4.

Dochodziła szósta, kiedy pożegnałem śliczną Trudy i uzbrojony w zdjęcie niezbyt przystojnego, moim skromnym zdaniem, Guido, ruszyłem w miasto, by coś przegryźć. Szukanie na głodniaka mijało się przecież z celem, zresztą, o tej porze, niewiele mogłem już załatwić. Poszedłem więc, do mojej ulubionej knajpy- „ Smaki Wielkiego Świata" i zamówiłem to, co zwykle. Jakiś kwadrans później, zjawiła się Berta, znajoma kelnerka, której kiedyś załatwiłem sukienkę od Versace niemal za frico (wyszło tanio, bo, obok nazwy, na metce widniał jeszcze napis „Made in China"), i która od tamtego czasu, stała się jedną z moich stałych klientek.

-„ Cześć, Howie!"- uśmiechnęła się szeroko na widok mojej skromnej osoby. –„ Przyszedłeś coś zjeść, czy masz na zbyciu jakieś cudeńka po okazyjnej cenie?"- zapytała.

-„ Witaj, Bertie!"- odparłem. -„ Dawno się nie widzieliśmy, to nie wiesz, że już nie robię w tym biznesie. Zmieniłem branżę i teraz jestem prywatnym detektywem!"- dodałem dumnie, pokazując lśniącą odznakę, zdobytą z takim trudem. –„ Od dziś, będę tu przychodził wyłącznie na posiłki."

-„ Szkoda!"- powiedziała rozczarowana Berta. –„ Mam niedługo wesele w rodzinie i liczyłam, że coś mi znajdziesz…"

-„ Przykro mi, naprawdę, ale to już zamknięty rozdział w moim życiu. Teraz jestem porządnym obywatelem i prowadzę legalną firmę. Zgłoś się do mnie, kiedy twój były zapomni o alimentach, wtedy chętnie pomogę!"- zaproponowałem, podając jej swoją nowo wydrukowaną, stylową wizytówkę z telefonem i adresem mojej siedziby.

-„ Zapamiętam!"- odparła, biorąc karteczkę i wkładając ją sobie za stanik, po czym nalała mi kawy.

Muszę powiedzieć, że nigdzie w mieście nie piłem lepszej, a ta czajówa, którą serwowali w FBI, smakowała przy tym, jak zmielony węgiel. Nie wiem, co Berta dodawała do swojego naparu, ale to było istne dzieło sztuki kulinarnej…

-„ Coś jeszcze?"- spytała, nim ruszyła po moje jedzonko.

-„ Nie dzięki!"- odparłem grzecznie i w oczekiwaniu na posiłek, wyjąłem z kieszeni zdjęcie poszukiwanego oszusta. Jak facet był Włochem, to ja jestem zakonnicą! Wysoki, chudy blondyn (no, może nie taki chudy, ale widziałem już lepsze mięśnie), stał na tle jakiegoś jeziora, albo szerokiej rzeki (trudno powiedzieć), trzymając w ręku wędkę i wielką rybę. Jako, że nauczony doświadczeniem, często oglądałem Discovery Chanel- nigdy nie wiadomo, jakie wiadomości mogą się w życiu przydać- niemal od razu skojarzyłem nazwę tego giganta. To był Bass wielkogębowy, jednak ta identyfikacja nie na wiele mi się przydała, bo owa ryba występuje w kilku różnych stanach, tak więc, szukanie tego miejsca, jest jak szukanie igły w sianie (ale mi się zrymowało!).

Rozczarowany pierwszym niepowodzeniem, schowałem fotkę z powrotem do kieszeni i zająłem się przyjemniejszymi sprawami. Właśnie na moim stoliku pojawiły się przysmażane ziemniaczki z apetycznym stekiem (dobrze wysmażonym, bo nie znoszę widoku krwi) i szpinakiem. Mamusia zawsze mówiła, że szpinak jest zdrowy, a ona się na tym zna, jak nikt! Wciągnąwszy do nosa boskie aromaty i nacieszywszy wzrok zawartością talerza, postarałem się, by ani krztyna z tych delicji się nie zmarnowała. Godzinę później, opuszczałem knajpę najedzony i gotów do działania, kłopot tylko w tym, że właśnie zrobiło się ciemno, a moje powieki zaczęły mi ciążyć. Skoro tak, jedynym rozsądnym wyjściem było udanie się na spoczynek, celem strawienia kolacji i nabrania sił przed jutrzejszymi poszukiwaniami. Jak postanowiłem, tak zrobiłem…

TBC