Przedsłowie:

I tak oto, docieramy powoli do końca historii. The End. Le Grande Finale :) .

Tym razem sporo więcej akcji. Mam nadzieję że rozwiązanie wątków was nie zawiedzie.

Po ostatnim rozdziale znajdziecie także epilog, który miał tak naprawdę kończyć rozdział 4, po namyśle jednak uznałem że zasługuje na osobną przestrzeń. Publikuje jednak obydwa razem, bo są nierozerwalną całością.

Daję też drobne ostrzeżenie: na początku rozdziału jest sporo podwórkowej łaciny.

Aquma, 05.06.2010


* Rozdział 4 *

"Myślicie że ją pieprzy?", stwierdził odchylając się na oparciu krzesła szeregowy William Draill. "To pieprzy znaczy się. Znaczy się to drugie to. Kurwa.", zaklął siarczyście. "Wiecie o co mi chodzi."

Siedzący naprzeciw Liam Craig rzucił na niego przelotnym spojrzeniem, nie skomentował jednak w żaden sposób. Jego myśli krążyły dziś gdzie indziej, przez całe popołudnie nie mógł się skupić nawet na pokerze.

Ally wdrapała się niezdarnie na platformę, a gdy z impetem i głośnym szlochem rzuciła się na leżące tam, okryte całunem ciało...

Potrząsnął głową po czym łyknął solidny haust ze swojej szklanki bimbru.

"Nie wiem czy nawet twoja matka wie o co ci chodzi, Will." , zaśmiał się siedzący po jego lewej sierżant Rogers. "Ale pewnie tak. Pewnie ją pieprzy. Maszynę , nie twoją matkę, znaczy się.", parsknął szturchnięty mocno w ramię przez młodszego żołnierza. "Nie widzę innego powodu by mieć koło siebie drugi z rzędu metal w kształcie ładnej dupy."

"Może lubi wrażenia estetyczne?", zaproponował czwarty przy stole szeregowy Petterson. "Niekoniecznie od razu musi ja pykać."

...jego dłoń gładziła delikatnie nienaruszoną część twarzy, gładziła włosy, a gdy pochylił się lekko...

"Poker, panowie?", przypomniał zirytowany Craig, ponownie łykając ze swojej szklanki. "Sprawdzam.", rzucił swoje karty na stół, trzy dziesiątki zaświeciły w świetle elektrycznej lampki.

"Ha! Impreza na panienkach!", ryknął Pettersen rzucając na stół full dam na dziewiątkach i z szerokim uśmiechem na brzydkiej twarzy przesuwając na swoją stronę stołu całą kupkę wypolerowanych kamyczków.

"Kurwa.", skomentował kwaśno Draill, sierżant zaś tylko czknął bimbrem i obiadową kapustą.

"Twoje rozdanie Craig.", stwierdził, Liam zaś zebrał karty, skinając głową i zabrał się do tasowania.

"Ja tam myślę że jednak pieprzy.", podjął znowu wyraźnie go absorbujący temat Draill. "Wygląda jakby pieprzył."

...na jej policzek spadło kilka drobnych, diamentowych kropel wilgoci, do jego uszu zaś dotarł cichy szept...

"Po prostu ciągle jesteś na niego wkurwiony za te kible.", odparł mu Petterson.

"I ciągle śmierdzisz gównem.", dodał usłużnie Rogers, po czym obaj z Pettersonem parsknęli śmiechem.

"Pewnie że jestem wkurwiony!", żachnął się szeregowy. "Cały tydzień jebanego szorowania latryn. Mam uwierzyć że bez powodu? Mówię wam, kurwa, to dlatego że naplułem jej pod nogi."

"Może i tak.", zgodził się sierżant. "Może i tak."

"Na pewno, kurwa.", spieklił się znowu Draill, "I mówię wam, na pewno ją pieprzył. Tę nową pewnie też."

...patrzył z mieszaniną horroru i fascynacji, jak usta jego idola i przywódcy dotknęły delikatnie ust leżącej w jego ramionach maszyny...

Dłoń Liama zacisnęła się bezwiednie na trzymanej talii kart.

"Skąd on je w ogóle bierze?", spytał zaintrygowany sierżant, "Co jedna to większa tajemnica. Ni chuja nikt ich nie zna, ni chuja nikt nie widział. Ma jakiś tajny seks warsztat, czy jak?"

Kurwa... , warknął w myślach Craig. Kurwa... mać...

Draill właśnie otwierał usta do odpowiedzi, nie dane mu było jednak zdążyć.

Trzask pękającego szkła zmieszał się z hukiem przewracanego stołu. Karty zawirowały w powietrzu niczym jesienne liście, cenne kamienie Pettersona rozsypały się wszędzie po podłodze. W centrum zaś całego chaosu stał Liam Craig, z wypiekami na twarzy, biorący jeden głośny oddech za drugim.

"Kurwa!", wrzasnął w końcu na całe gardło.

"Craig? Co jest do chu...", zaczął sierżant.

"Zamknij się! Zamknij mordę!", wysyczał młodzieniec, kierując oskarżycielski palec w stronę starszego mężczyzny. "O kim wam się zdaje że wy kurwa mówcie? Gdyby nie on, wszyscy bylibyście niczym! Kurwa niczym!"

Odwrócił się z furią do Drailla.

"Ty nie musiałbyś szorować kibli! Żyłbyś w jebanym kanale, żrąc szczury na obiad i bojąc się każdego dnia!"

Ofiara jego ataku jedynie zamrugała, wciąż dostosowując się do nowej, zaskakującej sytuacji.

"A ty...", zwrócił się znowu w stronę sierżanta, "Ty wciąż strzelałbyś do ludzi na autostradach, gwałcąc co wpadło ci w ręce i polując na psie mięso."

Rogers zmrużył oczy.

"Więc moglibyście, głupie chuje, mieć choć odrobinę szacunku do człowieka który uratował wam życia. Który dał wam, kurwa, nadzieję i cel!", podjął znowu Craig, wciąż trzęsąc się z gniewu. "Choć minimum jebanego szacunku!"

"Nie podoba mi się twój ton, Craig.", warknął w końcu Rogers. "Ani trochę mi się nie podoba."

"Mam w dupie co ci się podoba.", odrzekł młodzieniec, podnosząc z ziemi przewrócone krzesło i ściągając z niego kurtkę. "I wiecie co?"

Podszedł do drzwi i szarpnął za klamkę, otwierając je na oścież.

"Waszego pokera też mam w dupie.", dodał, a huk zamykanych z impetem drzwi jedynie podkreślił jego słowa.


Zimny kamień dotykający jego czoła powoli studził emocje. Craig wiedział że jego reakcja była, delikatnie mówiąc, ostra. Ostrzejsza niż zamierzał, pewnie nawet ostrzejsza niż wymagała sytuacja. Ostatecznie, plotki na temat Connora i metalowych kochanek nie były niczym niezwykłym, były chlebem powszednim. Nie przeszkadzało to jednak na ogół jego ludziom szanować go w każdej innej sprawie a nawet oddawać życia z jego imieniem na ustach gdy było trzeba.

Z drugiej jednak strony... to był John Connor. Człowiek który, gdy wszystko poszło w diabły, dał ludzkości szansę którą powoli, pod jego przywództwem wykorzystywała. Wycieranie sobie ust jego imieniem przy wódce i partii pokera grało Liamowi na nerwach jak mało co.

Problem w tym, że urządzanie scen i awantur nie bylo tym co miał robić. Miał zdobywać ich zaufanie, nie zaś je tracić.

To po prostu nie jest fair, pokręcił głową ze zmęczeniem i irytacją, Nie jest fair, mówić o nim jakby był jakimś zboczeńcem budującym sobie lalki w piwnicy.

Tym bardziej że nie był. Liam pamiętał dobrze wyraz jego twarzy tam, na półce skalnej gdzie zastrzelono jego cyborga. To nie była twarz człowieka który stracił zabawkę...

Kochał ją... , pomyślał ponownie, sam nie wiedząc czy fakt ten budzi w nim smutek czy grozę. To co wiedział jednak, to że z jakiegoś powodu sprawiał że słowa jego kumpli z oddziału rozjuszały go jeszcze bardziej.

"Szeregowy Liam Craig.", usłyszał z boku, bardziej stwierdzenie niż pytanie.

Odwrócił się, by napotkać wbite w siebie spojrzenie pozbawionych emocji, ciemnych oczu.

Wyglądała zupełnie tak, jak wtedy gdy widział ją za pierwszym razem, w żołnierskich spodniach i szarym podkoszulku. Tak samo wyglądały też jej ciemne włosy, a klasyczna twarz była równie wyzuta z wyrazu.

Taria. Nowy ochroniarz generała.

Nie za bardzo wiedział co o niej myśleć. Nie dawał wiary przypuszczeniom swoich kumpli od kieliszka, nie rozumiał jednak dlaczego jego idol wybrał akurat ją. Faktem było też, że rzeczywiście nikt jej nie znał. Nie była jedną z maszyn pojmanych przez żołnierzy tej bazy, to na pewno. Była zagadką, zupełnie jak Cameron.

"Generał Connor chce z panem rozmawiać.", podjęła zagadka monotonnym głosem.

Akurat teraz... , westchnął w duchu, kiedy śmierdzę wódką na milę. Pewnie jakimś cudem usłyszał o mojej awanturze...

"Generał chce, generał dostaje.", odpowiedział jednak zmęczonym tonem. "Prowadź."


Patrząc na stojącego na środku jego gabinetu szeregowego John zmarszczył brwi. Nawet nie musiał szczególnie mocno pociągać nosem, by wyczuć mocny odór podłego żołnierskiego bimbru. Zauważył też że włosy chłopaka były w pewnym nieładzie a ubranie nosiło znamiona długiego wieczoru.

"Przepraszam, sir.", rzucił niepewnie młodzieniec widząc jego minę. "Nie miałem okazji się przebrać. Nie chciałem kazać panu czekać."

"Zapomnij, Craig.", westchnął Connor, "Ostatecznie to twój czas wolny a ja sam wymagałem od ciebie integracji z towarzyszami broni."

Uwaga spotkała się z lekkim uśmiechem na twarzy chłopaka.

"Usiądź, proszę.", rzucił zamiast tego, na co szeregowy nieśmiało przycupnął na krawędzi fotela naprzeciwko. Jego oczy uciekły na chwilę w stronę leżącej przed stojącym na biurku terminalem szachownicy.

"Zacięta partia, sir?", spytał zerkając na ilość i ustawienie figur.

"Bardzo. Wymagający przeciwnik.", odparł mężczyzna. "Grywasz?"

Craig pokręcił lekko głową.

"Znam podstawy. Ojciec mnie uczył.", wyjaśnił. "Był oficerem, sir. W dawnej armii." , dodał, jakby w roli wyjaśnienia.

"Wiem. Czytałem twoje akta."

Chłopak jedynie skinął głową.

"Zagraj kiedyś ze mną, Craig.", rzucił oficer. "Szachy to szlachetna gra a dziś bardzo niewielu wciąż pamięta jak w nie grać. To umiejętność którą należy kultywować."

Brwi chłopaka podskoczyły tak bardzo że Connor miał przez chwilę wrażenie że wyskoczą mu z twarzy. Błękitne oczy zrobiły się okrągłe jak spodki.

"Byłbym zaszczycony, sir.", odparł po chwili. "Obawiam się jednak że nie byłbym dla pana wyzwaniem."

"Trening czyni mistrza, chłopcze. Gdzieś trzeba zacząć."

Uśmiech rozjaśnił młodzieńczą twarz.

"Będę zaszczycony, sir.", powtórzył, na co mężczyzna jedynie skinął głową.

Przez chwilę lustrował go wzrokiem bez słowa. Chłopak był młody, ale John widział już młodszych żołnierzy. Miał dobre, zdrowe reakcje i bystre oczy w których w dodatku wciąż paliła się iskra, której brakowało już wielu weteranom. I był lojalny. Drapieżnie lojalny. Da sobie radę. , zdecydował w końcu spotykając jego spojrzenie.

"Sytuacja zmieniła się od kiedy rozmawialiśmy w tym gabinecie po raz pierwszy.", podjął po chwili Connor. "Słyszałem też twojej małej o awanturze."

Chłopak zaczerwienił się lekko.

"Ah...", zaczął, "Cóż... to nie poszło mi najlepiej. Straciłem kontrolę, sir. Przepraszam."

"Nie przejmuj się, Craig.", odparł w zamian starszy mężczyzna. "W sumie po części dlatego cię tu zaprosiłem."

Młodzieniec patrzył na niego wyczekująco, choć z lekkim niepokojem.

"Nie będę cię już w tej sprawie potrzebował jako szpiega. Sytuacja wymusiła na mnie zmianę taktyki.", stwierdził w końcu generał, "Mam jednak dla ciebie pewną propozycję. I zadanie, jeśli ją przyjmiesz."

Jego palce bębniły metodycznie o blat biurka.

"Jestem gotów do służby, sir.", odparł szeregowy co w połączeniu z jego aparycją i zapachem zabrzmiało z jednej strony zabawnie, z drugiej zaś wzbudziło w Johnie głęboki szacunek do chłopaka. "I sir... przykro mi.", dodał po chwili chłopak. "Z jej powodu."

Tym razem to przez twarz starszego mężczyzny przeszedł cień zaskoczenia. Potem jednak uśmiechnął się lekko i skinął szeregowemu głową. Naprawdę zaczynam go lubić..., pomyślał, po raz kolejny wewnętrznie utwierdzając się w dokonanym wyborze.

"Dziękuję. Nie mów jednak że jesteś gotów, póki nie dowiesz się o co chodzi.", stwierdził, przesuwając równocześnie w stronę swojego rozmówcy jakąś teczkę. "I rzuć na to okiem."

Craig rzucił. I słuchał. A jego oczy z każdą chwilą robiły się coraz większe.


Kiedy za chłopakiem zamknęły się drzwi Connor odchylił się na oparciu swojego fotela i na chwilę zamknął oczy. Delikatny uśmiech wykwitł na jego twarzy. Był niemal pewien że Craig się zgodzi i cieszył się że dobrze ocenił jego charakter. Miał jedynie nadzieję że był równie nieomylny w kwestii kompetencji młodzieńca, nie było jednak innego sposobu by się przekonać niż sprawdzić je w praktyce. Póki co wszystko zdawało się układać zgodnie z planem.

"Skoczek na g pięć.", stwierdził otwierając oczy i niejako od niechcenia przesuwając figurę dłonią.

Znów śmiały ruch. Grasz w tej partii bardzo brawurowo.

... odpowiedział mu komunikat na ekranie.

Mężczyzna uśmiechnął się ponownie, zadowolonym z siebie, kocim uśmiechem.

"Brawura to moje drugie imię", stwierdził z oczami wciąż na szachownicy.


Sierżant Dmitri Wasiljew splunął. Nie miał dziś dobrego dnia. W zasadzie żaden dzień spędzony na pozostałym po dawnym królestwie ludzi pustkowiu nie był dla niego dobry. Pokryta ruinami i żółtawą, skarłowaciałą trawą okolica z natury nie napawała radością. A do tego jeszcze to słońce.

Jest kurwa marzec. , pomyślał zirytowany, Powinno być chłodno, przewiewnie i przyjemnie a nie grzać jak w środku jebanego lata.

W dodatku, jakkolwiek pogoda i pustkowie same w sobie wystarczyły by go przygnębić i zirytować, dziś powodów było więcej.

Misja na którą ich wysłano była w zasadzie dość typowa. Ot, wycieczka do jednego z masztów nadawczych kilkanaście mil od bazy, typowy periodyczny serwis połączony z montażem nowego talerza, który powinien w założeniu techników zwiększyć zasięg, dzięki czemu płynący na falach radiowych głos Johna Connora będzie mógł dotrzeć do większej liczby uszu.

Problem w tym, że na dzień przed misją dodano mu do oddziału jakiegoś gnojka, który ponoć wdał się w konflikt z własnym sierżantem i poprosił o przeniesienie do innego oddziału. Chłopak był co prawda dość doświadczony, w armii od piętnastego roku życia i zdawał się być całkiem przyzwoity, był jednak nieobecną do wczoraj zmienną, a Wasiljew nienawidził zmiennych.

No i była jeszcze ona.

Mężczyzna spojrzał na stoicką, czarnowłosą "dziewczynę" z pod krzaczastych brwi. Stała kawałek obok, niewzruszona jak zawsze. Palące słońce które tak dawało w kość jemu i jego ludziom nie robiło na niej oczywiście żadnego wrażenia, co tylko sprawiało że irytowała go bardziej.

Nowy metal Connora.

Oczywiście, sierżant pracował z maszynami nie raz. Odbył też niejedną misję w towarzystwie poprzedniego ochroniarza generała. Tej nowej maszyny, Wasiljew jednak nie znał. Była zmienną. Nie lubił zmiennych.

Pewnie właśnie dlatego ją wysłał... , westchnął w duchu, by stopniowo przyzwyczajać do niej ludzi.

"Długo jeszcze wam to zajmie?" rzucił do Starszego Technika, który nadzorował prowadzone właśnie prace naprawcze.

"Jeszcze przynajmniej z godzinkę, sierżancie.", westchnął ten w odpowiedzi. "Szybciej nie da rady."

"Dobra.", warknął Wasiljew pod nosem, "Lepiej za bardzo się nie spieszcie, bo jak będę musiał tu potem wrócić by naprawiać to cholerstwo, to naprawdę nie ręczę za siebie."

"Jasna sprawa."

Wyciągając zza pasa swoją manierkę Dmitri odszedł kawałek na bok, pociągając długi, kojący łyk wody. Miał cholerną ochotę wylać trochę na dłoń i zmoczyć włosy, doświadczenie jednak podpowiadało mu że nie był to najlepszy pomysł. Woda była na pustkowiu cenna. Pewnie, mieli być w bazie przed końcem dnia, jeśli jednak coś poszłoby nie tak te parę kropel mogło stanowić różnicę między przetrwaniem a śmiercią.

I wtedy właśnie, gdy miał odłożyć manierkę na miejsce, kątem oka zauważył błysk odbitego od czegoś słońca. Większość ludzi nie zwróciłaby na taki detal uwagi, lata treningu i wojennego doświadczenia robiły jednak swoje.

Spojrzał uważniej. Błysk powtórzył się, promienie słońca odbijające się od...

"Kurwa!", wrzasnął na całe gardło wymachując rękami , "Na ziemię! Wszyscy na ziemię!"

Idąc za swoim własnym poleceniem usłyszał potężny huk wystrzału i wiedział już, że było za późno.

Wtedy rozpętało się piekło.


Był Łowcą i czekał na swoją ofiarę. Czekał od paru godzin, przyczajony na dachu opuszczonego od dawna budynku. Wyruszył zaraz po tym jak jego wspólnik, jego Anioł Stróż, przekazał mu dobre wieści i dotarł na miejsce przed świtem, by przygotować wszystko i maksymalnie zwiększyć swoje szanse w polowaniu, oraz by rozłożyć ładunki wybuchowe które miały pokryć jego ślady i ułatwić ucieczkę. Ostatnim razem zostawił łuskę i jego Anioł nie był zadowolony. Łowca nie spodziewał się szczególnych kłopotów, wszystko powinno udać się idealnie, dokładnie tak jak ostatnim razem. Nawet gdyby coś nie wypaliło, przestrzeń wokół oddziału była na tyle otwarta, że bez przeszkód mógł oddać drugi strzał i dokończyć dzieła.

Obserwował jak rozkładają obóz, jak technicy pracują w pocie czoła a żołnierze czujnie wypatrują zagrożeń. Jego ofiara stała nieruchomo, wpatrzona w dal. Nie patrzyła jednak w jego kierunku.

Podniósł przygotowaną ówcześnie broń, po czym sprawdził jeszcze raz tkwiące w komorze pociski. Naboje przeciwpancerne o wykonanych z rzadkiego teraz zubożonego uranu rdzeniach, były najnowszej generacji amunicją z tego materiału wykonywaną w stosunkowo niewielkich ilościach przez Tech-Com. Potrafiły przebić się nawet przez pancerze T-888 i miały zasięg znacznie większy od broni plazmowej, co czyniło je idealna amunicją dla snajperów czy też generalnie strzelców operujących na bardzo dużym dystansie. Nie łatwo było je zdobyć. On jednak miał swojego Anioła.

Sprawdziwszy broń ułożył ją ostrożnie na wsporniku i spojrzał przez celownik, obierając cel. Czarnowłose bluźnierstwo stało teraz w nieco innym miejscu, wciąż jednak jej uwaga nie była zwrócona w kierunku z którego nadejdzie Boski gniew.

Wycelowawszy, wstrzymał oddech by maksymalnie ustabilizować broń w rękach. Zdążył odnotować jak dowódca wymachuje rękami, krzycząc coś głośno. Było już jednak za późno.

Nacisnął spust, oddając strzał.

A gdy kula sięgnęła celu, oczy Łowcy rozszerzyły się w bezbrzeżnym zdumieniu które bardzo szybko zmieniło się w równie bezbrzeżny strach.


Daleko w bazie Carey, siedzący za biurkiem w swoim gabinecie John Connor oparł leniwie łokcie o blat, obserwując uważnie szachownicę.

Wieża na G5, biję twojego skoczka.

...głosił komunikat na ekranie.

"Hetman na g pięć, biję twoją wieżę", odparł z uśmiechem, "Szach."


Ciężko opisać stan psychiczny człowieka, po którego twarzy spływają właśnie krople metalu. Można by na pewno powiedzieć, że Starszy Technik Martin Sills był w szoku. Można by też zapewne powiedzieć że się bał.

Żadne z tych określeń jednak w pełni nie oddawałoby jego sytuacji. Być może, gdyby metal był gorący, to dodawszy do wspomnianych rzeczy palący ból otrzymalibyśmy w miarę satysfakcjonujący opis.

Nie był jednak. Był zimny jak morska toń, co czyniło go dziesięć razy bardziej strasznym.

Krople chłodnego, lustrzanego metalu popłynęły w akompaniamencie jego ogłuszającego krzyku po karku, do rękawa by chwilę później wypłynąć po drugiej stronie i skapnąć na ziemię.

"Proszę zachować spokój.", stwierdziła istota, której głowa na ich oczach nabierała kształtu.

Martin Sills w odpowiedzi przewrócił oczami i stracił przytomność, uderzając ciężko o ziemię.

"Ku... ku... kurwa. ", wyjąkał sierżant, powoli unosząc swój karabin w jej stronę.

Nie był w tym geście odosobniony. Wielu z pozostałych żołnierzy kierowało teraz swoją broń w stronę metalowej istoty. Była to reakcja tyleż naturalna, co absurdalna, wiedzieli bowiem że tak naprawdę nie mogą jej skrzywdzić. W żaden sposób. Dmitri przełknął głośno ślinę.

T-1001 zaś, kompletnie wszystkich ignorując rzucił się biegiem w stronę niewielkiego budynku jakieś trzysta metrów stąd, dokładnie tego z którego padł strzał. Biegł niczym wiatr, dosłownie przesiąkając w locie przez większość przeszkód. Niczym płynna śmierć, zdeterminowana by doścignąć swoją ofiarę.

"Ja pierdolę...", szepnął ponownie Wasiljew.

I wtedy zobaczył, jak młody szeregowy który dziś rano dołączył do jego oddziału staje spokojnie na środku ich małego obozu i wyciągłszy coś z kieszeni wznosi to wysoko nad głowę.

Z trzymanego przez niego niewielkiego przedmiotu, odbijając się akustycznym echem od gruzu rozszedł się głos.

Sierżancie Wasiljew, mówi generał John Connor. Młodzieniec którego widzicie teraz przed sobą jest Białym Krukiem. Posiada przy sobie wszystkie potrzebne dokumenty, obaj jednak uznaliśmy że bezpieczniej będzie, jeśli usłyszycie w tej chwili mój głos, jeszcze zanim będziecie mieli okazję się z nimi zapoznać. Wasze rozkazy pozostają takie jakimi były. Macie dokończyć serwis techniczny masztu, zainstalować nowy talerz i powrócić do bazy. Kategorycznie zabrania się, powtarzam, zabrania się wchodzenia w jakikolwiek kontakt z jednostką T-1001 znaną wam pod imieniem Taria. Jest po naszej stronie. Do czasu zakończenia tej misji, dowodzenie nad waszym oddziałem przejmuje Craig, by uniknąć ewentualnych komplikacji. Doprowadź ich bezpiecznie z powrotem do domu, Liam.

Wraz zamilknięciem niewielkiego dyktafonu zapanowała niemal absolutna cisza. Wasiljew patrzył z niedowierzaniem na młodego, może osiemnastoletniego blondyna który uśmiechnął się do niego przepraszająco. Biały Kruk. Oddziały specjalne.

Słyszał o Krukach to i owo, choć nigdy nie miał dotychczas okazji z żadnym pracować. Skomponowana z najbardziej fanatycznie wiernych Connorowi żołnierzy jednostka podlegała bezpośrednio generałowi, jej członkowie nie odpowiadali przed nikim innym. Jeśli metalowy ochroniarz Connora był jego prawą ręką i głosem, Białe Kruki były ręką lewą. Tą, która czasem za plecami trzymała sztylet. Ich misje dotyczyły wszystkiego co delikatne bądź brudne, a także wszystkich spraw na których pulsie przywódca chciał trzymać rękę osobiście.

"Słyszeliście generała. Wracajcie do pracy.", stwierdził w końcu Wasiljew zirytowany, po czym wskazując na Starszego Technika dodał "I niech go ktoś postawi na nogi."

Odwrócił się, spoglądając na swojego nowego przełożonego. Chwilowo, przynajmniej.

"Więc teraz ty tu rządzisz Kruku, tak?"

"Przepraszam że tak wyszło. Takie rozkazy.", stwierdził Craig podając mu rękę. "Chce pan zobaczyć te papiery?"

Starszy mężczyzna zastanowił się przez chwilę, po czym pokręcił głową i uścisnął jego dłoń.

"Nie, mały.", westchnął. "Nie potrzebuję. Tylko Connor mógł wymyślić coś takiego."


Mały Billy Evans biegł tak szybko jak tylko pozwalały mu nogi. Jego serce waliło z całych sił, pierś wałczyła o każdy oddech, mimo to jednak biegł dalej. Nie mógł się zatrzymać. Zatrzymać się oznaczało...

Biegnij Billy!, usłyszał w myślach znowu krzyk taty, Biegnij!

Za sobą usłyszał strzały, odgłos wielu strzałów odbijających się echem. Wyobraźnia podsunęła mu na moment obraz domu, obraz ściany eksplodującej czerwienią gdy metalowy potwór plunął ogniem z działka umieszczonego na jednej z rąk. Nie!, pomyślał rozpaczliwie, Nie! Mama na pewno... na pewno... ma się dobrze...

Łzy ciekły mu po policzkach gdy biegł...

Przebył jeszcze kilkadziesiąt metrów, gdy w końcu potknął się i tracąc równowagę upadł, boleśnie raniąc kolana. Wiedział jednak że musi wstać i biec dalej. Dźwignął się więc powoli i dopiero wtedy zarejestrował głośny ryk silnika dobiegający z uliczki po swojej prawej.

Chwilę później, gdy wyjechał stamtąd szybko potężny wóz pancerny, zaraz za nim zaś także wojskowy jeep, z zamontwanym na dachu działkiem, Billy odkrył że jednak nie miał już siły by się podnieść. Miał nadzieję że tata nie będzie zły. Że biegł wystarczająco długo.

Jeden z jadących w samochodzie mężczyzn podniósł się nagle, zaalarmowany.

"Stać!", krzyknął, "Stać, do cholery!", po czym łapiąc za krótkofalówkę przy swoim pasie krzyknął do niej ponownie. "Zatrzymaj się, Lort! Mamy kogoś żywego!"

Wóz zatrzymał się z jękiem, dwóch mężczyzn z jeepa wyskoczyło zaś i podbiegło prosto do Billiego, oddychającego ciężko i walczącego ze łzami.

"Ciekawe skąd mały się tu wziął..." , stwierdził pierwszy z żołnierzy gdy podeszli bliżej.

"Pewnie z domu na północy. Słyszałem na linii że T-70 zmasakrował tam jakąś rodzinę." , odparł ten z krótkofalówką.

"Biedny dzieciak..."

Potem zaś żołnierz nachylił się nad nim, a kilka promieni słonecznych oświetlających nagle z pomiędzy chmur jego pogodną, przyjazną twarz nadało mu dla chłopca zupełnie nieziemski wygląd.

Anioł, pomyślał chłopiec wzdychając. Zupełnie tak, jak mówiła mama...

"Chodź ze mną chłopcze." , stwierdził podając chłopcu dłoń. "Chodź ze mną jeśli chcesz żyć."


Mężczyzna biegł. Biegł tak szybko jak mógł, tak szybko jak tylko raz wcześniej w życiu. Jego potężne, wytrenowane ciało pracowało wytrwale i wydajnie, płuca pompowały powietrze bez problemów a serce biło w równym rytmie. Nie miał już siedmiu lat, nie był tym samym słabym przerażonym chłopcem. Był wyszkolony, odważny i świetnie uzbrojony. A jednak, w obliczu tego co go goniło był równie bezradny jak wtedy. Wiedział o tym doskonale.

Moneta się odwróciła.

Dziś nie był Łowcą. Był zwierzyną.

Rozumiał że jego jedyna szansa leży w jak najszybszej ucieczce z budynku. To pozwoli mu na zdetonowanie ładunków. Eksplozja nie zniszczy maszyny, ale spowolni jej pościg, zatrze ślady. Da mu czas którego potrzebował.

Zamiast zbiegać po schodach przeskoczył przez barierkę, pokonując niemal całe piętro jednym susem. Nie stracił jednak równowagi i biegł dalej, prosto do jednego z okien. Nie zamierzał zbiegać klatką schodową na sam dół, był prawie pewien że metalowy potwór będzie tam na niego czekać. Krótka wspinaczka i skok z wysokości pierwszego piętra były zdecydowanie bardziej atrakcyjne.

I wtedy, gdy dobiegał właśnie do swego celu, jedna ze ścian eksplodowała nagle gruzem, gdy metalowe kleszcze wdarły się do pomieszczenia. Sekundę później do środka wlało się całe lśniące monstrum.

Popełnił błąd.

Zareagował błyskawicznie, wytatuowane ramię odpięło od paska granat, usuwając w ruchu zawleczkę wypraktykowanym gestem. Cisnął go za siebie, pod nogi maszyny, nawet na chwilę nie przerywając biegu.

Usłyszał za sobą ciche swoosh , chwilę potem zaś budynkiem targnęła eksplozja. Nie w tym miejscu jednak którego się spodziewał. Granat wyrwał dziurę w ścianie po zupełnie przeciwnej stronie sali.

Odbiło go... , dotarło do niego, Szlag...

Czując jak powoli kończą mu się opcje rzucił się w stronę kolejnego okna, sięgając równocześnie ręką po przymocowany za pasem detonator. Zasłonił dłońmi twarz i zerwał się do skoku...

... i wtedy poczuł nagle ostry ból w nodze. Mięsień jego uda odmówił posłuszeństwa i mężczyzna zwalił się jak długi na ziemię, uderzając przy okazji boleśnie głową o parapet. Chwilę potem potworny ból rozpalił także jego lewą rękę i wrzasnął, czując jak chłodne, bezlitosne ostrze tnie bez różnicy skórę, mięśnie i kości.

Trysnęła krew, trzymająca wciąż detonator, pozbawiona ciała dłoń upadła na ziemię, rozlewając wokół kałużę czerwieni.

"Z rozkazu Johna Connora, zostajesz zatrzymany.", usłyszał monotonny, pozbawiony emocji głos i zobaczył nad sobą czarną grzywę i ciemnooką twarz. Poczuł też, z rosnącym obrzydzeniem, jak płynny metal pokrywa jego kikut tamując obfite krwawienie.

Potem zaś metalowe coś wypraktykowanym ruchem ścisnęło jego szyję, odcinając na chwilę dopływ krwi do mózgu i poczuł jak spada na niego ciemność.


Otwierając powoli oczy, czuł jak jego lewe ramię, ledwo powyżej nadgarstka tętniło bólem. Ból promieniował też z rany na przebitym udzie, któremu nie pomagał z kolei fakt że siedział przywiązany do twardego krzesła. Jego oczy potrzebowały chwili by przyzwyczaić się do mroku, kiedy jednak już tak się stało okazało się że nie było wiele do oglądania. Niewielka jaskinia była niemal pusta, stało w niej tylko jego krzesło i wiadro wody, w kącie zaś zauważył chyba trochę rzuconych niedbale na kupę bandaży, których część ktoś wykorzystał wcześniej by opatrzyć jego rany.

"W końcu się pan ocknął, panie Evans." , usłyszał za sobą cichy głos. Inny człowiek na jego miejscu pewnie podskoczyłby na krześle, Billy jednak nie był jak inni ludzie. Zresztą, spodziewał się tego.

Patrzył z dziwnym, otępiającym spokojem jak formuje się powoli w kącie pomieszczenia. Błyszcząca kałuża nabrała najpierw z grubsza humanoidalnego kształtu, zyskując potem powoli znane mu cechy.

"Zamierzasz mnie torturować, pomiocie?", spytał ze spokojem. "To strata czasu. Nic nie powiem."

"Każdy mówi, panie Evans.", odparła po prostu maszyna. "Ale nie. Nie zamierzam pana torturować. Nie otrzymałam takich rozkazów."

"Jakie otrzymałaś?"

"Pilnować.", odparła ponownie maszyna. "I czekać."

Billy nie powiedział nic więcej. Zamknął po prostu oczy i począł się cicho modlić. Modlitwa zawsze go uspokajała, zawsze dawała mu siłę gdy najbardziej jej potrzebował, teraz zaś potrzebował jej bardzo.

"Ojcze nasz, któryś jest w niebie...", szeptał cicho , nie pozwól im go znaleźć , "...święć się imię twoje...", nie pozwól Connorowi pamiętać, "...przyjdź Królestwo Twoje..."

"Modlitwa." , stwierdził fakt jego strażnik. "Jedna z tych ludzkich rzeczy których nigdy nie mogę pojąć, panie Evans."

"...bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi..."

"Naprawdę wierzy pan, że jakaś ponad-naturalna, ponad-logiczna siła porazi mnie teraz, by uratować panu życie?"

"...chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj..."

Maszyna obeszła go, przyglądając się uważniej twarzy.

"Chyba że...", dodała po chwili, "nie modli się pan o siebie."

Jego serce stanęło na moment, zimny deszcz przeszedł po plecach.

"...i odpuść nam... nasze... winy...", głos załamał się lekko.

"Oh. Zgadłam.", uśmiechnęła się upiornym, pustym, wypraktykowanym gestem sklepowego manekina. "W takim razie pana szanse są zapewne jeszcze mniejsze. Ciężko ocenić, zważywszy na nielogiczną naturę całego przedsięwzięcia."

Modlitwa urwała się, twarz Billiego zbladła.

"Generał Connor potrzebował około jeden i siedem dziesiątych sekundy by skojarzyć kim on jest gdy na pana spojrzał.", podjęła znowu konwersacyjnym tonem. "Bardzo imponujący czas przetwarzania danych, jak na człowieka.", dodała, "Myślę że jest już w drodze. Rozumie pan, nie mogę wiedzieć na pewno, będąc tutaj i pilnując pana."

Odpowiedziała jej cisza.

"Obawiam się jednak, że może mieć pan rację. Ponad-naturalna interwencja może być jedyną nadzieją w tej sytuacji. Generał ma tendencję do dość szybkiego i bezlitosnego wymierzania sprawiedliwości."

Mężczyzna westchnął cicho, zaciskając mocno oczy.

"Czy zemsty." , dodała po chwili maszyna dla ścisłości a Billy Evans zwiesił głowę, siłą woli powstrzymując palące łzy.


Wchodząc do swojego gabinetu John Connor skierował się prosto do biurka. Był zmęczony, dzień obfitował bowiem w wydarzenia, mimo to jednak czuł się doskonale. Jego plany wydały owoce. Teraz nadszedł czas żniw.

"Pion na h osiem.", stwierdził przycupnąwszy na oparciu swojego fotela, jego oczy wbite w terminal. "Promuję hetmana."

Znów mnie szachujesz.

...pojawiło się na ekranie.

"Tak.", odparł. "Mat w następnej rundzie. Od drugiego hetmana."

Widzę. Partia dla Ciebie, John.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko.

Mamy 5:5. W tym miesiącu. Nie rozumiem jak to możliwe że wygrywasz ze mną tyle razy.

Mój protokół szachowy twierdzi że to wbrew statystyce. Nie powinieneś móc tego robić.

Uśmiech na jego twarzy stał się jeszcze szerszy.

"Urodziłem się by to robić.", odparł po prostu. "Urodziłem się by was zwyciężać."

Terminal wyraźnie nie miał na to odpowiedzi. Długie sekundy upływały w ciszy.

"Już czas.", stwierdził John Connor.

Tak. Już czas.

...było ostatnią wiadomością zanim ekran błysnął i zgasł.


Wchodząc do swojej kwatery porucznik Larson był, nie po raz pierwszy, bardzo wdzięczny Connorowi za to że każdy pełniący służbę oficer miał w bazie prywatną przestrzeń do swojej dyspozycji. Żołnierskie baraki były głośne i było w nich zdecydowanie zbyt wielu ludzi by czuł się tam komfortowo, potrzebował zaś odpocząć i pomyśleć. Czuł że coś poszło nie tak. Nie wiedział jeszcze co, ale coś musiało pójść nie tak, inaczej Billy już dawno by się z nim skontaktował.

Nie potrzebował nawet zapalać światła, żył na tych paru kwadratowych metrach od trzech lat, znał każdy kąt, każdy cal przestrzeni. Zrzuciwszy kurtkę zawiesił ją na wieszaku i rozpinając koszulę ruszył prosto w stronę łóżka...

"Ciężki dzień, poruczniku?", odezwał się nagle spokojny głos.

Podskoczył jak oparzony, zwracając się prosto w stronę z którego rozbrzmiał.

Jego oczy powoli wyłoniły z ciemności siedzącą w jego fotelu, solidnie zbudowaną postać. Nie mógł wyłonić rysów, nie potrzebował jednak oczu by poznać ten głos.

"Generale...", zaczął, "...zaskoczył mnie pan. Co pan robi w moich kwaterach?"

W głębi siebie wiedział że prawdopodobnie zna doskonale powód dla którego Connor pojawił się u niego w środku nocy, znacznie rozsądniej było jednak grać na zwłokę. Kurwa., zaklął w myślach, popychając umysł do frantycznego galopu w poszukiwaniu jakiegoś wyjścia z sytuacji która nie wyglądała najlepiej.

"Masz jakiś powód by się mnie obawiać? Coś czym chciałbyś się podzielić?", odpowiedział generał pytaniem na pytanie, coś w jego tonie podpowiedziało zaś porucznikowi że dalsze udawanie byłoby tylko robieniem z siebie idioty.

"Złapałeś go.", stwierdził po prostu i ramiona mu opadły a siedzący w fotelu, skryty przez ciemność mężczyzna jedynie skinął głową.

"Gdzie ty miałeś głowę, Larsonie?", stwierdził cicho. "Naprawdę myślałeś że się nie domyślę? Że nie będę pamiętał o tym kto te wszystkie lata temu opiekował się tym chłopcem?"

"Czy on...?"

"Żyje.", odparł ponownie generał. "Póki co."

Larson powoli wypuścił powietrze z płuc. Billy żył. Wszystko więc dało się jeszcze naprawić. Wystarczyło tylko...

Jego dłoń skierowała się powoli w stronę tkwiącej przy pasie kabury.

"Nie robił bym tego na twoim miejscu.", ostrzegł go Connor, ani na chwilę nie tracąc swojego stoickiego spokoju.

Jak to mnie w nim wkurwia., pomyślał Larson z irytacją, Jest jak... one. Jak jebana maszyna.

Nie posłuchał, oczywiście. Jego dłoń poruszyła się błyskawicznie, sięgając po tkwiący przy pasie plazmowy pistolet. Wyciągnął go jednym ruchem i...

...wrzasnął, gdy coś niczym imadło złapało go za rękę, miażdżąc niemiłosiernie. Broń uderzyła o ziemię z głuchym stukiem a Larson, dalej trzymany w morderczym uścisku poczuł jak coś łapie go za drugą rękę i wykręca ją boleśnie za plecy, równocześnie podkładając mu nogę i powalając na kolana przed wciąż siedzącym w fotelu generałem.

Gdy zaś trzymająca go osoba pochyliła się lekko, poczuł jedwabiście miękkie włosy rozlewające się po swoim ramieniu i klatce piersiowej. Mimowolnie przekręcił głowę, patrząc w lewo nad swoim wykręconym boleśnie barkiem. Prosto w dwoje kasztanowych oczu wwiercających się w jego twarz.

Kurwa... nie wierzę..., westchnął w szoku, zrobił sobie kolejną...?

Wtedy jednak wychwycił coś w tym wzroku, coś co sprawiło że z miejsca zrozumiał swój błąd. Gdyby nie to że już klęczał, pewnie ugięły by się pod nim nogi.

"Jak...?", szepnął cicho.

"Jestem strasznym robotem.", odparła Cameron tonem który sugerował że to powinno wyjaśniać wszystko. I wciąż patrząc mu w oczy.

Siedzący w fotelu generał roześmiał się cicho.

"Mówi ci coś imię Sun Tsu, Larsonie?", odparł ponownie pytaniem na pytanie, a kiedy porucznik spojrzał na niego nie rozumiejącym wzrokiem po prostu kontynuował. "To chiński strateg i teoretyk wojny, żyjący podobno w szóstym wieku przed Chrystusem. Moja matka czytywała mi go do poduszki, na przemian z 'Czarnoksiężnikiem z krainy Oz'."

"Wojna, każda wojna Larsonie, opiera się na oszustwie.", podjął znowu usadowiony w fotelu mężczyzna, "Udawaj silnego, gdy jesteś słaby, by uniknąć ataku. Udawaj słabego gdy jesteś silny, by zaskoczyć wroga.", spojrzał mu w oczy, "Pokazuj mu tylko to co chcesz by widział, nie pokazuj zaś niczego co widzieć powinien."

"Ale ja widziałem...! Widziałem jak dostała kulę! Widziałem, kurwa, jak płonie!"

Connor roześmiał się po raz drugi, wesołość nie dotknęła jednak tym razem nawet na chwilę lśniących w ciemności, zielonych oczu.

"Owszem, dostała kulę.", odparł chłodno. "Gdyby nie elementy szkieletu ze wzmocnionego stopu które dwa lata temu na niej wymogłem, zapewne nawet by wam się udało. Pocisk jednak uszkodził jedynie interfejs jej portu, pozostawiając chip nietkniętym."

Przerzucił na chwilę wzrok na wciąż trzymającą porucznika nieruchomo Cameron a jego wzrok zmiękł na moment, wyraz twarzy zmienił się subtelnie, w sposób który sprawił że Larsonowi zrobiło się niedobrze.

"Od tamtej chwili jednak... od momentu kiedy na tamtej półce skalnej wstałem z nad jej ciała", podjął na nowo generał. "widziałeś jedynie to, co chciałem byś zobaczył. Przedstawienie."

Porucznik pokręcił bezradnie głową.

"Wszystko to... wszystko na marne.", szepnął z rezygnacją.

"Odpowiedz mi na jedno pytanie. Zaspokój moją ciekawość.", stwierdził Connor, a kiedy klęczący mężczyzna ponownie podniósł na niego wzrok dodał "Dlaczego?"

Larson pokręcił głową z niedowierzaniem.

"Dlaczego?", warknął. "Potrzebujesz pytać?"

"Nie potrzebuję. Mimo to jednak chciałbym to usłyszeć."

Patrzyli sobie w oczy przez chwilę.

"Bo to jest chore, oto dlaczego!", żachnął się w końcu porucznik, czując równocześnie jak cyborg przygniata go mocniej. "Za bardzo na nich polegasz Connor! Za blisko je dopuszczasz!", pokręcił głową ponownie. "Rozumiem przydatność maszyn na polu bitwy. Sensowna taktyczna decyzja. Rozumiem nawet wykorzystywanie ich w maszynowni czy laboratorium. Ich pamięć nie zawodzi i liczą jak pieprzony kalkulator. Ale to?", wskazał głową za siebie. "To nie jest normalne! To nie jest, kurwa normalne by trzymać to przy sobie dzień i noc. Jeść z tym. Rozmawiać z tym. Grać z tym, kurwa mać, w jebane szachy!"

Splunął generałowi pod nogi, patrząc mu w oczy z gniewem.

"Pieprzyć się z tym.", syknął, a jad w jego głosie mógłby zawstydzić gniazdo żmij. "To nie jest normalne."

Siedzący w fotelu mężczyzna pokręcił smutno głową. Ton głosu porucznika powiedział mu więcej niż jakiekolwiek słowa. Wszystko co potrzebował wiedzieć.

"Więc do tego się to wszystko sprowadza?", spytał cicho. "Możesz znieść że dla mnie walczy, że odpowiada za nadzór broni i sprzętu, ale nie potrafisz znieść że mógłbym z nią sypiać?

Pokręcił głową ponownie, jakby w niedowierzaniu.

"To takie banalne...", dodał. "Takie żałośnie... ludzkie."

Larson parsknął, ale nie powiedział nic. Cisza otoczyła ich na chwilę niczym całun, gdy każdy z mężczyzn zastanawiał się nad tym co dalej.

"Wiesz co w tym wszystkim jest najzabawniejsze?", spytał w końcu cicho Connor.

Ze strony porucznika nie nadeszła żadna odpowiedź. Nie wiedział, nie chciał wiedzieć lub po prostu miał to gdzieś.

"Ze wszystkich rzeczy które wymieniłeś", podjął ponownie generał nie przeszkadzając sobie milczeniem rozmówcy, "ta której nie możesz przełknąć, jest równocześnie jedyną która nie ma nic wspólnego z prawdą."

Oczy Larsona skupiły się ponownie na siedzącym w fotelu mężczyźnie.

"Widziałem jak na nią patrzysz, Connor...", syknął, "Komu próbujesz wciskać kit?"

Generał wstał powoli, podchodząc do skrępowanego przez cyborga, klęczącego na ziemi mężczyzny. Nachylił się nad nim, jego twarz ledwie parę centymetrów od twarzy porucznika, spojrzenie wbijające się w jego oczy.

"Nigdy z nią nie spałem." , szepnął cichym, ledwo słyszalnym głosem w którym jakimś cudem kryła się siła huraganu.

Larson spuścił głowę. Nie mógł patrzeć w te oczy. Nie mógł mu zaprzeczyć, nie kiedy stał przed nim, patrzył na niego i mówił to w taki sposób. Słyszał jak Connor podnosi się powoli obok niego i powoli docierało do niego że rozmowa dobiegała końca.

"Co teraz...?", szepnął cicho. "Zabijesz mnie?"

Connor pokręcił lekko głową.

"Chciałbym.", odparł zimno. "Naprawdę bym chciał. Problem jednak w tym, że waszą śmierć bardzo łatwo zmienić w męczeństwo a ja mam już wystarczająco dużo problemów ze swoimi ludźmi po tym co zrobiłem by was złapać."

Spojrzał z powrotem na Larsona, a jego wzrok z jakiegoś powodu nie niósł w sobie pocieszenia.

"Opuścicie bazę w przeciągu godziny. Możecie zachować ubranie, nóż, manierkę wody i jedzenie na jeden dzień. Jeśli zobaczę was ponownie w promieniu pięciu kilometrów od jakiejkolwiek placówki Tech-Comu, dam rozkaz otwarcia ognia."

Były porucznik parsknął.

"Mógłbyś nas po prostu zabić", rzucił, "na jedno wychodzi."

"Nie dla ludzi Larsonie.", odparł spokojnie John Connor. "Nie dla ludzi."


Mieszkańcy bazy Carey patrzyli poruszeni, jak prowadzeni środkiem wielkiej sali dwaj mężczyźni zbliżali się powoli do szybu stanowiącego jedno z wyjść z kopalni. Tym razem nie było żadnych rozkazów, żadnych oficjalnych zebrań. Plotka i zwykła ludzka ciekawość dopełniła dzieła.

Sytuację obserwował też, w towarzystwie zarówno Cameron jak i Tarii sam John Connor, jego spojrzenie zacięte, twarz pozbawiona jakichkolwiek emocji.

Na moment przed zniknięciem im z oczu w wyjściowym szybie, były porucznik Larson spojrzał na chwilę w oczy generała. Była w tym spojrzeniu złość i obietnica. Potem zaś ruszył na górę, w towarzystwie swojego wychowanka.

Generał odwrócił spojrzenie w stronę stojącego po jego lewej stronie T-1001.

"Znasz swoje rozkazy, Biały Kruku."

Istota skinęła głową.

"Oko za oko." , odparła. "Ząb za ząb."

"Nie bliżej niż pięćdziesiąt mil stąd. Chyba że coś zabije ich wcześniej. I żadnych ciał które można by znaleźć."

Taria skinęła głową ponownie, a Connor odwrócił się i ruszył do swoich kwater w towarzystwie samej tylko Cameron.

Każda wojna opierała się na oszustwie.

Każda wojna była też okrutna.

C.D.N. w Epilogu