Sang Ji eksperymentalnie zacisnął lewą dłoń w pięść i natychmiast znowu ją rozluźnił. Skóra po wewnętrznej stronie była nieprzyjemnie szorstka i sucha od rękawic, których prawie nigdy się nie pozbywał. Tuż obok niego Wei, jego partner i najlepszy kumpel pod słońcem, wykonał dokładnie taki sam gest z głupawą, przesadnie zaskoczoną miną.
– Trochę dziwnie się czuję bez rękawic – szepnął, przygryzając końcówkę cieniutkich, czarnych jak smoła wąsów. – Trochę jakbym wyszedł bez spodni.
Sang Ji nic nie odpowiedział; parsknął tylko cicho. Akurat w tym momencie nie mógł sobie pozwolić na śmiech.
Gospodyni, pulchna kobieta po sześćdziesiątce, właśnie wróciła do nich z herbatą. Obaj Dai Li z wdzięcznością przyjęli filiżanki z gorącym napojem i rozsiedli się wygodnie na przykrytej wełnianą narzutą kuchennej ławie. Kobieta zajęła miejsce naprzeciwko nich, skrzyżowała ręce na wysokości obfitych piersi i zaczęła się w nich wyczekująco wpatrywać. Sama niczego nie piła, ale Sang Ji i tak nie mógł przestać się zastanawiać, jak idiotycznie jej dwa nadprogramowe podbródki i misternie upięty siwy kok muszą się trząść przy każdym łyku.
Znów zacisnął pięść. Upił trochę herbaty i utkwił wzrok w zdobiącej ścianę włóczkowej makacie. W praktycznym, pozbawionym złej reputacji mundurze służb porządkowych czuł się bezbronny i przeraźliwie widoczny. Tunika w kolorze przypominającym uschniętą trawę i niewygodny hełm w kształcie filiżanki bez ucha ciążyły mu bardziej niż się tego wcześniej spodziewał. Jak te służby w ogóle pracują, skoro ludzie się ich nie boją? Skąd mogą mieć pewność, że świadkowie nie będą kłamać? Strach towarzyszący agentom Dai Li ograniczał co prawda możliwości interakcji z normalnymi ludźmi, ale przydawał się w robocie. Sang Ji przywykł już do tego, że strój wykonywał za niego połowę pracy śledczej. Strach rozwiązywał języki nawet najbardziej upartym rzezimieszkom. No i ludzie, których zwykł przesłuchiwać, z reguły byli winni. To znacznie ułatwiało wyciśnięcie z nich nazwisk towarzyszy. Przyznanie się do winy z reguły stanowiło mało istotną formalność. Rozmawianie z informatorami albo właśnie z niewinnymi świadkami przychodziło mu ze znacznie większym trudem.
Na szczęście Wei, jeżeli przyszła mu na to ochota, miał niesamowity talent do zjednywania sobie ludzi. Może i ze swoimi świeżo zapuszczonymi wąsami (w założeniu miały go upodobnić do Wielkiego Sekretarza; efekt pozostawiał wiele do życzenia) wyglądał trochę jak smutny szczur, ale jego ogorzała od słońca twarz i oczy o w wyjątkowo ciepłym odcieniu brązu miały w sobie coś, co budziło zaufanie.
– Chcieliśmy się czegoś dowiedzieć o jednej z pani lokatorek – zaczął pewnie. – Chodzi o dziewczynę imieniem Ming. Sprzedawała kwiaty pod Biblioteką Uniwersytecką.
Kobieta skinęła głową i, zgodnie z przewidywaniami Sang Ji, jej podbródki zafalowały gwałtownie. Wyobrażał sobie, że tak muszą wyglądać fale na wzburzonym oceanie. Przybrała przy tym minę męczennicy i westchnęła ciężko. Jakby od samego początku spodziewała się, że to o tę lokatorkę będą pytać służby porządkowe.
– Wpakowała się pewnie w jakieś kłopoty, głupia gęś! – oburzyła się. – Wiedziałam, że tak będzie.
Dziewczyna nie żyła. Jakiś maniak poderżnął jej gardło i przebrał zwłoki w elegancki strój wizytowy. Ale gospodyni nie musiała tego wiedzieć. Zgodnie z rozkazami, które Wei i Sang Ji dostali od dowódcy polowego, nikt nie musiał wiedzieć o grasującym w Ba Sing Se mordercy, ani o tym, jak dokładnie wyglądają znajdowane przez agentów ofiary. Im mniej osób wie, tym lepiej było w zasadzie naczelną zasadą Dai Li. Dlatego jeżeli ktoś jakimś cudem już wiedział, Sang Ji miał go natychmiast doprowadzić na reedukację, żeby jak najszybciej przestał wiedzieć. O tym rozkazie jednak Wei już nie został poinformowany. Nie był szczególnym zwolennikiem reedukacji, nie było sensu go denerwować.
– Jej rodzina zgłosiła nam, że zaginęła – skłamał Sang Ji, starannie unikając kontaktu wzrokowego ze świadkiem. Skupił się na liczeniu wplecionych w makatkę szklanych paciorków.
Dai Li wiedzieli, że dziewczyna pochodziła z małej wioski pod Omashu i nie miała tam żadnej rodziny. To znaczy, wiedział agent Donghai, który rozpoznał ciało i chyba interesował się kwiaciarką spod Biblioteki bardziej, niż by na to pozwalały dobre obyczaje. Skubaniec wiedział o niej wszystko od historii rodzinnej i ulubionych owoców po ostatni adres zamieszkania. I najwyraźniej nie widział w tym nic dziwnego, bo bez zażenowania wszystko zaraportował.
Na szczęście gospodyni wiedziała jeszcze mniej niż agent Donghai, bo nawet nie mrugnęła. Wzniosła tylko oczy ku belkowanemu sufitowi i rozłożyła pulchne, upstrzone plamami wątrobowymi dłonie w powszechnie rozpoznawalnym geście bezsilności. Westchnęła ciężko, teatralnie, i przymknęła powieki. Najwyraźniej nie chciała pozostawić agentom żadnych złudzeń co do męczarni łączących się z wynajmowaniem obskurnych, obrzydliwie drogich pokoików biednym dziewczętom z prowincji.
– Pewnie zwiała z jakimś gachem – stwierdziła sucho. – Najpierw prezenty dostawała, a teraz jej nie ma. Jak dla mnie sprawa jest jasna.
Sang Ji zamrugał kilka razy. Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, że Wei zareagował dokładnie tak samo. O żadnych prezentach nic nie wiedzieli.
– Czy mogłaby pani powiedzieć nam o tym coś więcej?
Kobieta spojrzała na nich spod wciąż przymkniętych powiek.
– A co tu jest do opowiadania? – spytała, ewidentnie wciąż oburzona. – Stała pod tym Uniwersytetem, sprzedawała badyle. I pewnie poznała tam jakiegoś amanta.
Gospodyni wyraźnie posmutniała.
– Prezenty dawał – dodała. – Drogą bransoletkę u niej raz widziałam. Taką naprawdę z wyższej półki. Pewnie jej bzdur naopowiadał. Że ją kocha, że się ożeni. I uwierzyła, durna smarkula. One zawsze wierzą w takie rzeczy. A ta błyskotka to pewno kradziona była albo co.
Kobieta gwałtownie wciągnęła powietrze nosem, jakby starała się powstrzymać łzy. Ale oczy i policzki miała zupełnie suche. Sang Ji przełknął ślinę. Znów zacisnął dłoń w pięść i bez zbytniego zdziwienia odkrył, że jest mokra od potu. Smutek, nawet ten całkowicie udawany, nie należał do emocji, z którymi z reguły stykał się w czasie przesłuchań. Bywał raczej świadkiem wściekłości, uporu i gniewu. Czasem niepohamowanej agresji i żądzy mordu. Z tymi radził sobie bez problemu. Z innymi, normalniejszymi uczuciami – zdecydowanie gorzej. Tuż obok niego Wei dosłownie zesztywniał na ławie. Dłoń, w której trzymał filiżankę zastygła w powietrzu, w połowie drogi do ust. Agent zacisnął palce na uszku naczynia tak mocno, że aż zbielały mu kostki. Był wściekły. Na co, Sang Ji nie miał pojęcia. W końcu odkąd tylko przekroczyli próg, było wiadomo, z jaką osobą mają do czynienia.
– Dziękujemy, pani Liling – Wei odstawił niedopitą herbatę, filiżanka uderzyła o spodeczek z głośnym brzękiem. – Bardzo nam pani pomogła.
Podnieśli się ze swoich miejsc. Kobieta znów pociągnęła nosem. Tym razem z nutą autentycznej dezaprobaty. Najwyraźniej nie podobało jej się, że nie docenili podanej przez nią herbaty.
– Gdyby Ming się znalazła, dajcie proszę znać – rzuciła jeszcze na pożegnanie, ale w jej głosie nie czuło się troski.
Sang Ji spróbował się uśmiechnąć. Nie wyszło. Raport dotyczący zwłok dziewczyny był jeszcze zbyt świeży w jego pamięci.
– Oczywiście, pani Liling – Wei skłonił się lekko na pożegnanie.
Wysłużona drewniana podłoga zaskrzypiała lekko pod ciężarem ich kroków, kiedy opuszczali nędzną stancję.
– Nieprzyjemna baba – Sang Ji czuł się w obowiązku skomentować, kiedy już się nieco oddalili.
Wei zerknął na niego z ukosa.
– Nieprzyjemna? Okropna raczej! – zawołał. – Wredny, wścibski babus! Ani trochę się dziewczyną nie przejęła. Pewnie za mało jej powiedzieliśmy, żeby z tego poskładać dobrą plotkę.
– Myślisz, że ta bransoletka ma jakieś znaczenie?
Śmiech. Wei prawie zawsze się śmiał. Nawet wtedy, kiedy nie bardzo było z czego.
– Pewnie, stary! To normalnie przełom w śledztwie!
Zdawał się być przekonany, że tajemniczy drogi prezent w ogóle nie jest istotny. Sang Ji jednak nie mógł się wyzbyć wrażenia, że coś im umknęło. Coś naprawdę istotnego.
– A jak to faktycznie ma jakiś związek?
Chodnik zadrżał lekko. Kiedy jego partner się denerwował, łatwo tracił kontrolę. Można by powiedzieć, że wrzał. A ziemia wrzała razem z nim.
– Mówię ci, że to nie jest istotne – upierał się. – Jak znam życie, to nasz własny agent Donghai zapłacił tą błyskotką za kwiaty.
Mówiąc to, Wei wykonał dość wulgarny gest, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości, jakie dokładnie kwiaty miał na myśli. Lepiej było jak najszybciej zmienić temat.
– Myślisz, że król w końcu się ożeni jakoś niedługo?
Wei, już wyraźnie spokojniejszy, prychnął pogardliwie.
– Jasne. A nasza nowa królowa będzie miała na imię Joo Dee.
Dai Li kręcili się wokół dziewczyny. Cała ulica już o tym szumi. Jutro wieści rozejdą się pewnie po całym Niższym Pierścieniu.
Biedota jest taka podekscytowana pojedynczą wizytą agentów, jakby cały dwór leczył się u ich znachorki. Jakby przybyszka była ich własnością.
Patrzę na nią. Przychodzę czasem i obserwuję ją przez wiecznie otwarte za dnia drzwi. Woda tańczy wokół niej w rytm jakiejś nieistniejącej melodii. A może to po prostu tylko ja jej nie słyszę? Może duchy śpiewają jej do ucha swoje cudne arie? Niebieskie oczy skupiają się na ranach i drobnych zadrapaniach tak całkowicie, jak na najcenniejszych kamieniach. Myślę czasem, że skóra tej hołoty musi rodzić rubiny zamiast krwi. Bo inaczej po co by tak patrzyła?
Mdli mnie na widok tych wszystkich żebraków. Ich brzydkie, wymęczone twarze śnią mi się po nocach. Szpecą takie piękne miasto swoim brudem i nijakością, niszczą harmonię. Odwracają uwagę ludzi od tego, co naprawdę ważne. Chodzą całymi dniami w tych swoich burych łachmanach; wracają po pracy jeszcze bardziej umorusani, niż do niej wyszli. Roznoszą zarazę brzydoty wszędzie, gdzie się pojawią. Infekują to, co jeszcze piękne i zmieniają w kolejny koszmar. Jak ją. Taka ładna, jasna buzia w tych okropnych wieśniaczych szmatach!
A ja tak kocham piękno.
Tak niewiele piękna jest w Niższym Pierścieniu. A wystarczyłoby tylko ich wszystkich wykąpać i ładnie wystroić. Zasłonić makijażem znużenie na ich twarzach. Nie mam czasu, by pomóc im wszystkim. Wybieram tylko te, którym nie trzeba zbyt wiele pomocy. Ale one zawsze płaczą, moje lalki.
Ślicznie będą wyglądać łzy w jej niebieskich oczach.
Ale teraz nie mogę. Dai Li kręcą się wokół dziewczyny, szepce ulica. Muszę znaleźć inną lalkę. Kupić nową suknię. Wszystko od nowa. Tyle pracy mnie czeka.
Palce instynktownie szukają rękojeści noża. Znów pamiętam, jak powinno się go trzymać. Jego przyjemny ciężar przytwierdza moją świadomość do ziemi, nie pozwala mi odpłynąć myślami zbyt daleko.
Przemoc jest zła, upiera się monotonny głos w mojej głowie. Nie wolno krzywdzić innych. Ale ja przecież nikomu nie robię krzywdy.
To wszystko dla ich dobra.
Donghaia nie było trudno znaleźć. Wystarczyło po prostu usiąść w Bibliotece Uniwersyteckiej albo Muzeum Królewskim i cierpliwie poczekać. Sang Ji nawet tego nie musiał robić. Kiedy wrócił pod Laogai, w całych koszarach dało się słyszeć biadolenie agenta Xiaodana, marudzącego, że jego partner „znowu pilnuje tych cholernych zwojów". A agent Dai Li w bibliotece rzucał się w oczy bardziej niż królikogur. Studenci bardzo się starali omijać jego stolik szerokim łukiem. W zasadzie to omijali nawet regały, między którymi ten stolik się znajdował. Bardzo na tym pewnie cierpiała Katedra Historii Starożytnej, bo przez agenta żacy nie mieli dostępu do materiałów źródłowych.
Donghai, mężczyzna około trzydziestki, z gęstą, czarną brodą godną poczciwego piekarza czy rzeźnika, siedział pochylony nad zwojem tak starym, że wyglądał, jakby zaraz miał się rozpaść. Sang Ji bez trudu podszedł tak blisko niego, że gdyby chciał, mógłby go bez trudu zaatakować, a drugi agent nawet nie podniósł na niego wzroku. Dopiero głośnie chrząknięcie odwróciło jego uwagę od lektury.
– Sang Ji? – zdziwił się lekko. – Zmieniłeś pracę?
Agent, wciąż w swoim przebraniu, tylko przewrócił oczami. Jedyną zaletą dziwacznych hełmów służb porządkowych było to, że ten gest nie mógł umknąć jego rozmówcy. Kapelusz Dai Li zupełnie zepsułby efekt.
– Nie rób tak, bo wejdzie ci w nawyk – z Donghaiem nigdy nie było wiadomo, gdzie kończy się jego kompletne oderwanie od rzeczywistości, a zaczyna uprzejma, koleżeńska kąśliwość. – Po co mnie odwiedziłeś? Może masz ochotę podyskutować o Czwartej Rebelii Herbaciarzy?
Donghai z nieskrywaną nadzieją rzucił okiem na zwój, który przed chwilą czytał. Sang Ji nie miał serca wprost mu powiedzieć, że na służbie w bibliotece powinno się pilnować księgozbioru, a nie czytać o zamieszkach sprzed tysiąca ośmiuset lat. W zasadzie chyba nikt nie miał serca mu tego wyjaśniać.
– Żałuję, ale nie – odpowiedział mu. – Chodzi o tę dziewczynę od kwiatów. Podobno dostała od ciebie jakąś bransoletkę.
Donghai pogładził się w zamyśleniu po swojej rzemieślniczej brodzie i zacmokał kilka razy.
– Nie kojarzę, żeby coś takiego miała – odpowiedział w końcu. – A ja jej na pewno nic nie kupowałem.
– A po śmierci? – Sang Ji zniżył głos, tak na wszelki wypadek. – Zauważyłeś coś na jej nadgarstku?
Starszy agent pokręcił przecząco głową.
– Nie pamiętam. Ale jeżeli nawet coś miała, to pewnie nadal tam jest.
Sang Ji zmarszczył brwi.
– Nie sugerujesz chyba, że…?
Agentów Dai Li nie rekrutowano ze względu na czystość ich sumień czy intencji. Niewiele było działań, których nie odważyliby się podjąć. Ale dwóch rzeczy nawet najgorsza gnida w Ba Sing Se nigdy nie zrobi: naruszanie integralności murów miejskich i odkopywanie zmarłych.
– Oczywiście, że nie – próbował go uspokoić Donghai. – No chyba, że będziesz musiał…
– Nie będę musiał! – warknął na niego Sang Ji. – Jeszcze całkiem nie zwariowałem.
Opuścił Bibliotekę Uniwersytecką bez słowa pożegnania, zawiedziony i wściekły. Śledztwo jeszcze się nawet na dobre nie zaczęło, a już miał go serdecznie dość. Podobnie jak swojego przebrania. I agenta Donghaia. Zwłaszcza tego ostatniego.
