4. Cztery wieki później
Czas unosi mnie,
Ponad ocean nieba w piękno nocy
Wiedz, że nawet on już nie ośmieli się
Tak wiele zaklęć znam...
Dla mnie czas wiecznie trwa...
Dla mnie król sługą... wiatr... da mi moc
I ukoi serce z wilka...
Nie zatrzyma mnie...
(...)
Blask płonących świec,
Odbija w oczach lustrem Twoje myśli
Moc, którą Ci dam zamieni Cię
W pragnienie wielu istnień.
Szept zmieni się w krzyk,
Kiedy rozpalę magią każde słowo.
Patrz, oto mój dar.
Zielona wróżka już na zawsze Tobą jest...
Dzisiaj mija tydzień, odkąd spotkałem się z Cho, a szef wydziału odpowiedzialnego za porozumienie międzygatunkowe, obiecał rozważyć moją kandydaturę. Wczesnym rankiem otrzymuję list, w którym proszą mnie, bym przybył do Ministerstwa w sprawie pracy.
Ubieram ciemne jeansy i czarną koszulę, a na szyi zawieszam dwa nieśmiertelniki, które dostałem od Rona i Hermiony. Było to jeszcze na siódmym roku w Hogwarcie. Zamiast wymyślnych prezentów na Gwiazdkę, zdecydowaliśmy się wymienić czymś, co będzie nam o sobie nawzajem przypominać. Wyryliśmy na nich nasze inicjały i od tamtego czasu, noszę je przy sobie.
xXx
Siedzę na ławce przed gabinetem mojego nowego pracodawcy. Po krótkiej rozmowie poprosił mnie, bym zaczekał na niego, tłumacząc się otrzymaniem ważnego raportu. Jestem niezmiernie ciekaw, czego dotyczy, rozpoznając na nagłówku kod przeznaczony dla aurorów. Czyżby odkryto nowe, wojenne fakty? A może natknięto się na trop jakiegoś śmierciożercy?
Drzwi otwierają się, a ja zrywam się na równe nogi, licząc na to, że może mężczyzna udzieli mi jakichś informacji. Ma zamyśloną minę i patrzy nieobecnym wzrokiem. Jego wargi rozchylają się, siwa broda sięga do kołnierza koszuli. Nagle patrzy na mnie, niby przytomniejąc, i z zamyśleniem pociera nasadę nosa.
― Myślę, że jest nam pan potrzebny. Natychmiast. Proszę za mną. ― Nie pytam go o to, co ma na myśli, to oczywiste.
Podążam za nim, rozglądając się nerwowo wokół siebie. Czy pozostali pracownicy wiedzą, że dzieje się coś ważnego? Mijają nas, kiwają głową. Spieszą się, poklepują po ramieniu, gwar narasta, gdy docieramy do głównego holu. Dostrzegam tam trzech aurorów, z którymi pracowałem. Nie uśmiecham się, jedynie ściskam im dłonie. Widzę, że dzieje się coś złego. Podchodzi do mnie Steven, najmłodszy z całego zespołu.
― Prosiłeś, by przekazywać ci wszelkie informacje na temat Malfoya Seniora, więc jeśli chcesz, możesz iść z nami. ― Mruga do mnie okiem. Najwyraźniej Malfoy jest zbyt dumny, by zmienić różdżkę, a jego własną, udało nam się zarejestrować przy ostatniej obławie. Teraz, gdy się aportuje, czy używa większej ilości magii, ministerstwo jest w stanie go wyśledzić, chociaż ostatnimi czasy wcale nie przeszkadzało mu to w ucieczce.
Kiwam głową, nie przepuszczę takiej okazji. Kiedy Hettherseon proponował mi miejsce w swoim zespole, a ja odmówiłem, zawarliśmy umowę, że będę uczestniczył w akcjach, które będą skupiały się na tym konkretnym śmierciożercy.
Używamy przygotowanego przez Ministerstwo świstoklika, gdyż nie jesteśmy w stanie ustalić dokładnego miejsca wzrostu mocy.
xXx
Kiedy lądujemy, szybko rozpoznaję okolicę. Prawdę mówiąc, nie wierzę w to, co widzę. Znajdujemy się jakąś przecznicę od mojego mieszkania, co znaczy, że Malfoy musiał mnie wyśledzić. Nie sądzę, by znalazł się tu przypadkiem. Spoglądam na aurorów i wiem, że nie mają pojęcia o tym, gdzie się znajdują.
Rozglądają się dookoła, rzucają rozmaite zaklęcia tropiące, próbując zorientować się, gdzie jest ich zbieg. Robię to, co oni: schylam się, jakbym coś znalazł, krążę po okolicy, grając na zwłokę. Jeden z aurorów rzuca zaklęcie ujawniające na każde ogrodzenie, spodziewając się, że zostanie rozpoznany rdzeń Malfoya. Nie mogą wtargnąć do żadnego z domów bez nakazu, poza tym nie mają powodów, by sądzić, że któryś z mieszkańców wspiera Śmierciożercę.
Zaczynam się niecierpliwić, gdy czekam, aż aurorzy poddadzą się i zawrócą do Ministerstwa. Krążę wokół nich, pytam o ślady, jednak każdy z nich kręci głową i spuszcza wzrok. Niedługo później teleportują się, a ja wykręcam się złym stanem zdrowia i obiecuję szybko wrócić do domu, by od następnego dnia móc zacząć pracę. Steven zaprasza mnie jeszcze w kolejną sobotę na piwo, a ja się zgadzam.
Kiedy upewniam się, że nie wrócą, ruszam biegiem do swojego mieszkania.
xXx
Staję w progu, wstrząśnięty rozciągającym się przede mną widokiem. Po całym mieszkaniu porozrzucane są dokumenty, które miałem zebrane w teczkach i złożone w szafce. Było tam wszystko, co udało mi się zdobyć o każdym ze śmierciożerców. Jestem niemal pewien, że nic, co ma związek z Malfoyem, nie ocalało. Wchodzę do sypialni, pościel leży na ziemi, poduszka jest rozpruta, wszędzie wala się pierze. Teraz już wiem, dlaczego odnotowano tak nagły wzrost magii, w końcu użyłem wyjątkowo mocnych zabezpieczeń, które nie powinny były w ogóle go przepuścić. Nagle w moim umyśle pojawia się straszliwa myśl i odsuwam łóżko. Zdejmuję czar iluzji, a moim oczom ukazuje się obluzowana cegła. Wyciągam ją, by upewnić się, że czarny notes wciąż się tam znajduje. Oddycham z ulgą na jego widok. Oszalałbym, gdyby zniknął.
Przez następną godzinę pakuję rzeczy i próbuję oszacować straty. Kiedy w końcu siadam, brak mi słów. Mam wrażenie, że Malfoy włamał się do mojego mieszkania, by udowodnić mi, że to on jest górą. Mało tego, wbrew temu, co myślałem, nie zabrał nic, co go dotyczyło, a jedynie artykuł z proroka sprzed kilku lat. Poświęcono go w całości spekulacjom na temat miejsca pobytu Złotego Chłopca i Sami-Wiecie-Kogo.
Znam go niemal na pamięć; każdy z redaktorów dorzucił swoje trzy grosze. Jedni przedstawiali teorie, jakobym nie żył, drudzy powoływali się na zdradę, trzeci zaś uważali, że jestem przetrzymywany przez Czarnego Pana. W każdej z wersji było po trochu prawdy.
Na odwrocie jednego ze zdjęć Malfoya znalazłem napisane czerwonym atramentem zdanie: Jestem bliżej niż myślisz.
Nie wątpię w to.
xXx
Zmniejszam wszystko na tyle, by zmieściło się do walizki. Muszę znaleźć sobie nowe lokum, co wbrew pozorom, wcale nie jest takie łatwe, jakie by się mogło wydawać. Nie mogę zwrócić się o pomoc do nikogo znajomego, bo zwyczajnie nie chcę, by ktokolwiek wiedział gdzie mieszkam. Może i mam paranoję, ale nie wstydzę się tego. Teoretycznie mógłbym się teleportować w dowolny zakątek świata, chociażby do Zambii czy Korei, jednak ta droga jest dla mnie zamknięta.
W momencie, gdy zdecydowałem się poddać połączeniu z Tomem, moja magia nie należała już tylko do mnie, ale i do niego. To dlatego pokonanie go było tak trudne; wiele czasu poświęciłem na to, by znaleźć sposób, by jakoś to obejść. I udało się, a teraz tego żałuję. Jestem jednak pewien, że w przypadku tak dalekiej podróży, nasza magia by mnie zabiła. Próbowałem jej wytrzymałość, teleportując się na coraz większe odległości. Przy czterdziestu milach straciłem przytomność na dwa dni. Cieszyłem się wówczas, że decydowałem się na teleportację z różnych miejsc do mojego mieszkania, a nie na odwrót.
Na dworze już pociemniało; nie mam szans na znalezienie czegoś dzisiaj. Nie mogę również ryzykować i wynająć pokoju w hotelu, skoro Malfoy depcze mi po piętach. Decyduję się na wizytę u Snape'a.
Znowu.
xXx
Patrzy na mnie, kręcąc głową, ale odsuwa się, by wpuścić mnie do środka. Zdejmuję płaszcz i wieszam go na wieszaku, po czym kieruję się za Snape'em do salonu.
― Minął tydzień, a ty pojawiasz się z walizką… ― Mężczyzna zawiesza głos.
― Tylko na jedną noc, proszę. ―Przygląda mi się. Biała koszula, którą ma na sobie podkreśla jego bladość.
― Usiądź i powiedz co się stało. Nie sądzę bowiem, byś pojawił się tutaj, gdybyś nie musiał. ― Nie ma racji, ale nie prostuję jego słów. Mam wrażenie, że z jego postawy bije rozgoryczenie, jednak zwalam to na zmęczenie. Nie rozumiem, dlaczego jest przekonany, że z własnej woli nie pojawiłbym się u niego, skoro zrobiłem to w zeszłym tygodniu.
Zajmuję miejsce na kanapie, nerwowo zaciskając pięści. Nie ma powodów, dla których nie miałbym mu powiedzieć, co się wydarzyło, ale mimo to, czuję lekki niepokój. Zdobywam się jednak na odwagę i patrzę mu prosto w oczy.
― Lucjusz Malfoy złożył mi wizytę. ― Snape unosi brew. ― Nie było mnie w mieszkaniu, zostałem powiadomiony listownie o przyjęciu mnie w poczet pracowników ministerstwa. Gdy byłem na miejscu, okazało się, że zarejestrowano magię Malfoya, a z racji tego, że prosiłem o informowanie mnie o wszelkich tego typu zdarzeniach, zaproponowano mi, bym udał się w pobliże tego miejsca razem z aurorami. Przenieśliśmy się świstoklikiem, a gdy otworzyłem oczy, zorientowałem się, że znajdujemy się niedaleko mojego mieszkania.
― Powiedziałeś im? ― pyta ostro.
― Nie, oczywiście, że nie. Nie chcę, by ktokolwiek wiedział, gdzie mieszkam. Nikomu na tyle nie ufam, nie po tym wszystkim. Teraz, gdy okazało się, że Malfoy jest zdolny do tego, by pokonać moje osłony, muszę się stamtąd wynosić.
― I gdzie będziesz teraz mieszkał?
― Jeszcze nie wiem. Chciałbym móc tu dzisiaj przenocować, a jutro poszukam czegoś dla siebie.
― Znajdź sobie coś poza granicami kraju, w czym problem? ― Nagle czuję silny ból w skroniach. Zakrywam twarz dłońmi i pochylam głowę. Próbuję uspokoić oddech, zapanować nad własnymi uczuciami. Pod powiekami widzę tak dużo czerwieni, przechodzą mnie dreszcze, trzęsę się, łapiąc spazmatyczne oddechy. Siłą woli unoszę powieki i odkrywam, że znajduję się twarzą w twarz z moim byłym nauczycielem. Ten natychmiast się ode mnie odsuwa i kieruje do szafki w barku, skąd wyciąga fiolkę z eliksirem. Podaje mi ją. ― Pij, to ci pomoże. ― Czuję na sobie jego wzrok, gdy odkorkowuję buteleczkę i wypijam jej zawartość. ― Często miewasz takie napady lęku?
― Nie, pierwszy raz. ― To kłamstwo, ale nie może tak wiele wiedzieć. Mimo wszystko, minęło już kilka lat odkąd musiałem informować go o każdej zmianie w moim organizmie, każdej wizji, czy koszmarze. Zresztą, widzę, że mi nie uwierzył. Co prawda kiwa głową, ale jego wzrok jest nieobecny.
― Rozumiem. Więc co z teleportacją?
― Nie jestem w stanie. ― Ciężar jego spojrzenia jest nie do wytrzymania, wstaję i okrążam go. Teraz stoję tuż za nim, a moje ręce spoczywają na jego ramionach. Nie porusza się, co każe mi myśleć, że może jego nienawiść naprawdę nie powróciła. ― Wyobraź sobie sytuację, gdy nie jesteś panem swojej magii. ― Zaciskam nieco palce. ― Pomyśl, że musisz dzielić ją z kimś, że masz świadomość, iż w każdej chwili ta osoba może zorientować się, że coś jest nie tak, że ma nad tobą władzę. ― Na zmianę rozluźniam i zaciskam palce, przymykam powieki. ― Rzucasz zaklęcie i padasz nieprzytomny na posadzkę, a obrazy zalewają twój umysł. Zepsute zabawki, krew, pasek, skrzypiący fotel, starszy mężczyzna z wąsem i koszulą w kratę wciśniętą w spodnie, uśmiechający się lubieżnie. Wrzaski, coraz więcej krwi, pasek uderzający w drżące ciało raz po razie i rozpięty rozporek, mieszające się ze sobą. Nienawiść, ból, rozpacz, zrezygnowanie, ale wciąż rażąca wola walki. ― Teraz szepczę mu już do ucha, wspomnienia atakują mnie z całą mocą. Jego włosy łaskoczą mój policzek, ale nie przestaję mówić. ― Początkowo dzieje się tak przy silniejszych klątwach, wymagających większych pokładów mocy, z czasem zwykłe zaklęcie przyzywające daje taki sam efekt. Nie tracisz już przytomności, a obrazy są coraz intensywniejsze, bardziej przerażające. Z czasem jesteś tym milczącym chłopcem, skulonym na podłodze. Nigdy nie krzyczysz, nie prosisz o pomoc. Gdy wszystko mija, gdy niechciany dotyk odchodzi, a światło wciąż się nie zapala, łkasz bezgłośnie, rozdrapując rany na nadgarstkach, by odwrócić uwagę od innego bólu. ― Mężczyzna odchyla głowę, a ja decyduję się na zaatakowanie jego umysłu. Teraz przeżywamy to samo, ale nie przestaję mówić, chociaż już nie muszę. ― Jesteś sam w lesie, rozstawiasz namiot, a potem nadchodzi ta gorsza część, gdy musisz rzucić kilkanaście zaklęć, które pozwolą ci przetrwać niezauważonym przez pewien czas. Rzucasz pierwsze i zaczyna się. Kolejne, nie twoje wspomnienia, zalewają twój umysł, a ty instynktownie wykonujesz swoją pracę. Kiedy kończysz, jesteś roztrzęsiony, leżysz, a pod paznokciami masz ziemię. Nie możesz skupić wzroku, automatycznie powtarzasz jedno imię: Tom. Chcesz do niego iść, chcesz go ochronić, chociaż nie jesteś pewien przed czym. Jest tak wiele możliwości: przed przeszłością, przyszłością, teraźniejszością, nim samym. Wykrzykujesz jego imię, aż do utraty tchu. Gdy w końcu się podnosisz, masz policzki mokre od łez. Zataczając się, docierasz do namiotu i padasz na przygotowane wcześniej posłanie. Długo nie możesz zasnąć, ani nawet zapanować w pełni nad swoim ciałem. Kiedy w końcu zasypiasz, przeżywasz to wszystko od nowa, a po przebudzeniu rzucasz zaklęcie za zaklęciem, szukając sposobu, by nad tym zapanować. Trwa to… ― Milknę i otwieram oczy. Krople potu pojawiają się na moim czole. Rozluźniam uścisk na ramionach Snape'a, jednak, gdy chcę zabrać dłoń, porusza się po raz pierwszy, odkąd zacząłem mówić i łapie moją prawą dłoń. Żaden z nas nie śmie nawet drgnąć.
― Miesiąc. ― Odwraca głowę i patrzy na mnie. Oddaję jego spojrzenie; tak bladego, go jeszcze nigdy nie widziałem. Usta ma zaciśnięte w wąską linię. ― Miesiąc zabrało ci zapanowanie nad tymi obrazami, choć tak naprawdę…
― Przeżyłem całe jego życie, tak. Zapanowałem nad tym, bo nie miałem już, co zobaczyć.
― I nie oszalałeś.
― Nie? To kim ja niby jestem, jak nie szaleńcem? ― Okrążam go, a on wciąż trzyma moją dłoń. Chcę nim potrząsnąć, chcę zrzucić na niego szaleństwo mojego umysłu, chaos, który w nim panuje.
― Po prostu przeżywałeś…
Sam nie jest pewien tego, co mówi.
― Nie, Snape, to coś więcej. To nie było normalne…tamte dni, miesiące... ― Patrzę mu w oczy. ― Chciałem umrzeć; nie potrafiłem poradzić sobie z tym, co zobaczyłem poprzez połączenie. ― Snape lekko ściska moją dłoń, po czym ją puszcza, a ja szybko ją zabieram. Przyglądam mu się, gdy zwiesza głowę i przeciera ręką twarz. Wydaje się być zmęczony, nawet nie zapytałem, czy w ciągu tego tygodnia nie wydarzyło się coś złego. Nagle wstaje, a ja cofam się o krok.
― To my ci to zrobiliśmy, nie znając ryzyka.
― Musieliście, wy…
On krzywi się i znowu zbliża się do mnie. Odwracam głowę, by upewnić się, że w nic nie wejdę i znowu się cofam. Jest coś przerażającego w jego spojrzeniu.
― Gówno prawda. Nic nie musieliśmy, nikt nic nie musiał. Skazaliśmy cię na to wszystko… ― Zrobił nieokreślony ruch dłonią, ale wiem, że ma na myśli wspomnienia. ― Zostawiliśmy cię samego na tak wiele lat. Może gdybyśmy się bardziej postarali, gdyby…
― Nie zdołalibyście mnie odnaleźć, nawet on tego nie dokonał.
― Więc jak znalazłeś się w niewoli u Czarnego Pana? ― Widzę po jego minie, że zna odpowiedź na to pytanie, więc tylko cofam się, unosząc dłonie w obronnym geście; gdyby tylko wiedział…
― Nie śmiej mnie osądzać. ― Czuję za sobą ścianę i przeklinam się za nieostrożność. Nie mam drogi ucieczki; to, że o niej myślę wcale nie znaczy, że uważam, iż będę jej potrzebował. Jest to raczej potrzeba mojej narastającej paranoi. Snape góruje nade mną, robi jeszcze krok i jego oddech owiewa mój policzek.
― Nie osądzam. ― Stoimy tak, oddychając szybko. ― Nie uciekniesz przed sobą. ― Przełykam ślinę i kiwam głową. ― Ufasz mi? ― Przez chwilę nie reaguję, a gdy Snape porusza się, jakby chciał odejść, kiwam głową i czuję nacisk na mój umysł. Ufam.
xXx
Patrzę raz na Albusa, zaraz znowu na Pottera. Nie jestem w pełni przekonany do tego, co zrobiliśmy. Nie znamy ryzyka, ale Dumbledore uważa, że nie mamy czym się przejmować. Eliksir, który miał na celu pogłębienie połączenia pomiędzy chłopakiem, a Czarnym Panem, utrzymuje jego umysł dla nas niedostępnym. Nie wiem, skąd Albus wytrzasnął tę miksturę, jednak zapewnia mnie, że nie istnieje żadne zagrożenie życia Potter, a mi nie pozostaje nic, poza zaufaniem mu.
― Nie martw się, wszystko będzie z nim dobrze ― mówi, a ja prycham i kręcę głową. Chłopak stracił przytomność zaraz po zażyciu eliksiru i od tamtej pory się nie ocknął. Minęły już cztery godziny. ― Muszę iść, zająć się codziennymi sprawami. Niczym się nie martw, gwarantuję, że wszystko będzie z nim dobrze. Zajrzeć do was za kilka godzin?
― Nie, poradzę sobie sam. W razie konieczności zawiadomię cię. ― Kiwa głową i wychodzi.
Kolejną godzinę spędzam na fotelu przy łóżku, w które transmutowałem kanapę. Zmieniam mu kompresy, które mają na celu zbicie gorączki; temperatura wzrosła mu na pół godziny po wyjściu dyrektora. Nie mogę używać magii, gdyż mogłyby pojawić się wówczas rozmaite komplikacje. Przytykam dłoń do jego policzka, wciąż jest rozpalony, a ja nie wiem co mam zrobić. Zazwyczaj w takich sytuacjach umieszcza się chorego w wannie pełnej zimnej wody, bądź lodu, jednak odwlekam to w czasie, gdyż zawsze istnieje ryzyko, że wystąpi szok i jego magia obróci się przeciwko niemu.
Minuty mijają nieznośnie powoli, nie wiem już co mam ze sobą zrobić. Chłopak wygląda z każdą chwilą gorzej, momentami majaczy, a nie powinien tego robić, znajdując się w stanie nieprzytomności. Wychwytuję pojedyncze słowa które brzmią jak: ból. Przez chwilę korci mnie, by użyć legilimencji i walczyć z jego osłonami, mogłaby ona pomóc, może wyjaśniłaby, co się z nim dzieje i co jest tego powodem. Nie robię tego jednak, ma prawo do prywatności, a gdybym zaatakował jego jaźń, niewykluczone, że dowiedziałbym się czegoś, czego nie chciałby, bym wiedział, a i tak o wielu rzeczach jest zmuszony mnie informować.
Początkowo nie mogłem w to uwierzyć; na początku tego roku jedynie zaproponowałem mu pomoc, a on następnego dnia przyszedł do mnie ze spuszczonym wzrokiem, prosząc o prywatne nauczanie. Po konsultacji z Albusem, zdecydowaliśmy odwlec w czasie ukończenie przez niego siódmego roku i zdecydowaliśmy się na wyłączną naukę tego, co przyda mu się po opuszczeniu Hogwartu, by pokonać Czarnego Pana. Wbrew temu, co sądziłem, okazał się pilnym uczniem. Mało tego, czas spędzany z nim sprawiał, że się odprężałem. Jakoś po dwóch miesiącach, zaczął opowiadać mi swoje koszmary i wizje, po pół roku kazał uratować Lucjusza, a miesiąc przed końcem roku szkolnego przybył Albus ze swoim złotym rozwiązaniem. Do powrotu uczniów do domu pozostał tydzień; po tym czasie żaden z nas nie będzie mógł już powstrzymać Pottera, przed wyruszeniem w poszukiwaniu horkruksów.
Nagle chłopak zaczyna mieć drgawki. Sprawdzam jego czoło; pomimo kompresów chłodzących, wręcz parzy. Nie mam na co czekać. Biorę go na ręce i kieruję do łazienki. Zaklęciem napełniam wannę lodowatą wodą, kolejnym zdejmuję z niego koszulę, spodnie i skarpetki, pozostawiając jedynie bieliznę, po czym ostrożnie zanurzam w wodzie. Odliczam czas, utrzymując jego głowę nad powierzchnią. Po dwóch minutach wyciągam go i owijam w ręcznik. Kładę go na łóżko i okrywam kołdrą. Przysuwam sobie fotel i postukuję palcami w jego ramę w oczekiwaniu, czy zamoczenie w wodzie coś pomogło. Jeśli nie, będę musiał wezwać Albusa, czego bym nie chciał. Jestem niemal pewien, że on zdecyduje się na podanie chłopakowi eliksiru na zbicie gorączki, twierdząc, że nie ma ryzyka.
W końcu Potter porusza się, a ja czuję się, jakby zdjęto mi ciężar z piersi. Największe zagrożenie minęło. Kładę mu dłoń na czole, a on unosi drżącą rękę i łapie ją. Jestem zaskoczony, ale nie poruszam się. Chłopak trzepocze rzęsami i uśmiecha się do mnie delikatnie, przesuwając nasze dłonie na swój policzek. Wtula twarz w moją rękę, a gdy otwiera usta, czuję na nich ciepły podmuch.
― Zimna. ― Ja też się uśmiecham.
Nie ganię się za ten drobny gest, tylko przysiadam obok niego na łóżku; on podnosi się nieznacznie i kładzie głowę na moje nogi. ― Więcej. ― Spełniam jego życzenie, drugą dłoń również umieszczam na jego policzku. Wygląda tak spokojnie; czasy, gdy patrząc na niego, stawał mi przed oczami James Potter, minęły bezpowrotnie. Głaszczę go po głowie, wplatam palce w jego włosy, a lekki uśmiech nie schodzi z moich ust. ― Dziękuję ― szepcze, unosząc powieki. Patrzymy sobie w oczy, dopóki nie zasypia.
Później, leżąc we własnym łóżku rozumiem, że on nie będzie tego pamiętał i ja również powinienem zapomnieć dzisiejszy dzień.
xXx
Patrzę na niego, gdy się odsuwa, zwiesza ramiona i odchodzi. Nie spuszczam z niego wzroku, gdy siada na kanapie i odwraca wzrok. Miał rację, nie pamiętałem tego. Następnego dnia, zaraz po przebudzeniu, opuściłem jego komnaty i później nie widziałem go, aż do dnia, w którym pojawił się w Ministerstwie, prosząc, bym ułaskawił Dracona. Przełykam ślinę i podchodzę do niego. On wciąż uparcie wpatruje się w jeden z obrazów. Siadam tak blisko niego, że stykamy się ramionami i kolanami. To sprawia, że patrzy na mnie i unosi brew. Wzdycham i pochylam się, a następnie splatam dłonie na karku.
― Taa, nie miałem pojęcia. Myślałem, że mam się wynosić, nie było cię.
― Miałem lekcje, nie chciałem cię budzić o świcie ― wyjaśnia. Czuję się winny. Snape poklepuje mnie po plecach. ― Nie przejmuj się tym, nie po to ci to pokazałem. Chciałem po prostu, byś wiedział, że z mojej strony, nic się nie zmieniło.
Trwamy tak długie minuty, aż znajduje nas Draco. Po jego zaspanej minie wnioskuję, że jest już naprawdę późno; śmieję się cicho na widok jego stroju do spania.
― Potter, zamknij się. Severus nie miał czasu wyjść do sklepu i…
― Nie miałem pojęcia, że nie znasz się na transmutacji, Draco. ― Szczerzę się do niego i wstaję. Brakuje mi ciepła ciała Severusa z mojej prawej strony. ― Ja już się położę, pokaże mi któryś, gdzie mogę spać? ― Podnoszę z ziemi walizkę i ruszam w górę schodów. Kiedy się obracam, Mistrz Eliksirów znajduje się tuż za mną.
― Pierwsze drzwi po lewej ― mówi, a ja kiwam głową. Otwieram drzwi i zapalam światło. Pokój nie jest duży, urządzony w podobnym stylu co salon. Snape ruchem dłoni zapala ogień w kominku i patrzy na mnie.
― Tylko jedna noc ― zapewniam.
― Jak uważasz. Dobranoc.
― Dobranoc, Severusie.
xXx
Kiedy drzwi się zamykają, jeszcze długo na nie patrzę. Jestem zaskoczony tym, co pokazał mi Snape.
Przeszukuję walizkę w poszukiwaniu książki autorstwa mugola, o którym niegdyś wspominał mi Dean. Lektura jest wciągająca: historia autystycznego chłopca, spisana na niemal pięciuset stronach.
Przez kolejne dwie godziny czytam z zapartym tchem, aż historia nagle się kończy. Leżę jeszcze przez kilka minut, zastanawiając się, jak mam traktować zakończenie powieści. Z jednej strony - śmierć głównego bohatera, z drugiej - wyzwolenie się z ciężaru życia.
Wzdycham, po czym wyciągam z torby czarne bokserki, w których zazwyczaj śpię oraz żel pod prysznic i szczoteczkę do zębów. Kieruję się do łazienki. Dopiero na korytarzu orientuję się, że nie pomyślałem, by zapytać się, gdzie takowa się znajduje. Decyduję się na drzwi naprzeciwko moich. Naciskam klamkę i wchodzę. Rzucam Lumos i już wiem, że nie jestem w łazience. Niedaleko mnie znajduje się duże łóżko, a leżąca na nim osoba jest okryta jedynie do pasa. Severus. Nox i ponownie jest ciemno.
― Potter, co ty tu robisz? ― Och.
― Przepraszam, szukam łazienki ― szepczę, wycofując się.
― Koniec korytarza. ― Mamrocze, przewracając się na drugi bok. ― Popatrzysz sobie, jak będę przytomny. Wynocha. ― Idąc za jego radą, uciekam, gdzie pieprz rośnie.
