Jeśli mam być szczery, kiedy pierwszy raz spotkałem Casa, nie sądziłem, że ta znajomość rozwinie się w ten sposób. Byłem wtedy niemal pewien, że nigdy więcej go nie zobaczę, tymczasem on przychodził do mnie we śnie, a każdą jego wizytę opiewał mimowolny dreszcz ekscytacji.

Czasem rzeczywiście zachowywał się jak naiwne dziecko, ale mogłem to zaakceptować. W końcu żył dotychczas w nieco innym środowisku niż nasze, ziemskie.

Nie wiem, jak to odczuwał on, ale anioł stróż obudził we mnie ekstremalną i specyficzną mieszankę uczuć. Kiedy nie widziałem go kilka dni, nie potrafiłem myśleć o nikim innym, jeśli w jakikolwiek sposób postępowałem niezgodnie z jego wolą, poczucie winy wciąż nade mną ciążyło. Ale przede wszystkim pragnąłem, aby był on szczęśliwy; nieważne, cokolwiek to dla niego znaczyło.

Długo nie wiedziałem, jak całe to szaleństwo nazwać. Z resztą, nie martwiłem się wtedy o nazwy. Pewnego dnia jednak, kiedy wieczorem pojawił się w moim pokoju hotelowym, znów pachnący majem, dotarło to do mnie z całą swoją mocą.

Byłem zakochany. Do jasnej cholery, zakochiwałem się jak mały szczeniak!

I chociaż dotyczyło to Castiela, nie byłem obojętny na urodę naczynia, jakie sobie upodobał. Nigdy nie miałem takiej sytuacji z mężczyzną i być może dlatego wszystko to było takie wyjątkowe.

Dopóki trzymałem jego kruche ciało w ramionach, cały świat znikał. Wojny, apokalipsa, Niebo i Piekło – nic się nie liczyło, bo on za każdym razem kochał mnie, jakbyśmy byli razem po raz ostatni. Żadna kobieta nie potrafiła wyzwolić we mnie tylu uczuć, co Cas.

-Kocham cię... Dean – sine usta powoli zabarwiały się szkarłatem, kiedy wypłynęła z nich strużka krwi.

Nie! Nie wiem, czy krzyknąłem, czy był to jedynie szept czy myśl. Wiem, że Cas zakrztusił się jeszcze raz, aż jego uścisk na mojej dłoni znacznie zelżał.

Nie oderwałem wzroku od martwych, matowych źrenic nawet kiedy wrócił Sam.

-Dean! - zobaczył czerwoną kałużę wokół nas i chyba zadzwonił po karetkę.

Z sekundy na sekundę czułem, jak coraz bardziej zapadam się gdzieś do wnętrza. Nic się nie liczyło, spowolnione do granic możliwości. Docierał wtedy do mnie już chyba tylko dotyk.

Ostre i zimne, ośnieżone kamienie wbijały mi się boleśnie w każdą kość. Lewa dłoń spoczywała na oślizgłej, pulsującej ranie brzucha, zaś prawa – w płytkim, ciepłym płynie. Z drugiej strony zaś trzymałem w niej powoli stygnącą, ciężką rękę Casa.

Sam, pochyliwszy się, także dotknął mojego ramienia.

-Trzymaj się, wyjdziemy z tego – musnęło mnie słabnące echo jego głosu.

Potem nie czułem już nic.

Wspominanie nawet najdrobniejszych uczuć, jakichkolwiek chwil czy gestów jest teraz dla mnie niczym chińska tortura; z każdą kroplą mój otwarty mózg zostaje porażony. Jednak wiem, że nic innego mi nie pozostaje. W pustej imitacji domu z Lawrence mogę jedynie wspominać. Nie mam dość siły, aby gdziekolwiek się ruszyć; i tak wiem, że nigdzie go tutaj, w Niebie, nie odnajdę. Nie wiem, co dzieje się z martwymi aniołami.

There's so many different worlds
So many different suns
And we have just one world
But we live in different ones.