Cześć! Na wstępie chciałabym przeprosić za dość późną aktualizację. Rozdziały są obecnie betowane i jest przy nich sporo pracy, więc wypadł jeden poniedziałek ;) Dziękuję również za wszystkie komentarze - już się zabieram do odpowiadania na nie poprzez wiadomość prywatną! Na szczęście mam w perspektywie dwa tygodnie wolnego, więc myślę, że uda mi się ogarnąć wszystko na bieżąco.

Betowaniem zajęła się przecudowna misqa, która opiekuje się obecnie poprzednimi rozdziałami.


-Rozdział Czwarty-

Złe Posunięcia

Tempus – mruknął Harry, wpatrując się bezmyślnie w punkt przed sobą, gdzie według wszelkiego prawdopodobieństwa powinien znajdować się udrapowany kotarą sufit. Słaby rozbłysk zaklęcia poinformował go, że była godzina piąta. Tak mu się przynajmniej wydawało, bo nie miał okularów – cały świat tworzyła mozaika plam, które mogły być czymkolwiek. A może chodziło o szóstą?

Niezręcznie odwrócił się na bok, gdy do jego uszu dotarł cichy jęk. Zastygł w przybranej pozycji, ale po chwili namysłu doszedł do wniosku, że musiał się przesłyszeć. Zadziwiające, jak czasem stare sprężyny potrafiły naśladować ludzki głos...

Kojąca ciemność zaczynała się już przejaśniać, co sprawiało, że czuł się odsłonięty. Przez całą noc nie mógł zmrużyć oka, zbyt pochłonięty myślami – wspomnienia z poprzedniego dnia mieszały się z tymi z Komnaty, raz po raz zahaczając o proces Riddle'a, uciążliwe przesłuchania i wczorajszą rozmowę z Ronem.

Nagle dobiegło do niego szuranie i szamotanie. Jęk, który uparcie wyparł ze świadomości jeszcze kilka chwil wcześniej, rozległ się ponownie, docierając od strony łóżka jego przyjaciela. Najwidoczniej Ron również nie potrafił zasnąć. A może właśnie się obudził.

Na myśl o Ronie poruszył się niespokojnie, po raz kolejny zmieniając swoje ułożenie. Już wcześniej niezbyt komfortowo czuł się sam ze sobą, ale pierwsza rozmowa z Ronem tylko to pogłębiła – nie mógł znieść tego, że Ron obwiniał siebie, podczas gdy to on był odpowiedzialny za śmierć jego siostry. Nie był pod żadnym względem lepszy od Riddle'a, nie miał jednak odwagi otwarcie tego przyznać. Był tchórzem i wiedział o tym, że kieruje nim egoizm – nie chciał stracić Rona, więc chronił siebie samego.

Był kłamcą.

Powinien był przewidzieć, że jak zwykle będzie zdany tylko i wyłącznie na siebie. Nikt nie zamierzał uświadamiać go w sprawie Riddle'a i nikt poza Hermioną o niczym z nim nie rozmawiał. Traktowano go jak dziecko, irytująco kręcące się pod nogami – a po tym, jak Dumbledore bezceremonialnie zignorował go po rozprawie, Harry nie zamierzał zrezygnować ze swojej dumy, by jeszcze raz spróbować do niego podejść.

– Harry, śpisz?

Drgnął, rozpoznając stłumiony głos zaspanego Rona. Przez chwilę miał zamiar całkowicie go zignorować, ale szybko zmienił zdanie. Nie chciał przed nim udawać.

– Nie, już wstałem – kłamstwo samo cisnęło się na usta. Wypowiedział je na głos, nim zdążył się powstrzymać.

Kiedy, do cholery, zaczął kłamać bez powodu?

– To... to dobrze. Wiesz, śniła mi się Komnata.

Ron nie powiedział nic więcej, a Harry przygryzł wargę, zastanawiając się, jak uniknąć tej rozmowy. Ostre ukłucie wyrzutów sumienia natychmiast wytknęło mu tchórzostwo. Coraz częściej przyłapywał się na tym, że nie chciał na ten temat rozmawiać, choć z drugiej strony czuł palącą potrzebę znalezienia rozwiązania – miał jednak wrażenie, że trafił w ślepy zaułek, a sytuacja była patowa.

– Nie mogę uwierzyć, że niczego nie zauważyłem. Powinienem być... powinienem być lepszym bratem.

Nie. To on powinien być lepszym przyjacielem.

– Źle się za to zabraliśmy, Ron. Skupiliśmy się na Malfoyu, zamiast... Po prostu było już za późno. Gdyby nie Lockhart, mielibyśmy jeszcze chwilę czasu, ale nie wiedzieliśmy nawet, na co się piszemy.

To nie była do końca prawda, Harry miał tego świadomość. Mieli nieskończoną ilość czasu i pamiętnik Riddle'a pod samym nosem, nim jeszcze wydarzyło się cokolwiek. On miał go pod nosem, nie wspominając o tym, że poznał jego naturę. Ale zamiast myśleć logicznie, zrobił najgorszą głupotę, jaką w tamtej chwili mógł zrobić – zachował wszystko dla siebie, by rozwiązać problem samodzielnie.

A najgorsze było to, że niczego się nie nauczył i wciąż myślał tylko o tym, jak pokonać Riddle'a.


Tom, wsparty o umywalkę, spojrzał na swoje odbicie w lustrze.

Blada twarz zastygła w wyrazie chłodnej wściekłości, a oczy odbiły czający się w nim mrok. Zacisnął mocniej dłonie na porcelanowych krawędziach, starając się opanować biorące górę emocje. Wrząca w żyłach krew rozpalała do białości instynkt destrukcyjny, wiedział jednak, że musi się uspokoić. Pomyśleć.

Zamknął oczy i starając się rozluźnić, nieśpiesznie zaciskał i rozprostowywał palce. Pod wpływem złości magiczne obręcze wokół jego nadgarstków przybrały kolor fioletowy, teraz z wolna stygnąc i na powrót przyjmując odcień chłodnego błękitu.

Wyglądało na to, że pozbycie się klątwy trochę jeszcze potrwa. Została dobrze skonstruowana – zapętlała część jego magicznego rdzenia, uniemożliwiając mu samodzielne pozbycie się obręczy, gdyż potrzebną do tego moc blokowało samo zaklęcie. Tworzyła rodzaj supła, który przy okazji każdej próby przekroczenia granicy, powodował zator energii zwracający ją z powrotem.

Całkiem imponujące.

Oderwał w końcu dłonie od umywalki, beznamiętnie rozwijając rękawy szkolnej koszuli. Brak sukcesu nie był wielkim zaskoczeniem, nie sądził zresztą, by poszło mu tak łatwo. Zaklęcia Dumbledore'a zawsze były sprytne – musiał przyznać, że stary głupiec miał do tego rękę.

Poprawił swój zielono-srebrny krawat, upewniając się, że jego twarz nie wyrażała nic, poza uprzejmą obojętnością. Musiał jeszcze wstąpić do gabinetu Severusa Snape'a – zajęcia jeszcze się nie rozpoczęły, więc spodziewał się, że tam właśnie zastanie Mistrza Eliksirów. Był ciekaw nowego opiekuna Slytherinu, tak niepodobnego do Horacy'ego Slughorna – głównie wiodła go tam jednak sprawa rozkładu zajęć, której wyjaśnienie chciał już mieć za sobą.

Gdy opuścił dormitorium i opustoszały Pokój Wspólny, w lochach kręcili się już pierwsi Ślizgoni, wracający ze śniadania. Większość z nich rzucała mu ukradkiem powściągliwe spojrzenia, zignorował je jednak, kierując się w głąb podziemi. Jego gładki i sprężysty krok zdradzał znajomość zamku i był odznaką chłodnego opanowania. Temperatura w tej części korytarza obniżała się, zamieniając jego oddech w delikatną parę, a mosiężne drzwi komnat opiekuna Slytherinu okazały się zimne jak lód. Nie poświęcając temu większej uwagi, zastukał w nie kołatką.

– Wejść.

Bezszelestnie skorzystał z zaproszenia, przywołując na twarz pełną ciekawości nieśmiałość. Poświęcił chwilę, by rozejrzeć się po znajomym pomieszczeniu, które przez ostatnie pół wieku nie zmieniło się w ogóle. Albo prawie w ogóle, biorąc pod uwagę brak niezliczonych fotografii wychowanków Slughorna, stojących obok zbędnych bibelotów, które tamten dostawał w prezencie.

– Profesorze Snape? – szare oczy skierowały się wreszcie się na pochyloną nad biurkiem sylwetkę czarodzieja.

– Czemu zawdzięczam tę przyjemność, Riddle? – wycedził zapytany, nie podnosząc głowy i od razu przechodząc do sedna sprawy. Machnął ostro dłonią, jak gdyby chciał odpędzić niepotrzebną wymianę grzeczności.

Tom rzucił przelotne spojrzenie na dopiero co zamkniętą księgę, po czym wyprostował się, wyciągając z kieszeni szaty schludnie złożony pergamin. Źródło irytacji Snape'a nie leżało w obrębie jego zainteresowań, w interesie ich obu był szybki koniec spotkania.

– Nie chcę pana niepokoić, profesorze, ale nastąpiła pomyłka. Wczoraj wieczorem wręczono mi plan zajęć dla piątego roku, podczas gdy, jak podejrzewam, jestem na roku szóstym.

Na te słowa brwi Snape'a uniosły się w dobrze odwzorowanym, ironicznym zdumieniu.

– Nie orientuję się, co prawda, w programie nauczania sprzed pięćdziesięciu lat – Mistrz Eliksirów wsparł się dłońmi o blat, szyderczo przeciągając głoski – ale wygląda na to, że wzrastający z roku na rok poziom edukacji był przyczyną unieważnienia twoich SUMów. Dyrektor zdecydował, że zostaniesz przyjęty z powrotem na rok piąty.

Dłoń Riddle'a drgnęła, nieznacznie mocniej zaciskając się na papierze.

– Przepraszam, profesorze? Obawiam się, że nie rozumiem.

Ton jego głosu znacznie się ochłodził. Wbił spojrzenie w plecy Severusa Snape'a, gdy ten z łopotem szat skierował się w stronę szafek z ingrediencjami, ignorując jego obecność.

– Nie widzę powodu, by kontynuować ten temat, Riddle. Szczegóły tej decyzji nie mieszczą się w ramach moich zainteresowań, ale sądzę, że dyrektor z przyjemnością przedyskutuje z tobą kierujące nim motywy.

Zacisnął szczękę, sztywno chowając swój plan zajęć do wierzchniej kieszeni szaty. Zamknięcie go na dłużej w Hogwarcie było dość przewidywalnym posunięciem, jakkolwiek bezowocnym. Według nowych dokumentów za cztery miesiące miał skończyć siedemnaście lat i nie było nawet cienia możliwości, by ktoś spróbował go zatrzymać.

Choć chciałby, żeby spróbowali.


– Dzień dobry – nowy nauczyciel uśmiechnął się, kładąc na biurku swój podniszczony neseser. – Nazywam się Remus Lupin i w tym roku będę prowadzić zajęcia z Obrony Przed Czarną Magią, której najlepiej uczy się w praktyce. Dlatego też muszę was poprosić, żebyście schowali podręczniki.

Harry poczuł się mile zaskoczony, chowając do torby wyjęty uprzednio podręcznik. Zarówno Lockhart, jak i Quirrel, skupiali się raczej na teoretycznej stronie przedmiotu, rzadko kiedy decydując się na zajęcia praktyczne. Ostatnim razem, gdy na Obronie kazano im wyjąć różdżki, cała klasa została zaatakowana przez chochliki kornwalijskie.

Przyjrzał się uważniej Lupinowi, czekając, aż ten skończy sprawdzać obecność. Wyglądał nieco lepiej niż podczas uczty powitalnej, wciąż jednak blada twarz i podkrążone oczy zdradzały jego słabe zdrowie. Tu i ówdzie skórę profesora przecinały niezbyt estetyczne blizny, niektóre z nich wyglądające na całkiem świeże. Musiał to być człowiek dobrze wyprawiony w walce, w przeciwieństwie do nieskazitelnego Lockharta, który całymi dniami podpisywał autografy.

– Harry Potter?

– Tutaj, profesorze – odparł niepotrzebnie, ani trochę nie zaskoczony tym, że został rozpoznany. Zdążył się już przyzwyczaić do tego, że nie musiał się przedstawiać.

Lupin posłał mu lekki uśmiech, kontynuując sprawdzanie listy. Harry zastanawiał się przez chwilę, ile mógł mieć lat i czy było to możliwe, by znał jego rodziców. Wyglądał na kogoś, kto chętnie wysłuchałby ucznia i do kogo można się było zwrócić w razie jakichkolwiek problemów. Już teraz czuł do niego coś w rodzaju sympatii i miał nadzieję, że przeczucia go nie zawiodą.

– Ron, wszystko w porządku? – za jego plecami rozległ się szept Hermiony, pochylającej się ku nim poprzez swoją ławkę.

– Nic mu nie jest, po prostu wziął eliksir – odpowiedział odruchowo Harry, wciąż mając świeżo w pamięci wizytę w Skrzydle Szpitalnym. – Nie spał dziś zbyt dobrze.

Ron był jeszcze bledszy niż profesor Lupin. Bez życia wspierał twarz na dłoni, opartej łokciem o blat ławki. Mruknął coś w odpowiedzi, przecierając palcem oko, ale ani Harry, ani Hermiona nic z tego nie zrozumieli. Madame Pomfrey musiała nieco przedobrzyć z eliksirem relaksującym, zorientował się Harry. Wiedział jednak, że to ich wieczorna rozmowa była przyczyną, dla której Ron w ogóle potrzebował pomocy.

Hermiona ze zmartwieniem zwróciła się ku Harry'emu.

– Jak wam poszło?

Westchnął, śledząc wzrokiem Lupina, który właśnie zwijał pergamin.

– Mogło być gorzej – przyznał, starając się nie myśleć o tym, jak to się wszystko potoczy.

Ron najwidoczniej zmagał się z depresją, ale jak głęboką – tego madame Pomfrey nie chciała mu wyjawić. Harry'emu jak zwykle przypadła rola biernego obserwatora, tak, jakby w ogóle liczył na wyjątek od tej reguły. Irytowała go oczywista jawność takiego traktowania, nie zamierzał jednak tak łatwo dać się spławić. Miał prawo wiedzieć o wszystkim, był w końcu najważniejszym celem cholernego Voldemorta.

Tak czy inaczej dojdzie do odpowiedzi, z Dumbledore'em lub bez.

– Tematem dzisiejszych zajęć jest zaklęcie rozbrajające – oznajmił Lupin, skończywszy sprawdzanie obecności. – Stosunkowo proste i bardzo przydatne w walce, będzie jednak wymagało od was pewnej ilości ćwiczeń.

Na znak nauczyciela wszyscy wyciągnęli różdżki, a nagłe poruszenie wyrwało Harry'ego z zamyślenia. Kątem oka zauważył, że Ron wciąż trwał pogrążony w sennym półamoku – ten widok wywołał u niego nieprzyjemny skurcz żołądka, za którym szybko podążyła fala wyrzutów sumienia. Nim zdołał zdusić w sobie poczucie winy, usłyszał kroki Lupina, szybko zmierzającego w ich kierunku.

– Jest pod wpływem eliksiru uspokajającego, profesorze – już otwierał usta, gdy wyprzedziła go Hermiona. – Musiał zażyć o dwie krople za dużo, myśli pan że powinniśmy...

– Mogę odprowadzić go do Skrzydła Szpitalnego – zaproponował szybko Harry – Ja, ehm... jestem jego przyjacielem.

Czuł się jak pierwszoroczniak, usilnie próbujący nie okazywać zdenerwowania. Na szczęście profesor Lupin nie zwrócił uwagi na jego dziwne zachowanie i z wyraźnym zaniepokojeniem przyłożył dłoń do czoła nieprzytomnego Rona. Ten jedynie wybełkotał coś niezrozumiale, odchylając się na krześle – niezbyt najwyraźniej świadomy tego, co się wokół niego dzieje.

– Był w dobrym stanie, kiedy wszedł do sali, Profesorze – Hermiona, dostrzegając nagłą bladość Harry'ego, pospieszyła z wyjaśnieniami.

Harry był jej za to wdzięczny. Ostatnie, czego chciał, to tłumaczyć się przed Lupinem z okoliczności, w jakich Ron znalazł się w tym stanie.

– W porządku, Harry... Hermiono – Lupin uspokajająco podniósł dłoń, by uciszyć ich oboje. – Zdaje się, że wasz przyjaciel rzeczywiście zażył zbyt dużą dawkę eliksiru. Rozsądnie będzie odprowadzić go do pani Pomfrey. Chcesz to zrobić, Harry?

Skinął głową, w milczeniu podnosząc się z krzesła. Z ulgą przyjął brak niewygodnych pytań, na które nie miał ochoty w tej chwili odpowiadać. Wiedział, że Ron wciąż znajdował się pod wpływem szoku wywołanego ich pierwszym spotkaniem, a obecność Riddle'a i rozdrapująca rany rozmowa nie polepszały sytuacji.

Czegokolwiek by teraz nie zrobił, pozostawał dla niego częścią wspomnienia o Komnacie Tajemnic.

Z Ronem wspartym na barkach opuścił salę, odprowadzany ciekawskimi spojrzeniami zagonionych do pracy uczniów. Pusty korytarz pomógł mu nieco rozluźnić napięte nerwy, dzięki czemu nawigowanie ich obu stało się łatwiejsze. Wciąż jednak nie było to proste, bo różnica wzrostu między nimi konsekwentnie się pogłębiała. Harry w ciągu tych wakacji urósł nie więcej niż dwa cale, co w porównaniu do wzrostu Weasleyów było wynikiem dość marnym.

– Ha...rry? M-muszę do łazienki.

– Zaraz będziemy na miejscu – sapnął, jedną ręką wsparty o balustradę.

Na szczęście Ron poruszał się dość swobodnie, inaczej nie dałby rady wygramolić się z nim z klasy. Cała sytuacja nieprzyjemnie kojarzyła mu się z Komnatą – z tym, jak razem z Ronem próbowali dźwignąć nieprzytomnego Lockharta. Syknął, odrzucając od siebie nieprzyjemne myśli, gdy wreszcie weszli na odpowiednie schody. Te ruszyły z szarpnięciem.

Oparł się ciężko o kamienną poręcz, zdecydowanym uściskiem na ramieniu przytrzymując przyjaciela w miejscu. Ron zachwiał się sennie, zasłaniając twarz dłonią, a Harry wzmocnił uścisk, by nie pozwolić mu zasnąć. Schody obróciły się w prawo, mijając salę transmutacji...

Serce na moment przestało mu bić, gdy napotkał spojrzenie dobrze znanych oczu, wwiercających się w jego własne lodowatą szarością.

Czas nagle się zatrzymał. Harry odkrył, że nie jest w stanie się ruszyć, bo siła wzroku Riddle'a przyszpiliła go w miejscu, przeciągając w nieskończoność każdą sekundę kontaktu. Zapomniał, że stoi na schodach, trzymając Rona za szatę, zupełnie sparaliżowany intensywnością tego połączenia. Oszałamiająca aura, otaczająca Dziedzica Slytherina, upodabniała go do drapieżnika, który zaraz miał zaatakować, zanurzając kły w ciele swojej ofiary…

Harry gwałtownie odwrócił głowę, czując, jak złość i odraza ściskają mu żołądek. Wszystko trwało nie więcej niż parę sekund, nim Riddle zniknął z pola widzenia, a schody zatrzymały się z trzaskiem. Tyle jednak wystarczyło, by wytrącić go z równowagi i pozostawić wzburzonego. Próbując opanować emocje, zacisnął mocno szczęki – nie miał czasu myśleć teraz o cholernym Tomie Riddle'u. Nie, kiedy musiał się skupić na dojściu do Skrzydła Szpitalnego.

Jego podświadomość nie podzielała jednak tej opinii, uparcie centralizując się wokół szesnastoletniego Voldemorta. Nie mógł zapomnieć tego przeklętego spojrzenia, tak pełnego arogancji i poczucia własnej wyższości. Nienawidził towarzyszącego mu wtedy uczucia osaczenia, tym bardziej, że dał się zaskoczyć – pozwolił się zdewaluować, nim zdążył choćby pomyśleć.

Przygryzł wargi, gdy wreszcie dotarli przed wysokie, dwuskrzydłowe drzwi na końcu szerokiego hallu. Pchnął je butem, ostrożnie manewrując Ronem, zbyt rozkojarzony, by usłyszeć panią Pomfrey.

Wiedział, że nie jest dobrym przyjacielem i nic nie mógł na to poradzić.
Cała jego uwaga skupiała się na Riddle'u, nie zostawiając wiele miejsca dla kogokolwiek innego.


– Zaklęcie, nad którym będziemy dziś pracować, to Mutatio Chelonidea, zamieniające obiekt w żółwia morskiego. W zeszłym roku poradziliście sobie z przemianą przedmiotów w ssaki, więc mam nadzieję, że większość z was nie będzie miała problemu z tym poziomem transmutacji.

Z tym poziomem transmutacji.

Gdyby Tom nie miał w zwyczaju panować nad emocjami, chowałby właśnie twarz w dłoniach. Jeśli otaczający go uczniowie, będąc na piątym roku, naprawdę nie znali tego typu zaklęć, nie chciał wiedzieć, jak wyglądają SUM-y. Dopiero teraz dotarło do niego, że Snape sobie z niego zakpił.

Nie dość, że ciążył na nim Namiar i magiczna kuratela, to jeszcze został uziemiony w Hogwarcie, którego jakość edukacji była co najmniej wątpliwa. Pięćdziesiąt lat rozwoju wszystkich dziedzin magii, niezliczona ilość odkryć i rewolucyjnych wynalazków. Lata badań najwybitniejszych czarodziejów i najznamienitszych czarownic, a wszystko to po to, by na piątym roku uczono przemieniać kieliszki w żółwia morskiego.

Uniósł brwi, obserwując, jak Minerwa McGonagall prezentuje ruch nadgarstka. Sam nie poruszył się, gdy uczniowie wokół niego zaczęli wyciągać różdżki, by lepiej lub gorzej odwzorować jej manewr. Choć od całej klasy dzielił go rok różnicy, przepaść w umiejętnościach rozciągała się na lata – jego piąty rok był zapewne ich siódmym, a nie uwzględniał przy tym wiedzy, którą zdobył samodzielnie.

– A teraz inkantacja: Mutatio Chelonidea, akcent na drugą i trzecią sylabę. Bez użycia różdżek.

Musiał przyznać, że sieć Dumbledore'a, w której obecnie się znajdował, była dość dobrze przemyślana. Gdyby tylko w Komnacie Tajemnic nie pozwolił sobie na testowanie Pottera, z pewnością miałby teraz ciekawsze zajęcia, niż to. Nie tylko dał się zaskoczyć, nie doceniając przeciwnika, ale w dodatku połknął przynętę w postaci Złotego Chłopca.

– Widzę, że się pan nudzi, panie Riddle. Z pewnością więc zechce pan zaprezentować ćwiczone zaklęcie?

Dźwięk oschłego głosu wicedyrektorki wyrwał go z zamyślenia, gdy podniósł wzrok, by przyjrzeć jej się przelotnie. Uśmiechnął się w odpowiedzi, obracając pod palcami leżącą na blacie różdżkę.

– Oczywiście, pani profesor.

Niewerbalna transmutacja złotego pucharu w średniej wielkości żółwia zajęła mu dwie sekundy. Pozwolił profesor McGonagall z dezaprobatą zacisnąć usta, po czym jak gdyby nigdy nic, cofnął rzucone zaklęcie. Spojrzał na nią pytająco, choć jego oczy odbijały wyłącznie drwinę.

– Dziesięć punktów dla Slytherinu – skomentowała cierpko i, nie poświęcając mu więcej uwagi, odwróciła się w stronę sali. - Będę pamiętać, by następnym razem dostał pan trudniejsze zadanie.

Nie mógł się już doczekać.

/