Obudziła się rozpalona. Boleśnie odczuwała obecność każdej komórki ciała, miała dreszcze. Jeszcze dobrze nie otworzyła oczu a już wiedziała, że jest chora, co w pewien sposób ją ucieszyło – stąd ta potrzeba snu i wczorajszy wybuch emocji – prawdopodobnie była już pod wpływem gorączki.
Sherlocka nie było obok, ale jej laptop owszem, otwarty z wygaszonym ekranem. Dotknęła go i niemal syknęła, ale nie wiedziała, czy to urządzenie, czy ona była tak gorąca.
Zamknęła oczy, ale to nic nie dało, zamiast tego zobaczyła kolorowe cienie wirujące jej pod powiekami.
-Molly?
Jak zwykle ją zaskoczył. Chciała mu odpowiedzieć, ale w tej samej chwili znów dostała dreszczy. Było jej tak zimno...
-Molly? Wszystko w porządku?
-T-tak... - Odpowiedziała szczękając zębami.
Nie słyszła jak podchodzi, ale po chwili na jej czole pojawiła się chłodna dłoń i znów poczuła gorączkę.
-Wstań i się rozbierz – zarządził.
Z wrażenia aż usiadła na łóżku i spojrzała na niego wielkimi oczyma.
-Ale... ja... nie mogę! - wykrztusiła.
-Aż taka słaba nie jesteś. Nie każ mi się powtarzać.
-Ale przecież ty... Ty nigdy nie chciałeś, a ja... ja teraz nie mam siły.
Wyraźnie zgubił wątek.
-O czym ty mówisz? Miałaś na myśli seks? Molly? Molly...? Molly, do cholery!
Dziewczyna przestała kontaktować.
Pierwszym co zobaczyła, była słuchawka od prysznica, a sekundę później poczuła lodowaty strumień wody na ciele. Wrzasnęła i zwinęła się w kulkę, czując jak echo okrzyku odbija jej w głowie, za każdym razem boleśnie pulsując. Przez szmer wody słyszała, że ktoś coś do niej mówi, ale nawet nie próbowała skupić się na treści słów. Woda spływała na nią wciąż, mokre włosy lepiły się do nagiego ciała... Nawet nie próbowała wnikać w to, w jaki sposób ją rozebrał. Czuła się jak małe, skrzywdzone dziecko i nawet nie próbowała powstrzymać płaczu, o którym wiedziała tylko ona...
Sherlock szybko zakończył jej męczarnie. Podniósł ją z dna wanny, jakby ważyła tyle co nic (skąd ten chudzielec miał na to siłę?! Nie ważne, zastanowi się nad tym później...) i przeniósł na łóżko, gdzie mocno wytarł jej przemarznięte ciało szorstkim ręcznikiem. Owinął ją czymś ciepłym (czy to był jego płaszcz?!) i próbował nakłonić do snu, ale uczepiła się jego rękawa i patrzyła błagającym wzrokiem.
- Zostań.
Cichy szept, który przecież mógłby olać, udać, że nie usłyszał... Więc dlaczego tego nie zrobił? Dlaczego, do cholery jej nie zostawił? Dlaczego został, dlaczego położył się razem z nią, objął lekko i pozwolił by wysunęła się spod jego płaszcza i całym ciałem do niego przylgnęła? Okrył ich kocem, leżącym dotąd, bezużytecznie i już po chwili spała. Nie wiedział co począć z rękoma. Była przytulona do niego z całych sił, ale chyba zapomniała, że jest naga. Ostatecznie jedną rękę wsunął jej pod głowę a drugą łagodnie położył na jej gładkich plecach.
Nie wiedział. Nie rozumiał. Dlaczego była taka ufna? Przecież to był... On. Człowiek do którego się dzwoni kiedy kogoś zamordują, kiedy ktoś zginie, a nie komu się ufa!
Znów nie spał. Leżał wpatrując się w ciemność i nasłuchiwał jej oddechu. Oddychała ciężko, lekko chrapliwie (zapalenie płuc?). Kiedy po raz kolejny nieświadomie się o niego otarła, a on „zareagował" czysto męską erekcją, poczuł, że jest bardzo złym człowiekiem, a Molly Hooper powinna trzymać się od niego z daleka.
