Środa, dzień trzeci
Londyn
Stukanie nie ustawało.
Sherlock zacisnął zęby i zażyczył sobie, żeby pukającego trafił szlag. Nie poskutkowało, wprost przeciwnie – stukanie zrobiło się jeszcze bardziej natrętne. Próby zignorowania go też spełzły na niczym.
– Sherlock. – Do stukania dołączył znajomy, irytująco przyjazny głos Lestrade'a. – Wiem, że tam jesteś, pani Hudson cię zdradziła. Mam sprawę.
Mózg Sherlocka spróbował zareagować na słowo „sprawa", jednak poniósł porażkę.
– Zjeżdżaj! – krzyknął detektyw z frustracją.
Nastała chwila ciszy, po czym drzwi się otworzyły.
– Nie słyszałeś mnie? – Kroki Lestrade'a były ciężkie i powolne; podobnie jak jego umysł, dodał w myślach Sherlock ze śladem dziecinnej złośliwości. – Powiedziałem, że mam dla cie...
Kroki ucichły.
– Czemu leżysz na podłodze?
Sherlock spojrzał na zawieszoną nad nim do góry nogami twarz.
– To moja podłoga – warknął. – Mogę na niej leżeć, ile mi się tylko podoba, a tobie nic do tego. – W jego tonie słychać było rosnącą z każdą chwilą złość. – Chyba, że leżenie na podłodze już się zrobiło nielegalne, co? I dlatego cię tu przyniosło? Zdelegalizowano leżenie na podłodze, czy po prostu cieszy cię wtrącanie się w moje prywatne sprawy?
– Czy ty masz na czole plaster antynikotynowy? – zapytał Lestrade tonem pełnym ni to rozbawienia, ni to niepokoju.
– To moje czoło i AU! – wrzasnął Sherlock, gdy Lestrade przykucnął i oderwał plaster. – To boli, ty cholerny...
– Uważaj sobie – przerwał mu z rozbawieniem Lestrade. – John ma dzisiaj na popołudnie? Zamorduje cię, jeśli znowu się naćpasz tymi plastrami.
Sherlock podniósł się, pocierając czoło dłonią.
– John – wyjaśnił z urazą – wyjechał z kraju.
– O, zrobił sobie wakacje? To fajnie, prawda? – W twarzy inspektora coś drgnęło, ale nie przestał się uśmiechać. – Kiedy wraca?
– To nie wakacje – wycedził Sherlock z goryczą. – Mycroft wysłał go w strefę działań wojennych. Do Afganistanu.
– Ach tak? To by mniej więcej tłumaczyło, czemu postawił mnie w stan gotowości – mruknął Lestrade. – No bo oczywiście na kogo zawsze pada w takich sytuacjach? Na mnie, bo na kogo innego.
– Ha! – Sherlock wyciągnął oskarżycielsko palec w jego stronę. – Wiedziałem! Wiedziałem, że też jesteś na jego rozkazy!
– Jezu, Sherlock, wszyscy są na jego rozkazy – stwierdził Lestrade z politowaniem. – A teraz powiedz mi, czy zamierzasz się ruszyć i przyjrzeć sprawie, czy wolisz dalej kontemplować plamy na suficie?
– To zależy – odgryzł się Sherlock – czy masz zamiar tu zostać bez względu na moją decyzję?
– Nie, mam ciekawsze zajęcie. – Lestrade wyjął z kieszeni notes. – Zamknięte muzeum, zaginione dzieło sztuki, najwyższej jakości system zabezpieczeń, cały tłum strażników, jeden z nich z nieznanych powodów nieprzytomny. – Postukał w notes długopisem. – Jedna wielka zagadka. Nie wiem, od czego w ogóle zacząć...
– Zamknij się, zamknij się, zamknij się! – krzyknął Sherlock, zrywając się na równe nogi i łapiąc płaszcz. – Już idę, tylko przestań wreszcie gadać, na miłość boską. Nie wytrzymam tego dłużej.
– Powiem Johnowi, że byłeś dla mnie niemiły – zagroził Lestrade, nie kryjąc rozbawienia.
– Lubiłem cię o wiele bardziej, kiedy utrzymywaliśmy mniej zażyłe stosunki – oświadczył Sherlock, piorunując go wzrokiem.
– To było zanim zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi. – Lestrade wyraźnie doskonale się bawił. – Zanim zdałem sobie sprawę, że potrzebujesz mnie tak samo, jak ja potrzebuję ciebie. I że jesteś irytującym dupkiem.
– Zamknij się.
– Oki-doki! – zgodził się z uśmiechem Greg.
Londyn:
– Cześć świrze – rzuciła Sally, patrząc na Sherlocka z ukosa. – Gdzie twój pomocnik?
Sherlock zacisnął zęby.
– Witaj, Sally. Po pierwsze: naprawdę powinnaś spłacić swoją kartę kredytową w terminie, po drugie: co tym razem popsułaś?
Donovan przewróciła oczami.
– Poważnie – burknęła. – Gdzie jest Watson? W końcu zostawił cię w jasną cholerę?
Sherlock przygarbił się.
– Dosyć, Donovan – przerwał Lestrade. – Idź sprawdzić, czy wszyscy robią to, co do nich należy.
– Sir...
– Nie kop ula, Donovan. Wiem, że sam akt jest bardzo przyjemny, ale po chwili masz wszędzie pszczoły i kończysz z szokiem anafilaktycznym, a to już nie jest takie zabawne.
– Pił pan na służbie, sir? – spytała podejrzliwie Donovan.
– Ani kropli – odparł Greg, klepiąc ją po ramieniu. – No już, uciekaj. – Popchnął ją lekko w stronę drzwi. – I uważaj, John nie trzyma go dzisiaj na smyczy, więc może być różnie.
– Myślę, że... – Sally pochwyciła spojrzenie Sherlocka ponad ramieniem Lestrade'a; to, co w nim ujrzała wystarczyło, by umilkła. – Niech będzie. – Odrzuciła włosy i odeszła.
– Nie powinienem być zmuszony do traktowania was jak własnych dzieci – zauważył Lestrade, przewracając oczami.
Sherlock spojrzał na niego niechętnie.
– Ona mi nie przeszkadzała – stwierdził.
– Nie jesteś teraz w szczytowej formie psychicznej, więc raczej nie kontaktuj się za bardzo z ekipą. Tak będzie najlepiej dla wszystkich zainteresowanych. – Lestrade schował ręce w kieszenie spodni i ruszył wąskim korytarzem. – Wasze pyskówki zawsze niepokoją cywilów, a połowa towarzystwa tutaj i tak już popłakuje po kątach. – Westchnął. – Nie jest to najłatwiejsza grupa pod słońcem.
– Nie odpowiadam za siebie, jeśli ktoś zacznie przy mnie płakać – ostrzegł Sherlock. – Mam gaz i nie zawaham się go użyć.
– Gazy pieprzowe i paraliżujące są nielegalne, Sherlock.
– Akurat ten specyfik to mój osobisty wynalazek. Legalny jak szczere złoto. – Sherlock uśmiechnął się do Lestrade'a promiennie.
– No to cudownie. Nie mam zamiaru się w to wgłębiać, więc po prostu... Nie zbliżaj się do nikogo, proszę.
– Cudownie. Możemy się zgodzić, że tak będzie najlepiej dla wszystkich – uznał Sherlock, rozglądając się wokół.
Muzeum mieściło się w niewielkim budynku, który nie końca dał się zaadaptować, chociaż jego system zabezpieczeń nie budził żadnych zastrzeżeń.
– Rozumiem, że to prywatna kolekcja?
– Tak. Jeden z tych ważniaków chciał coś zostawić po sobie dla potomności, a jednocześnie nawet na łożu śmierci nie miał ochoty uszczęśliwiać spadkiem bliskich – wyjaśnił Lestrade, przechodząc przez wykrywacz metalu. Urządzenie zapiszczało, co inspektor kompletnie zignorował. – Więc majątek po przodkach przeznaczył na stworzenie miejsca, w którym będzie można wystawiać kolekcję. W większości dzieła sztuki rosyjskiej i azjatyckiej.
– Czego brakuje?
– Staroruskiej ikony malowanej na desce, sześć na dziewięć cali. Zdobiona płatkami złota, datowana na piętnasty wiek, a warta takie pieniądze, że nawet kurator wystawy i szef ochrony mają łzy w oczach. – Lestrade zaczął wchodzić po schodach, a Sherlock zainteresował się mijaną właśnie stertą skrzyń.
– To wszystko?
– Wystarczająco. Drzwi i okna są zabezpieczone alarmem i podłączone do systemu, nie były otwierane od czasu zmiany straży, a kradzież została odkryta rano.
Strażnik pilnujący klatki schodowej był nieprzytomny, ale nigdzie nie widać śladu tego, kto go zaatakował.
– Dostał w głowę czymś tępym?
– Na pierwszy rzut oka nie ma obrażeń. Myślą, że czymś go odurzono, ale jak dotąd nie mają pomysłu, co to było. Dalej nie oprzytomniał.
Sherlock skinął głową.
– Więc muzeum jest dzisiaj zamknięte?
– I tak we środy zawsze jest zamknięte. To ich dzień na zajmowanie się renowacją eksponatów, porządkami, zmianą wystaw i tak dalej.
Znaleźli się na drugim piętrze. Sherlock zabrał broszurkę informacyjną ze sterty leżącej na stojaku pod mapą i przejrzał ją pospiesznie, po czym, marszcząc lekko brwi, schował do kieszeni. – Ta wystawa miała być zmieniana albo przenoszona?
– Nie. Rosyjskie eksponaty są cały czas dostępne dla zwiedzających. Dostali od jakiegoś koncernu grant na promowanie kultury rosyjskiej, a wystawa ma wartość edukacyjną. – Lestrade otworzył drzwi prowadzące do galerii. – Tędy.
Weszli do środka. Twarz Andersona, który zabezpieczał ślady, na widok Sherlocka wykrzywiła się jak po ugryzieniu cytryny. Holmes zwalczył pokusę, by się do niego wrednie uśmiechnąć.
– Szefie, zarejestrowałem mój...
– Anderson, idź pogadać z Donovan o pszczółkach.
– Słucham?
– O pszczółkach. – Lestrade gestem powstrzymał cisnące się Andersonowi na usta pytanie.
– Nie, nic nie piłem. Idź, Donovan wszystko ci wyjaśni.
Sherlock rozejrzał się po galerii. Była dość mała; przypominała raczej przestronny korytarz, a nie prawdziwą salę wystawową. Odnotował obecność trzech kamer i dwóch par drzwi po przeciwległych końcach pomieszczenia. Na ścianie widniało puste miejsce.
Szczupła, krucho wyglądająca kobieta odziana w elegancką czerń siedziała na składanym krzesełku, wpatrując się w miejsce po skradzionym obrazie. Ramiona miała wygięte w sposób, który nie wyglądał na wygodny, szczupła szyja sprawiała wrażenie, jakby nie mogła utrzymać opuszczonej głowy. Miała delikatną, choć kosztowną biżuterię i nienagannie wypastowane buty. Z eleganckiego koka nie uciekało ani jedno niesforne pasemko.
Kurator muzeum, rosyjska imigrantka, po pięćdziesiątce, leworęczna, z rodziny niegdyś zamożnej, lecz przez ostatnie pokolenia ubożejącej, ma romans z którymś z pracowników.
Nie jest złodziejką. Sherlock zignorował ją jako nieistotną.
– Strażnicy robili regularne obchody? – spytał, ponownie przyglądając się kamerom, podchodząc do nich i oglądając to z jednej, to z drugiej strony. Spojrzał w puste miejsce, po czym przeniósł wzrok na listwę przypodłogową.
– Tak. – Lestrade podał mu wydruk. – Szli w przeciwnych kierunkach, zawsze tą sama trasą, jednak wymieniali się, żeby nie popaść w rutynę. No i regularnie musieli podbijać karty w punktach kontrolnych. Wszystko działało aż do czasu, gdy jednego z nich znaleziono nieprzytomnego.
– Czy brak obrazu został odkryty wcześniej, czy później? – Kobieta odwróciła się na krześle, łypiąc na Sherlocka nieprzychylnie.
– To nie obraz – syknęła. – To ikona. Relikwia religijna.
– Malowana farbą na drewnie – odparł lekceważącym tonem Sherlock. – Czyli obraz. – Przeszedł się po pomieszczeniu, rozglądając uważnie.
– Sherlock, to doktor Swietłana Baskov, kurator wystawy. Pani Baskov, to Sherlock Holmes.
Sherlock skinął z roztargnieniem głową, niespecjalnie się przysłuchując. Wyciągnął komórkę i zaczął prędko wertować informacje. Po chwili znalazł to, czego szukał i schował telefon do kieszeni.
– Jak dużą część tej podłogi można zdemontować? – zapytał.
– Większość – odparła kobieta. – Ale nie rozumiem...
– To prawda. – Sherlock uniósł rękę i zastukał w ścianę, sprawdzając kolejno każdy panel, przyglądając się wszystkim ikonom i lekko naciskając pojedyncze miejsca. Zatrzymał się, zmrużył oczy, stanął naprzeciw jednej z ikon, po czym odwrócił głowę w bok i przyłożył do ściany ucho, przyglądając się obrazowi z boku.
Zastukał w niego kostkami, po czym cofnął się, przeszedł przez pokój i spróbował ponownie według tego samego schematu, i jeszcze raz, i znowu. W końcu się wyprostował.
– Nie rozumiem – poskarżył się Anderson, a jego głos zabrzmiał donośnie w otaczającej ich ciszy. – John go zostawił?
Na moment zapadło milczenie, po czym Lestrade jęknął. Sherlock, napięty jak struna, odwrócił się na pięcie. Spojrzał na Andersona oczami zwężonymi w jasnoniebieskie szparki.
– Anderson – spytał cicho. – Jak długo już tu jesteś?
Anderson uniósł głowę.
– A co cię to właściwie obchodzi? – prychnął.
– Cztery i pół godziny. – Sherlock uśmiechnął się do niego. Nie wyglądało to przyjemnie. – Albo, jeśli mamy być dokładni, cztery godziny i dwadzieścia dwie minuty. – Wyciągnął rękę w kierunku Lestrade'a. – Daj mi swój nóż.
– Skąd wiesz, że...
Sherlock przewrócił oczami.
– Przechodziliśmy przez wykrywacz metalu – przypomniał. – Nie masz pistoletu, ja mam w kieszeniach klucze i monety, a jednak nie uruchomiłem alarmu. Daj mi ten nóż.
Ze wzruszeniem ramion Lestrade podał mu niewielki nożyk, niemal scyzoryk. Sherlock podszedł do wyjątkowo nijakiego wizerunku madonny z dzieciątkiem, zdjął go ze ściany i odwrócił, by przyjrzeć się desce. Obrócił obrazek w ręku i, ignorując przerażony okrzyk Swietłany, podważył łączenie drewna w narożniku, siejąc wokół drzazgami.
– Czy pan oszalał? – krzyknęła doktor Baskov.
Sherlock przewrócił oczami i wyłamał kolejny kawałek drewienka, odsłaniając drugą deskę ukrytą pod okleiną. I o ile widoczna ikona w żaden sposób nie była arcydziełem, to ta ukryta lśniła cudownymi, nasyconymi barwami i złotymi liśćmi niemal żywymi w sztucznym świetle.
– To ona w ogóle nie zaginęła? – spytał Lestrade, unosząc brwi.
Sherlock otworzył usta, po czym zamknął je.
– Wiesz co? – rzucił w końcu. – Nie chce mi się tłumaczyć. Mam to gdzieś.
Ponieważ John był jedyną osobą, która naprawdę słuchała. Połowa zabawy, jaką Sherlock miał z wyjaśniania swojego toku rozumowania brała się z obserwowania Johna; szczerego podziwu na jego twarzy i bystrych oczu nad ustami wygiętymi w rozbawieniu. Sherlock zerknął na Andersona. Wyjątkowo nieadekwatny substytut.
Przez moment wyobraził sobie mieszkanie z Andersonem i przeszedł go dreszcz. Naprawdę nieadekwatny.
– Ale to nie jest ta skradziona – stwierdziła doktor Baskov, przyglądając się trzymanej w ręku ikonie.
– Wiem – rzucił Sherlock. – Jednak uznałem, że ta też może się wam przydać.
Zamknął scyzoryk ze szczękiem i rzucił go w stronę Lestrade'a, który złapał go w locie. Sherlock ruszył przed siebie pochylony, swobodnym, długim krokiem. Anderson mimowolnie cofnął się o krok, próbując zejść mu z drogi i wpadł na ścianę.
– Dalej zbierasz ślady? – zapytał go Sherlock, otwierając szeroko oczy w wyrazie anielskiej niewinności.
Anderson przycisnął do piersi sprzęt.
– Owszem. Zgodnie z...
– Nie kontynuuj, proszę. – Minął Andersona i przeszedł do pomieszczenia, w którym pod ścianą znajdowała się sterta skrzyń. Podniósł leżący na nich łom i wrócił.
Wszyscy stali w tych samych miejscach, w których ich pozostawił. Sherlock chwycił łom w obie ręce, podniósł go i wziął zamach, mocno wbijając narzędzie w ścianę. Doktor Baskov krzyknęła, Lestrade jęknął, a Anderson poderwał się gwałtownie. Ściana pękła, jakby była ze szkła, a Sherlock odrzucił łom i wsunął rękę w powstały otwór.
Wyciągnął paczkę zawiniętą w białą tkaninę i podszedł do doktor Baskov.
– Ten nieprzytomny strażnik to wasz złodziej – poinformował ją. – Proszę sprawdzić skrzynkę rozdzielczą w piwnicy, jego odciski palców będą na przełączonym bezpieczniku od sąsiedniego pomieszczenia. – Włożył jej paczkę do rąk i odwrócił się na pięcie. – Strzykawka, której użył, żeby się odurzyć zapewne będzie leżeć połamana w koszu w łazience.
Zatrzymał się przed Andersonem i zerknął na telefon.
– Hmmm. Zdaje się, że w pięć minut doszedłem do tego, do czego ty po pięciu godzinach nawet się nie zbliżyłeś. – Wygiął usta w drwiącym uśmieszku. – Jak zwykle zresztą. Cóż, to było nudne. Porażająco nudne. Już wolałbym leżeć na podłodze i gapić się w sufit, bo wtedy przynajmniej nie musiałbym oglądać ciebie!
Podał łom Andersonowi i ruszył w kierunku wyjścia.
– I John mnie nie zostawił. Mój brat wysłał go do Afganistanu!
– No i co, jak ci się podobało kopanie ula? – zapytał Andersona Lestrade. – Chyba nie za bardzo, co? Trochę było nieprzyjemnie, hm? A nie mówiłem? – poklepał Andersona po plecach. – I tak ci się upiekło. Mogło być znacznie gorzej.
– Niby w jaki sposób? – warknął Anderson.
– Miał przy sobie łom, Anderson. Wnioski są dość logiczne, czyż nie?
– Logika nie jest jego najmocniejszą stroną – rzucił przez ramię Sherlock, wychodząc z sali. – Właściwie nie wiem, jakie są jego mocne strony, jednak mogę ci zrobić całą listę tego, co nimi nie jest.
Był w trakcie przekazywania tej listy Johnowi: trzydzieści siedem wiadomości, jedna po drugiej. Wysłałby więcej, jednak zdążył już dotrzeć do wyjścia.
– Proszę pana? Panie Holmes?
Sherlock obejrzał się za siebie. Doktor Baskov przechylała się przez poręcz, nadal trzymając w ręku ikonę.
– Dziękuję – powiedziała z uśmiechem. – Naprawdę. To tak wiele dla mnie znaczy. Ja... – Jej oczy napełniły się łzami, a Sherlock skrzywił się. W jego uszach zabrzmiał głos łudząco podobny do Johna. Odpowiedz: nie ma za co.
– Nie ma za co. – Udało mu się nawet zmusić do przelotnego uśmiechu.
Kobieta pociągnęła nosem, ocierając oczy grzbietem dłoni.
– Dziękuję. Dziękuję... i proszę się nie martwić. Jestem pewna, że przy odrobinie cierpliwości pana brat w końcu pogodzi się z pana związkiem.
– Po co ja w ogóle wyszedłem z domu? – zapytał retorycznie Sherlock.
– Słucham?
– Nic. Mówiłem do siebie. – Zdjął szalik szarpnięciem, po czym ponownie go założył, jednocześnie sfrustrowany i zły.
– Jeśli mogę się jakoś odwdzięczyć, proszę tylko powiedzieć.
Sherlock zatrzymał się tuż przy wyjściu. Obejrzał się przez ramię, zwężając oczy w błękitno-szare szparki.
– Owszem. Gdzie jest pomieszczenie dla pracowników?
– Słucham?
– Pomieszczenie dla pracowników – powtórzył niecierpliwie Sherlock. – Gdzie jest?
– Och... Tędy. – Gestem wskazała górę schodów. Zaczekała, aż Sherlock zawróci, po czym poprowadziła go przez galerię i obok drzwi z napisem „tylko dla personelu". W końcu korytarza znajdowało się niewielkie pomieszczenie dla pracowników.
Sherlock wypatrzył lodówkę i ruszył wprost do niej. Otworzył i spojrzał na zawartość. Sukces. Mleko. Odwrócił się.
– Wezmę to mleko jako honorarium – oświadczył.
– Jest przeterminowane – ostrzegła doktor Baskov. Sherlock wpatrywał się w nią dłuższą chwilę.
– Cholera – mruknął. – Najwyraźniej nie ominie mnie wyprawa do sklepu.
Afganistan:
To nie były dokumenty, o które poprosił John. Być może jednak były tymi, których szukał.
Doktor zmarszczył lekko brwi, przyglądając się sześciu teczkom leżącym na stosie do przejrzenia. Nie były... Pochylił się i zaczął sprawdzać ich zawartość, czując, jak tętno mu przyspiesza. No cóż, to było interesujące.
Podniósł głowę, jednak Cooper siedział po drugiej stronie pomieszczenia, odwrócony do Johna plecami, zajęty wyszukiwaniem i zestawianiem danych. John odetchnął głęboko i ponownie zerknął w papiery.
Nie miał cienia wątpliwości, że Cooper podsunął mu je specjalnie. Pytanie tylko, dlaczego.
– Kapralu?
Cooper spojrzał na niego przez ramię.
– Sir?
– Czym się tu głównie zajmujesz? – zapytał John. – Należysz do korpusu medycznego? – Wiedział, że nie, jednak w głowie zaczynały mu kwitnąć pewne podejrzenia.
– Nie, sir. Kiedy nie jestem na linii frontu, głównie odwalam całą papierkową robotę – odparł Cooper z lekkim uśmiechem. – Nigdy nie ma dość personelu naziemnego, więc... – Urwał, wzruszając ramionami. – Dobrze sobie z tym radzę, więc kiedy tylko potrzebują kogoś do pomocy, a ja nie jestem w polu, dostaję przydział do mniej pilnych spraw. Takich, którymi nie musieli zajmować się od razu, wie pan, co mam na myśli.
– Wiem. – John przyglądał się dokumentom wyciągniętym z teczki. Miał przed sobą listę personelu. Kto był gdzie skierowany, dokąd przeniesiony i z jakim przydziałem. Już prawie odkrył, kiedy i gdzie, a Cooper właśnie podsunął mu do ręki doskonałe narzędzie, żeby dowiedzieć się, kto.
Cooper wiedział, że coś tu śmierdzi.
Albo się znakomicie ukrywał, a jego przełożeni nie zorientowali się, że ma dość danych, by dodać dwa do dwóch... albo został specjalnie przydzielony do Johna, żeby naprowadzić go na właściwy trop.
John postukał długopisem w stół. Prędzej czy później doszedłby do tych wniosków samodzielnie, ale tymi zawieruszonymi teczkami Cooper właśnie znacznie ułatwił mu życie. Wobec tego John zamknął teczkę i sięgnął po następną.
– Cooper! – Gestem przywołał chłopaka do siebie. Kapral wstał i podszedł do Johna z pytającym wyrazem twarzy. John odwrócił stronę tak, by chłopak mógł zobaczyć jej zawartość. – Mógłbyś mi z tym pomóc? – zapytał, wskazując tekst, o który mu chodziło.
Cooper skinął głową i wziął teczkę.
– Z tym? – upewnił się, przyglądając się tekstowi. Dotyczył zapotrzebowania na sporą ilość substancji chłodniczych, które zostało opisane jako pilne, zamiast wejść w skład zwykłego zamówienia. Cooper podniósł wzrok i napotkał spojrzenie Johna.
– Szukam tego rodzaju zamówień – wyjaśnił John lekko. – Mógłbyś pomóc mi przejrzeć papiery?
Cooper skinął głową.
– Oczywiście. – Chwycił krzesło i przystawił je sobie, po czym usiadł przy stole i podniósł pierwszą z brzegu teczkę. W tym samym momencie telefon Johna zawibrował. Kapral uniósł głowę, uśmiechając się lekko.
– Tak, to znowu on – potwierdził John, schylając się po laptop. Mycroft dostarczył go w czymś, co wyglądało jak pokrowiec skrzyżowany z dyplomatką, jednak z pewnością pokrytą kevlarem i zabezpieczoną przed połamaniem lub zniszczeniem. W laptopie zostały również wstępnie zapisane wszelkiego rodzaju szczegóły, szczegóły, które niespecjalnie pokrywały się z wynikami papierkowej roboty Coopera.
– Znów mleko, sir?
John przez chwilę sprawdzał najnowsze smsy.
– Katastrofa – stwierdził, pocierając dłonią podbródek i próbując ukryć uśmiech. – Lokalna kostnica łamane na szkoła medyczna ma zwłoki kogoś, kto wygląda na zadżumionego, ale nie pozwala mu pobrać próbek.
– Zadżumionego? – Cooper spojrzał na niego z przerażeniem.
– Zdarza się. Zapewne jakiś podróżnik znalazł się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Chociaż tyle dobrego, że nie przywlecze nam dżumy do lodówki.
– Zwariowałbym mieszkając z kimś takim.
– Sugerujesz, że przydałby mi się psychiatra? Mam. – John zastanawiał się przez chwilę. – Chociaż nie chce ze mną rozmawiać o Sherlocku.
– Twój terapeuta odmawia rozmowy na temat głównej przyczyny, dla której potrzebna ci terapia? – upewnił się Cooper, starając się pohamować rozbawienie. Zanotował w terminarzu informacje o ruchach pomiędzy jednostkami oraz głównych punktach dostawczych.
– Zdublowana faktura, za te tygodnie – poinformował Johna, który wziął fakturę i przyjrzał jej się uważnie w poszukiwaniu jakichś skreślonych naprędce notatek.
– Tak – stwierdził John nieobecnym tonem. – O, tak. Albo raczej nie. Terapeutka twierdzi, że tkwię w autodestrukcji i toksyczne związki międzyludzkie to mój świadomy wybór. I chociaż możemy dyskutować o tym, dlaczego mam skłonności do takich, a nie innych wyborów, to nie będziemy rozmawiać o samym Sherlocku.
– Skoro prowadzi ci terapię, nie ma przypadkiem obowiązku rozmawiać z tobą na wszystkie tematy, które jej zgłaszasz? – zapytał z rozbawieniem Cooper. Zabrał od Johna kartkę, rejestrując zakreślone fragmenty i bez słowa zajął się wyszukiwaniem podobnych elementów. Bardzo szybko się orientował oraz nie używał zbędnych słów, kiedy tylko mógł tego uniknąć. – To znaczy, nawet jeśli masz ochotę gadać przez godzinę o swoim psie, to chyba ty jej za to płacisz?
– Twierdzi, że nie ma sensu dyskutować na temat Sherlocka, bo ani on się nie zmieni, ani ja się nie wyprowadzę. – John skinął głową na papiery. Jego podejrzenia zdawały się potwierdzać. Ktoś ukrywał jakieś rzeczy w niepasujących polach formularzy, i co rusz znajdował kogoś innego, żeby uzyskać podpis na pokwitowaniu odbioru przesyłki zawierającej coś, co kompletnie nie zgadzało się ze specyfikacją zamówienia. John sprawdził dane i sięgnął po właściwy stos teczek.
– A może powinniście spróbować terapii par? – zażartował Cooper.
– No ba! – odparł John, przekazując Cooperowi teczkę i dostając w zamian trzy żółte kartki. – Spróbowaliśmy. To nie był najlepszy pomysł.
– Wybrał się pan się na terapię małżeńską ze współlokatorem? – zapytał Cooper, obracając się wraz z krzesłem tak, by spojrzeć na Johna.
– Wtedy wydawało mi się, że to dobry pomysł. – Mniej więcej przez pół minuty Johnowi udało się utrzymywać kamienną twarz. – Kłamię. Od początku wiedziałem, że to straszliwy pomysł, ale terapeutka nalegała. Skończyło się na jednej sesji.
– Aż tak ciężko go było namówić?
– Skąd, poszedł bardzo chętnie. Już to powinno wzbudzić we mnie podejrzenia, ale wziąłem to za dobrą monetę, rozumiesz, chce się rozwijać, cały ten szajs. Poszedł i doprowadził moją terapeutkę do łez.
– Sądziłem, że terapeuci uczą się, jak sobie radzić z takimi rzeczami – powiedział Cooper. Znalazł kolejne kanarkowożółte kartki i podał je Johnowi. – Nie mają jakiegoś szkolenia, żeby pacjenci nie zaleźli im za mocno za skórę?
John nie był specjalnie zaskoczony widząc, że dokumenty za dostawy dublowały się. W najlepszym wypadku były błędne, w najgorszym – sfałszowane.
– Na jej obronę mogę powiedzieć, że jeśli Sherlock zechce doprowadzić kogoś do płaczu, na pewno mu się uda – stwierdził. – Ma do tego prawdziwy talent. Nie nadużywa go, przez większość czasu w kontaktach z ludźmi jest po prostu nieadekwatny, jednak tamto było najkoszmarniejszą sesją psychoterapeutyczną, jaką tylko można sobie wyobrazić.
– Obawiam się, że jestem jeszcze zbyt młody, żeby o tym słuchać.
– Nie no, z perspektywy czasu to nawet zabawne. Wówczas tak mi się nie wydawało, oczywiście, bo wyglądało to trochę jak z Dantego, szósty krąg piekła, ale opłacany z polisy ubezpieczeniowej.
Cooper zakrztusił się herbatą.
– Jezu, sir.
John przyglądał się papierom, sięgając po notatki, jakie zrobił o dyżurach i podpisach.
– To znaczy wiedziałem, że zrobiłem błąd jak tylko zamknęły się za nami drzwi. Sherlock położył się na kozetce, twierdząc że tylko w ten sposób terapia ma szansę zadziałać. Jeśli nie leżysz, nie przynosi efektów. Mówię na to, że mu się pomyliło z terapią z komiksu z New Yorkera z 1980 roku, a w tym czasie moja terapeutka, bardzo miła i bardzo cierpliwa kobieta, po prostu robi notatki.
No i wtedy Sherlock zaczyna mówić, a po jej twarzy widać, że mówi dokładnie to, co ona zapisuje, co do słowa, mimo że leży na tej nieszczęsnej kozetce i ma zamknięte oczy. Jest przyzwyczajona do tego, że czytam jej notatki do góry nogami, ale to było zupełnie co innego.
Przerwał i napił się herbaty. – Wtedy właśnie naprawdę zrozumiałem, czemu został sześciokrotnie oblany wodą święconą. – Przerwał i zastanowił się. – Oraz nadprogramowo ochrzczony, chociaż pewnie nie liczy się, gdy ktoś wpycha cię do chrzcielnicy wbrew twojej woli.
Cooper trząsł się na całym ciele, dość bezskutecznie starając się to ukryć, chociaż z trudem utrzymywał powagę. Spojrzał na Johna i zaniósł się śmiechem.
– Pan to wszystko zmyśla – stwierdził oskarżycielsko.
John uniósł w górę rękę jak do przysięgi harcerskiej.
– Słowo skauta, że nie – powiedział. – Więc, wracając do terapii par, mało brakowało, żebym wziął jakąś gazetę i przyłożył mu w łeb, bo wiedziałem, że robi to tylko po to, żeby ją wkurzyć. I jeszcze wszystko z takim wrednym uśmieszkiem. Terapeutka stara się udawać, że wcale jej to wszystko nie rusza, jednak coraz bardziej nerwowo pstryka długopisem, cały czas, chcę ją uprzedzić, że on potrafi wyczuć strach, naprawdę, jak wombat.
– Jak wombat? One są rzeczywiście takie groźne?
– Nie mam pojęcia. Paplam, próbując jakoś wybrnąć z tej porażki w stosunkach międzyludzkich, co chyba w ogóle jest moją wadą, i wiem, po prostu wiem, że on słucha tego klikania długopisu bo zaczyna się uśmiechać coraz szerzej i szerzej, i po prostu widać po nim, jak coraz bardziej się nakręca, wiesz. Jestem cwańszy od ciebie, byłbym cwańszy od ciebie nawet po lobotomii płatów czołowych. John zgarnął teczki i podał Cooperowi mapę wskazując wyraźny krzyżyk dorysowany z przodu. Cooper skinął głową.
– I w tym momencie zdałem sobie sprawę – ciągnął John, odchylając się na krześle i sięgając po laptop – że gdy, hm, tak się położył i zamknął oczy, po prostu rżnął głupa. Rozpracował sobie to wszystko zawczasu, by móc zrobić z niej miazgę, opierając się tylko na słuchu i na tym, co wywnioskował z pierwszego rzutu oka na jej gabinet, oraz na tym, co wiedział o niej z innych źródeł.
– A był jakiś specjalny powód, dla którego chciał zrobić z niej, hm... miazgę? – zapytał Cooper z ciekawością, zabierając się za pracę. Nie miał kłopotów z dzieleniem uwagi między rozmowę, a przeglądanie papierów.
– Dobre pytanie – uznał John. – Prawdę mówiąc zawsze uważałem, że to dlatego, że nie uważa jej za dobrą terapeutkę. Ja ją lubię, dobrze mi się z nią rozmawia, najczęściej lepiej się czuję po spotkaniu z nią, jednak Sherlock twierdzi, że jej diagnozy są błędne.
– A on jest wyszkolonym terapeutą?
John zakrztusił się.
– Nie! Boże, nie, to byłby najgorszy pomysł świata, nie żartuję. Rany! – Umilkł, zastanawiając się nad tym pomysłem i nie mogąc opanować rozbawienia. – Każde jego spotkanie trwałoby pięć minut i kończyło się wrzeszczeniem na pacjentów, że są kretynami, którzy nie ogarniają własnego życia.
– Przynajmniej byłby wydajny – zauważył Cooper.
– Fakt. Zdecydowanie mógłby przyjmować mnóstwo pacjentów dziennie. Tylko zamiast im pomóc, dodałby do ich problemów stany lękowe, paranoję i jakieś inne traumy. – John podniósł oficjalne arkusze formularzy zamówieniowych. Nie zdziwił się specjalnie, że kwoty figurujące w papierowej wersji różniły się od tych elektronicznych. Nie jakoś bardzo, zazwyczaj tak, żeby rozbieżność wyglądała na zwykłą drobną pomyłkę, ale się różniły.
– Więc... leżał z zamkniętymi oczami – zachęcił Cooper.
– Naprawdę chcesz usłyszeć dalszy ciąg tej historii? Serio, Cooper? Jesteś kompletnym masochistą, zdajesz sobie z tego sprawę? – John odłożył na bok podejrzane strony. – Siedziałem tam i widziałem, że zbliża się katastrofa, ale nie miałem pojęcia, jak go powstrzymać, bo terapeutka cały czas była przekonana, że kontroluje sytuację. Wtedy Sherlock mówi coś paskudnego, ja mu każę się zamknąć, a ta na to że nie, wszystko w porządku, czasem dobrze jest się wygadać.
Więc myślę, no cóż, kobieto, i ty mi mówisz, że to ja mam skłonności do autodestrukcji, ale okej, skoro chcesz, to proszę bardzo. Więc usiadłem wygodniej i zacząłem patrzeć na zegarek.
– Mierzył pan czas? – Cooper spojrzał na niego ze zgrozą.
– Miałem do wyboru albo to, albo wyjść, co byłoby jeszcze gorsze. – John odwrócił teczkę i zamknął ją, po czym podał Cooperowi. – Zapytała Sherlocka, czemu czuje przymus analizowania innych ludzi, na co on spytał, czemu ona czuje potrzebę narzucania innym swoich analiz. Ona na to, że pomaganie innym to jej praca, a on mówi „no cóż, mnie nie płacą, mimo że jestem lepszy od ciebie i jak to świadczy o stanie dzisiejszej gospodarki?".
Cooper parsknął śmiechem.
– A najgorsze dopiero się zaczęło – ciągnął John. – Starałem się nie słuchać, no ale była mowa o jej psie, że nienawidziła ptaka, którego hodował jej chłopak, o kłopotach z poziomem potasu, oraz coś o kiepskim wyniku z jakiegoś egzaminu na uniwerku, bo była zbyt pijana, żeby brać udział w zajęciach, a to było akurat diagnozowanie, przez co jej umiejętności diagnostyczne są kiepściutkie, bo brakuje jej wiedzy i że powinna być mądrzejsza i nie przesadzać z imprezami w ciągu ostatniego tygodnia sesji.
Cooper wpatrywał się w Johna z długopisem zawieszonym ponad kartką. Doktor wzruszył ramionami.
– Zmyśla pan to wszystko – stwierdził Cooper.
– Ani słóweczka i przestań mnie oskarżać o kłamstwo, albo będę zmuszony zameldować o twoim zachowaniu. – John uśmiechnął się i sięgnął po herbatę. – Po siedemnastu minutach Sherlock się już całkiem rozkręcił, kompletnie nie liczy się z tym, co mówi, a ja patrzę, czym by mu przywalić, bo to już przestało być zabawne, jednak w pokoju są tylko takie opasłe podręczniki do psychologii. I zanim cokolwiek wymyśliłem, usłyszałem takie cichutkie pociągnięcie nosem, tylko jedno, ledwo zauważalne. Opuściła głowę na tę swoją podkładkę, przestała bawić się długopisem, więc po prostu wstałem, podziękowałem jej, zabrałem płaszcz i szalik Sherlocka i powiedziałem mu, że już skończyliśmy.
On się cały złośliwie uśmiecha, takim uśmieszkiem ha, wygrałem, więc mówię mu na to, że dzięki, cudownie, teraz będę sobie musiał znaleźć nowego terapeutę, dziękuję za zrujnowanie tego tak samo, jak rujnujesz wszystko inne, jesteś chodzącym koszmarem. – Urwał. – To jest oczywiście wersja skrócona – dodał. – Prawdziwa była dużo dłuższa, obejmowała o wiele więcej przekleństw oraz mnie wymachującego rękami w miejscu publicznym, jakbym był naprany. To nie jest ten moment mojego życia, z którego jestem najbardziej dumny, jeśli się nad tym zastanowić.
– Ale Sherlock wyszedł z tego cało? – zapytał Cooper, segregując swoje papiery.
– Tak.
– Więc również nie był to najgorszy moment, sir, no nie?
John roześmiał się.
– Właściwie to dobry sposób myślenia o całej tej sytuacji – przyznał.
– I wciąż spotyka się pan z tą samą terapeutką?
– Poszedłem na kolejną sesję i zawarliśmy bezsłowny pakt, że nigdy żadne z nas nie zacznie o tym mówić. – Sięgnął po telefon, który znowu wibrował. – No i co tym razem?
Przejrzał najnowsze smsy i przewrócił oczami.
Nie w szybkowarze. JW. – odpisał.
– Wie pan, co myślę? – zapytał Cooper, wręczając Johnowi notatki.
– Co?
– Że po prostu on nie lubi, kiedy rozmawia pan z kimś więcej niż z nim.
John spojrzał na niego.
– Nie wygłupiaj się – powiedział.
– Nie wygłupiam. Proszę o tym pomyśleć. Nie chodziłby pan do terapeutki, gdyby pan z nią nie rozmawiał, a to znaczy, że coś jej pan opowiada. Może coś, czego nie mówi pan jemu. Skąd ma to wiedzieć? Niektórzy ludzie po prostu nie mogą znieść zastanawiania się nad tym, czego nie wiedzą. – Cooper umilkł na chwilę. – W mojej głowie brzmiało to trochę lepiej – dodał.
John zastanawiał się przez moment.
– Cooper, być może właśnie na coś wpadłeś. Kiedy jej królewska mość zwolni cię ze służby, może powinieneś pomyśleć o karierze terapeuty.
– A będę mógł mieć ze sobą pistolet?
– A kto niby miałby ci zabronić. – Telefon ponownie się odezwał i John sięgnął po niego ze zniecierpliwieniem.
– Och, na litość boską...
Pospiesznie wystukał odpowiedź. Nie, Sherlock, w suszarce też nie. JW
