierzchołki drzew. Liście szeleściły wysoko nad jego głową sprawiając, że w mroku nocy cały las wydawał się żywym organizmem. Chmury brzemienne deszczem zasnuwały niebo i blada tarcza miesiąca od czasu do czasu przebijała się przez nie, oświetlając ziemię słabym światłem. Powietrze było wilgotne, gorąca ziemia parowała, kłęby pary unosiły się spowijając niewielką dolinkę w szarą mgłę.
Był wdzięczny za takie warunki. Pośród tego szelestu, w mroku i we mgle, łatwiej było się podkradać do obozowiska. Poruszał się ostrożnie i metodycznie, hamując podniecenie jakie wzbierało w jego piersi. Wreszcie nadszedł czas zapłaty. Trzy długie lata, wypełnione ciężką pracą, krwią i potem. I oto była w zasięgu jego ostrza. No, może nie całkiem. Musiał jeszcze ominąć wartowników patrolujących okolicę obozowiska. To nie było coś, z czym miałby problem. Przygotowywał się do tego bardzo długo. Znał każdy zakamarek tego miejsca, każdy kamień i drzewo, stojące pomiędzy nim a jego wrogiem. Wszystko, co musiał zrobić, to cierpliwie poczekać aż minie północ, a żołnierzom zostanie kilka chwil do zmiany warty. Wtedy byli najmniej czujni. Kilka chwil, by zrobić to, co przyrzekł prochom swoich rodziców. A potem niech się dzieje co chce. Zamknął na chwilę powieki przypominając sobie dzień, gdy ostatni raz ich widział.
– Puść mnie Irse – powiedział miękko do młodszej siostry, która cały czas trzymała go za kurtkę.
– Ale nie chcę, żebyś tam szedł, Bel mówi… tam są wilki.
Przykląkł kładąc ręce na ramionach dziewczynki.
– Bella to straszna kłamczucha – stwierdził, pamiętając by po powrocie rozmówić się ze starszą z sióstr.
– Irse, wiesz, że muszę iść, muszę zarobić na nową sukienkę dla ciebie.
– I na buty dla mamy i ciepły płaszcz dla papy?
– Tak, mała – szepnął spoglądając za jej ramię. W drzwiach stała matka z naręczem wypranej pościeli. Jej wilgotne popielate włosy opadały na zmęczoną wychudłą twarz. Kobieta uniosła dłoń w geście pożegnania.
– Niedługo wrócę – szepnął, przenosząc wzrok z powrotem na dziewczynkę. – Opiekuj się rodzicami podczas mojej nieobecności, pamiętaj o lekarstwach dla taty i pilnuj żeby mama się nie przemęczała.
Irse rezolutnie skinęła głową i puściła wreszcie jego kurtkę.
Wychodząc z podwórza nie oglądał się za siebie. Droga do Denerim była mecząca i niebezpieczna tymi czasy. Nie lubił opuszczać rodziny na tak długo. Nie, odkąd ojciec stracił nogę. Gdyby Will był starszy, z łatwością znalazłby pracę na miejscu. Jednak był ciągle za młody, żeby wstąpić do straży lub nająć się jako myśliwy w majątku któregoś z szlachciców. Dlatego mimo niechęci przyjął zlecenie od jednego z kupców, który wybierał się do Denerim. Droga prowadziła przez bagna i niewielu było chętnych do towarzyszenia kupcowi. Wysoka zapłata skusiła kilku zdesperowanych śmiałków. Dla Williama była to jedyna szansa podreperowania rodzinnego budżetu przed nadchodzącą zimą. Matka ciężko pracowała usługując w tawernie, ale zarabiała licho. Kupiec zdawał się nie przejmować młodym wiekiem Willa. Znał go i wiedział, co chłopak potrafi.
Przeleżał z głową wciśniętą pomiędzy kępę traw obserwując teren przed nim. Dostrzegł z łatwością jej namiot, ustawiony najbliżej jeziora. Policzył w myśli śpiących przy ognisku ludzi. Niepokoił go jedynie elf. Skąd on się tu wziął? Nie było go, gdy wyruszała do Denerim. Wcześniej też go nie widział. Zwrócił uwagę na jego zwinny chód, kocie ruchy i sztylety przypasane do boków. Był zwiadowcą, a może skrytobójcą, jakimś dalijskim najemnikiem albo nowym rekrutem. Wyglądał na obeznanego z wojaczką. Musiał na niego uważać. Postanowił, że obejdzie obozowisko od prawej, by dostać się w pobliże namiotu tej... Pamiętał, że blisko brzegu leżał stary, spróchniały pień, tam powinien przyczaić się i poczekać na odpowiedni moment.
Było już bardzo późno, ale mimo męczącej podróży nie była w stanie zasnąć. Leżała na posłaniu spoglądając nieobecnym wzrokiem w płótno namiotu nad jej głową. Nie zamartwiała się zabójcami, jacy na nią czyhali, gdzieś tam, w mrokach nocy. Przyzwyczaiła się do tego. Dla jednych była bohaterką, ideałem do naśladowania, dla innych wcieleniem zła, zagrożeniem. Przyzwyczaiła się do życia w ciągłym napięciu, do oglądania się za siebie i nasłuchiwania. Położyła dłoń na piersi czując lekkie ukłucie. Efekt rany zadanej przez wytatuowanego zbira, a może po prostu… złamane serce.
Została zmuszona do wzięcia ze sobą w podróż Zevrana. Zarówno Eamon, Teagan, jak i Wynne uważali, że to dobry pomysł. Przyda się każde ostrze pomiędzy nią a skrytobójcami, przekonywali, tym bardziej, że nie doszła jeszcze do pełni sił.
Nie mogła się upierać przy swoim. Nie chciała, żeby ktokolwiek wiedział, że boi się jego bliskości. Sama nie do końca zdawała sobie z tego sprawy. Jedno, co umiała powiedzieć, to to, że nie był jej obojętny, nawet po tym co zrobił, nawet po tym jak zniknął.
Drzewa szumiały ponad jej namiotem i wyraźnie słyszała pohukiwanie sowy. Przymknęła oczy starając się zasnąć, strumień wspomnień przeszył ją, wciskając przed jej oczy niechciane obrazy.
Niepewnie odwinęła płachtę zasłaniającą wejście do namiotu. Siedział na posłaniu z namaszczeniem szorując napierśniki. Podniósł na nią oczy. Gdy weszła, zasłaniając na powrót otwór wejściowy, odłożył robotę na bok i podniósł się z łóżka.
Stanęła przed nim, na wyciągnięcie ręki, patrząc na twarz elfa. Wydawał się spokojny, ale w jego oczach dostrzegała głód. Uśmiechnęła się lekko i w jednej chwili znalazł się przy niej biorąc ją w ramiona. Jęknęła, czując jego zapach, ciepło sprężystego ciała, dłonie gorączkowo rozpinające jej bluzkę. Zbyt długa kazała mu czekać, kazała czekać sobie. Teraz przy każdym najdelikatniejszym dotyku, ruchu jego zwinnych palców, drżała czując jak ogarnia ją fala niezaspokojonego pożądania. Zrzucił lniany materiał osłaniający delikatną skórę, równie szybko rozpiął guziki u swojego kaftana i zsunął go przez głowę. Przywarli do siebie, usta do ust, piersi do piersi, biodra do bioder. W następnej chwili leżeli już na posłaniu. Natarczywy język badał wnętrze jej ust. Lizał i ssał dolną wargę, dłońmi przesuwając po gładkiej skórze. Potem przeniósł usta niżej, na podbródek, szyję i jeszcze niżej. Jej biodra zafalowały, gdy kąsał piersi. Prawa dłoń Strażniczki zaplątała się w jasne włosy elfa. Lewą przesuwała po plecach, delikatnie znacząc paznokciami skórę. Przeniósł się ku górze, patrząc intensywnym wzrokiem wprost na nią. Ujęła jego twarz w dłonie, delikatnie gładząc wystające kości policzkowe. Odwzajemniła spojrzenie.
– To, co było między mną a nim, nie ma już znaczenia – wyszeptała.
Zobaczyła złote iskry zapalające się w jego bursztynowych oczach.
– Chcę, żebyś wiedział, że to, co się teraz dzieje nie jest lekarstwem na moje złamane serce – dodała, dotykając wargami jego miękkich ust. – Nie pragnę pocieszenia… pragnę ciebie – mruknęła i pogłębiła pocałunek wsuwając język głębiej w jego usta.
– Eris… mi unica, mi Bella, Te extrañe tanto... – usłyszała jego głęboki, namiętny głos szepczący zdrobnienie jej imienia, gdy sięgnęła ustami jego karku…
Błyskawicznie zerwała się z posłania wyczuwając znajome pulsowanie w skroni. Byli blisko, czuła ich. Bez namysłu wsunęła na siebie skórzany kaftan, na zapinanie płytowej zbroi, leżącej w kącie, nie było czasu. Chwyciła swój miecz i tarczę i wybiegła przed namiot.
Czuła jak tętno w niej przyśpiesza, zew krwi stawał się głośniejszy. Wartownicy, zaalarmowani jej nagłym pojawieniem się na zewnątrz, pokrzykiwaniem zaczęli budzić śpiących wokół ogniska. Po drugiej stronie obozu dostrzegła zaniepokojoną twarz Zevrana, elf śpieszył w jej kierunku, rozglądając się na boki. W dłoniach błysnęły dwa ostrza, świecące fioletowawą poświatą. Runy srebrnorytu – pomyślała.
A potem usłyszała ten dziwny dźwięk, gdy skażona krew zawrzała w jej żyłach. Znajome ciepło rozlało się po jej ciele, pulsowanie w uszach przeszło w nieprzyjemne chrobotanie, a potem dudnienie. Zignorowała je, tak jak zawsze. Zwróciła twarz na południe, skąd spodziewała się ataku. W słabym poblasku ognia dostrzegła niewyraźne sylwetki pomiędzy pniami drzew. Do jej nozdrzy doleciał fetor, mieszanina stęchlizny i zjełczałego mięsa. Nadchodzili liczną grupą.
Tłumaczenie
Se acorda! - Zgodziłaś się.
No! No pedes arreglar esto. - Tego się nie da naprawić.
He terminado. - Mam dość.
Mi unica, mi Bella, Te extrañe tanto - Moja jedyna, moja piękna, bardzo tęskniłem.
