Lamir
Część IV
— Nigdzie nie idę!
Severus stanął w drzwiach sypialni.
— A to dlaczego? Nadal cię boli?
Harry stał tam, gdzie wstał z podłogi i rozłożył ręce.
— Mam iść tak?
Teraz Snape uzmysłowił sobie, o co chodzi chłopakowi. Poza spodniami, i to od pidżamy, a nawet te były związane nisko, by dolne skrzydła mogły być na wierzchu, chłopak nie miał na sobie nic.
— Jesteś w stanie złożyć skrzydła albo najlepiej schować?
Harry burknął coś pod nosem ze złości i usiadł tak jak wcześniej na krześle.
— Nie umiem nimi poruszać, nie mam drzwi w plecach, żeby je schować, nie mam ubrania, żeby nie było widać mojej d... dolnej części pleców. Nigdzie nie idę!
Mistrz eliksirów po części się nim zgadzał. Jednak chłopak musiał pojawić się na uczcie.
— Potter, jak na czarodzieja, przerażasz mnie. Masz szesnaście lat i nadal myślisz jak mugol.
Otworzył swoją szafę i wyjął z niej kilka swoich rzeczy.
— Załóż najpierw bieliznę, a potem spodnie. Dopasuję je.
Chłopak wykonał polecenie, przesiadając się na łóżko. Przynajmniej do połowy. Gdy schylał się, by zdjąć pidżamę do końca, zakręciło mu się w głowie i tylko ramię Severusa uratowało go przed spotkaniem z podłogą.
— Bądź bardziej ostrożny. Nie jesteś jeszcze całkiem zdrowy.
A Harry opierał się o to ramię jak o ostatnią deskę ratunku.
— Masz zamiar się ubrać czy będziesz świecił klejnotami?
— Dobrze mi tak — mruknął chłopak.
— Zauważyłem, ale chciałbym jednak zachować trochę swojej magii.
— Mogę cię znów pocałować — rzucił Harry i natychmiast spojrzał przerażony na profesora. — Przepraszam.
— To normalne. Przyzwyczaisz się. W obecności mężczyzny, którego uznajesz za towarzysza, będziesz się czuł spokojniejszy. Nie wiem, jak będzie przy innych. A teraz bądź łaskaw się ubrać.
Severus tłumaczył mu jak małemu dziecku.
— Przepraszam. — Chłopiec pochylił głowę.
— Za co znowu?
— Ma pan ze mną same kłopoty. Powinienem być wdzięczny, że w ogóle chciał się pan mną zająć... Przepraszam...
— Przestań! Natychmiast! — krzyknął na niego Severus, gdy tylko zaczął okazywać pierwsze oznaki płaczu.
Harry natychmiast zesztywniał, a zaraz potem skulił się na łóżku, podciągając nogi pod brodę. Severus od razu zrozumiał swój błąd. Krzyczenie to nie był dobry pomysł.
— Harry. Ubierz spodnie, dopasuję je. Potem zrobimy coś z koszulą i szatą. — Wolał zmienić temat.
Pomogło. Trochę.
Potter wyprostował się powoli i naciągnął spodnie profesora. Były trochę za długie, ale w pasie prawie dobre. Dopasowanie zajęło dwa ruchy różdżką, a zrobienie niewielkich wgłębień przy pasku, kolejny. Dolne skrzydła luźno dopasowały się do bioder, przylegając do nich.
— Spróbuj tak zrobić z obiema parami na górze.
— Z jakimi znowu parami...? — Dopiero teraz Harry zauważył, że przybyło mu kończyn lotnych. — Jeszcze jedna?
— Tak. Przecież ci mówiłem, że jesteś serafinem.
— A one mają trzy pary skrzydeł, rozumiem.
Harry zmarszczył czoło i spróbował złożyć skrzydła, tak jak te dolne. W efekcie zrzucił kilka bibelotów i uniósł cały pył z podłogi. Mistrz eliksirów przewrócił oczami, przenosząc drażniący proszek do wolnej fiolki i odstawiając go poza zasięg Harry'ego.
— Przestań. Stań spokojnie. Przymierzymy koszulę.
Zawczasu wyciął odpowiedni otwór. Trzeba było tylko przełożyć przez niego skrzydła. Drugim wyjściem było wycięcie kołnierzyka, a tego nie chciał. Do tego pierwszego potrzebna jednak była pomoc.
— Tym razem sam użyję zaklęcia, potem cię go nauczę.
— Dobrze, proszę pana.
Koszula pojawiła się na jego ciele, zapinając się sama. Z szatą zrobił to samo, co z koszulą. Najpierw otwór, potem nałożył zaklęciem.
— Teraz możemy już iść?— zapytał Snape.
— Musimy?
— Tak, musimy. I tak w końcu musiałbyś stąd wyjść. Lepiej mieć to za sobą. Merlinie, Potter! Wyjmij tego swojego Gryfona na wierzch!
Chłopak westchnął i ruszył w stronę drzwi, zastanawiając się, jak przez nie przejść. Skrzydła, całe szczęście, były połączone z mózgiem i złożyły się, przylegając ciasno do pleców, gdy przechodził z sypialni do salonu.
— Pośpiesz się, jesteśmy spóźnieni — ponaglił go Snape.
Przybyli już po Ceremonii Przydziału i wszystkie oczy skierowały się w stronę wchodzących. Severus szedł pierwszy, a za nim Harry ze spuszczoną głową.
Sala ucichła, gdy drzwi magicznie zamknęły się za nimi.
— Przepraszamy za spóźnienie. Mieliśmy małe problemy.
— Nic nie szkodzi. — Dumbledore uśmiechnął się swoim standardowym uśmiechem, który na Severusa już dawno przestał działać.
Ruszyli do przodu.
— Potter, bądź łaskaw zająć swoje miejsce — polecił mu profesor.
— Ale...
— Natychmiast!
Harry zadrżał i wysunął się zza mężczyzny. Musiał się obrócić bokiem, by ominąć stół Ravenclawu i jego skrzydła stały się widoczne dla wszystkich.
— Hej, Bliznowaty! Coś ci wylazło zza koszuli!
W efekcie Harry się potknął i skrzydła automatycznie rozłożyły się na całą szerokość. Teraz zatrzymało się wszystko. Nawet płomienie pochodni zdawały się migotać wolniej.
— Anioł! Prawdziwy anioł! — krzyknęła nagle jakaś dziewczyna od strony stołu Hufflepuffu.
I się zaczęło. Szepty, spojrzenia oraz wytykanie palcami. Skrzydła wróciły na swoje miejsce, gdy Harry stanął prosto. Rozejrzał się po zebranych i gdy zobaczył machającą w jego stronę Hermionę, podszedł do niej. I nagle wokoło zrobiło się luźno. Została tylko Hermiona.
— Ron, co się z tobą dzieje? — zapytała zdziwiona dziewczyna.
— Nie trzeba. Rozumiem go — powstrzymał ją Harry.
— Harry, o co chodzi? — zaniepokoiła się.
Skrzydła nie były jedynym czynnikiem, który ja zaniepokoił. Przyjaciel był blady, mizerny i wręcz wydawał się wyczerpany.
— Domyślam się, że wakacje nie były dla ciebie najlepsze — szepnęła, nachylając się w jego stronę.
Harry, pamiętając, co się stało z profesorem, odsunął się.
— Staraj się mnie nie dotykać. To nie jest zbyt bezpieczne.
— Dlaczego? Nigdy dotąd...
— Nigdy dotąd nie byłem istotą magiczną – lamirem. Żywię się magią czarodziei. Wystarczy mi dotyk — poinformował ją zapobiegawczo. — Oni to wiedzą — wskazał na innych.
Ron, Neville i kliku innych uczniów zerkało na niego chłodno, dyskutując, jak się domyślał, o nim. Inna grupa siedziała po przeciwnej stronie, ale ich twarze nie wyrażały wściekłości, lecz coś wręcz przeciwnego – zachwyt.
— Harry, zauważyłeś jak się podzielili? — Hermiona podążyła za wzrokiem przyjaciela.
— Na pół? Siedzą po jednej mojej stronie i drugiej.
— Nie, Harry. Ron siedzi tylko z czystokrwistymi, a na przykład Dean i Colin są wśród mugolaków, takich jak oni. Chyba będziesz musiał uważać.
— Faktycznie, straszna nowość — mruknął.
Uczta była okropna. Ale coś czuł, że najgorsze dopiero przed nim.
Nie pomylił się.
Gdy pierwszoroczni wyszli za prefektami, zaczęli Ślizgoni.
— Hej, Potter! Będziesz teraz przysysał się do nas wszystkich? Wypadałoby ci chyba kupić łańcuch, żebyś za bardzo się nie panoszył. — Malfoy standardowo w otoczeniu swych dwóch wielkich goryli uśmiechał się złośliwie, blokując przejście.
Harry'emu towarzyszyła tylko Hermiona. Wszyscy inni Gryfoni trzymali się z tyłu.
— Panie Malfoy, czy nie powinien pan być już w drodze do swego dormitorium?
Na dźwięk głosu Snape'a Potter rozluźnił się trochę.
— Potter! Ty jesteś oczekiwany u dyrektora. Teraz!
Ostry ton nie spodobał się Harry'emu, ale nie miał czasu, by coś powiedzieć. Na oczach wszystkich profesor złapał go za ramię i popchnął przed siebie.
OOO
— Nie będę spał w tym samym pokoju co on! — Krzyk Rona odbił się po całym pokoju wspólnym.
Weasley wynosił właśnie swój kufer, by przenieść się do jednego z wolnych pokoi.
— Ron, dlaczego? Anioły nie są niebezpieczne. — Dean stał na korytarzu, łączącym sypialnie chłopców z pokojem wspólnym.
— To lamir, nie żaden anioł! One pochłaniają magię z istot magicznych! My jesteśmy magiczni! Chcecie, to bądźcie jego żywnością, ja nie mam takiego zamiaru!
Harry stał zaraz przy wejściu i wszystko słyszał. Rozmowa z dyrektorem było krótka. Dostał tylko informację, że wszystkie rzeczy zostały dla niego kupione i są w jego dormitorium. Różdżka została odzyskana z rąk wujostwa. I ani słowa o całej panującej sytuacji, jakby po prostu nic się nie działo.
Teraz miał kolejny problem.
Pokój wspólny był pełen ciekawskich uczniów. Otaczali go ze wszystkich stron. On sam miał dość jak na jeden dzień. Był zmęczony i myślał już tylko o łóżku.
— Harry, jesteś aniołem? — zapytała nagle jedna z dziewczyn z młodszego rocznika, jeśli dobrze pamiętał – Romilda.
— W świecie czarodziejów jestem lamirem, ale wśród mugoli uchodzę za serafina — odparł.
— Czyli jesteś aniołem? — upewniał się ktoś inny.
— Nie w takim sensie jak myślicie. Nie dostałem skrzydeł w niebie za dobre sprawowanie i tym podobne. Jestem istotą magiczna, jak wilkołak czy wampir.
— Żywisz się magią? — Tym razem to Neville. — Babcia opowiadała mi o lamirach. Potrafili pozbawić czarodzieja całej jego magii.
Harry nie chciał przed nikim ukrywać prawdy.
— To prawda.
— Jak?
— Co „jak"?
— Jak się żywisz? Wgryzasz się jak wampir?
— Wystarczy dotyk. Nie kontroluję jeszcze tego.
W ciągu kilku sekund wokół niego zrobiła się pusta przestrzeń. Westchnął, ale jednocześnie uznał, że to dobrze, bo nikogo nie skrzywdzi przypadkiem. Musi się nauczyć, jak nad tym zapanować.
— Powinni usunąć cię ze szkoły! — Warknięte przez zęby słowa Rona były bardzo wyraźnie słyszalne w panującej ciszy.
— Może, lecz ponieważ jestem Złotym Chłopcem, Wybrańcem, nie zrobiono tego.
Weasley zaczynał go tym razem denerwować. Co roku odprawiał jakąś szopkę z zazdrością. W tym roku miał zamiar dorzucić do niej także nienawiść.
— Pewnie. Harry Potter może wszystko.
— Ron! — oburzona Hermiona spojrzała na niego tym swoim srogim wzrokiem.
Rudzielec nic nie powiedział, tylko poszedł do swojego nowego pokoju.
Harry mógł wreszcie wejść do swojego. Neville właśnie kończył się pakować. Nie miał tego wiele, bo przecież dopiero co przyjechali. Rzucił zaklęcie lewitujące na kufer i opuścił pokój bez słowa.
— Nie przejmuj się nimi, Harry. Nie wiedzą, co tracą.
— Wy też nie wiecie. A co, jeśli samo spanie w moim pobliżu jest niebezpieczne?
— Przecież byś nam powiedział. — Finnigan rozsiadł się na swoim łóżku.
— Ja sam o sobie niewiele wiem. To – wskazał na swoje plecy – wyrosło wczoraj. Dwie godziny temu dowiedziałem się, kim jestem.
Dean machnął ręką.
— Daj spokój! Gdybyś był naprawdę niebezpieczny, już coś by się stało. Ron to uprzedzony dupek i tyle. Dalej, rozłóż je!
— Lepiej nie. — Przypomniał sobie, co się stało, gdy rozłożył skrzydła za pierwszym razem. — To chyba jeden ze sposobów ściągania magii.
— Skąd wiesz? Wyssałeś już kogoś? Kogo?
— Profesora Snape'a, gdy mnie leczył.
— Leczył? — W drzwiach stały Hermiona i Ginny.
Chłopak umilkł. Nie chciał nikomu mówić o tym, co działo się u Dursleyów.
— Ginny, Ron nie będzie zadowolony, gdy się dowie, że tu jesteś.
— Mam to gdzieś. Nie jestem jego niewolnicą. Chciałabym się dowiedzieć, dlaczego twoja poczta wracała do nas przez całe wakacje. I skąd masz te blizny na twarzy?
Potter zamarł w miejscu.
— Jakie blizny?
Dziewczyny spojrzały na siebie.
— Harry — zaczęła Granger — kiedy ostatnio patrzyłeś w lustro?
Nagle chłopak uzmysłowił sobie, że jego wygląd musi być straszny. Wpadł do łazienki, zapominając zamknąć za sobą drzwi. Stanął przed lustrem i patrzył. Jego dłoń, jak ciągnięta na niewidzialnym sznurku, dotknęła twarzy, na której były teraz trzy nowe blizny. Wuj Vernon tego dnia uderzył do ręką. Czuł ból rozcinanej sygnetem skóry, ale myślał, że zagoiło się normalnie – bez śladu.
— Na plecach masz ich całe mnóstwo — szepnęła tym razem Ginny, podchodząc bliżej. — Zaczynają się od miejsca wyjścia skrzydeł i chowają się pod ubraniem. Harry, co się działo podczas wakacji?
Harry pokiwał głową, odsuwając się pod ścianę i opierając o nią. Powoli zsunął się na podłogę.
