Chardonnays – ja twojego maila nie otrzymałam, wysłałam ci więc mojego. Liczę że go dostałaś.
Rozdział z nudów sprawdziła Grim – dziękuję.
Rozdział Trzeci
Pogrzebana prawda
Nie kłamstwa, lecz
prawda zabija nadzieję.
Jerzy Andrzejewski
Znajome uczucie wirowania przynosiło ulgę. Czując napięcie powoli opuszczające ciało starał się pozbierać myśli.
Czy to w ogóle była prawda?
Ostatnie minuty zdawały się tak nierealne, że nie był pewien, czy mu się to wszystko przypadkiem nie przyśniło.
Może to tylko koszmar, z którego zaraz się wyrwę?
- Czy Dumbledore naprawdę mógł mnie zaatakować? Czy rzeczywiście próbował mnie zabić? A może to wszystko tylko sobie wyobraziłem? Zaraz ciotka Petunia obudzi mnie waleniem w drzwi, prawda? Musi mnie obudzić…
Musi…
Gdy jego kolana zderzyły się z kamienną posadzką, a każdy nerw wypełnił ból, krzyknął,
boleśnie przywrócony do rzeczywistości. Przez kilka sekund gwałtownie łapał powietrze, wreszcie jednak zdołał zebrać się w sobie i zmusić do uchylenia powiek.
Ocierając rękawem zdradzieckie łzy rozejrzał się wokół, wzrokiem poszukując osoby, która go uratowała, jednak pomieszczenie, w którym wylądował, zdawało się puste.
Kto mnie tu przeniósł?
Słabe oświetlenie utrudniało zobaczenie szczegółów, ale to, co zdołał zauważyć w zupełności wystarczyło mu do zrozumienia, że jest w tym miejscu pierwszy raz w życiu. Wodząc wzrokiem po rozciągniętej przed kominkiem tygrysiej skórze oraz ostrzach mieczy nawet w tak nikłym świetle, błyszczących na jednej ze ścian, zadrżał mimowolnie.
- Gdzie ja właściwie jestem?
- W moim domu.
Słysząc za sobą cichy szept, odwrócił się gwałtownie w stronę zbliżającego się od wejścia mężczyzny. Odległość, jaka ich dzieliła uniemożliwiała dostrzeżenie rysów twarzy, jednak długie, jasne włosy momentalnie uzmysłowiły mu, z kim ma do czynienia:
- Malfoy.
Pięknie, czyżbym trafił z deszczu pod rynnę? Dlaczego znalazłem się w domu samego Lucjusza Malfoy'a? Czemu mi pomógł? Czy miał w tym jakiś interes? A może ta pomoc była tylko po to, by oddać mnie prosto w łapska Voldemorta? Tylko, jeśli chciał zaskarbić sobie jego łaskę, nie prościej mu było poczekać jeszcze parę sekund i zabrać mnie martwego?! I czemu przeniósł mnie tutaj, zamiast od razu wrzucić do lochu?
- Ardor! - Spiął się, słysząc nieznane zaklęcie, jednak różdżka Malfoy'a nie była wycelowana w niego.
Ledwie przebrzmiała ostatnia sylaba, błysnęło i nagle całe pomieszczenie zalało pomarańczowe światło wypływające z kandelabrów. Zaskoczony przez kilka sekund rozglądał się wokół, zaraz jednak znów skupił wzrok na Malfoy'u. Zauważając, że ten podchodzi bliżej, spróbował się odsunąć, jednak przeszywający ból w zranionym kolanie, szybko na powrót usadził go w miejscu.
- Nie uciekaj. Chcę ci tylko pomoc dojść na sofę. Nie wydaje mi się, żeby siedzenie na lodowatej posadzce było lepszym rozwiązaniem.
Słysząc jego spokojne słowa prychnął. Jak na jeden wieczór miał już dość wysłuchiwania tego rodzaju kłamstw.
- Pomóc?! Teraz będziesz udawał mojego przyjaciela?! Dumbledore także mówił, że chce mi tylko pomóc! Zawsze tak mówił, a dziś usiłował mnie zabić! Próbował rzucić na mnie avadę! Nie chcę już niczyjej cholernej pomocy! Ani jego, ani twojej! Widziałem cię ostatnio na cmentarzu! Jesteś cholernym śmierciożercą! Dumbledore chociaż zabiłby mnie od razu, a dzięki tobie trafię na porąbaną sesję tortur piesków Voldemorta, więc chociaż oszczędź mi rozmowy z tobą! Skoro mnie porwałeś to odstaw mnie w końcu do Voldemorta i zejdź mi z oczu! - Gdy umilkł, aby zaczerpnąć oddech, Malfoy zbliżył się do niego ponownie.
Wzdrygnął się, czując jego mocny uścisk na ramieniu. Był pewien, że Malfoy zaraz go uderzy, ten jednak jedynie podciągnął go do pionu, podprowadził do stojącej przed kominkiem sofy i delikatnie usadził na niej.
- Co chcesz do picia? Kawa, herbata, sok? Wciąż jesteś trochę za młody, żebym zaoferował ci coś mocniejszego.
Do picia? Czy Malfoy właśnie…- jego mina musiała chyba być nieco ogłupiała, bo Malfoy westchnął i kierując się w stronę jednego z regałów, rzucił przez ramię:
- Nie zamierzam cię zabić. Nie planuję również odstawienia cię na jakąkolwiek sesję tortur. Jeżeli cię to interesuje, to wiedz, że Czarnego Pana od kilku dni nie ma w kraju. Poza tym, on również nie czyha na twoje życie. Gdyby Czarny Pan istotnie chciał cię zabić, uczyniłby to w czasie trzeciego zadania turnieju.
- Przecież próbował! Uciekłem mu!
- Dał ci uciec. Żadne z zaklęć rzuconych przez Czarnego Pana, nie miało pełnej mocy. Nie chciał cię zabijać, jednak twoja ucieczka musiała być czystym fartem w oczach Dumbledore'a.
Nie chciał… ale…
- Dlaczego niby mam ci uwierzyć? Może kłamiesz tak samo jak Dumbledore!?
- Nie oczekuję, że od razu mi uwierzysz. Chcę jednak żebyś wysłuchał, co mam ci do powiedzenia. Prawdę mówiąc, miałem nadzieję, że minie jeszcze kilka miesięcy zanim przeprowadzimy tą rozmowę, niestety ostatnie poczynania Dumbledore'a nieco zmieniły moje plany.
Kilka miesięcy? O czym on mówi? Dlaczego w ogóle ktoś taki jak Lucjusz Malfoy planował rozmowę ze mną?
Miał zupełny mętlik w głowie.
- Chcesz się czegoś napić?
Gdy Malfoy ponownie zadał mu to samo pytanie, wahał się jeszcze przez chwilę, w końcu jednak fakt, że nie miał nic w ustach od rana, zwyciężył.
- Może być herbata.
- Vario!
Pyknęło i w pomieszczeniu zmaterializowała się skrzatka. Jej wygląd w niczym nie dorównywał wyobrażeniom Harry'ego na temat służących Malfoy'ów. W czasie pierwszego spotkania, to co miał na sobie Zgredek, ciężko było nazwać rzeczą. Tymczasem stojące tu niewielkie stworzenie ubrane było w ładnie skrojoną sukienkę. Co dziwniejsze, w kolorach pomarańczy i bieli, a te nie pasowały mu do tradycyjnego domu mrocznych czarodziei. Poza tym, ani trochę nie wydawała się być zastraszona.
- Czy pan sobie czegoś życzyć?
- Tak. Dla mnie mocną kawę i herbatę dla naszego gościa.
- Panicz słodzić?
Dopiero po kilku sekundach, zrozumiał, że skrzatka kierowała to pytanie do niego. Zaprzeczył niepewnie. Gdy po jego geście, skłoniła się i znikła z cichym trzaskiem, wciąż bezmyślnie wpatrywał się w miejsce, gdzie stała jeszcze przed chwilą.
Po raz pierwszy ktoś nazwał mnie paniczem...
Mimowolnie potrząsnął głową, odpędzając od siebie głupie myśli, po czym po raz kolejny zerknął w kierunku Malfoy'a zdającego się szukać czegoś na jednej z półek. Cała ta sytuacja wydawała mu się nieco absurdalna. Miał wrażenie, że zaraz zostanie związany, a Malfoy szyderczo się zaśmieje. Chociaż nie chciał się do tego przyznawać nawet przed samym sobą, był przerażony.
- Chciałbym żebyś to przejrzał.- Ciche słowa wypowiedziane, pozbawionym wszelkich emocji, głosem sprawiły, że podskoczył. Starając się zatuszować drżenie własnych rąk, gorączkowo zastanawiał się, jakim cudem Malfoy tak szybko pokonał dzielącą ich odległość.
Przecież nie spuszczałem z niego wzroku! A on i tak… Jakim cudem?
Biorąc uspokajający oddech, skierował spojrzenie na trzymaną przez niego teczkę. Zdezorientowany sięgnął po nią, mimowolnie ciekaw, co tak właściwie ten zamierza mu pokazać.
- Wraz z narodzinami czarodzieja, w ministerialnym archiwum pojawia się taka teczka. W umieszczonej w niej dokumentacji znajduje się wszystko. Nie tylko dane osobowe czarodzieja, ale także informacje o każdym zranieniu i zmianie miejsca pobytu. Są w niej opisane również wszystkie ważniejsze wydarzenia z życia danej osoby.
- W jaki sposób...? - Nie wiedział jak to ująć. - Każdy szczegół? Czyżby wszyscy byli śledzeni? Przecież to niemożliwe! Jak niby…
- Magia. W chwili narodzin danego czarodzieja, struktura magiczna, jaką opleciony jest cały nasz kraj, automatycznie to rejestruje tworząc właśnie taką teczkę. W podobny sposób zostaje się zapisanym do Hogwartu.
- Rozumiem - odparł, chociaż wcale nie czuł, żeby pojął cokolwiek. To wszystko zdawało mu się zbyt surrealistyczne. Jeszcze przez niemal minutę spoglądał na leżącą na kolanach teczkę, nie bardzo nawet wiedząc, czego się spodziewać. Wreszcie jednak odetchnął i drżącą dłonią ją otworzył.
Na pierwszej stronie było tylko jedno zdanie
- Aleksander Christopher Malfoy - odczytał szeptem. – Kto to taki? I po co właściwie Malfoy mi to pokazuje? - Prawdę mówiąc w pierwszej chwili sądził, że to będzie jego własna teczka. Cóż, mimo wszystko poczuł ulgę.
- Alexander Malfoy, to mój młodszy syn.
Kolejny Malfoy? Czyli Draco ma brata!? Ale skoro tak, dlaczego nie ma go w Hogwarcie? Umarł?
Odsuwając od siebie takie rozmyślania, przewrócił kartkę. Następną stronę zajmowała metryka:
AKT TOŻSAMOŚCI
Imiona: Alexander Christopher
Nazwisko: Malfoy
Urodzony: 1. 08. 1980 r.
Ojciec: Lucjusz Martinus Malfoy
Syn: Martinusa Salazara Malfoy'a i Felicity Andromedy Malfoy z domu Krispin
Matka: Narcyza Selena Malfoy z domu Black
Córka: Rudolfa Wiktora Black'a i Alicji Nimfadory Black z domu Volfran
Zmarł: -
Nie ma daty...
Czyli ten chłopak żyje... Ale skoro tak, czemu nie poszedł do szkoły? A może uczęszcza do jakiejś innej? A zresztą, co mnie to obchodzi? Po co Malfoy w ogóle informuje mnie, że ma drugiego syna? Nawet nie zająknął się co do tego, co zamierza ze mną zrobić, a zamiast tego pokazuje mi coś takiego!
Nie szkoda mu czasu?
- Nie rozumiem… Dlaczego mi to pokazujesz?
- Pokazuję ci to, ponieważ jesteś najodpowiedniejszą osobą.
- Najodpowiedniejszą? Ale…
- To twoja metryka.
Moja? Jak… co on…Nie… O czym on w ogóle mówi! To zbyt absurdalne! To tylko jakiś głupi żart! To… to przecież nie może być moja teczka!
- Ha, ha, ha, bardzo śmieszne.
- To nie jest żart. Wiem, że ciężko ci w to uwierzyć, ale w chwili obecnej Alexander Christopher Malfoy i Harry James Potter, są jedną i tą samą osobą.
Jedną i tą samą osobą? Czyli naprawdę… nie! - momentalnie zerwał się na nogi, zupełnie nie zważając na ból w kolanie, ani na to, że kartki wysuwają mu się z dłoni i zawartość teczki rozsypuje się po posadzce.
- Czy ty chcesz mi powiedzieć, że jestem twoim… To kłamstwo! Nie zamierzam tego słuchać! Nie dam zrobić z siebie pośmiewiska! Jeśli chciałeś zabawić się czyimś kosztem, to źle trafiłeś! Skoro nie chcesz mnie zabić, to odstaw mnie na Pokątną! Sam sobie poradzę! Nie potrzebuję twojej cholernej pomocy!
- Jesteś moim synem. Czy ci się to podoba czy nie, dokumenty nie kłamią.
- Dokumenty? Jakie dokumenty! Może sam to napisałeś? A nawet jeśli są prawdziwe, to dlaczego niby miałyby opisywać mnie? Jaki masz na to dowód?
- List.
- List? – opadając ponownie na kanapę, powtórzył jego słowa, mimowolnie patrząc jak Malfoy podchodzi do stojącego z boku stolika i nalewa sobie bursztynowego płynu do szklanki. Patrzył jak upija z niej łyk i dopiero po tym odwraca się na powrót w jego stronę, mówiąc:
- Przed blisko piętnastu laty pochowaliśmy z Narcyzą dziecko, pewni, że to nasz syn. Jednak kilka miesięcy temu moja siostra przysłała mi list, w którym poinformowała mnie, że doszło do zamiany. Okazało się, że pochowaliśmy dziecko Potterów, a nie nasze. Ponadto zdradziła mi, że tej podmiany dokonał Albus Dumbledore.
- I ja mam w to uwierzyć?! Taki list można podrobić! Poza tym, po co Dumbledore miałby to robić?! To co mówisz jest kompletnie bez sensu! Zresztą, jak niby mam być twoim synem skoro wszyscy mówią, że wyglądam jak James?!
- Jesteś czarodziejem, Harry, więc chyba sam powinieneś być w stanie odpowiedzieć sobie na to pytanie, prawda? Zaklęciami można dokonać niemal wszystkiego. Trwała zmiana wyglądu nie stanowi wyjątku. Tak duża ingerencja w układ kości wymaga sięgnięcia do czarnej magii, jednak nie jest rzeczą niemożliwą. Jedynie koloru oczu nie da się zmienić, gdyby było inaczej, zapewne miałbyś je brązowe, jak James.
Nie da się zmienić koloru oczu? Ale przecież ani on, ani Draco nie ma zielonych! Więc? Może te teczki to tylko jakiś żart… może jednak się pomylił…
- Ty nie masz zielonych oczu – mówiąc to, skrzyżował wzrok ze spojrzeniem Malfoy'a. Chciał by ten odwołał wszystko, co powiedział do tej pory. Chciał by zaprzeczył tym wszystkim bzdurom, jednak jedyna rzecz którą uzyskał, to cicha odpowiedź:
- To prawda, jednak moja babka miała zielone oczy, o bardzo podobnym odcieniu do twoich. A jeżeli wciąż nie potrafisz mi uwierzyć, spróbuj zniszczyć dokumenty, które ci pokazałem. Może wtedy zrozumiesz, że nie można ich sfałszować. Zostały stworzone za pośrednictwem starożytnej magii i w żaden sposób nie da się ani ich podrobić, ani zmodyfikować. Gdyby tak było, to w teczce, którą dostałeś byłaby tylko jedna kartka, akt zgonu. Byłoby tak jak sobie zażyczył tego Albus, mój syn byłby martwy, natomiast Harry Potter by żył.
Gdy po tych słowach w ręku Malfoy'a ponownie znalazła się różdżka, spiął się, jednak ten jedynie wskazał nią na dokumenty i spokojnie wypowiedział zaklęcie:
- Destructio.
Harry zaskoczony patrzył jak dokumenty unoszą się nad ziemię i rozjarzają się błękitnym światłem, by zaraz potem jakby nigdy nic opaść na poprzednie miejsce.
- Widzisz? Nie da się ich zniszczyć. A może myślisz, że rzuciłem na nie jakiś czar ochronny? Jeśli tak, to proszę. Finie incantatem. Incendio. - Chociaż po ostatnim zaklęciu Malfoy'a kartki powinny się spopielić, powtórzyła się jedynie sytuacja sprzed chwili.
- Jak to możliwe? – Harry wyszeptał, nie będąc w stanie powstrzymać się przed zadaniem tego pytania.
- Nikt do końca nie wie. Faktem jest, że wielu już próbowało, jednak skutek za każdym razem jest taki sam. Choć wyglądają jak zwykły kawałek papieru nie da się ich zniszczyć za pomocą zaklęć, ani żadną mugolski metodą. Ponadto, choć zabrałem je z Ministerstwa, już w kilka minut po moim wyjściu pojawiły się na ich miejscu identyczne. Zawsze się tak dzieje. To dlatego Dumbledore nie mógł ich nigdzie ukryć.
Gdy po tych słowach zapadła cisza, wpatrzył się w ogień, starając się to wszystko w jakiś sposób ogarnąć. Nie wiedział co ma o tym wszystkim myśleć, jednak coraz trudniej było mu temu wszystkiemu zaprzeczać. Zachowanie Dumbledore'a oraz zaklęcia, które Malfoy rzucał na dokumenty sprawiły, iż nie był już taki pewien, że to, co ten powiedział jest aby na pewno kłamstwem.
Po co właściwie Malfoy miałby coś takiego wymyślić? Co by mu dało to, że uwierzyłbym, iż jestem jego synem? Przecież nie miałby z tego żadnych korzyści, prawda? Nawet gdyby chciał sobie ze mnie tylko zażartować, to… czy taka maskarada nie wymaga zbyt wiele zachodu? Przecież dużo mniejszym kosztem mógłby mnie ośmieszyć na sto innych sposobów!
Prawda?
- Harry, mam nadzieję, że to będzie dla ciebie ostatecznym dowodem. – Gdy po tych słowach Malfoy wcisnął mu w ręce kolejną teczkę, choć znacznie cieńszą teczkę, wzdrygnął się mimowolnie, podejrzewając już, co zawiera.
Zaciskając na niej palce, rozpaczliwie starał się opanować drżenie własnych rąk. Marzył o tym, by cofnąć czas. By wszystko, co się tego dnia zdarzyło, nie miało miejsca. Nie miał nic przeciwko ponownemu sprzątaniu ogródka ciotki Petunii. Czuł, że całe jego dotychczasowe życie się rozlatuje i chciał to powstrzymać.
Nie był pewien, ile czasu minęło nim był w stanie ją otworzyć, jednak Malfoy nie popędzał go i w tym momencie, naprawdę, był mu za to wdzięczny. Gdy wreszcie zajrzał do środka, nerwowo przełknął ślinę, mimowolnie odczytując na głos:
- Harry James Potter. – Przewracając kartkę, przygryzł ze zdenerwowania wargę, spoglądając na kolejną metrykę:
AKT TOŻSAMOŚCI
Imiona: Harry James
Nazwisko: Potter
Urodzony: 31.07. 1980 r
Ojciec: James Hubert Potter
Syn: Harolda Artura Potter'a i Marianny Elizabeth Potter z domu Finning
Matka: Lily Evelyn Potter z domu Evans
Córka: Wiktora Lucjana Evans i Fiony Anny Evans z domu King
Zmarł: 4. 08. 1980 r
Odkładając teczkę na bok, wbił spojrzenie we własne buty, nie mając odwagi unieść wzroku. Wiedział, że żadne zaprzeczenia już nie mają sensu. Choćby sam sobie starał się wmówić, że jest inaczej, fakty były niepodważalne.
Harry Potter był martwy. Od niemal piętnastu lat. Całe jego dotychczasowe życie było kłamstwem.
Ani Lily, ani James nie byli moimi rodzicami… Ciotka Petunia… wuj Vernon… to nie są moi krewni… wcale nie musiałem z nimi mieszkać… pozwalać im na traktowanie mnie gorzej niż śmiecia…
Całe moje życie mogło wyglądać inaczej…
Nawet nie zauważył, kiedy po jego policzku spłynęła pierwsza łza, nie poczuł też kolejnej, jednak, gdy wreszcie jego ciałem wstrząsnął szloch, skulił się na kanapie, pozwalając im po prostu płynąć.
x x x
Ardor – ( łac)- ogień; płomień; jasność
Destructio – zaklęcie niszczące
Finie incantatem – zaklęcie neutralizujące czary.
Incendio - zaklęcie wzniecające ogień
Vario! - ( łac ) - upstrzyć, ubarwić
x x x
Koniec Rozdziału Trzeciego
