Rozdział 4
Ledwo Halt i Sophan przekroczyli próg zamku, podbiegł do nich Malachi, którego mina jednoznacznie wskazywała na to, jak okropnego uczynku dopuścił się tymczasowy król.
- Wasza wysokość, jak możesz tak znikać bez uprzedzenia! – powiedział, wymachując rękami, by wzmocnić jeszcze swoje słowa. – Baliśmy się, że doszło do kolejnego ataku i już mieliśmy się zabrać za poszukiwania…
- Nic mi nie jest, Malachi – mruknął Halt, nie przejmując się specjalnie paplaniną sekretarza. – Tędy – zwrócił się do Sophan i poprowadził ją korytarzem w kierunku komnaty Seana. Malachi przez chwilę stał w zdumieniu, nie wiedząc co się dzieje, po czym pobiegł za królem i zielarką.
- Ależ jaśnie panie, ta kobieta nie powinna tu przebywać! – zawołał za nimi, rozglądając się, jakby spodziewał się, że ktoś zaraz ich aresztuje za wprowadzenie wygnanej uzdrowicielki do zamku.
- Ta kobieta jest jedyną osobą, która może uzdrowić Seana. Poza tym, jako król mam chyba prawo łaski, czyż nie? – rzucił tylko Halt, nawet się nie odwracając.
Niechętnie, sekretarz musiał przyznać zwiadowcy rację. Król miał prawo ułaskawiać więźniów, tak samo jak wydawać dekrety czy prowadzić rozmowy z władcami innych państw.
- Mimo to, nie możemy powierzać opieki nad chorym komuś, kogo oskarżono o otrucie siostry waszej królewskiej mości! – Malachi próbował jeszcze bronić swojej racji.
W tym momencie Halt zatrzymał się i spojrzał na sekretarza. Zaledwie moment później młody urzędnik został popchnięty na ścianę, z ostrzem saksy zaledwie na cal od swojej szyi.
- Nie będziesz kwestionować moich decyzji – powiedział cicho Halt, a zimny ton jego głosu wywołał w sekretarzu większy strach niż zrobiłby to krzyk. – A teraz znikaj mi z oczu.
Malachi skinął tylko głową, na znak, że rozumie i szybko uciekł do swojej komnaty. Tymczasem Halt poprowadził Sophan do sypialni chorego.
Kiedy tylko przekroczyli próg pomieszczenia, dotarł do nich okropny smród pochodzący z rany. Dwaj uzdrowiciele kłócili się nad śpiącym Seanem, czy upuścić jeszcze trochę krwi czy spróbować zbić temperaturę ziołami. Pozostałych trzech opierało się o kamienny parapet okna, próbując uwolnić się od koszmarnego zapachu.
Kiedy zielarka zobaczyła syna swojej podopiecznej, natychmiast podeszła do łóżka i z matczyną czułością odgarnęła włosy ze spoconego czoła młodego namiestnika. Jeden z medyków chciał ją zatrzymać, jednak wystarczyło krótkie spojrzenie Halta, a wycofał się, dając kobiecie więcej przestrzeni.
- Wy wszyscy, wynocha – zarządziła Sophan, wskazując na drzwi.
Uzdrowiciele popatrzyli na tymczasowego króla niepewnie, a nie widząc żadnego sprzeciwu z jego strony, jeden za drugim zaczęli opuszczać pomieszczenie. Przynajmniej w tym jednym przypadku nie musiał się uciekać do gróźb.
Tymczasem zielarka spojrzała na Halta wyczekująco.
- Powiedziałam wszyscy. – W jej postawie nie było już tej niepewności i lęku, które ukazała w swojej leśnej chatce. Wręcz przeciwnie, ponownie narodziła się w niej pewność siebie, dzięki której zyskała niegdyś łaskę u O'Carricków.
Gdyby chodziło tu o kogoś innego, zwiadowca na pewno nie ruszyłby się z miejsca, jednak coś w głosie starszej kobiety nakazywało mu posłuchać polecenia. Zwłaszcza, że trzymana przez nią laska zaczęła nagle wyglądać podejrzanie niebezpiecznie.
- Jak sobie życzysz – powiedział tylko i opuścił komnatę za uzdrowicielami.
Minęło trochę czasu, zanim Sophan wyszła wreszcie z komnaty. Na jej twarzy widać było jednak spokój i samozadowolenie. Halt, siedzący na tej samej ławce, na której kilka dni wcześniej rozmawiał z Horace'm, spojrzał na nią pytająco.
- I jak z nim?
- Mieliście szczęście, że ci szarlatani nie zabili go tymi swoimi wynalazkami – prychnęła staruszka. – Jakbym przybyła dzień później, chłopak umarłby od tych wszystkich dziwactw, które mu podawali, nawet prędzej niż od trucizny.
- Czy to znaczy, że jest nadzieja? – spytał tymczasowy król, wstając.
- Halt – staruszka spojrzała zwiadowcy prosto w oczy. – Sean wyzdrowieje już za kilka dni. Trucizna nie była zbyt silna, wystarczyło dobrze przemyć ranę odpowiednim wywarem. Oczywiście uzdrowiciele tego nie wiedzieli, bo wydaje im się, że upuszczanie krwi pomaga na wszystko.
W tym momencie wiecznie ponury zwiadowca prawie się roześmiał, rozbawiony sposobem, w jaki staruszka mówiła o nieudolności medyków.
- Dziękuję, Sophan. Znowu ratujesz naszą rodzinę od tragedii – powiedział, kłaniając się lekko zielarce. Kobieta patrzyła na niego zszokowana, nie spodziewając się pokłonu od króla. – Jeżeli chciałabyś wrócić na zamek, obiecuję, że jestem w stanie zapewnić ci tu najwygodniejszą kwaterę.
- To miła propozycja, ale mieszkanie w twierdzy nie jest dla mnie – odparła uzdrowicielka z lekkim uśmiechem. – Przypuszczam, że dla ciebie też nie.
Halt skinął głową, myśląc o drewnianej chatce pośród drzew, w której spędził ostatnie lata.
- Zdecydowanie nie. To już dawno nie jest moje miejsce.
Po pożegnaniu z Sophan, która obiecała doglądać zdrowia przyszłego króla, Halt miał zamiar od razu przekazać dobre wieści sekretarzowi. Stwierdził, że przesadził trochę podczas ich ostatniego spotkania, dlatego uznał, że dobrym sposobem na udobruchanie urzędnika może być poinformowanie go pierwszego o poprawie stanu zdrowia Seana.
Idąc ciemnym korytarzem, Halt zastanawiał się nad swoim krótkim okresem panowania. Może i nie byłby najgorszym władcą, gdyby bardziej skupił się na sprawach kraju. Jednak wiedział, że to nie dla niego. Przewodzenie ludem i stanie zawsze w pierwszym rzędzie nie sprawiały mu żadnej przyjemności.
Odruchowo jego dłoń powędrowała do srebrnej odznaki w kształcie liścia dębu, którą nosił na szyi. Był zwiadowcą, nie królem. I ani na chwilę nie żałował swojej decyzji, kiedy chwilę później poprosił zaskoczonego Malachi'ego o przygotowanie aktu abdykacji.
Słysząc o znalezieniu sposobu na truciznę w ranie Seana, sekretarz rozchmurzył się i z zadziwiającą nadgorliwością zaczął przygotowywać wszystkie niezbędne dokumenty, potrzebne do przekazania władzy młodemu namiestnikowi.
Halt przyglądał mu się w ciszy, zastanawiając się, ile czasu zajmie jego siostrzeńcowi przyzwyczajenie się do roli władcy. Wiedział, że Sean podoła swojemu zadaniu, nawet jeśli na początku będzie się wydawał nieco zagubiony. Był żołnierzem, nie dyplomatą, więc przypuszczalnie skupiłby się na rozwoju wojska. To z kolei oznaczałoby…
W tym momencie Haltowi przyszedł do głowy pewien pomysł. Postanowił jeszcze ten jeden, ostatni raz, wykorzystać swoje królewskie uprawnienia.
Przepraszam za takie opóźnienie w dodawaniu rozdziałów! Przyznam szczerze, że zupełnie o tym zapomniałam xD
Na pocieszenie mogę jedynie powiedzieć, że do końca został nam już tylko jeden rozdział.
Z góry dziękuję za komentarze :)
The High Warlock Of Glitter
