N/A Lubię Rona, naprawdę lubię, ale jednak wiem, że bywa czasem totalnym głupkiem i nieczułym draniem. Ale ma dobre serce i jak się go trzaśnie w łeb, to zaskakuje ;)
Harry siedział przy stole kuchennym w Norze, nerwowo ściskając kubek herbaty. Hermiona patrzyła na niego z troską. Ron, po drugiej stronie stołu, łypał spode łba. Cisza panująca w pomieszczeniu była z gatunku tych raczej niezręcznych.
Wczoraj wieczorem Harry wrócił ze szpitala z wieścią, że Snape odzyskał przytomność. Molly i Artur ucieszyli się szczerze, podobnie jak Hermiona, natomiast młodzi Weasley'owie, popatrzyli po sobie niepewnie. Ron prychnął, najwyraźniej zły. Ginny starała się cieszyć, ale trochę niepokoiła ją zbyt negatywna reakcja Rona i niepewność w głosie Harry'ego.
- Co z nim? – zapytała, kiedy jej chłopak zajął miejsce przy stole i podziękował Molly Weasley za talerz pasztecików, który przed nim postawiła.
- Właśnie nie wiem… - Harry popatrzył na swoją dziewczynę z wyrazem zagubienia na twarzy.
- Rozmawialiście? – do rozmowy włączyła się Hermiona. Wszyscy słuchali z zaciekawieniem, nawet Ron, choć dziobał wściekle widelcem pasztecik leżący na jego talerzu.
- Tak… jakby… - Harry westchnął – On… na początku nie wiedział gdzie jest, chyba myślał… Wziął mnie za moją mamę…
Ron zaśmiał się kpiąco. Matka zgromiła go wzrokiem, więc ucichł, wzruszając ramionami.
- Kiedy powiedziałem mu, że jest w św. Mungu i że Voldemort nie żyje, zapytał, czy mam zamiar go wysłać go do Azkabanu, albo zabić… A kiedy powiedziałem, że nic takiego mu nie grozi i jest bezpieczny… i wolny… kazał mi wyjść – zakończył Harry, patrząc na twarze zebranych.
- Cóż… - zaczął pan Weasley – Nie ma co się dziwić, że jest nieco rozkojarzony. I na pewno oszołomiony śmiercią Voldemorta i tym, co się stało kiedy był nieprzytomny…
- Na pewno jest w głębokim szoku pourazowym – dodała Hermiona – Przydałby mu się psycholog…
- Psycho-co? – wypalił Ron, podobnie jak reszta rodziny nie mający pojęcia o czym mówi Hermiona, która uśmiechnęła się lekko, wymieniając spojrzenia z Harrym.
- Psycholog to mugolski uzdrowiciel od… psychiki – wyjaśnił chłopak – Taki terapeuta, ktoś, z kim można pogadać…
- A możesz powiedzieć o nich coś więcej? – zainteresował się momentalnie pan Weasley – Czy ci psycho… psychologowie? – zawahał się, Harry skinął mu głową – czy oni używają mikserów?
Hermiona zaczęła się śmiać, po chwili zmagań ze sobą dołączył do niej Harry. Artur zerkał na nich niepewnie.
- Nie, z pewnością psychologowie nie korzystają z mikserów, przynajmniej w terapii… - wydusił z siebie Harry, ledwo opanowując chichot – Mogę któregoś dnia panu opowiedzieć zarówno o nich, jak o mikserach – dodał, czym wyraźnie uradował swego przyszłego teścia.
- A wracając do Snape'a… - wtrąciła Ginny – Myślisz, Harry, że wróci do pracy w Hogwarcie?
Chłopak westchnął. Nie zastanawiał się nad tym do tej pory.
- Nie sądzę… - powiedział, po chwili namysłu – On chyba naprawdę nie lubi uczyć… A teraz, kiedy już nie musi niczego udawać, nikogo szpiegować i przed nikim niczego grać, to pewnie będzie robił coś, na co ma ochotę…
- Mordował ludzi… - burknął Ron.
- Ron! – wykrzyknęli równocześnie państwo Weasley'owie, Hermiona i Ginny. Nawet George, Percy, Bill i Charlie popatrzyli na niego zniesmaczeni.
- Przesadzasz, Ron… - odezwał się Harry – Przyczepiłeś się do niego, jakbyś nie wiedział, ile dla nas zrobił. Jesteś czasem tak beznadziejnie zatwardziały w swych, mylnych na dodatek, sądach, że aż boli…
- To wy nie widzicie, że rozczulacie się nad mordercą… - najmłodszy z braci zerwał się z miejsca i popatrzył dzikim wzrokiem po wszystkich wokoło – To Snape! Snape! On zabił Dumbledore'a!
- Ronaldzie Weasley! – wykrzyknęła pani Weasley, wstając zza stołu. Jej syn skulił się odruchowo – Jesteś najbardziej nieczułym draniem, jakiego znam! Nie wiem, jaki błąd popełniliśmy przy twoim wychowaniu, ale bardzo tego błędu żałuję, skoro jesteś tak okrutnie niesprawiedliwy wobec człowieka, któremu zawdzięczasz życie.
Ron najpierw pobladł, potem poczerwieniał na twarzy, aż w końcu przysiadł na swoim krześle, spuszczając głowę.
- Ja po prostu… on… on przecież… Voldemort… Dumbledore… morderca… - mamrotał bezładnie, wciąż wpatrując się w stół.
- Snape nie jest święty – odezwał się cicho, jakby z namysłem, Artur – Jest człowiekiem oschłym, niesympatycznym i sprawiającym wrażenie nieczułego. Nie wątpię, że zalazł ci za skórę, Ron. Wam wszystkim, nam także czasem… Ale trzeba go zrozumieć… Popełnił w życiu wielki błąd, przystępując do śmierciożerców, ale wystarczająco go odpokutował przez te lata… Wydaje mi się, że Harry wystarczająco dobrze opisał nam to, co zrobił Severus, także to, dlaczego zabił Dumbledore'a… To jest trudne i smutne, ale najbardziej skrzywdziło to samego Severusa, który musiał podnieść rękę na swojego mistrza, który był dla niego jak ojciec… Ron, możesz nie wiedzieć, bo nie znałeś ich wzajemnych relacji tak, jak ja, czy mama, ale oni byli naprawdę blisko, mimo specyficznego zachowania Dumbledore'a wobec Snape'a… Już nie mówiąc o pozostałych koszmarach, jakie przeżył Snape przez te lata. Musisz okazać trochę współczucia, Ron… - zamilkł na chwilę – A poza tym… Ja z mamą też zabijaliśmy podczas tej wojny… też jesteśmy mordercami… - dodał, zaciskając usta.
Ron wyglądał, jakby dostał w twarz.
- Ale… ale… to nie to samo… wy… musieliście… to była walka, a oni byli śmierciożercami… - próbował się wybronić, ale zaczynał pomału rozumieć, jak bardzo się pomylił – Merlinie… - jęknął po chwili milczenia, ukrywając twarz w dłoniach. Hermiona wstała i podeszła do niego od tyłu, obejmując go ramionami.
- To była wojna, Ron… - powiedziała – Snape walczył w niej po naszej stronie i robił rzeczy trudniejsze, niż my. Musiał zabić przyjaciela, nie mógł pomagać Zakonowi podczas Ostatniej Bitwy, patrząc jak giną z rąk śmierciożerców ludzie stojący po jego stronie… To dupek i też go nie lubię, bo zawsze był chamski wobec nas, zwykle bez powodu, ale… ale to też człowiek, nasz sprzymierzeniec i ktoś, komu wiele zawdzięczamy…
- Komu zawdzięczamy wszystko – dodał dziwnym głosem Harry, przyciągając spojrzenia zebranych. Po chwili milczenia wstał, podziękował pani Weasley za kolację, choć nie zjadł ani trochę i wyszedł na podwórko.
Rano wszyscy byli w nieciekawych nastrojach, jakby miało się stać coś niedobrego. Artur i starsi synowie poszli do pracy, Molly krzątała się w kuchni, George, jak co dzień, zamknął się w pokoju i coś pisał, a Harry siedział przy stole, próbując zebrać myśli.
Chciał… Nie, właściwie to nie chciał rozmawiać ze Snapem. Nie wiedział o czym miałby z nim rozmawiać. Teraz, kiedy było pewne, że Mistrz Eliksirów wydobrzeje, stracił cel, jakim było ocalenie go od śmierci. Pojawiło się za to pytanie: co dalej? Tego już Harry nie wiedział, z jednej strony pragnąc pomóc swojemu nauczycielowi, z drugiej – marząc, by nigdy więcej nie musieć oglądać jego twarzy, tłustych włosów i wielkiego nochala. Zwłaszcza, że… Cóż, nie czuł się zbyt komfortowo z tym wszystkim, czego dowiedział się o jego przeszłości i relacjach z Lily, i z tym, co myślał o swoim znienawidzonym profesorze. Daleki był do przyznania się przed samym zainteresowanym do swoich uczuć, bo ledwo udało mu się do nich przyznać przed samym sobą. W końcu, jak poprzedniego wieczoru zauważył Ron, Snape to Snape…
- Harry… - odezwała się Hermiona. Podniósł wzrok – Powinieneś z nim porozmawiać… Zobaczyć, jak on sobie z tym wszystkim radzi… Jeszcze przyjdą mu do głowy jakieś głupie myśli…
Harry potrząsnął głową. Po chwili wstał.
- Zajrzę do niego… - oznajmił – I tak miałem wpaść do Munga, zobaczyć co z resztą…
Kiwnął im głową na pożegnanie i wyszedł, deportując się spod domu.
