Stojący w progu Percidal ocieka wodą. Peleryna na jego ramionach przypomina mokrą szmatę.

- Pada – oznajmia, wchodząc do pokoju. Eva podnosi jasną głowę znad książki.

- Hmm, widzę.

Deszcz bębni w okiennice, starannie zamknięte i zaryglowane, ale na stole żarzą się węgle w ceramicznej podstawce, wypełniając pokój różowawym blaskiem. Percidal klęka przy nim, żeby ogrzać zgrabiałe ręce.

- Zachlapiesz wszystko – Evangeline podciąga się na oparciu kanapy i odkłada książkę na brzeg stolika, z dala od kapiących z iopowej czupryny kropli.

Sięgając do zapinki jego peleryny, muska palcami obojczyk, ale on wcale nie czuje jej dotyku.

- Zimny jesteś jak lód – mruczy Eva, rozpinając na nim płaszcz. - Marsz do łazienki, osuszyć się.

Zbyt przemarznięty, żeby protestować, Percidal posłusznie wstaje i wlecze się za plecione z gałązek przepierzenie.

- Po co w ogóle patrolować las przy tej pogodzie? - sarka Eva. Siekący w ściany deszcz zagłusza pobrzękiwanie fajansowych naczyń.

- Wszystkie potwory już dawno się pochowały. Albo potopiły. Mogę wejść?

- Proszę – powstrzymując dygotanie, odwiesza ręcznik na kołek. Eva wchodzi, żeby rozwiesić pelerynę na sznurku i stopą podsuwa pod nią miednicę z kąta. Potem wyżyma do miednicy trzymaną w ręku ścierkę.

Percidal, zarumieniony, rozciera kark, kiedy Eva zawiesza szmatę na sznurku.

- Sam bym posprzątał. Nie męcz się.

Eva przewraca oczami. - Głupi iop. Odrobina ruchu na pewno mi nie zaszkodzi.

- Ale…

- Ale?

Wyprowadza go za rękę z łazienki i popycha na kanapę. Na stoliku stoją dwa kubki, na podstawie z żarem zielony czajniczek w delikatne pandawańskie szlaczki.

- Eniripsa kazała ci odpoczywać.

- Leżałam cały dzień. Zresztą, za parę tygodni oboje będziemy mieli pełne ręce roboty – siada przy nim, wolno i ostrożnie, a on ściąga z oparcia kanapy gruby pled, żeby otulić jej bose stopy.

Woda śpiewa w czajniku. Evangeline nachyla się powoli, ale Percidal ją uprzedza i sam nalewa wrzątek do kubków. Natychmiast bucha z nich gorąca, pachnąca para.

- Nie musisz wszystkiego robić za mnie, naprawdę – w tonie Evy irytacja miesza się z czułością. Percidal podaje jej kubek.

- Lubię ci pomagać – mruczy, podciągając pled drugą ręką.

- Głupi iop – miękkie jak len włosy muskają mu ramię. Cra wzdycha i przytula się do jego boku, opierając ciepły policzek na barku iopa.

- Mądralińska cra – kontruje Percidal, obejmując ją pod kocem.

- Uhm. Pij herbatę, żebyś trochę odtajał.

Deszcz bębni w okiennice. Percidal przełyka herbatę i rozkoszne ciepło rozchodzi mu się po kościach.

Przez chwilę piją w milczeniu, oparci jedno o drugie, słuchając deszczu. Eva jest cieplutka jak piecyk, ale i Percidal rozgrzewa się powoli. Kubek nie parzy go już w palce.

Odstawia go na stół i bierze Evę za rękę.

- Mogę już nie chodzić na patrole, jeśli nie chcesz – ofiarowuje się.

- I nudzić się tu przez cały dzień? - prycha śmiechem Eva. - Nie ma mowy.

- Chociaż mógłbyś się cieplej ubierać – dodaje po chwili. - Żebym jeszcze tobie nie musiała matkować, jak zachorujesz.

- No wiesz? - iop prostuje się dumnie, a koc spływa mu na kolana.

Eva chichocze. Odstawia kubek i składa blond głowę na piersi swojego rycerza.

- Głupi iop – mruczy.

- Mądralińska cra – Percidal obejmuje ją delikatnie. Razem słuchają deszczu.